Dziś ciąg dalszy desperacji Seva, a prócz tego szatański plan Marianne i tajna organizacja uczniowska. Dziękuję za komentarze i nieśmiało proszę o więcej. Cóż, przyznam, że z każdym odcinkiem boję się coraz bardziej... ;)


Biedny Severus był jeszcze bardziej zdenerwowany i niespokojny niż wcześniej. Okazało się, że jedyna osoba, od której oczekiwał pomocy zachowuje się, jakby miała PMS i z niewiadomych przyczyn jest na niego zła.

– Kobiety! – myślał Severus, kierując się do Wielkiej Sali.

Wchodząc do środka, wyprostował się dumnie i przywdział swoją najbardziej obojętną minę, z którą planował nie rozstawać się do końca dnia.

Jednak jego plan nie mógł się powieść.

Cała Wielka Sala obwieszona była różnobarwnymi balonami i serpentynami. Właściwie dominowało pięć kolorów: srebro i zieleń Slytherinu, błękit Beauxbatons oraz biel i róż, właściwie nie wiadomo co symbolizująca, tworząc jedyny w swoim rodzaju miszmasz i obraz totalnego bezguścia.

Dokładnie naprzeciw drzwi na ścianie wisiał ogromny transparent głoszący:

MnUsTffo SzCzęśCIa MłoDey PArzE!

i obramowany tysiącem maleńkich różowych różyczek, zwieńczony dwoma białymi gołąbkami z papier-mâché. Po obu stronach transparentu wisiały wykonane z wielkim entuzjazmem, acz niezbyt wierne portrety Severusa i Marianne. Snape wyglądał na nich jak połączenie Gargamela z mugolskiej dobranocki i stracha na wróble, a panna Moreau jak lalka barbie reklamująca wybielającą pastę do zębów.

Przyszła pani Snape, siedząca właśnie przy stole nauczycielskim, nie wydawała się jednak dostrzegać niepodobieństwa, bo zachwycała się głośno nad pomysłowością i talentem artystów. Po prawej stronie miała Albusa Dumbledore'a, który słuchał jej słów rozpromieniony, po prawej dość zdegustowaną Minerwę McGonagall, a u stóp rozanielonego Łapę.

– Ależ musisz mi powiedzieć, Albie, kto wpadł na ten pomysł! – mówiła Marianne, ocierając szczere łzy wzruszenia. – Chciałabym mu gorąco podziękować. To takie cudowne!

– Ależ, Mari, nie musisz dziękować! – krygował się Dumbledore.

Snape na początku chciał wrzeszczeć. Potem chciał natychmiast zamordować swojego przełożonego i swoją narzeczoną-mimo-woli. Jednak zanim zdobył się na jakikolwiek krok, uczuł, że dłużej nie zniesie wszechogarniającego go kiczu i czym prędzej umknął z Wielkiej Sali, zgarniając swoją pelerynę i resztki poczucia godności.

x

Zostawmy na moment naszego Severusa i pozwólmy mu spędzić kilka chwil we własnych komnatach, w samotności i spokoju, zanim znów zdybie go jego urocza narzeczona.

Zapewne ciekawi jesteście, co robiła Marianne w czasie, kiedy nasz Mistrz Eliksirów wyżywał swoją frustrację na niewinnych Gryfonach, Puchonach i pewnej nauczycielce astronomii.

Otóż panna Moreau robiła to, co zapowiedział Dumbledore, usprawiedliwiając jej przyjazd tutaj. Warzyła.

Ale bardzo byśmy się pomylili, przypuszczając, że przygotowywała jakiś pożyteczny eliksir na użytek Zakonu czy Hogwartu! Nie, mikstury tak prozaiczne jak Eliksir Pieprzowy, Spokoju, Słodkiego Snu czy Szkiele-Wzro, które najszybciej schodziły w obu instytucjach i których produkcji Mistrz Eliksirów poświęcał mnóstwo czasu, były zbyt proste i zwyczajne dla kogoś o aspiracjach i zdolnościach Marianne! Ona, jedna z największych alchemiczek ostatniego stulecia (chociaż plotki, jakoby potrafiła uwarzyć Eliksir Życia, były mocno przesadzone...), Miss Czarownic 1978 i zdobywczyni najwyższych not na egzaminach w historii Uniwersytetu Magicznego, nie zajmowała się takimi rzeczami! Była stworzona do wielkich czynów! Wielkich osiągnięć! Wielkich Eliksirów! Takich jak...

