Poniższy odcinek jest kompatybilny z fanfictem „Filozofia węża, czyli zemsta wielkiej Lestrange" autorstwa Toroj. Wszelkie podobieństwo do osób i wydarzeń opisanych w wyżej wymienionym utworze jest celowe i umieszczone tutaj za wiedzą i zgodzą jego Autorki.

Scenka szósta, w której analizuje się zalety różnych figur geometrycznych, zarówno w trudnej sztuce prowadzenia samochodu, jak i w kontaktach międzyludzkich. W tych ostatnich tym razem bryluje Philip.

Twierdzenia wielokątów

1.

Alice Barnes objęła kubek z gorącą herbatą zmarzniętymi dłońmi. Chłodny wiatr wpadał przez otwarte balkonowe drzwi i robił jej zamieszanie w papierach rozłożonych na sofie, koło zwiniętych nóg. W pokoju było coraz zimniej, więc Ali wstała i przyniosła jeszcze jeden koc. Proszenie Philipa o zlikwidowanie przeciągu nie miało sensu, krążył ciągle między oknem w kuchni a balkonem w salonie, wypatrując znajomego samochodu.

Czekał na Amandę i bardzo się martwił.

Dziewczyna westchnęła w duchu. Głośno lepiej się nie odzywać, wiedziała dobrze. Logika logiką, ale jej narzeczony zawsze podejrzewał najgorsze, kiedy chodziło o kobiety jego życia. Od jakiegoś czasu przekonywała się o tym na własnej skórze. A w końcu, co mogło im się stać w centrum Londynu w biały dzień? Jeśli chodzi o spóźnienie Amy, to pewnie wyjazd Jacka się opóźnił i stąd ten poślizg. A że nie odbiera telefonu? Zapewne już wyszła i zaraz tu będzie. Ale spróbuj mu to wytłumaczyć! Kilka tygodni temu nawet kupił siostrze komórkę na takie okazje, ale bezczelna stanowczo odmówiła posiadania ogona, jak się wyraziła. Pokłócili się wtedy strasznie, Alice nigdy wcześniej nie widziała ich w takim zacietrzewieniu względem siebie. Osobiście nie mogła pojąć, co miały rzekome krótkowzroczność Amandy oraz jej nieliczenie się z uczuciami brata do posiadania komórki, do dzisiaj jednak nie zdecydowała się zapytać. Instynktownie czuła, że jest to jedno z tych pytań, po których Phil robi się ponuro milczący i zamiast odpowiedzieć, całuje ją w czoło.

Kiedy już rodzeństwo pogodziło się w podobnie wybuchowy sposób, była bliska uznania całego incydentu za humorystyczny. Przeszła jej ta skłonność, gdy tylko Philip zdecydował, że w takim razie komórkę dostanie ona. Postanowiła wziąć się na sposób przyjaciółki i powiedzieć kategoryczne nie. Przygotowała się psychicznie na kłótnię, a nawet na rzucanie talerzami, jeśli będzie trzeba. Chciała dopiąć swego.
Wysłuchał jej uważnie. Pogłaskał po włosach. Zapewnił, że rozumie jej frustrację. Po czym wręczył jej komórkę, tłumacząc, jak bardzo boi się o swoich bliskich i jak będzie jej wdzięczny, jeśli jeszcze ten jeden raz pójdzie na ustępstwo. Zgodziła się, oczywiście. Co miała zrobić? W końcu kochała tego wariata.

Próbowała go zrozumieć. Czasami, gdy on usypiał zmęczony szeptaniem jej imienia aż do zachłyśnięcia, ona leżała z otwartymi oczami, układając go w myślach jak domek z dziecięcych klocków. Najbardziej solidne elementy na podstawę, bardziej kruche – wyżej. Coraz częściej dochodziła do wniosku, że tej podstawy nie bardzo ma z czego budować. Praca. Dalsza rodzina. Wykształcenie. W umyśle odginała palce, wyliczając rzeczy, które powinny ją niepokoić w narzeczonym. I w te bezsenne noce niepokoiły, ale już rano wstawała z moralnym kacem, a po śniadaniu nie umiałaby powiedzieć, co ją martwiło.

Nie przyznała mu się nigdy do tych nocnych eskapad w jego przeszłość i choć czasem czuła z tego powodu coś na kształt łaskotania w sumieniu, tłumaczyła sobie, że przecież Philip też ma swoje tajemnice, których z nią nie dzieli. Ciągle planowała zresztą, że niektóre z nich wyjaśni przy pierwszej sprzyjającej okazji, ale nieodmiennie zapominała.

Z trudem wróciła do rzeczywistości. Herbata ciągle stygła jej w rękach, a sylwetka ukochanego mężczyzny ostro odcinała się od okna. Musiał stać tam już jakiś czas, bo knykcie dłoni, kurczowo zaciśniętych na parapecie, były zupełnie białe. Odstawiwszy kubek na niski stolik, wygrzebała się spod koca, żeby iść go przytulić i popatrzyć chwilę wspólnie w ulice. Nie przemierzyła nawet połowy dystansu, gdy w mieszkaniu zabrzmiał ostry dźwięk dzwonka do drzwi.

2.

Blaise usiadł zrezygnowany na pieńku, który zaczął już w myślach nazywać swoim, i sięgnął po kubek. Była pierwsza, a oni dopiero skończyli ćwiczenia na obiekcie nieruchomym. Potter jako nauczyciel był absolutnym koszmarem – ciągle się czegoś czepiał, coś mu nie pasowało, coś innego znowu można było zrobić lepiej. Perfekcjonista cholerny!

Na materacu leżał Ron z twarzą przykrytą ramieniem. Powoli uświadamiał sobie, że po dzisiejszym będzie mieć uraz do transmutacji na całe życie. Ale najgorsze było to, że coraz wyraźniej rysował się na horyzoncie kolejny dzień poświęcony na to średnio produktywne zajęcie. I nawet nie mógł niczego zwalić na Ślizgona, to Harry przesadzał, cudował i zachowywał się, jakby czuł już oddech śmierciożerców na karku. Trudno, powtórzył sobie po raz niewiadomo który w myślach, trza być twardym, a nie mientkim. W końcu mu się znudzi! Rozpaczliwie pragnął jednak, żeby wtajemniczyli Hermionę, gdy mieli jeszcze możliwość. Ćwiczenia z nią wyglądałyby zupełnie inaczej. Rozsądek! Tylko rozsądek może nas uratować!

Harry – jako jedyny - był w szampańskim humorze, roznosiła go energia i nic nie wskazywało na to, żeby nowa rola miała go znużyć w jakimś przewidywalnym okresie czasu. Zdeportował się na Pokątną po kanapki, bo zgłodnieli. Na samą myśl, że po wcześniejszej katordze, mieliby jeszcze aportować się gdziekolwiek po coś tak trywialnego - i na krótszą metę zbędnego - jak jedzenie, magiczne jestestwo Rona i Blaise'a krzyczało wielkim głosem "Raaatuunkuuu! Moooorduuująąąą!". Potter nie zrozumiał jęku rozpaczy kolegów, ale postanowił nie wnikać w istotę problemu. W końcu szansa, że pomordują się wzajemnie akurat teraz, była niewielka, a kto wie – może nawet zaczną rozmawiać, jak nie będą mieli wyboru. Postanowił być dobrym przyjacielem i przynieść im to żarcie. Z tym zamiarem znikł jakieś pięć minut temu. Od tego czasu żaden z pozostałych w parku chłopaków nie poruszył się ani nie otworzył ust.

Ten stan był jednak wyraźnie ponad siły rudzielca. Oparł się na łokciach i spojrzał na Zabiniego. Ślizgon bawił się termosem z bardzo zgnębioną miną.
- Też masz dość?
- Nienawidzę transmutacji – pozornie bez związku odpowiedział Blaise.
- Żadna mi nowość – zakpił Gryfon.
Ale po namyśle dodał:
– Tyle, że ja od dzisiaj chyba też.
Nigdy by nie pomyśleli, że banalne przejścia między różnymi figurami geometrycznymi mogą być tak absorbujące i czasochłonne. Technicznie wszystko szło w porządku, nawet talent Zabiniego wystarczał, żeby z łatwością zmienić kółko w kwadracik czy trójkąt. Jak się jednak po jakimś czasie okazało, do szybkiego i efektywnego zatrzymania samochodu trzeba było zmienić co najmniej dwie opony. Jednym zaklęciem. I tu zaczynały się schody.
Blaise uśmiechnął się ponuro:
- On tak zawsze? – Harry rzeczywiście bardzo się przejął swoją rolą i skakał między kolegami, wykrzykując hasełka w stylu: Nie będziecie mieć czasu na zrepetowanie! Musi być jedno zaklęcie! Tylko jedno!
Bardzo wpieprzające. Poza tym, łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Trafienie jednym promieniem dwóch kół było trudne, nawet kiedy samochód stał. Okrzyki: Inny kąt, Zabini, tak się nie da! Ron, do cholery, uważaj, co robisz! były malownicze, ale nie bardzo pomagały im w koncentracji ani w odpowiednim ustawieniu się.
- Czasami. Jak trafisz na jakąś jego fobię. Albo hobby. Quidditcha na przykład. Grasz? – zainteresował się Ron. Miał szczerze dość rozmyślania o ćwiczeniach, szkole i śmierciożercach. W sumie, dlaczego nie pogadać z tym Ślizgonem o czymś przyjemnym? I tak trzeba jakoś zabić głód, skoro Harry postanowił chyba utopić się w kotłowym wucecie, bo zostawił go sam na sam z tym typkiem na podejrzanie długi czas.
- Jako taki o – tu pokazał jaki - smark trochę grałem, ale później towarzystwo przestało mi odpowiadać i jakoś zarzuciłem – pokręcił głową chłopak.
- Mnie strasznie brakuje gry na WSMO. Czasem trochę polatamy z braćmi i Harrym koło domu, ale wiesz, to nie to samo. Nigdy nie chciałeś nawet spróbować w Hogwarcie? – Ronowi najwyraźniej nie mieściło się w głowie, że ktoś mógł nie chcieć grać w quidditcha, jeśli tylko miał ku temu okazję.
- Weasley – Blaise był już bardzo znużony – pomyśl przez chwilę: kto sponsorował ślizgońską drużynę. Pytanie dodatkowe brzmi: kto w końcu został jej kapitanem?
- No tak – Malfoy, Crabbe i Goyle zapewne odbierali całą przyjemność z treningów i meczy – mieliście z nim naprawdę przesrane.
- A żebyś wiedział – mruknął Blaise.

