A/N: Trochę smutno i za oknami, i autorce sagi RI. Walnęłabym filozoficzny wywód, ale to nie miejsce na to xD.
Dziękuję bardzo za wszystkie opinie - dają mi one siłę, by planować i pisać dalej to opowiadanie. :) Kocham Was, jesteście naprawdę super.
Rozdział VI
Powietrze w górach na Rice Island było chłodne i bardzo przenikliwe - może właśnie dlatego Zoro nie mógł w spokoju zasnąć przed jaskinią, gdzie jego towarzysze rozbili obóz. Oczywiście, on dostał za zadanie pełnienie warty, nawet przez sen. Noc była ciemna jak atrament, a niebo całkowicie bezgwiezdne. Miło było leżeć i patrzeć na krajobrazy, ale ile można? Zoro musiał się przespać chociaż dwie godziny, żeby jutro mieć siłę na dalszą wędrówkę. Cała załoga pochrapywała smacznie po swawolach, jakie urządziła po kolacji. Nawet Sanji uległ ogólnemu rozweseleniu – tańczył, śpiewał, a do herbaty, którą popijali, co rusz dolewał po kilka kropel procentowego płynu. Roronoa naprawdę świetnie się bawił, lecz byłoby lepiej, gdyby mógł teraz zdrzemnąć się w cieple, bez tego wiatru kłującego szpilami mrozu. Wolał nie ryzykować skradania się do bagaży i szukania swej kurtki, bo nie wiedział, gdzie ona jest. Trudno, jakoś przeżyje.
Zoro popatrzył na rękawy koszuli, którą dostał od Rimy. To był zły pomysł, że nie założył swojej bluzki przed tą wyprawą. Jego spodnie miały już parę strzępów na dole, a koszula wybrudziła się w paru miejscach. Rima raczej nie będzie tego miała za złe, ale… Właśnie. Rima. Ostatnio pojawiała się w jego myślach aż nazbyt często. Czy to z powodu rozmowy, którą mają przeprowadzić sam na sam, na temat Rice Island? Możliwe. Zoro usiadł i oparł czoło na pięści. Koszula pachniała nią. To było takie… Dezorientujące. Dziwne. Inne, niż dotychczas.
Szermierz podwinął rękaw koszuli i odwiązał bandaż. Tak, jak myślał – rana całkiem porządnie się goiła. Nawet nie potrzebował już żadnego opatrunku, lecz umieścił bandaż z powrotem na ramieniu. Rima nieźle by się zdziwiła, gdyby ujrzała, jak szybko goją się jego skaleczenia. To nie było nic dziwnego, w końcu dużo spał.
Chwilę później, jak wydawało się Zoro, usłyszał ciche trzaski parę metrów od siebie. Uchylił jedno oko rejestrując, iż słońce na niebie jest już całkiem wysoko. Pięknie, czyli w końcu zasnął, ale na jak długo! Zerknął w stronę źródła odgłosów i ujrzał Sanjiego ustawiającego talerze na ziemi. Kucharz musiał szykować śniadanie. Do Roronoy powróciły wspomnienia z wczorajszego wieczora. Nie zauważył, żeby po tym czułym geście, jakim obdarzył blondyna, relacje między nimi jakkolwiek się zachwiały. Żartowali i śpiewali jak zwykle, a nawet udało im się dwa razy pobić.
„Skoro Sanji robi śniadanie, to nie ma co się zrywać. Potem ich obudzi" pomyślał Zoro, przekręcając się na drugi bok i z błogością zamykając oczy. Sen jeszcze całkiem nie odszedł, choć zimne powietrze dało o sobie znać ze zdwojoną siłą. Chyba będą musieli wypakować kurtki szybciej, niż myśleli.
Nagle Roronoa poczuł, jak coś opada na jego ciało. Coś całkiem grubego, ale i ciepłego. Zamarł, kompletnie się tego nie spodziewając. Ponownie uchylił lekko jedno oko i ujrzał oddalające się plecy Sanjiego, który zapalał kolejnego papierosa. Serce szermierza przyśpieszyło. To było nierealne, żeby Sanji przykrywał go, gdy śpi… Co to miało w ogóle znaczyć ze strony brewki? Zoro zaczął się zastanawiać, co takiego zrobił, że kuk zaczął go tak… Inaczej… Traktować. Nie publicznie, o nie, tylko w takich chwilach jak ta, czy wtedy na statku. Sanji najmniej tolerował go z całej załogi („I vice versa" skomentował kąśliwie w myślach szermierz), lecz nie zachowywał się tak wobec Luffy'ego czy nawet Nami.