Amortencja.

Tak. Marianne Moreau chyba po raz pierwszy w swoim życiu przekonała się, że jej niewątpliwy urok osobisty, geny wili i doskonałe ciało nie wystarczają, by uwieść wszystkich mężczyzn świata. Może inaczej – na wszystkich mężczyzn pewnie by podziałały. Ale nie na jednego. Nie na Severusa Snape'a. Marianne musiała zatem sięgnąć po inne swoje atuty i wybrała coś, w czym rzeczywiście była dobra: eliksiry.

Przez kilka godzin, podczas gdy jej ukochany z uporem godnym lepszej sprawy wbijał do nierozgarniętych gryfońskich łbów zasady subtelnej sztuki warzenia, w jego pracowni odbywała się istna orgia. Marianne znosiła składniki i wrzucała je do wrzącej w kociołku wody królewskiej zmieszanej z pyłem księżycowym. Mikstura kipiała i bulgotała głośno, jakby do wtóru donośnego śpiewu Marianne:

– „W powietrzu drżącym czuję coś,

Co łamie serce, dusi głos!

Tak chciałabym stać przy nim dziś,

Lecz trwoga mrozi serce mi.

Gdzieś czają się przeczucia złe..."

Gęste kłęby srebrzystej pary unosiły się wysoko pod sufit, przybierając najbardziej wymyślne kształty. Słodki, anielski głos panny Moreau niósł się echem po komnacie.

– „Czy ma pojęcie

Co budzi we mnie,

Czy czuje, że

Ku nie mu coś pcha mnie?

Ach, lękam się że nie..."

Eliksir zaczął wydzielać mdlącą woń świeżych kwiatów, waty cukrowej i poziomkowego błyszczyka do ust i emanować perłowym blaskiem.

– „Co jeszcze nam przyniesie los?

Do jakich nas przywiedzie trosk?

Czy nam się zdarzy

Być kiedyś razem?

Choć tego chcę,

Na jawie i we śnie,

On pragnie, lecz nie mnie..."*

Marianne umilkła i z lubością wciągnęła w nozdrza ukochane zapachy.

– Tak, tego chcę, na jawie i we śnie, a Sev pokocha mnie... – zanuciła jeszcze cichutko, trochę fałszywie przez ogromne wzruszenie i radość, które ściskały jej serce.

A potem ostrożnie przelała miksturę do fiolki i zawołała skrzaty, by posprzątały cały bałagan, powstały w procesie warzenia. Fiolkę pieczołowicie umieściła w staniku, stwierdzając, że z podaniem eliksiru Severusowi poczeka do wieczornego przyjęcia zaręczynowego. Kto wie, może do tego czasu uda się jej rozkochać go w sobie. Jeśli nie, mikstura tylko nabierze mocy, by dobrze jej służyć.

* Polskie tłumaczenie jednej z piosenek z przegenialnego filmu T. Burtona „Miasteczko Halloween". Polecam w oryginale. Tu można posłuchać na YT: .com/watch?v=bAKEv6RJTOQ A Marianne może śpiewać co się każdemu żywnie podoba, bo bynajmniej nie jest to żadne zaklęcie miłosne.

x

Syriusz Black cieszył się, jak dziecko, które całkiem niespodziewanie dostało wymarzony prezent. Siedział w swojej psiej postaci u stóp najpiękniejszej kobiety świata, a ona głaskała go czule i zachwycała się jego inteligencją i urodą. To chwilowo wynagradzało fakt, że kobieta ta zaręczona jest z największym wrogiem Łapy. Przyczyniał się do tego również ogromny i szpetny portret owego wroga, który Black własnoręcznie namalował, wielki i nieortograficzny transparent, również autorstwa Syriusza (z niewielką pomocą Zgredka), tysiące balonów w krzykliwych kolorach i absolutnie cudowna mina starego nietoperza na widok tego wszystkiego. Dla Syriusza wreszcie nadeszła chwila zadośćuczynienia za wszystkie nieotrzymane prezenty urodzinowe.

Marianne mówiła:

– Jak mądry pieseczek, taki słodki pieseczek... No ktio jest ślićnym pieseczkiem, ktio?

Syriusz rozpływał się z rozkoszy, a Remus Lupin, siedzący przy stole obok Marianne, patrzył na niego z rozbawieniem pomieszanym z politowaniem.