W tym momencie wrócił Harry z trzema dużymi torebkami z miniaturką szyldu Kotła z boku.
- Kto miał przesrane? – zainteresował się, rozdając kanapki. – Dla ciebie bez peklowanej wołowiny – rzucił Ronowi jego zestaw.
- Ślizgoni – odparł Zabini, rozwijając swoją bułkę – z Malfoyem.
- W quidditchu – uzupełnił rudzielec.
- A to fakt – zgodził się Harry, siadając na materacu. - Myślałem że padnę, jak się dowiedziałem, kto został waszym kapitanem. Ciebie to nie wkurzyło? – zwrócił się do Blaise'a.
- Szczerze? – przyjaciele pokiwali głowami, więc kontynuował po przełknięciu. – Nie tak bardzo jak to, że został prefektem. Na quidditcha i tak chodziłem tylko po to, żeby zobaczyć, czy kiedyś nie pieprznie tym swoim ahrytokhratycznym nosem w piach.
Wybuchnęli śmiechem.
- To musiał ci się podobać ten mecz na piątym roku, który kończył prawie w samych majtkach – raczej stwierdził niż zapytał Ron.
Twarz Ślizgona rozpogodziła się w anielskim uśmiechu. Zerwał długie źdźbło i wsadził je sobie między zęby.
- Jeszcze jak. Jeden z piękniejszych dni tamtego parszywego roku. Ten, kto to zrobił, musiał mieć jaja jak Achilles.
Widząc niepewną minę rudego Gryfona dodał:
– Taki półbóg grecki - Weasley miał wielką ochotę zapytać, jak można być bogiem tylko w połowie, ale przerwał mu chichot Harry'ego.
- Z tymi jajami trafiłeś jak kulą w płot. To była sprawka Sirith Lestrange, wtedy pierwszorocznej.
Blaise wpatrywał się w niego osłupiałym wzrokiem.
- O w mordę jeża! Przecież to nawet nie baba, tylko jakieś takie nie wiadomo co. W życiu bym nie pomyślał – kręcił z niedowierzaniem głową. – Skąd wy wiecie, tak w ogóle?
- Dostarczyliśmy jej recepturę na Tempus Acid – powiedział z dumą Ron. Sukces operacji Siri wprowadził go wtedy w euforię na dobry tydzień.
- Jak?
- Miałem z nią szlaban – zaczął wspominać Potter. - Wygadała się, że Malfoy podarł jej bluzę, po tym jak... – przerwał. - To kojarzysz? – zainteresował się nagle ni w pięć ni w dziesięć.
- Co mam kojarzyć? Bluzę? Jasne, że tak – głupie pytanie. To pamiętał chyba każdy uczeń Hogwartu, który widział pannę Lestrange tamtego dnia. O aktach wandalizmu Smoczkofretki też wiedział sporo, ale o tym konkretnym akurat nic.
- A to nie ty przypadkiem pomogłeś wtedy Malfoyowi dorwać małą? – wyglądało na to, że Potter postanowił poćwiczyć na nim techniki śledcze. Blaise z wrażenia prawie zakrztusił się szynką.
- Odpieprzyło ci? Ja Malfoyowi mógłbym pomóc co najwyżej zgubić zęby, zwłaszcza na piątym roku. Skąd w ogóle ten pomysł?
- A bo mówiła, że to chyba byłeś ty – powiedział przepraszająco. – No, ale skoro nie, to sorry. Nie chciałem cię urazić, zastanawiałem się po prostu, kto to mógł być.
- Praktycznie każdy. Crabbe i Goyle na pewno, pewnie Nott. Bo Parkinson to by mu nie pozwoliła rozebrać innej dziewczyny, nawet gdyby ta miała tylko jedenaście lat.
Znowu głośno parsknęli. Powoli dochodził do niepokojącego wniosku, że częściej śmiał się tylko z Llewellynami.
- Racja. W każdym razie, powiedziała mi wtedy, że chce się zemścić. No to Miona znalazła jej coś, co mogła zrobić...
- ...a ona świetnie to wykorzystała – dokończył Ron.
- Świetnie jak świetnie; wolałbym, żeby zrobiła to po bożemu, w Wielkiej Sali.
Blaise pokiwał głową:
- No, potraktowanie stroju szukającego eliksirem kwasopodobnym to faul zagrażający jego życiu. Jakby wasz udział w całej aferze się wydał, złapalibyście dożywotnią dyskwalifikację jak nic. Znaczy, taką prawdziwą dożywotnią – zreflektował się.
- Ano właśnie – potwierdził Potter – choć nie wszyscy tu obecni to widzą – dodał z przekąsem.
- Litości – mruknął Ron, wyrzucając ręce w górę w geście poddania się – przecież w końcu sprawa się nie rypła. Snape powęszył trochę i przestał, można się było upijać zwycięstwem.
- Nie naszym zwycięstwem – zaznaczył Harry. – A Snape nie musiał węszyć, bo od początku wiedział, czyja to sprawka.
- I nic nie zrobił? – Blaise pozostawał w stanie szoku.
- Dał jej szlaban. I palnął umoralniającą pogadankę.
Tego było już za dużo. Zabini z wrażenia aż wypluł wymiętoszone źdźbło.
- Umoralniający Sever to oksymoron jakiś cholerny – westchnął, gdy już odzyskał mowę. – Bardziej się do Żonglera nadaje niż na pogawędki poważnych czarodziejów.
Ron wyszczerzył się szeroko, a Harry krótko roześmiał.
- Dobra, panowie, pośmialiśmy się, teraz do roboty, bo nie skończymy przed wieczorem.
Niechętnie podnieśli się z siedzisk. Rozmawiało się miło i każdy chętnie by kontynuował pogawędkę, ale ani Blaise ani Ron nie mieli śmiałości zaproponować tego Harry'emu, zwłaszcza patrząc na zacięty wyraz twarzy, z jakim spoglądał na niewinnie wyglądające opony.
- Swoją drogą – Weasley zabrał się za otrzepywanie spodni z nieistniejących pyłków. Wszystko lepsze niż wyciągnięcie różdżki – skąd ty to wiesz, Harry?
- Od Siri. Chyba lubiła mnie w szkole, bo czasami przychodziła pogadać.
- A Snape? Skąd wiedział, że to ona?
- Przyłapał ją jak kradła ząb do eliksiru z tego wypchanego krokodyla, co mu nad krzesłem wisiał. Walnął drzwiami w biurko, na które się wspięła, żeby dosięgnąć tego zwierzaka i zleciała mu w efekcie na głowę - Ron i Blaise zanieśli się histerycznym śmiechem. – Po fakcie dodał dwa do dwóch...
- Na którym ona jest teraz roku? – zainteresował się Ron. – Na czwartym? Cholera, za wcześnie, żeby się umawiać.
- Taa, jasne, już to widzę - wizja tego, co Hermiona zrobi swojemu prawie chłopakowi, jak się dowie o podobnym wyskoku, przedstawiała się w kolorze krwistej czerwieni. - Poza tym, to chyba kiepski interes.
- Ech, nigdy nie myślałem, że będę współczuł staremu nietoperzowi, ale ta dziewczyna to prawdziwy dopust boży. W Slytherinie chyba nigdy nie było bardziej upierdliwego ucznia.
Zabini uśmiechnął się szeroko.
- Czy bardziej upierdliwy, to nie wiem – skinął głową w kierunku samochodu – ale moja kuzynka też była ciężkim orzechem do zgryzienia dla naszego mistrzunia.

3.

- Gdzieś ty się podziewała, do jasnej cholery? Prawie odgryzłem sobie palce ze zdenerwowania – Philip właśnie udowadniał, że krzyczenie szeptem jest jak najbardziej możliwe. Do drzwi przybiegł jak na skrzydłach. Jeszcze zanim się przywitał, wyobracał siostrę we wszystkich możliwych kierunkach, upewniając się, że jest cała i zdrowa. Oględziny wypadły zadowalająco, więc przytulił ją mocno i puścił dopiero, kiedy nadepnęła mu na stopę, bo potrzebowała złapać oddech.
Mniej więcej w tym momencie Alice stwierdziła, że jest to scenka rodzinna absolutnie nieprzeznaczona dla postronnych oczu i wyniosła się do pokoju pod pozorem szukania jakiejś pożyczonej książki, którą chciała zwrócić koleżance przy okazji.
Na twarzy Phila ulga mieszała się ze złością i irytacją. Gdyby nie ostrzegawcze podniesienie palca, najchętniej chwyciłby Amy za ramiona i mocno nią potrząsnął.
- Później ci wytłumaczę – mruknęła dziewczyna bez śladu poczucia winy w głosie. Reakcja brata jak zwykle ją rozbawiła, łagodząc trochę złość, w którą wpadła zaraz po odkryciu pożyczki Blaise'a.
- Wszystko w porządku? – zapytał po raz dziesiąty. – Na pewno dobrze się czujesz? Może odwiozę cię po prostu do domu, ściągniemy Jona i zamówimy coś na wynos w tej włoskiej knajpie koło motoryzacyjnego?
Amy załamała ręce.
- Już mówiłam, że jest okej - przechyliła pytająco głowę i przygryzła dolną wargę. Coraz mniej się jej to wszystko podobało. - Poza tym, co z Ali? – zapytała cicho.
Philip machnął ręką.
- Powiedziałem jej, że zjem z wami szybki lunch, bo potem muszę wpaść do pracy sprawdzić odczynniki.
Nie mogła w to uwierzyć:
- I nie miała ochoty iść z nami? Nie gryziemy...
- Wiesz, że nie przepada za Jonem – zdążył jeszcze wyszeptać, zanim do przedpokoju wróciła Alice z "Il Gattopardo" di Lampedusy w ręce.
- Dzięki wielkie, nigdy bym bez tego nie ruszyła z miejsca. Ale macie szczęście z tą rodziną we Włoszech, też bym tak chciała.
- Jak cholera – mruknął Phil tak cicho, że Amy nie była pewna, czy rzeczywiście usłyszała te słowa, czy zadziałały mizerne podstawy wiedzy legilimencyjnej, jakie bracia z wielkim poświęceniem starali się wbić jej do głowy, nie zawsze zresztą skutecznie. Schowała tom do torby.
- To akurat jeszcze z czasów, gdy sama tam mieszkałam – uśmiechnęła się ciepło. - Nie ma sprawy. Jakbyś potrzebowała czegoś więcej, daj znać.
Alice w roztargnieniu pokiwała głową. Co się dzieje? Jakikolwiek brak kontroli nad sobą był tak niepodobny do Ali, jak radosne szczebiotanie do Snape'a. Coś jest bardzo nie tak.
- Pora się zbierać – zawołał trochę zbyt gwałtownie Philip. Włożył buty i pocałował narzeczoną na pożegnanie. – Będę wieczorem.