„Kolejna rzecz, którą muszę z kogoś wyciągnąć" westchnął cicho Zoro. Musi się dowiedzieć, co stoi za zachowaniem tego kucharzyka.
A może to Nami kazała mu jakoś lepiej się zachowywać? Nie, to nie mogło być to. Gdyby Nami coś mu rozkazała… Nie da się ukryć, że Sanji był głupim kobieciarzem.
Zoro leżał jeszcze przez chwilę, aż otrząsnął się z rozmyślań i podniósł do pozycji siedzącej. Ciepły płaszcz zsunął się na ziemię. Blondyn robiący śniadanie nawet nie podniósł głowy słysząc, jak szermierz wstaje i składa płaszcz. Roronoa podszedł do kucharza, odkładając złożone nakrycie koło plecaków.
-Nie przeszkadzaj – syknął cicho Sanji, komponując na talerzu smakowicie wyglądające danie.
-Nie mam zamiaru, kuk – odparł, siadając na ziemię. Wyciągnął swoje katany z pochew i zaczął je bardzo dokładnie oglądać. Stal była idealna, nie wymagała nawet polerowania czy ostrzenia.
-Co tak wcześnie, marimo? Nie jesteś rannym ptaszkiem.
Zoro zawahał się. Czy dogryzanie Sanjiemu na temat jego nagłej troski wobec szermierza będzie w porządku? Wolał nie ryzykować, dopóki nie domyśli się, co kuk odstawia, więc powstrzymał kąśliwą uwagę na temat przykrywania.
-Teoretycznie pełnię wartę, chociaż to głupota. Tak wysoko nikogo nie ma.
-Durne marimo! – Parsknął kucharz, przewracając słoiczek z przyprawą. Zaklął cicho po francusku. –A lawina? Dzikie zwierzęta?
-Spokojnie, w jaskini twojemu bóstwu przekrętów Nami włos by z głowy nie spadł.
Sanji prychnął.
-Nie mówiłem o Nami, palancie.
Roronoa znów na chwilę osłupiał. To naprawdę robiło się coraz dziwniejsze. Skoro nie mówił o Nami, to znaczy, że… Niemożliwe.
-To nie jest zabawne, zboczeńcu! – Obruszył się, lecz zaraz ściszył głos. –Myślisz, że bym sobie z tym nie poradził, tak?
-Co? – Zdziwił się Sanji i westchnął. Ten tępy glon nic nie rozumiał, w dodatku ciągle mylnie odczytywał to, co kucharz do niego mówił. Gdzie on się uchował? –Wiesz co? Lepiej się zamknij, bo rozmowa z kimś na twoim poziomie uwłacza mojej inteligencji.
-Ty skurwielu – Zoro wymierzył cios pięścią w twarz Sanjiego dosłownie w tym samym momencie, gdy Sanji usiłował kopnąć szermierza w szczękę. Zoro złapał nogę Sanjiego w powietrzu i pociągnął do góry tak, że kucharz stracił równowagę i przewrócił się na ziemię. Blondyn drugą nogą zarysował na ziemi płasko łuk i podciął Roronoę, który upadł na podłoże z głośnym hukiem. Z jaskini dobiegły ich przekleństwa Nami i Usoppa.
-Głupi glon! – Warknął Sanji i wrócił do robienia śniadania. Zoro przeszedł dzisiaj samego siebie.
-Ero kuk – mruknął Zoro, waląc kucharza po głowie i odchodząc jak najdalej od niego.
Mimo tych wszystkich zdarzeń, gdy szermierz otrzymał swoje śniadanie, zdał sobie sprawę, że posiłek nie wygląda gorzej od tego, co miała na talerzu Nami. W dodatku smakowało idealnie, choć mógł zadowolić się nawet zwiędłymi warzywami i kawałem nienajświeższego mięsa. Słomiane Kapelusze napełniły brzuchy, spakowały wszystko i ruszyły w dalszą drogę, w poszukiwaniu Kręgu Straceńców.
Im wyżej wchodzili, tym bardziej zbocze robiło się kamieniste i strome. Zoro omijał przeszkody bez trudu, lecz trzymał się na końcu grupy, jak zawsze.