Przyjęcie co prawda miało odbyć się dopiero wieczorem, ale Łapa nie mógł czekać i tak gorąco prosił przyjaciela, by pojechali do Hogwartu jak najszybciej, że ten nie mógł się nie zgodzić. Syriusz solennie obiecał co następuje:

- nie denerwować Severusa

- nie uwodzić jego narzeczonej

- ani żadnej innej kobiety

- i, tak, Syriuszu, uczennice również zaliczane są do kobiet, nawet nie próbuj!

- pozostawać cały czas w swojej psiej postaci

- być grzecznym

A potem obaj aportowali się do Hogsmeade i w Hogwarcie byli jeszcze przed obiadem. A do obiadu Łapa zdążył pomóc skrzatom ustroić całą Wielką Salę. Remus patrzył na to z przerażeniem, ale nie mógł zarzucić przyjacielowi planowania morderstwa za pomocą szoku estetycznego, bo prawdą było, że Azkaban naprawdę nieco spaczył dobry gust Łapy.

Marianne mówiła dalej:

– Jesteście dla mnie tacy dobrzy! Severus ma wielkie szczęście, mając takich przyjaciół. Tak bardzo go kocham, tak bardzo chciałaby, żeby był szczęśliwy – westchnęła.

Syriusz przestał machać ogonem i obnażył zęby ze złości.

– Co ci się stało, słoneczko? – zmartwiła się natychmiast Marianne. – Taka śliczniusia psinka...

x

Wróćmy do Severusa, który zdążył już powściekać się, potłuc i naprawić kilka szklanych fiolek po eliksirach, zmasakrować jedną błękitną poduszkę i w końcu z rezygnacją opaść na fotel i zawyć z bezsilnej złości.

Nie miał pojęcia jak to wszystko odkręcić i jak się z tego wyplątać. Nie miał zamiaru się żenić, a tym bardziej żenić się z Marianne! Nikt nie mógł mu pomóc – nawet Albus, bo to wszystko przecież było jego pomysłem! W tej chwili Severus czuł, że beznadziejność i absurdalność jego położenia osiągają apogeum. Jakże bardzo się mylił!

Nie wyprzedzajmy jednak wypadków. Na razie nasz bohater siedzi w fotelu i kryjąc twarz w dłoniach zastanawia się, co zrobić. I w takim stanie zastał go Lucjusz Malfoy, którego głowa właśnie pojawiła się w severusowym kominku.

– Witaj, Severusie – przywitał się. – Muszę powiedzieć, że jestem zaskoczony dzisiejszą nowiną. Mogłeś wspomnieć o tym wczoraj. No ale ty zawsze musisz robić wszystko po swojemu, w najgłębszej tajemnicy. Gratuluję. Narcyza kazała przekazać, że bardzo się cieszy i zapytać z jakiego rodu jest twoja...

– Zamknij się, Malfoy – warknął Snape.

Lucjusz, któremu niewiele osób odważyłoby kazać się zamknąć, spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Co się stało? – spytał. – Czyżby narzeczona rozczarowywała?

– To nie jest moja narzeczona – powtórzył Severus, chyba po raz setny tego dnia. – Dumbledore mnie w to wplątał.

– Nie musisz się wstydzić, Severusie. To nic złego, że znalazłeś sobie kobietę.

– Jeśli nie masz do powiedzenia nic pomocnego, to spadaj – poprosił Snape niegrzecznie.

– Oj, widzę, że nie jesteś w humorze – mruknął Lucjusz. – Może po prostu pozwól swojej narzeczonej robić co do niej należy, z pewnością ci to nie zaszkodzi. A, jeszcze jedno. Czarny Pan – tu arystokrata konspiracyjnie ściszył głos – kazał przekazać najszczersze gratulacje. Wydaje się być zadowolony. Śmierciożercy raczej się nie żenią w środku wojny, więc małżeństwo odwróci od ciebie jakiekolwiek podejrzenia.

W ten oto sposób ostatnia nadzieja Severusa, że Czarny Pan sprzeciwi się temu związkowi i zabije albo jego, albo jeszcze lepiej Marianne, poległa śmiercią naturalną, acz nie mniej tragiczną.

x

Punktualnie o dziewiętnastej miał się rozpocząć bal, więc odwołano wszystkie poobiednie zajęcia, by każdy mógł się do niego przygotować.

Złota Trójca Gryffindoru miała tym więcej roboty, że oprócz mycia się i strojenia czekała ją realizacja śmiałego i nowatorskiego planu uratowania Marianne.