Korzystając z tego, że jej brat szamotał się z rękawami kurtki, Amanda podeszła do przyjaciółki, żeby ją uściskać. Z bliska Alice wyglądała na bardzo zmęczoną, była blada, a w cieniach pod jej oczami można by ukryć słonia w upalny, letni dzień.
- W porządku? – zapytała Amanda, kątem oka zauważając, że Phil prostuje się pod drzwiami i stoi sztywno. Takie kwiatki, pomyślała ponuro. Jej podejrzenia chyba były słuszne. I co ja teraz mam niby zrobić?
Alice naciągnęła na dłonie rękawy grubego swetra. W mieszkaniu było chłodno, ale bez przesady.
- Tak, zmęczona po prostu jestem. Dyplom, przeprowadzka, sama wiesz – Oj, aż za dobrze. – Muszę odespać i będzie lepiej – uśmiechnęła się blado.
Amanda odwróciła wzrok.
- Uważaj na siebie, dobra?
- Jasne. Nie przesadzaj z tą paranoją, wystarczy mi jego – bez uśmiechu wskazała brodą narzeczonego.
- Bez obaw – sarknął Phil spod drzwi – grozi jej to w równym stopniu, co przyzwoite zachowanie. Idziemy, mała.
Amanda pomachała jeszcze Alice na pożegnanie i wyszła przez otwarte przez brata drzwi. Cicho zamknął je za sobą, szybko rozejrzał się na boki i minimalnie wyciągniętą z rękawa różdżką aktywował zaklęcie antywłamaniowe. Amanda uniosła w zdziwieniu brwi, ale zanim zdążyła zadać pytanie, kazał jej wyciągnąć rękę. Zrobiła to bez wahania. Domyślała się, co zamierza.
- Lingua protego – wyszeptał, dotykając ich złączonych dłoni końcem różdżki.
Proste, bardzo wygodne zaklęcie, chroniące przed zbyt długimi uszami: każdemu, kto przez przypadek usłyszy ich rozmowę, wydawać się będzie, że jest prowadzona w języku, którego nie zna. Idealne rozwiązanie dla żyjących pośród mugoli, którzy nie chcieli pilnować każdego wypowiadanego słowa.
- Chyba musimy porozmawiać – powiedział przepraszająco.

4.

- Ale przecież twoja kuzynka była w Slytherinie! – Harry zerknął raz jeszcze na patriotyczne kolory samochodu.
- Tym bardziej działała na nerwy Severowi.
- Nie rozumiem – przyznał Harry. – Przecież on nigdy nie odjął punktu swojemu Domowi.
- To fakt. Ale szlabany rozdawał nam z równą chęcią. A na wspomnienie Amandy Llewellyn do tej pory chyba dostaje wysypki.
- Llewellyn powiedziałeś? – zainteresował się nagle Ron. – Amy Llewellyn to twoja kuzynka? Dlaczego się nie przyznałeś?
- A co to ma do rzeczy? – zdziwił się Blaise. – Skąd ją znasz?
- Nie znam. Słyszałem co nieco od braci.
- No jasne – teraz na Zabiniego przyszła kolej pacnąć się w czoło – przecież to by było niemożliwe, żeby w Teatrzyku nie było żadnego Weasleya!
Ron wypiął z dumą pierś.
- No ba!
Harry poczuł, że jak za chwilę nie dostanie żadnych wyjaśnień, to kogoś przeklnie.
- Słoneczka wy moje kochane – zaczął – raczycie wyjaśnić mi, skąd ta nagła komitywa i wspólne wspomnienia? Czy mam po prostu stwierdzić, że odbija wam na starość?
- Ech, Teatrzyk to nasza rodzinna legenda – powiedział Blaise.
- I koszmar mojej matki – dodał Ron.
- Hę?
- Och, nic takiego. Moja kuzynka miała ciekawe pomysły na organizację życia pozalekcyjnego w Hogwarcie. Za niewiedzą i niezgodą nauczycieli założyła szkolny teatr.
- Nazywało się to Teatrzyk Zielony Gumochłon – wpadł mu w słowo Ron – i zyskało wielką popularność.
- Zbyt wielką. W końcu wpadli.
- Była chryja – domyślił się Harry.
- Snape prawie wyskoczył ze skóry.
- Hihi... Nic im nie zrobili?
- No, porozdawali szlabany, poodejmowali punkty, ale w tej bitwie to uczniowie wygrali w cuglach. Tak przynajmniej twierdzą sami zainteresowani.
- A w sumie, to dlaczego teatr był zakazany?
- Mugolska rozrywka – wyjaśnił Ron. – Nie licująca z powagą czarodziejstwa.
- Hmm... I jak rozumiem, twoi bracia też brali w tym udział.
- A jakże. Nie znam szczegółów, ale Bill Prefekt Naczelny i chluba mamusi dostał wyjca tylko dwa razy w życiu i to był właśnie jeden z nich.
- Wyjca? – nie mógł uwierzyć Harry – Bill?
- No, szczerze mówiąc, to na spółkę z Charliem. Ale nie byli wtedy jedyni.
Blaise i Ron stali z głupimi uśmiechami na twarzach, najwyraźniej zatopieni we wspomnieniach z opowieści rodzinnych. Harry zazdrościł im tego, że mogli przywoływać je bez świadomości, że należą do innej epoki. Tak jak opowieści Syriusza i Remusa o Huncwotach. Otrząsnął się. Sprowadzanie myśli na podobne tory zwiastowało wpadnięcie w melancholię. Nie miał na to ochoty.
- Chętnie kiedyś posłucham, panowie, szczegółowej historii Teatrzyku. Ale teraz musimy trochę poćwiczyć. Ron, najpierw ty będziesz prowadzić.

5.

- I to jak – syknęła Amanda.
Philip podniósł dłoń w pojednawczym geście.
- Najpierw mi powiedz, dlaczego się spóźniłaś. Martwiłem się.
- Blaise mi zwędził samochód – wyjaśniła niecierpliwie.
- Po co mu? – zdziwił się. – I czemu nie zapytał? Nie raz pożyczałaś mu grata.
Schodzili po schodach, Amy z przodu, Philip kilka kroków za nią. Zatrzymała się nagle i obróciła.
- A skąd mam to wiedzieć. Może wpędziłeś go w jakąś fobię? Zajmę się nim, jak skończę z tobą – powiedziała twardo. - Phil, czy tobie już zupełnie odbiło? Podajesz jej Eliksir Zapomnienia! Przecież to Obliviatus w płynie.
- Wcale nie – zaperzył się. – Opracowałem specjalną recepturę, działa bardzo łagodnie i nie ma żadnych skutków ubocznych!
Chwycił ją pod łokieć i bez dalszych wyjaśnień sprowadził ze schodów. Wyszli na pełną ludzi, zalaną łagodnym październikowym słońcem ulicę.
- Jak ty to sobie w ogóle wyobrażasz? "Cześć kochanie, zapomniałem ci powiedzieć, że jestem czarodziejem i aurorem. To taki nasz glina, wiesz? Ach, i jeszcze mamy wojnę z szaleńcem, który chce opanować Anglię a później świat, ale nic się nie martw, nakopiemy mu do tyłka. Co jest na kolację?" Tak?
- Trzeba się było do niej nie wprowadzać!
- I co by to dało? Dodatkowy tydzień spokoju? Kiedy by się zaczęła interesować, że w nowoczesnym ponoć laboratorium chemicznym nie ma telefonu? Że przez trzy czwarte dnia nie może mnie złapać przez komórkę. Że nie zna żadnych moich znajomych z pracy? Że nie zna w ogóle nikogo związanego ze mną w jakikolwiek sposób, poza tobą i Jonem? Że opowiadam jej tylko mgliste urywki ze szkoły i ze studiów? Nie, Amy – powiedział gorzko – teraz już za późno. Trzeba mnie było kopnąć zanim w ogóle się ten związek zaczął.
- Wybacz – sarkazm był zawsze mocną strona Amandy – odnieśliśmy z Jonem mylne wrażenie, że ją kochasz.
- Bo kocham, do cholery! – stali na środku chodnika i mierzyli się wzrokiem. Przechodzący ludzie rzucali im szybie spojrzenia albo nawet złośliwe uwagi, ale zaklęcie działało bez zarzutu. Dla postronnych wyglądali jak mocno pokłócona para cudzoziemców.
Philip zrobił ostatni wysiłek, żeby się opanować.
- Amy, zrozum, gdyby to ode mnie zależało, już dawno bym jej powiedział. Ale czasy są takie, że zwykłe "Jestem czarodziejem" nie wystarczy. Trzeba wytłumaczyć wszystko - wojnę, Voldemorta, Dumbla, pracę. A tego nie mogę zrobić, także dla jej własnego bezpieczeństwa.
- Nie ochronisz jej, nic nie mówiąc – Amy też się najwyraźniej uspokoiła. – Więcej, właśnie w ten sposób ją narażasz. Nie będzie na siebie uważać, bo nie wie, że coś jej może grozić.
- A co by to dało, gdyby uważała? Miałaby jakieś szanse twarzą w twarz z wyszkolonym śmierciożercą? Z jakimkolwiek czarodziejem?
- Ja też nie mam, wyobraź sobie, a jakoś nie sądzę, żeby wiedza mi szkodziła.
- Teraz przesadzasz. Spędziliśmy trochę czasu nad twoim treningiem i wiem, że umiesz się bronić. Masz szanse dopóki nie nadejdzie pomoc. Alice nie. To ja muszę ją chronić. Nie widzisz tego?
Ponieważ Amy nie odpowiadała, kontynuował.
- W domu jest bezpieczna: blokady antyaportacyjne, zabezpieczenia na drzwi i okna, nawet kominka nie ma. Bezpieczeństwo uniwerku podkręciliśmy jeszcze jak ty zaczynałaś, tam i z powrotem zawsze ją odprowadzam.
- Zawsze? – zdziwiła się Amy.
- Zawsze – potwierdził.
- Sugerujesz – zaczęła ostrożnie Amanda – że Alice albo jest z tobą, albo w domu? A jak chce gdzieś wyjść, kiedy ciebie nie ma? Dzisiaj rano była na zakupach, z tego co pamiętam.
- Zgadza się. Ze swoimi rodzicami. Amy, nie chcę wpadać w paranoję – Amanda Llewellyn była twarda. Nie roześmiała się – o ile będzie wychodzić nieregularnie i nie sama, nic jej nie grozi.
- A jak sprawdzisz, że zawsze jest z kimś? – spytała nieufnie.
Wzruszył ramionami i zaczął podziwiać chodnik.
- Philip?
- Wie, że po prostu tego jej nie wolno.
Amanda bardzo długo wpatrywała się w twarz Philipa, choć on unikał jej spojrzenia.
- Ach tak – powiedziała w końcu cicho. – Wie. Co jeszcze... wie? – Phil otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale Amy go ubiegła. – Albo nie, nie mów. BHP znam równie dobrze jak ty. Bo to przecież nie jest nic innego, prawda? – Philip pokiwał głową. – I to się teraz "udoskonalenie receptury" nazywa?
- To jest wielkie osiągnięcie!
- Opatentuj – powiedziała zimno. – Ministerstwo zapłaci ci majątek za połączenie Obliviatusa i Imperiusa.
- Przestań! – Philip znowu podniósł głos. – Myślisz, że to dla mnie łatwe?
- Na pewno zbyt łatwe – sięgnęła po papierosy.
Chwilę stali w milczeniu.
- Nigdy bym nie pomyślała, że jesteś do czegoś takiego zdolny – powiedziała w końcu. Żadnych krzyków, wymówek, gróźb i morderczych spojrzeń. Cztery słowa i lekkie drżenie ręki trzymającej zapalniczkę. Najwyższy stan wzburzenia.
Zaciągnęła się głęboko dymem.
- Co teraz? – spytała.
Nie odpowiedział. Oboje wiedzieli, że niektóre rzeczy zmieniają coś na stałe.
- Jak długo? – kolejne pytanie.
- Receptura i antidotum były gotowe już rok temu. Wtedy też zostały przetestowane. Ostatnio pracowałem nad różnymi dawkami, rozcieńczaniem...
- Pytałam, jak długo podajesz to Alice.
Cisza.
- Aha. Od początku. Mam tylko nadzieję, że zakochała się w tobie zanim dostała pierwszą dawkę.
Chwycił ją mocno za łokieć i przyciągnął do siebie.
- Pilnuj języka – wysyczał.
- Bo co? – uniosła podbródek w górę i spojrzała bratu wyzywająco w oczy. – Mnie też poczęstujesz herbatką z wkładem? Wybacz, Philipie, ale ja już chyba nigdy nie napiję się niczego, co sam zrobiłeś.
Zwolnił nacisk, ale jej nie puścił. Nie wyrywała ręki, choć miała wielką ochotę odwrócić się na pięcie i odejść. Gdyby ktoś inny zrobił coś takiego, tak właśnie by się to skończyło. Ale Philip był dla niej najważniejszą osobą pod słońcem, jedyną, której czasem słuchała i bezwarunkowo ufała. Kiedyś ufałam, uświadomiła sobie w myślach. Ale wypuściła z palców dopalonego do połowy papierosa i przytuliła się do niego mocno. Jeszcze będzie czas na wymówki.
- Strasznie cię kocham, braciszku, ale skurwysyn z ciebie pierwszej wody.