-Hmm, dokąd powinniśmy iść? – Mruknął Usopp, zatrzymując się gwałtownie i przez swoje gogle rozglądając się po okolicy.
-Dobre pytanie – Sanji wyrzucił niedopałek gdzieś za siebie. –Nie wiemy kompletnie nic, a przeszukiwanie może zająć nam kilka dni. Te góry są ogromne.
-Pamiętacie, co powiedziała Rima? Wszystkie drogi do Kręgu zostały zniszczone – odezwał się Zoro, zaciskając mocniej węzeł na ramieniu. Nami pokiwała głową, a Luffy stał ze znudzoną miną, bujając się na boki.
-Nie możemy iść więc żadną ścieżką… - Zamruczała nawigator, zapisując coś w notesiku.
-Cholera, jesteśmy w kropce – lamentował Usopp. –Nic a nic nie wiemy!
-Troszkę logiki, panowie… To było miejsce egzekucji, które wybrał sam okrutny władca, prawda? Wszyscy na Rice Island doskonale znają tę historię. Gdybyście byli królami, gdzie byście wybrali takowe miejsce?
-Na centralnej, największej górze – przerwał ciszę Roronoa i zerknął na zachód.
-Otóż to, Zoro… Ale największa góra jest na wschodzie – Nami uśmiechnęła się z zakłopotaniem, a Sanji i Usopp wybuchnęli śmiechem. Kucharz czuł dziwne ciepło wyśmiewając się z szermierza. Taki silny wojownik, a zgubiłby się na pustym polu. Zoro zmarszczył brwi, a jego katany niebezpiecznie zaklekotały. –Niestety, góry nie mają ze sobą żadnych połączeń, więc musimy zejść na dół i zacząć wspinać się od nowa.
-NIE MOGLIŚMY USTALIĆ TEGO WCZEŚNIEJ?! – Ryknął Usopp. Nami wzruszyła ramionami, a Sanji stanął przed nią z groźnym wyrazem twarzy.
-Jak śmiesz krzyczeć na Nami-san! – Warknął, kopiąc Usoppa w twarz. Spór przerwał nagle donośny trzask, a potem huk, niosący się echem po górach. Wszyscy spojrzeli w stronę źródła hałasu. Luffy siedział na zwalonym pniu drzewa, ciesząc się do siebie i rozglądając za swoim kapeluszem.
-To nie pora na zabawę! – Zawołał Sanji.
-Oi, Luffy zrobił most! Zobaczcie! – Zoro wskazał na dalszą część konaru. Zwalone drzewo było tak długie, że sięgało koroną na sąsiednią górę, i tak szerokie, że można było po nim w pojedynkę przejść.
-Tak, pomysłowe, ale musimy się dostać na tamtą górę – Nami wskazała przeciwny kierunek. Zoro westchnął, lecz Luffy pobiegł radośnie w tamtą stronę i po chwili usłyszeli trzask kolejnego łamanego drzewa. Ziemia zatrzęsła się jeszcze mocniej niż poprzednim razem.
-Hura, idziemy! – Zawołał Usopp. Zoro jednak zatrzymał się w miejscu. Coś było nie tak. Wstrząs po uderzeniu drzewa trwał całkowicie za długo, w dodatku z góry zaczynały dochodzić dziwne dźwięki.
-Zoro, chodź! – Krzyknął Luffy, wchodząc na konar i idąc pewnie na drugi koniec. Szermierz puścił się biegiem przed siebie.
-Szybko! Wchodźcie na drzewo! – Zakomenderował, popychając przed siebie Sanjiego i Usoppa.
-Co…? – Zdziwił się Sanji, lecz po chwili już wiedział, CO. Ze szczytu góry schodziła wielka, kamienna lawina, zapewne wywołana wstrząsami, jakie spowodowało zwalenie obu drzew na ziemię. Kamienie zsuwały się z zawrotną prędkością. Szermierz widząc, że Usopp i Sanji nadal ledwo wiedzą, co się dzieje, złapał ich obu za ręce i pociągnął w stronę drzewa. Po paru sekundach Usopp wskoczył na konar, za nim czekał Sanji, a Roronoa patrzył na staczające się kamienie, modląc się, by się pośpieszyli. Od dawna musiało nie padać w górach, skoro kamienie tak łatwo odrywały się od zbocza i kruszyły. Usopp był w połowie drzewa, gdy Zoro poczuł pierwszy deszczyk kamieni na plecach.