Okazało się, że nie tylko Harry i Ron nie potrafią pogodzić się takim mezaliansem i jest więcej osób, gotowych bronić życiem i honorem cnoty pięknej panny Moreau. Właściwie na te osoby składała się większość chłopców ze wszystkich roczników i domów, z niewielkimi wyjątkami wśród niektórych zakochanych albo mających przekonujące koleżanki. Hermiona również kręciła z politowaniem głową nad całym pomysłem, ale w końcu stwierdziła, że ktoś musi pilnować całej zauroczonej męskiej grupy i obiecała pomóc.

Organizacja Przeciwko Kompletnie Obłąkanemu Planowi Zmuszenia Marianne do Poślubienia Snape'a (w skrócie OPKOPZMdPS, a w jeszcze większym i łatwiejszym do wymówienia skrócie: OPKO), bo tak nazwała ich zrezygnowana Hermiona, zaczęła swoją działalność od zebrania.

Odbyło się ono w jednej z opuszczonych klas na trzecim piętrze, ale równie dobrze mogłoby odbyć się w samych lochach, przed drzwiami Snape'a, a i tak nikt by się nim nie zainteresował, gdyż wszyscy zajęci byli przygotowaniami do balu, a Severus miał inne zmartwienia niż uganianie się za nielegalnie zorganizowaną grupą młodzieży (której idei, gdyby o niej wiedział, zresztą i tak nie byłby przeciwny).

Pierwszy zabrał głos Złoty Chłopiec:

– Przyjaciele! – zakrzyknął. – Nie możemy pozwolić, na rozgrywający się na naszych oczach dramat nadobnej Marianne, która wbrew własnej woli została zmuszona do oddania swojej ręki staremu, wrednemu nietoperzowi!

– Profesorowi Snape'owi, Harry – wtrąciła Hermiona z przyganą.

– Nie możemy pozwolić, aby... – zakrzyknął ponownie Chłopiec, Który Przeżył, ale słowa Hermiony wyraźnie wybiły go z rytmu.

– Więc co proponujesz? – zapytał jakiś Krukon, nie czekając, aż Potter zbierze się w sobie do dalszej przemowy.

– Eee... – zająknął się Harry.

– Dajcie spokój – roześmiał się nagle ktoś z tylnych rzędów. Tłum rozsunął się niepewnie, ukazując oczom Harry'ego Dracona Malfoya.

– Co ta fretka tutaj robi? – szepnął do Hermiony zdziwiony Ron.

– Przykro mi to mówić, ale to, co i ty, Weasley – odparł Draco wyniośle. – Chociaż nie – stwierdził po chwili namysłu. – Ja jestem tu dobrowolnie, a ty ponieważ wszędzie łazisz za Potterem i Granger.

Ron zaczerwienił się ze złości i z pewnością ruszyłby na Malfoya, gdyby Fred i George nie przytrzymali go za poły szaty.

– Daj spokój, Ron – powiedziała Hermiona. – Czego chcesz? – zwróciła się do Malfoya. – Myślałam, że jako Ślizgon i wstrętny dupek popierasz działania profesora Snape'a.

– Musiałbym być szalonym albo Gryfonem, żeby popierać jego związek z tą idiotką – stwierdził Draco lekko.

– Tyyy... – wrzasnął Ron i zaczął szarpać się w uścisku braci.

– Cóż, trzeba przyznać, że ta Marianne jest całkiem ładna, ale rozumu nie ma za grosz. I jest półkrwi.

Więc w tym problem – pomyślała Hermiona, zaplatając ręce na piersi i świdrując Malfoya groźnym wzrokiem. Wszyscy uczniowie z mugolskich rodzin w sali obruszyli się i zaczęli rozmawiać ze sobą wściekłym szeptem.

– Spokojnie – zawołał Harry, widząc, że towarzystwo mu się rozprasza. – Jesteśmy tutaj w konkretnym celu! – przypomniał.

– I co proponujesz? – zawołał ten sam Krukon, który odzywał się na początku.

– Może...

– Na Salazara, to Gryfon! – przerwał mu Draco, zwracając się do wszystkich zebranych, wskakując na katedrę nauczycielską i bezpardonowo spychając z niej Pottera. – Jedyny plan, na jaki go stać, to „zróbmy zamieszanie bez żadnego planu"!

– A co ty proponujesz? – po raz trzeci zapytał ten sam Krukon.

– Otóż, mój mały, krukoński przyjacielu, zrobimy tak...