6.

- Och – powiedział Ron. I wybuchnął śmiechem. Blaise popatrzył na niego wilkiem.
- Co się chichrasz, Weasley? – warknął. – Chcesz się pośmiać naprawdę, to zerknij w lustro!
Harry klęczał obok samochodu, nie zwracając uwagi na dogryzających sobie kolegów. Patrzył na lewe przednie koło i nie mógł wyjść z podziwu nad antytalentem Zabiniego. To, że pomyliły mu się gesty i zamiast zmodyfikować kształt opony, zmodyfikował jej kolor, nie było ani groźne, ani specjalnie dziwne, byli już koszmarnie zmęczeni. Ale to, że zmienił strukturę materiału, choć miał jej nawet nie tykać, było nad wyraz intrygujące. No dobrze, nie do końca zmienił. W końcu guma używana do robienia opon zapewne miała coś wspólnego z gumą, z której produkowano balony.
Bo na feldze zwisały smętnie resztki czegoś, co przez pięć sekund między momentem transmutacji a pęknięciem, bez wątpienia było niebieskim balonikiem.
Podniósł głowę.
- Panowie, czy któryś z was planował dzisiaj wyglądać jak mała czarna chmurka?

7.

Amanda puściła brata po bardzo długiej chwili. Przed tym wszystkim, planowała tylko powiedzieć mu, że dzisiaj się jednak z nimi nie spotka i jechać do Avondale Park, żeby wytargać kuzyna za uszy. Ale teraz nie miała ochoty na jeszcze jedną kłótnię, za to czuła, że kilka rzeczy należy wyjaśnić.
- Gdzie teraz?
- Po Jona – powiedział natychmiast Philip. – Myślę, że rodzinne spotkanie dobrze nam zrobi.
Czyli Jon wie i pewnie nawet mu pomagał. Nie miała nawet siły kląć.

Deportowali się do Ministerstwa z kibla w barze na rogu, chociaż było to wyraźne pogwałcenie Ustawy o Tajności. Nie mieli czasu tłuc się metrem w okolice wiadomej budki telefonicznej. Amy czuła się coraz bardziej otępiała, jak po przedawkowaniu eliksiru nasennego albo przeciwbólowego. Przez jedno mgnienie oka pozazdrościła swojej przyjaciółce faszerowania Imperio-Obliviatusem w płynie, ale szybko otrząsnęła się i nawrzeszczała na siebie w myślach. Trzeba było skupić się na aportacji.

Wylądowali wedle planu - w sekcji aurorskiej.
- Pójdę po Jona – stwierdził Phil, przeprosiwszy starszą czarownicę, która z powodu niespodziewanego trzasku upuściła pudło z dokumentami. Nie rozsypały się na szczęście. - Wchodzisz?
Potrząsnęła głową. Musiała się odświeżyć.

8.

- Co teraz? – zapytał Ron. Próbowali odwrócić działanie czaru, ale bezskutecznie. To znaczy skutek był, ale niezupełnie taki, jak planowali. W wyniku szamotaniny, jaka się wywiązała w trakcie dysputy, kto ma wystarczającego farta w życiu, żeby spróbować odczarować pęknięty balonik, Blaise pchnął Rona, który miał wyciągniętą różdżkę. Nietypowy, biały promień trafił w tylną oponę, która bezszelestnie zniknęła.
Szukali jej wszędzie w nadziei, że wylądowała gdzieś niedaleko. Oczywiście, bez skutków.
Blaise powoli zaczął sobie uświadamiać, co mu zrobi Amanda, kiedy się okaże, że zwraca kradziony samochód bez dwóch opon i odkrył nagle, że Kamczatka ma dla niego bardzo dużo uroku. Sumienie Gryfonów biło w dzwony i wierciło im dziurę w brzuchu, więc w efekcie cała trójka siedziała w podłych humorach, sącząc herbatę z samo-napełniającego się termosu.
- Co ma być? – odpowiedział pytaniem Zabini. – Nie interesujecie się aby medycyną? Wkrótce będziecie mieć unikatową okazję, żeby obejrzeć człowieka obdartego ze skóry.
- Spokojnie – Harry wychodził nie z takich opresji i nie zamierzał się poddać – nazbierajcie gałązek. Przetransmutujemy je w opony.
Popatrzyli po sobie z powątpiewaniem.
- Ale wiesz, że to trzeba bardzo dokładnie zrobić?
- Mamy przed sobą całe popołudnie. No już.
Kiedy nazbierali tyle gałązek, konarów i patyków, że starczyłoby na całonocne ognisko, Harry stwierdził z zadowoleniem.
- Wiecie, to się nawet nieźle składa. Blaise poćwiczy praktyczną, użytkową transmutację, my zrobimy zawody na dokładność – Ron wydał z siebie głuchy jęk, ale został on zignorowany. – Uda się!

9.

Teoretycznie nie miała prawa korzystać z łazienki dla pracowników, ale durne przepisy wewnętrzne były w tym momencie ostatnią rzeczą, o którą zamierzała się troszczyć. Wyjęła różdżkę.
- Colloportus! – zamknęła drzwi i rzuciła torbę na posadzkę.
Podeszła do umywalki, ostrożnie położyła na jej krawędzi różdżkę, koło niej okulary i odkręciła błękitny kurek. Podciągając rękawy do łokci, ze zdziwieniem zauważyła, że dłonie ciągle jej drżały. Z ulgą włożyła je pod lodowaty strumień. Gdy zupełnie już zdrętwiały, nabrała w nie wody i ochlapała twarz, nie przejmując się tym, że zmoczyła przede wszystkim swój czerwony golf. A potem jeszcze raz. I jeszcze. Po jakimś czasie miała dość, więc poczłapała w kierunku ręczników. Pierwszym wysuszyła włosy, które były prawie zupełnie mokre po nietypowych ablucjach, w drugim ukryła twarz, czekając, aż kropelki z brwi, nosa i policzków wsiąkną w papier. Dobrze by było teraz się rozpłakać, pomyślała nieoczekiwanie. To Philip zawsze jej powtarzał, żeby nie kumulowała negatywnej energii. Zabawne.

Ze złością zmięła ręcznik w kulkę i wrzuciła do kosza. Z powrotem przed lustrem poddała się szybkim oględzinom. Cienie pod oczami, spierzchnięte usta, rozczochrana fryzura. Na pierwsze nic poradzić nie mogła, więc założyła okulary. Trochę pomogło. Kredkę ochronną na szczęście zawsze nosiła ze sobą. Co do włosów - i tak zamierzała je porządnie wyszczotkować - powtarzalność ruchów nieodmiennie ją uspokajała.

