Krótka metryka one-shota:

Tytuł: Jak Bakura stracił swój tytuł

Data powstania: 11.07

Pairing: brak

Gatunek: Humor, Parody

Rating: M (Bakura i ten jego niewyparzony język...)

Inspiracja: seria gier Tekken firmy Namco

Dodatkowe informacje: Jak w przypadku LoLa, nie trzeba znać mechanik Tekkena, żeby czytać. Ale dla porządku: Tekken to całkiem niezła bijatyka, a Nina i Hwoarang to postacie, którymi się walczy :)


Jak Bakura stracił swój tytuł

- Hej, Bakura! Ziemia do Bakury! Walka się zaczyna! Obudź się, Śpiąca Królewno!

Przecież ja wcale nie śpię, tylko zbieram siły na kolejną walkę, pieprzona cioto! Nie było niestety czasu, żebym mógł się odezwać i obrazić mojego przeciwnika najbardziej znienawidzonym przez niego wyzwiskiem. Kiedy wróciłem do rzeczywistości i spojrzałem na ekran telewizora, na małej polnej łączce skąpanej w świetle księżyca właśnie zmaterializowali się nasi zawodnicy. Odetchnąłem więc głęboko i ścisnąłem mocniej pada.

Dobra, Bakura, weź się w garść. Trzeba wreszcie pokazać temu cwaniaczkowi, kto w tym pokoju jest prawdziwym królem gier!

- Fight!

Pojedynek się rozpoczął. Obaj zaczęliśmy maltretować swoje pady tak mocno, aż trzeszczały – miałem wrażenie, że ustrojstwo zaraz rozsypie mi się w rękach! Kilka minut, mnóstwo wrzasków i wiele przekleństw później, moja ukochana Nineczka ledwie zipała, ten dupek Hwoarang niemalże umierał z paskiem życia wielkości rysika od ołówka, a ja na serio zastanawiałem się, dlaczego nikt do tej pory nie zadzwonił na policję albo nie kazał się nam zwyczajnie, po ludzku, przymknąć. Czyżby Ryou i Karzełek już ogłuchli? Prawdę mówiąc, w ogóle nie zdziwiłbym się, gdyby tak było. W końcu darliśmy się jak opętani, dopingując nasze postacie i wyzywając siebie nawzajem.

- No dalej, maleńka, jeszcze jeden porządny cios i facet wącha kwiatki od spodu! Dasz radę! - zawołałem w stronę ekranu, żeby zmotywować nie Ninę, ale samego siebie do odpowiedniego działania.

- Jeszcze czego! - usłyszałem krzyk swojego przeciwnika. - Raczej ta twoja Nineczka zaraz pójdzie do piachu! Hwoarang, dokop jej!

- Po moim trupie! - odwrzasnąłem wściekle, wymachując padem. - Tym razem nie wygrasz, do cholery! Już ja się o to postaram!

- Spójrz prawdzie w oczy, to twój koniec! I nie udawaj, że jest inaczej! - zadzierał nosa mój rywal. - Lepiej się poddaj, bo i tak skopię ci tyłek moim Tae Kwon Do!

- Nie tym razem! Słowo daję, jeśli znowu przegram, nie nazywam się Król Złodziei! - wydarłem się w szewskiej pasji, nawet nie zwracając uwagi na to, co właściwie powiedziałem.

Prędko musiałem się uspokoić, bo wtedy w tym samym momencie obaj wycofaliśmy swoje postacie do przeciwnych krańców areny i chyba po raz pierwszy od rozpoczęcia walki naprawdę ucichliśmy. Zerknąłem przelotnie na swojego przeciwnika. Skupiona mina, zacięty wzrok, pewnie oceniał sytuację. Cóż, i dla mnie, i dla niego sprawy przedstawiały się dość nieciekawie. Zaledwie jeden cios dzielił Ninę oraz Hwoaranga od śmierci. Ten z nas, który jako pierwszy wyprowadzi skuteczny atak, wygrywa.

To dopiero emocjonująca rozgrywka!

Dobrą minutę siedzieliśmy w totalnym milczeniu, wpatrując się ekran jak sroka w kość. Żaden z nas nie wykonał żadnego ruchu, bojąc się pochopnych decyzji. Napięta atmosfera coraz bardziej mnie przygniatała. Zacząłem się obawiać, że to ja wybuchnę i zaatakuję pierwszy. No bo ile można czekać na jakikolwiek ruch, się pytam?! Pikawa mi wysiądzie z tego wszystkiego! Nigdy w życiu się tak nie stresowałem!

Nie wytrzymałem.

Zacisnąłem zęby i zmusiłem moją Nineczkę do biegu. Na pewno będzie się spodziewał wślizgu, zwykle tak gram, dlatego wystarczy zaatakować z wyskoku i po krzyku. Dystans dzielący nasze postacie zmniejszał się z szybkością błyskawicy. Moje małe czarne serduszko przyspieszyło jeszcze bardziej, kiedy wcisnąłem odpowiedni guzik i Nina wybiła się w górę, długim czarnym obcasem celując prosto w głowę drugiej postaci. Uśmiechnąłem się pod nosem. Mój przeciwnik do tej pory nie zareagował. Wygraną miałem w kieszeni.

Jak to mówią, nadzieja matką głupich.

W ostatniej chwili Hwoarang wyskoczył Ninie na spotkanie z nogą gotową do zadania ciosu. Jak na zwolnionym filmie widziałem obydwoje zawodników, szybujących ku sobie w bojowych pozach. Ostatnia sekunda i...

SERIO?!

- KO! Hwoarang wins!

- NIEEEEEEEEE! - wydarłem się na całe gardło w kierunku telewizora.

- Hahaha! Wygrałem, wygrałem!

Szlag! Z furią cisnąłem padem o podłogę. Dwudziesty raz z rzędu przegrałem pojedynek w Tekkena 5! I to z kim! Drżąc z tłumionej złości spojrzałem w prawo, gdzie królujący na sofie Yami z szerokim uśmiechem na ustach podskakiwał radośnie, wymachując rękami i nogami. Jakby tańczył jakąś dziwną odmianę Harlem Shake. Albo dostał ataku padaczki. Albo zawału, albo udaru słonecznego, albo, albo...

Bogowie, trzymajcie mnie, zaraz go uduszę! Jak ja nienawidzę, kiedy jest taki szczęśliwy! Cholerny drań!

- Wygrałem, wygrałem! Musisz się bardziej postarać, żeby mnie pokonać, Królu Złodziei! W końcu jestem Królem Gier! - triumfował dalej Faraon. Wreszcie opanował się, usiadł po turecku na kanapie i z błyszczącymi oczami uśmiechnął się złośliwie. - Ach, najmocniej przepraszam! Chciałem powiedzieć, były Królu Złodziei! Wygląda na to, że straciłeś swój tytuł, mój drogi!

Co, kurwa? Przez chwilę patrzyłem się na Yamiego, nie rozumiejąc puenty jego przytyku. A potem dotarło do mnie, co w ferworze zdarzeń zapowiedziałem w razie swojej przegranej.

Jasna cholera! Z tym „Nie nazywam się Król Złodziei" to mogłem zaczekać!