Po skończonych zabiegach nie poczuła się lepiej, ale przynajmniej trochę lepiej wyglądała. Zawsze coś.

Wyszła na korytarz. Pusto, tylko pod ścianą na drugim jego końcu siedział przystojny blondyn i bawił się kluczami. Amanda wolno do niego podeszła i usadowiła się na krześle obok. Nie odwrócił się.
- To dlatego nie chcieliśmy, żebyś się dowiedziała – powiedział cicho.
- Baliście się, że tego nie zrozumiem? – zakpiła w odpowiedzi.
- Że nie będziesz chciała zrozumieć – poprawił ją. W końcu podniósł głowę. Te same arystokratyczne rysy, co u ojca. To samo spojrzenie. Kiedy widzi się to zdumiewające podobieństwo fizyczne, przemknęło jej przez myśl, można zrozumieć, czemu odziedziczył po tacie tak mało cech charakteru. Jakaś równowaga musiała zostać zachowana. – I mieliśmy rację.
- Mieliście – przyznała bez oporów. Potrzebowała zapalić i zastanawiała się, gdzie wcięło Phila. Niechby już wrócił. Na Jona zawsze łatwiej jej się było zezłościć, a czuła, że jest o krok od powiedzenia czegoś, co będzie bardzo trudno naprawić. – Nie chcę i nie umiem.
- Ale to, że jest wojna rozumiesz? – cierpliwość nie była także mocną stroną jej brata. – I że sentymenty należy schować do kieszeni, bo jak zostaną na wierzchu, to je będzie można o kant dupy potłuc?
Tego już było trochę za wiele:
- Sentymenty? – wykrzyknęła wstając. – Jakie pieprzone sentymenty? To, że planował z Alice małżeństwo, dzieci, przyszłość, to nazywasz sentymentem? – stała przed nim z rękami opartymi o biodra i głową pochyloną do ataku. – Jak wy sobie to w ogóle wyobrażaliście? Że po wojnie przyjdzie do domu jakby nigdy nic i powie: "Kochanie, muszę ci coś wyznać: odkąd się poznaliśmy, codziennie zmieniałem ci pamięć i kontrolowałem twoje pragnienia i zachowanie. Ale to było dla twojego dobra, więc się nie przejmuj. Teraz już nie będę". Tak?
- W ogóle sobie nie wyobrażaliśmy – powiedział głos zza pleców Amandy. – To dzielenie skóry na niedźwiedziu, na razie jest spora szansa, że nie dożyję do końca tej wojny, żeby mieć się jak tłumaczyć.
Frustracja wzięła nad nią górę. Amy obróciła się gwałtownie na pięcie i zanim zorientowała się, co robi, uderzyła Philipa pięścią w sam nos. Rozległ się niemiły trzask i z obu dziurek mężczyzny puściła się krew. Jon zagwizdał przez zęby, a Amanda przyłożyła dłoń do ust.
- No, stary, ale żeś oberwał. Powinni nam przylutować ręce do tyłków zanim nauczyliśmy czegokolwiek tę cholerę.
Amy w końcu się ocknęła:
- Merlinie, Phil, przepraszam.
Jonathan już manipulował różdżką w okolicach twarzy Philipa, stanęła więc trochę z boku, żeby nie przeszkadzać.
- Nic mu nie będzie – Jon wyglądał, jakby się świetnie bawił – do wesela się zagoi. Poza tym, zasłużył, takie pierdoły opowiadać. No! – zakomunikował po chwili. – Śladu nie ma. Możesz bez obaw wracać do domu, panna się nie zorientuje.
Philip pomacał się po nosie.
- Muszę się napić – stwierdził. – Kobieta mnie bije.
Amy westchnęła. Też mi sposób na załatwianie swoich problemów. Ale nie powiedziała tego głośno, atmosfera – chociaż trochę rozładowana – i tak była jak z kostnicy.

Wyszli przed budynek, zastanawiając się głośno, gdzie zjeść obiad. W końcu stanęło na tym, że pójdą do Jona, jeśli ten wejdzie wcześniej i usunie wszystko, co samo wypełza z lodówki, sprzed oczu rodzeństwa. Alkoholu u niego nigdy nie brakowało.
- Nie krzyw mordy, siostra. Tobie drink też dobrze zrobi, wyglądasz jak trup.
Nie skomentowała tego w żaden sposób, nie odgryzła się, nawet nie wzruszyła ramionami. Cóż, jej wola, jak woli hodować wrzody, on jej na pewno nie zamierza w tym przeszkadzać. Phil nie podzielał jednak zdania brata, bo gdy piąte z kolei pytanie zbyła monosylabą, westchnął:
- Aż tak cię to gryzie?
- Dziwne, nie?
- A dziwne – zgodził się Jon. – Jakoś nie słyszałem, żebyś miała ochotę powiedzieć Alice, co się dzieje. Więc nie udawaj teraz niewiniątka, bo kłamiesz tak samo paskudnie jak my.
- Jon! – przywołał go do porządku brat.
- Już skończyłem – warknął – ale niech się nad sobą zastanowi.
- Co powinienem zrobić według ciebie? – zwrócił się Phil do Amandy. Tyle razy zadawał sobie to pytanie, że był praktycznie pewien, że przemyślał wszystkie możliwe odpowiedzi.
- Rzucić ją – padło natychmiast. Stanął jak wryty, a Jon się głośno roześmiał. – Co się śmiejesz? – wściekła się Amy – Tak się właśnie to skończy.
- Ech, baby – pokręcił głową Jon. - Z wami zawsze tak.
Amy po raz kolejny nie odpowiedziała i zajęła się swoim papierosem, a Phil zaczął relacjonować bratu poranną wizytę Blaise'a i jej konsekwencje.

Skończył akurat kiedy dotarli na miejsce. Po otwarciu drzwi okazało się, że obawy względem wielonożnego dywanu marchewek były przesadzone - jedynym znakiem, że lokum należy do starego kawalera, był wszechobecny popiół z papierosów. Amy zrzuciła kurtkę, która wylądowała gdzieś na podłodze i ciężko usiadła na sofie. Zamknęła oczy. Jon gwizdał w kuchni, a Philip usiadł na fotelu obok.
- Naprawdę myślisz, że powinienem ją zostawić? – zapytał żałośnie. – Kocham ją.
- Oczywiście, że nie – huknął z kuchni Jon, udowadniając, że szkolenie aurorskie także w dziedzinie podsłuchu stoi na najwyższym poziomie. – Wie, że to by nic nie dało – wyszedł do nich z trzema szklankami i butelką whisky, postawił je na stoliku, wrócił do kuchni po odgrzewaną chińszczyznę i talerze – Przecież wiecie – zaczął, gdy nałożył już porcje – że dzięki staraniom ojca – podniesionym palcem uciszył ripostę siostry – na nazwisko Llewellyn zwraca się uwagę. Założę się o roczną pensję, że nasi specjalni przyjaciele wiedzieli o tym, że spotykasz się z mugolką dwa dni po fakcie. I nie dadzą się nabrać na fałszywe zerwanie, nie raz udowodniłeś, że sentymentalizm trzyma się ciebie jak pchły Pani Norris.
Usiadł nagle koło siostry i założył jej za ucho niesforny kosmyk.
– Amy, to nie było łatwe. Ani kiedy podejmowaliśmy decyzję, ani kiedy wprowadzaliśmy ją w życie. Nie tylko ty masz wątpliwości – chwycił ją za rękę – ale teraz trzeba skupić się na tym, żeby przeżyć. My, ludzie, z którymi Phil współpracuje, ci, na których nam zależy. Alice stanowi zagrożenie, które trzeba odsunąć, jak się da.
- Tego was uczą na szkoleniu?
- Właśnie tego – potwierdził, przytulając ją do siebie. – Żeby wybrać opcję z najmniejszymi stratami.
Położyła mu głowę na ramieniu, a on spokojnymi ruchami gładził jej włosy. Philip siedział bez ruchu, z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na fotelu.
- Myślałam, że was znam – powiedziała cicho.
- Znasz – zapewnił ją Jon – i szybko sobie o tym przypomnisz, jak tylko wojna się skończy. Jeszcze wrócimy do normalności, zobaczysz.
- Napijmy się – zaproponował po jakimś czasie Philip. Uświadomił sobie, że siostra nie ma jednak zamiaru trzasnąć drzwiami przed ich wyjaśnieniami i poczuł niejaką ulgę. To tego najbardziej się obawiał. – Za to, żebyśmy jak najszybciej mogli zacząć od nowa – dodał, nalewając.
- I żebyśmy nie musieli zaczynać od zera – skończyła Amanda.

10.

Harry Potter, Chłopiec, Który Przeżył rzadko pozwalał sobie w życiu na nadmierny optymizm. I dlatego tym bardziej złościło go, gdy nawet ta mizerna namiastka okazywała się być na wyrost. Tak jak teraz.

Nic nie szło tak, jak zaplanował.

To znaczy: w transmutowanie patyczków w opony byli już całkiem biegli, nawet Blaise od jakiegoś czasy uzyskiwał kształty bardziej okrągłe niż kwadratowe. Tylko żaden z nich za cholerę nie mógł się wstrzelić w rozmiar. Irytujące.

11.

Po obiedzie Amy pomogła Jonowi zanieść talerze do kuchni.
- Nie musiałeś mieszać do tego taty – stwierdziła dziewczyna cicho, pakując je do zlewu.
- To ojciec nas do tego wmieszał, nie da się go wyrzucić.
- O przepraszam. Dobrze wiesz, że to nie jest takie oczywiste.
- Nie jest? Dał się wybuchnąć, dzięki czemu sprowadził na nas nieustającą uwagę nie zawsze przyjaznych elementów. Gdyby nie to, Phil mógłby się spotykać z tą swoją mugolką i pies z kulawą nogą by się tym nie zainteresował.
- Pieprzysz. Gdyby Phil zamiast rezygnować z kariery warzyciela i pchać się do aurorów, siedział na dupie w Norymberdze, sprawa by przyschła i...
- ...nigdy byśmy się nie dowiedzieli, co naprawdę zaszło.
- A teraz to niby wiemy? To wasze prywatne śledztwo nie zaprowadziło nas donikąd, chyba że znowu mi czegoś nie mówicie.
- Amy, nie lubimy nic przed tobą ukrywać, dobrze wiesz. I ja się nawet zgadzam, że z perspektywy czasu lepiej by zrobił siedząc w tych eliksirach na uniwerku, a nie w naszym laboratorium. Jakby to się stało teraz, to bym poleciał do tych Niemiec i przekleił go do katedry Trwałym Przylepcem. Ale miałem wtedy osiemnaście lat, Phil dwadzieścia. Martwiliśmy się o ciebie jak cholera...
- Dzięki, poprawiaj mi humor dalej.
- Wiesz przecież, że to nie była twoja wina. Mówię tylko, że chcieliśmy mieć na ciebie oko. Rozsądne, biorąc pod uwagę okoliczności: szok, rodzinne komplikacje i wkrótce potem nowe otoczenie. To, że sobie w durnych łbach uroiliśmy, że odkryjemy, kto za tym stoi, było sprawą drugorzędną. Ma sens?
- Ma – przyznała niechętnie. Trzęśli się nade mną jak nad jajkiem, pomyślała ze złością, choć wiedziała, że jest niesprawiedliwa. Gdyby nie Philip, który był gotów stanąć na głowie, żeby zastąpić jej ojca, ten niełatwy okres stałby się zupełnym koszmarem.
- Nie ma sensu tego roztrząsać, stało się i..
- Znowu mnie obgadujecie? – zapytał Phil stając w drzwiach.
- A gdzie tam! – żachnęła się Amanda.
- Zastanawialiśmy się, po co Blaise'owi jej samochód – skłamał równie gładko Jon.
- No, mnie też to ciekawi – przyznał Philip. – Chyba jednak za bardzo mu zaufałem, mam nadzieję, że nie wpakował się w nic głupiego – jak na komendę jego rodzeństwo wywróciło oczami. Życie byłoby łatwiejsze, gdyby ich najstarszy brat nie był tak cholernie opiekuńczy. – Wolałbym wiedzieć, gdzie jest.
- To akurat nie problem, w Avondale Park.
- Skąd wiesz?
- Coś wam pokażę.
Wrócili do pokoju, a Amanda wyjęła z torby kawałek papieru, który na pierwszy rzut oka przypominał mugolski plan miasta. Bracia spojrzeli po sobie zdziwieni.
- Dostałam od Billa na urodziny.
- Bardzo romantycznie – zachichotał Jon.
- Idź się utop – ucięła. – Otwórzcie.

Zrobili jak im powiedziano. Początkowo mapka nie wyróżniała się niczym szczególnym – no, może tym, że nie zaznaczono na niej żadnych zabytków, za to dokładnie linie autobusowe i przystanki metra, także te nieczynne. Nigdy nie wiadomo, co się w nich może zalęgnąć, jak winien pamiętać każdy czujny czarodziej. Po chwili jednak zorientowali się, że czarne kropki, porozsiewane, acz niepodpisane, w kilkunastu punktach miasta, to magiczne miejsca mugolskiego Londynu. Dziurawy Kocioł, Ministerstwo, szpital św. Munga i nawet redakcja "Żonglera". Kiedyś siedziba pisma Lovegooda znajdowała się w jakiejś rozwalającej się kamienicy przy ulicy Esmeraldy Weatherwax, między Pokątną a Śmiertelnym Nokturnem, ale któregoś pięknego dnia zapukała tam brygada remontowa z podpisanym zezwoleniem na wyburzenie. Dziwnym trafem podobny los spotkał wszystkie kolejne budynki, w których udało im się zainstalować miniaturowe biuro. W końcu ktoś wziął się na sposób i podsunął Lovegoodowi pomysł przeniesienia "Żonglera" do mugoli, gdzie sobie w miarę bezpiecznie funkcjonował od tego czasu.

Jednak najbardziej przyciągała wzrok się gruba czerwona linia, która ciągnęła się od mieszkania Amy pod Kocioł i spod Kotła do Avondale Park. Linia opatrzona była różnymi cyferkami - najwidoczniej godzinami z dokładnością do sekund - i komentarzami. Jon zagwizdał.
- Cofam, co powiedziałem. Romantyczne toto dalej nie jest, ale jakie unikatowe. I pomocne.
- Prawdziwy Anty-Złodziej – Phil podzielał entuzjazm brata. – Z mapą!
- Bez mapy jest bezużyteczny – zdziwiła się Amanda.
- Niekoniecznie – sprostował Jon – zazwyczaj rzuca się Anty-Złodzieja, który łączy się z pergaminem odbiorczym i alarmuje o kradzieży, a potem daje znać, gdy przedmiot pozostaje bez ruchu dłużej niż dziesięć minut. Niewygodne i nie zawsze skuteczne, bo często zanim zdąży się zareagować, złodzieje zdążą się ulotnić. Mapa to wyższa szkoła jazdy.
- A jakby wyjechał nim poza Londyn?
- To plan by się rozciągnął. Kapitalna rzecz, Bill musi mi powiedzieć, skąd miał mapę do czaru.
- Pewnie od Freda i George'a – mruknęła Amy. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z wartości prezentu, ale Jon postanowił jej nie uświadamiać. Niech się Weasley z nią męczy. Rodziny się nie wybiera, ale przyjaciół tak. Sam jest sobie winien.

Zamiast tego prześledził dokładnie trasę samochodu. Dość długi postój pod Kotłem, pewnie poszedł po Pottera i Weasleya. Potem kilkuminutowe wyłączenie silnika na środku ulicy. Tego nie rozumiał. Może korek? Ale potem do parku dojechali już bez przestojów. Właśnie, park - nigdy nie słyszał, żeby była tam jakaś strefa anty-mugolska.
- Co tam jest? – zainteresował się, stukając palcem w miejsce na planie.
- Nic szczególnego. Fred i George zrobili sobie poligon doświadczalny – wyjaśnił Phil. Amy chyba trochę zbladła.
Jon przyjrzał się temu miejscu dokładniej.
- Tu pisze...
- Jest napisane – poprawiła go odruchowo siostra.
- O żesz, ale masz dzień na czepianie – warknął zirytowany. – To ci nie powiem, że pisze "Czternasta siedemnaście: prawa przednia opona zostaje transmutowana w balon". A pod spodem: "Czternasta trzydzieści trzy: znika prawa tylnia opona".
Teraz był pewien - Amanda zbladła wyraźnie. Philip skręcił się w bezgłośnym śmiechu, starając się trzymać poza polem widzenia siostry, a Jon uznał, że współczucie Blaise'owi może być teraz bardzo na miejscu. Zwłaszcza, że Amy właśnie dochodziła do siebie.

- Idę tam – zakomunikowała, sięgając po kurtkę. – Teraz.
- My też – stwierdził natychmiast Phil. – Nie chcemy stracić kuzyna – mrugnął do brata.
- Próżny trud. I tak, jak go tylko dorwę... – reszta zdania zginęła w huku aportacji.

12.

Harry spodziewał się każdych możliwych komplikacji, ale nie przypuszczał, że dopadną ich tak szybko. Charakterystyczny trzask złapał go zupełnie nieprzygotowanego, dopiero następne dwa obudziły w nim instynkt aurora. Obrócił się z różdżką w wyciągniętej dłoni, gotową do strzału. Kątem oka zauważył, że Zabini robi to samo, ale zaraz ją opuszcza.
- O kurwa! – jęknął zrozpaczony Ślizgon. Odrobinę zbyt głośno jak na gust Harry'ego.
- Panie Zabini – powiedziała niebieskowłosa dziewczyna w krwistoczerwonych okularach i takim golfie pod skórzaną kurtką – nigdy pan nie słyszał, że szanujący się mężczyzna nawet zawodowej nierządnicy nie nazywa kurwą, bo to niskie i odrażające?
- Zaś używanie określenia: "kurwa" w stosunku do kobiety, której się nigdy nie chędożyło i nigdy się jej za to nie dawało pieniędzy, jest gówniarskie i karygodne – podsumował jasnowłosy mężczyzna. Trzymał się za bok, jakby złapała go kolka.

Harry przestał rozumieć cokolwiek. Rzucił okiem na Blaise'a, ale ten wyglądał, jakby ktoś spuścił z niego całe powietrze.
- Zabini? – zapytał.
- Harry, Ron – powiedział Ślizgon słabo – przedstawiam wam moich kuzynów: Amanda – dziewczyna skinęła im głowa z daleka – Philip – milczący do tej pory brunet uśmiechnął się do nich z sympatią – i Jonathan – złośliwy blondyn, który stał najbliżej, podszedł i podał im rękę. Miał niedźwiedzi uścisk.
Blaise zwrócił się do kuzynki:
- Mogę mieć ostatnie życzenie?
- Zastanowię się. Najpierw chcę zobaczyć szkody.
Harry czuł, że to może być koniec.
- Eeee, proszę pani, bo my...
- To myśmy namówili Blaise'a na to wszystko. On nie chciał – wpadł mu w słowo Ron.
- Tak, to nasza wina – skończył Potter.
Sarkastyczny półuśmiech i uniesiona jedna brew wyraźnie wskazywały na to, że dziewczyna im nie wierzy. Jej bracia co prawda rechotali radośnie, ale w sumie nie było wiadomo, czy to dobry znak.
- Szlachetnie – stwierdziła dziewczyna – ale nieudolnie. Tym niemniej, doceniam gest.
Harry zerknął na Rona. Rudzielec najwyraźniej czuł się bardzo źle w tej sytuacji, bo wykręcał i wyłamywał sobie palce.
- Proszę pani – zaczął znowu Harry kategorycznie.
- Amy – przerwała mu lekko, płosząc resztki pewności siebie, jaka mu jeszcze została – robienie mnie starszą, niż jestem w rzeczywistości, na pewno nie pomoże temu tam w zachowaniu wszystkich członków i zmysłów – skończyła słodko. Harry przełknął ślinę. W tym momencie wmieszał się Ron.
- Amy, to naprawdę było tak, że trochę nieuczciwie naciskaliśmy Za... Blaise'a z tym samochodem.
Zabini miał najwyraźniej dość, choć postawą kolegów rozczarował się pozytywnie. Trudno, sam sobie nawarzył tego piwa.
- Och Weasley, schowaj w końcu tę waszą sławną szlachetność hipogryfowi do dupy, przewraca mi się od niej w żołądku. Amy – powiedział twardo – zachowałem się jak ostatni kutafon, wiem. Powinienem był zapytać. Gdyby nie Leibowitz, byłbym zapytał, słowo. Ale tak, bałem się, że mi nie pożyczysz samochodu. Przepraszam. Wiem, że to mało. Odkupię te opony jak najszybciej. O ile nie postanowisz, że zamienienie mnie w szczątki brontozaura i podrzucenie paleontologom do zakonserwowania nie sprawi ci jednak większej frajdy - zakończył teatralnie.
Co ciekawe, Amanda nie patrzyła na niego. Patrzyła na Philipa, który stał parę kroków od niej.
- Cóż – powiedziała cicho – wygląda na to, że ta sobota zapisze się dla mnie jako Dzień Rozczarowań Rodziną. Pokażcie mi ten samochód – zwróciła się do chłopaków. Gdy ciągle stali niezdecydowani, dodała – i tak wiem mniej więcej, co się stało.
Wmieszał się Jon.
- Dobra, i niech tak zostanie. Miałaś dzisiaj dość atrakcji. Phil, idziemy.
O dziwo, nie zaprotestowała. Usiadła na pieńku, który do tej pory zajmował Blaise i położyła głowę na kolanach. Może przez te niebieskie włosy, a może przez dziecinną pozycję, ale niespodziewanie wydała się Harry'emu delikatna i wymagająca ochrony. Nie mógł uwierzyć, że jeszcze pięć minut temu rozstawiała ich po kątach jak chciała.
- Uhm, Amy? Napijesz się herbaty?
- Yhy. Dzięki – pozycję zmieniła dopiero jak podał jej kubek, który wcześniej był lekko kwadratowatą oponą, a jeszcze wcześniej konarem ułamanym przez wichurę. Rozejrzała się dookoła – Moglibyście sprzątnąć stąd ten bałagan – zasugerowała.
- Jasne – zgodził się Harry. Zawołał Rona, który chociaż tym razem zrobił bez oporów to, o co go proszono, i zabrali się za odczarowywanie opon. Amy piła herbatę małymi łyczkami.
- Co się stało? – zapytał w końcu Blaise. Nie był ani ślepy ani głuchy i widział, że coś popsuło się w relacjach między rodzeństwem.
- Nieważne.
- Nie obrażaj mojej inteligencji. Przecież widać.
- Naprawdę nieważne, Blaise
- Nie mogę ci pomóc?
- Nie tym razem.
Blaise może i by podrążył temat głębiej, ale w tym momencie akurat wrócił Phil, trzymając w rękach pozostałości balonika.
- Gustowny kolor – zażartował, ale Amy się nie roześmiała.
Spoważniał:
- Amy, nie ma wyjścia. Trzeba załatwić nowe opony. Jon twierdzi, że mógłby poprowadzić z jedną z tych – zrobił szeroki gest ręką – ale...
- Nie ma mowy – ucięła Amanda.
- No więc właśnie. Zrobimy tak: aportujemy się w "Żonglerze" – mają silne zabezpieczenia, a o tej porze nie powinno już tam być prawie nikogo. To niedaleko centrum, bez trudu dostaniemy się do serwisu po mugolsku i kupimy opony. Odczekamy, aż nie będzie żadnego klienta i je zmniejszymy, żeby do kieszeni weszły. Po czym ja wrócę tutaj, a Jon walnie sprzedawcę Obliviatusem i pojedzie do Kotła metrem. Hmm?
- Skoro się nie da bez Obliviatusa - skrzywiła się. - Róbcie jak chcecie.
Wydarzenia całego dnia dawały znać o sobie, głowa pękała jej od tępego bólu i marzyła tylko o tabletkach nasennych. Eliksiru nie chciała brać. Źle jej się kojarzył.
- To co, znikamy? – w międzyczasie podszedł do nich Jon. Po potwierdzeniu brata uścisnął rękę Blaise'owi, pożegnał się z Potterem i Weasleyem, po czym klęknął koło siostry.
- Nie zadręczaj się – wyszeptał. – to była od początku do końca nasza wina.
I aportował się z trzaskiem. Chwilę później podążył za nim Phil.

13.

- Amy?
- Aha? – sprzątali już w czwórkę. Amanda stwierdziła w końcu, że siedzenie i bezskuteczne szukanie w pamięci symptomów, które zignorowała, choć mogły ostrzec ją o sytuacji, średnio wpływa na poprawę humoru i lepiej zająć się czymś konstruktywnym. Pewnie zwiększył jej dawkę po przeprowadzce, zdecydowała.
- Jak nas znaleźliście?
Odnalazła wzrokiem Weasleya, machającego różdżką nad jakąś oporną oponą.
- Ron może podziękować bratu w moim imieniu za świetnie działającego Anty-Złodzieja.
- O, serio? Nie wiedziałem, że jeszcze utrzymujecie kontakty.
Widząc zdziwiony wzrok kuzynki, Zabini wyjaśnił:
- Odkryliśmy dzisiaj z Weasleyem, że nasze rodziny coś jednak łączyło w przeszłości.
- A ja poznałem historię pewnego Teatrzyku – dodał Harry. – Swoją drogą, przyjmij najszczersze gratulacje. Chciałbym zobaczyć minę Snape'a w tamtym dniu.
- Nie chciałbyś. Przez moment sądziłam, że jednak mnie wyrzucą.
- Aż tak?
- Mhm. To wtedy poznałam różnicę między nauczycielem wkurzonym, a nauczycielem wkurwionym.
Blaise wstrząsnął się przesadnie.
- Coś ty, Dumbel nigdy by mu nie dał takiej satysfakcji.
- I tak ją szybko dostał – skrzywiła się nieznacznie.
- Jak to? – zdziwił się Harry.
- Nigdy nie skończyłam Hogwartu – wyjaśniła.
- Dlaczego- zapytał szybciej niż pomyślał i natychmiast ugryzł się w język. Przez moment był prawie pewien, że Zabini mu przyłoży, ale Amanda najwyraźniej nie obrażała się o byle paplaninę.
- Problemy rodzinne. Przeniosłam się do mugolskiej szkoły.
Harry miał oczy jak spodki, ale nie doczekał się dalszych wyjaśnień, jako że właśnie w tym momencie wrócił Phil. Spojrzał na Rona, ale przyjaciel nie wydawał się być zainteresowany przedwcześnie przerwaną konwersacją. Dziwne.

Auror wyjął z kieszeni opony, obecnie wielkości pudełka herbatników, i przywrócił im oryginalną wielkość.
- Teraz trzeba tylko je założyć. Pomóż mi Blaise.
- Jeszcze czego – warknęła jego siostra – on ma trzymać łapy z daleka od mojego samochodu do następnego zlodowacenia.
- Och, nie bądź taka pryncypialna – parsknął Phil.
- I optymistycznie nastawiona do przyszłości świata – dodał Ron niedbale. Szybko przyzwyczaił się do jej obecności, po wszystkich opowieściach braci wydawała mu się prawie znajoma.
Uśmiechnęła się leciutko.
- Niech wam będzie, co mam zrobić z bandą ograniczonych horyzontalnie facetów?
- Horyzontalnie to dlatego, że jak już jakaś baba sprowadzi ich do pozycji poziomej, to ograniczenie potrafią myśleć tylko o niej? – zapytał niewinnie Blaise.
- Chyba tylko o jedynym – sprostował Ron, u wyraźnej uciesze Amandy.
- I ty, Weasleyu, przeciwko mnie? – Blaise teatralnym gestem przyłożył dłonie do serca i spojrzał na adwersarza wzrokiem hipogryfa na diecie warzywnej.
Wszyscy się roześmieli. Harry nie mógł opędzić się od wrażenia, że od tego dnia przeklinanie ogółu Ślizgonów już nie będzie takie, jak dotychczas.
- Zabini, spadaj stąd, dopóki jeszcze mam cierpliwość – mruknęła Amy, ale bez złości. Chłopka wyszczerzył się radośnie i poszedł z Philipem do samochodu. Dziewczyna chwilę patrzyła ni nich.
- Może wy mi to wytłumaczycie? – zapytała nagle prawie od niechcenia - Dlaczego, do ciężkiej cholery, chcieliście pozbyć się moich opon?
- Wcale nie pozbyć - zaprotestował Ron – tylko, yyy, no...
- Tak?
- Yyyy... – tym razem Harry popisywał się elokwencją.
- Panowie!
- No bo my tak naprawdę nie wiemy – przyznał wyjątkowo uczciwie Ron. – To znaczy, chcieliśmy się nauczyć zatrzymywać samochód różdżką.
- I zwykłe Motor Extinctum wam nie wystarcza?
- No więc właśnie dokładnie o tym zaklęciu nam się zapomniało – Gryfon nawet się nie zająknął. – Poszliśmy do Hermiony, ale ona zaklęć technicznych też zbyt wielu nie zna. Obiecała poszukać, a do tego czasu poddała pomysł, żeby transmutować kształt kół.
Jęknęła.
- Ale po co wam to było?
- Eee, na wypadek pościgu – Harry czuł, że jest czerwony jak serduszko z walentynkowych kartek. Amy wzniosła oczy ku niebu, ale się nie roześmiała.
- To ciekawe. Moim zdaniem Diffindo byłoby skuteczniejsze.
Ugh. Przecież to było tak oczywiste! Jak Hermiona mogła na to nie wpaść?
- Chyba nie wiedziała, że te samochody można uszkodzić, w końcu powiedzieliśmy jej, że to Lefta – szepnął Harry Ronowi, jakby zgadując myśli przyjaciela.
Obserwując reakcje niefortunnych ćwiczeniowców, dziewczyna postanowiła nie drążyć tematu. Była pewna, że już zna odpowiedź.

Skończyli porządki i Amy z westchnieniem opadła na pieniek, wyjmując paczkę papierosów.
- O! Już wiem, od kogo Bill nauczył się palić mugolskie fajki – ucieszył się rudzielec.
Amy uśmiechnęła się pod nosem.
- Czyżby w końcu się wydało? Molly jest strasznie zła?
- Mama chyba jeszcze nie wie.
- Kwestia czasu. A Fleur? – zainteresowała się. – Przed nią też się krył.
- Kto go tam wie – Ron ciągle nie wybaczył bratu Erectusa – ale ostatnio chodził tak wkurzony, że może i tak.
Amy chciała zapytać o coś jeszcze, ale właśnie wtedy wrócili Philip i Blaise.
- Gotowe – stwierdził Phil.
- Już? – zdziwiła się Amanda. – A prosiłam, żeby bez magii.
- To trzeba wozić w bagażniku warsztat samochodowy – zdenerwował się Phil. – Nie narzekaj.
Wzruszyła ramionami.
- Podrzucić was pod Kocioł, czy aportujecie się od razu stąd?
Harry i Ron popatrzyli po sobie, ale Blaise potrząsnął głową.
- Ja podziękuję, muszę wpaść do domu i dać się wyoglądać ze wszystkich stron, żeby mogli się upewnić, że mi jeszcze garby nie wyrosły i ciągle nie jestem wielbłądem.
Amy popatrzyła na niego ze współczuciem, ale chłopak zajęty był bardzo wyłamywaniem palców i nie wykazywał żadnej chęci do kontynuowania rozmowy.
- Jasne. A wy- uśmiechnęła się do Harry'ego i Rona.
- Dzięki damy sobie radę.
- Jak chcecie. W każdym razie, miło było was poznać.
Trochę trwało, zanim pożegnali się z wszystkimi. Na odchodnym Amy rzuciła jeszcze za siebie:
– A z panem, panie Zabini, nie skończyłam sprawy.
- Do końca życia będziesz mi to wypominać – mruknął.
- A może jeszcze dłużej – przyznała złowieszczo. – Na razie.
Pomachali im na pożegnanie.

Rodzeństwo nie odjechało jednak od razu, wywiązała się jeszcze sprzeczka o to, kto ma prowadzić. Z braku logicznych argumentów słownych, spór wygrał ten, kto miał kluczyki. Amanda wsiadła zrezygnowana od strony pasażera.

Harry, Ron i Blaise patrzyli chwilę za odjeżdżającym samochodem.
- No – powiedział w końcu Ślizgon – to ja się będę zbierał, jeśli chcę wrócić na kolację.
- Nie zostajesz w domu? – zdziwił się Ron.
- Nie – uciął krótko Blaise. Nie miał zamiaru o tym mówić.
- Cóż, w takim razie, eee, miłych odwiedzin? – niepewnie zasugerował Harry.
Zabini kiwnął głową, nie wiadomo, w podzięce czy pożegnaniu, ale nie deportował się natychmiast.
- Słuchaj, Potter, mógłbym cię prosić o przysługę?
- Dawaj – Harry stwierdził, że nic go już dzisiaj nie zdziwi.
- Mógłbyś transmutować mi ciuchy w coś bardziej prawomyślnego?
No tak, rodzicom Blaise'a zapewne nie spodobałby się fakt, że syn paraduje cały dzień w mugolskich dżinsach. Harry ze zdziwieniem uświadomił sobie, że po zajęciach nigdy nie widział go w czymś innym.
- Jasne, nie ruszaj się.
- Tylko nie purpurowo-złote, błagam – jęknął jeszcze Ślizgon, zanim przystąpiono do redekoracji jego osoby. Trochę trwało zanim osiągnęli zadowalający wynik, bo Ron bezczelnie podjudzał Harry'ego do wyczarowywania najbardziej staroświeckich modeli. W końcu jednak znudziła im się ta zabawa i Zabini został w prostej, czarnej szacie.
- Dzięki – przeczesał palcami włosy. Wcale nie miał ochoty na tę wizytę. Z lekkim szokiem uświadomił sobie, że wolałby spędzić ten wieczór z Gryfonami. – Słuchajcie, naprawdę się cieszę, że...
- Wiemy – przerwał mu Ron. – My też. I słuchaj, idziemy dzisiaj do Hermiony. Może wpadniesz do niej, jak już wrócisz? Jest świetna z transmutacji. Na pewno ci pomoże, w końcu dzisiaj niewiele się nauczyłeś.
- Ślizgonowi? – nie dowierzał Blaise.
- I co z tego? Ty jej od szlam nie wyzywałeś. Co będziesz sam w pokoju siedział?
Harry w duchu pokładał się ze śmiechu. Nigdy by nie przypuszczał, że jego przyjaciel zaproponuje coś podobnego jakiemukolwiek Zielonemu. Na zewnątrz jednak prezentował najszerszy ze wszystkich swoich uśmiechów. Ronowi podokucza później, na razie trzeba przekonać Zabiniego, żeby się zgodził.
W sumie nie trzeba było namawiać go zbyt długo.
- No dobra. Wpadnę.
Ustalili ostatnie szczegóły i pożegnali się na kilka godzin.

14.

- Wracasz do domu? – spytała Amanda, kiedy wyłączył silnik.
- Tak, w sumie to tak. Muszę jeszcze tylko uzupełnić składniki.
Przygryzła dolną wargę.
- Przepraszam – rzucił szybko. Poderwał się z fotela, ale złapała go za rękę. – Alice czeka.
Puściła go. Nachylił się i szybko musnął wargami jej policzek. Spróbowała uśmiechnąć się na pożegnanie.

15.

Kiedy umilkł trzask deportacji, Harry w końcu mógł się zachować tak, jak dyktowało mu serce.
- Chyba umrę. "My też", "może wpadniesz". Ronaldzie Weasley, może ty naprawdę zbyt uważnie słuchałeś Lefta? Takiś do siebie niepodobny.
- No co? – burknął Ron. Nie podzielał rozbawienia przyjaciela. – To kuzyn Llewellynów, co trochę zmienia postać rzeczy.
Harry spoważniał.
- To aż tak się dla ciebie liczy?
- Jasne. Philip i Amanda to najlepsi szkolni przyjaciele Billa.
- Mimo że Ślizgoni?
- Philip był Krukonem – sprostował. – Ale poznałeś ich, ja tam się przestałem dziwić.
- To czemu tak cię zaskoczyło, że Bill dał Amy prezent na urodziny?
- Słyszałeś, nie skończyła Hogwartu. Myślałem, że zerwała wszystkie kontakty z naszym światem.
- Dlaczego? – powtórzył Harry.
Ron zastanawiał się przez chwilę.
- Sam nie wiem, jak było do końca. Na piątym roku ich ojciec zginął w wypadku przy warzeniu eliksiru. Śliska sprawa, bo od dawna miał na pieńku z krewnymi i trochę ich podejrzewali, ale dowodów nie było.
- O co im poszło?
- Różnice światopoglądowe, jego rodzina chyba za bardzo pochwalała działania Sam-... Voldemorta – powiedział niechętnie. Ciągle nie lubił wymawiać tego imienia. – A on sam ożenił się z mugolaczką. Niestety zmarła, kiedy dzieci były jeszcze bardzo małe.
- Och.
- No właśnie. Kiedy sam zginął, ktoś się musiał nimi zająć. Synowie byli już dorośli, ale Amy... W każdym razie, okazało się, że opiekę nad córką przekazał rodzicom żony, z którymi zresztą mieszkali przez cały czasy. Rodzinka usiłowała do tego nie dopuścić, więc dziadkowie zabrali dziewczynę z Hogwartu zaraz po SUMach.
- Nie protestowała? – zdziwił się Harry. – Ot tak wyrzekła się magii?
- Nie wyrzekła się. Po prostu nie skończyła szkoły. Jak uzyskała pełnoletność, czarować mogła do woli. Sam zresztą widziałeś, różdżką i aportacją posługuje się bez zarzutu.
- Niby racja.
Harry przetrawiał nowe wiadomości i przestał zarzucać Rona pytaniami. Ten w końcu nie wytrzymał.
- Słuchaj, tyłek mi odmarza. Spadajmy stąd, co?
Zabrali swoje rzeczy i aportowali się w bezpiecznej strefie wokół szkoły. Do umówionego spotkania z Hermioną mieli jeszcze trochę czasu, więc postanowili wpaść do Kotła na małe kremowe. Zrobiło się naprawdę chłodno i potrzebowali rozgrzewki. Poza tym, podejrzewali ciężką przeprawę z przyjaciółką, przed którą chcieli się wzmocnić.

16.

- Powiedzieliście Ślizgonowi, że mu pomogę w transmutacji?
- No. Nie gniewaj się Miona, ale to przez nas stracił cały dzień nauki. No i chcieliśmy oszukiwać, a on nie. To było nie fair. Kurde, sami byśmy mu pomogli...
- ...gdybyśmy myśleli, że to cokolwiek da – dokończył posępnie Harry. - Proszę cię, Miona, ten ostatni raz. Odwdzięczymy się. Jakoś – uśmiechnął się nieśmiało do dziewczyny.
Hermiona potrząsnęła burzą włosów, wymruczała pod nosem coś, co zabrzmiało jak: "I co ja mam zrobić z wami dwoma?" i machnęła ręką.
- Dobra, zobaczymy jak przyjdzie. Jeśli w ogóle przyjdzie. Bo jak znam Ślizgonów, to uzna, że nie potrzebuje pomocy od – wykrzywiła się nieładnie – brudnej szlamy.

Godziny wieczorne mijały i wyglądało na to, że dziewczyna miała po raz kolejny rację. O dziesiątej przestali spoglądać na zegar na ścianie i zajęli się własną pracą, zgodnie uznając, że to, co zdarzyło się tego dnia było raczej jednorazowym wypadkiem i ich kontakty z Zabinim wrócą do miejsca, w którym były po rozmowie w bibliotece. I obaj starannie starali się ukryć przed tym drugim fakt, że czują się rozgoryczeni i oszukani. Ale w końcu, czego można się spodziewać po Ślizgonie?

Za dziesięć jedenasta ktoś zapukał do drzwi. Hermiona ze zdziwienia potrąciła kałamarz, atrament rozlał się na jej prawie skończonym eseju ze "Współczesnych teorii numerologicznych".
- Proszę.
Drzwi uchyliły się lekko i na progu stanął Blaise Zabini. Od razu zauważyli, że stało się coś niedobrego. Blada twarz, rozczochrane włosy, dłonie zaciśnięte w pięści to znaki, które trio aż zbyt często widywało w ciągu swoich siedmiu lat w Hogwarcie. Lat, które obfitowały w złe nowiny.
- Przepraszam, że tak późno – wymamrotał chłopak, chowając ręce do kieszeni szaty, w którą ubrał go Harry – Philip zginął wieczorem – powiedział bezradnie – Na Nokturnie. Pomyślałem, że chcielibyście wiedzieć.