-Sanji! – Warknął, i kucharz posłusznie wdrapał się na drzewo. Nie mogli iść we dwójkę, bo jakby jeden się ześlizgnął, spadliby obaj. Blondyn ruszył przed siebie, a Zoro wskoczył na konar, gdy Usopp znalazł się na przeciwnym końcu. Ledwie udało mu się zrobić krok, kiedy pień się zachwiał i przetoczył w lewo. Wszystko rozegrało się jakby w zwolnionym tempie – Roronoa zrobił uskok w górę, żeby nie stracić równowagi, lecz Sanji ześlizgnął się w dół, zaciskając palce na korze drzewa. Szermierz przez chwilę naprawdę się przeraził, że mógł spaść. Obejrzał się do tyłu i ujrzał kamienie doganiające zwalony pień drzewa.
-Sanji, szybciej! – Popędził blondyna, dobiegając do miejsca, w którym się ześlizgnął.
-Nie mogę wejść, cholera! – Kucharz trzymał się małego żłobienia w korze, a znaczna siła grawitacji ciągnęła go w dół. Nie miał siły złapać się drugą ręką, a zarzucenie nogi było niemożliwe. Szermierz przyklęknął, złapał Sanjiego za ramię, pociągnął i… Wciągnął na plecy.
-Zgłupiałeś, marimo? Sam dam sobie radę! – Jęknął blondyn, gdy Zoro biegł w stronę przyjaciół. Roronoa ostatni raz obejrzał się do tyłu.
-Nie, nie dałbyś rady! – Wybił się wysoko w górę, dokładnie w momencie, kiedy konar przetoczył się w prawą stronę i spadł do wąwozu, roztrzaskując się o skały. Szermierz wylądował zgrabnie na zboczu góry koło Luffy'ego i dopiero wtedy puścił ramiona Sanjiego. Kucharz, nie spodziewając się tego, upadł na tyłek z wielkim hukiem. Nami zachichotała.
-To było to! – Cieszył się Luffy, biegając w kółko i się śmiejąc. –PRZYGODAAA~!
-Debil – mruknął Zoro, siadając na ziemi. Ukradkiem spojrzał na blondyna, który jeszcze chyba nie zdążył otrząsnąć się z adrenaliny. Sanji siedział na kamieniu ze wzrokiem utkwionym przed sobą i nawet nie mrugał. W końcu jakby oprzytomniał i sięgnął do plecaka.
-Oi, przydałoby się napić – rzucił każdemu bukłak z wodą. –Luffy, nie pij wszystkiego na raz!
-Wiecie, mnie się całkiem podobało! – Zaczął gadać Usopp, któremu wciąż drżały nogi. –Gdyby nie moja pomysłowość, nie stalibyśmy tutaj!
Nami uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami, popijając wodę. Podobało jej się to, co zrobił Zoro. Chociaż na co dzień w wielu sytuacjach wydaje się nieczułym neandertalczykiem… On po prostu nie umie okazywać żadnych uczuć, żadnych gestów sympatii czy czułości. Stworzył wokół siebie tak gruby i wysoki mur... Bo co to jest, łapanie za ramię podczas wspólnego tańca? No i, czemu Roronoa wybudował ten mur? Czy to po to, by być bardziej silnym i bezwzględnym wojownikiem? Dużo podróżował, może więc ta bariera nie powstała tylko z inicjatywy Zoro. W końcu, po co się przywiązywać, skoro zaraz odejdzie się w inne miejsce… Nawigator zdała sobie sprawę, jak mało wie o szermierzu. Zerknęła na Sanjiego. Taa, ten nie ma ŻADNYCH problemów z okazywaniem uczuć, co i rusz klejąc się do pięknej dziewczyny. Sanji mógłby poduczyć Zoro w tej kwestii.
Uśmiech wypłynął na usta rudej, gdy oddawali kucharzowi bukłaki i ruszali w dalszą drogę.
Kierowali się jak najbardziej na wschód, by dotrzeć do centralnej części góry. Oceniając jednak jej wielkość, Nami zdała sobie sprawę, że dzisiaj mogą nie wrócić do domu, a nawet nie znaleźć Kręgu. Tak bardzo chciała już wrócić do domu Rimy, poczytać, pogadać z nią, albo iść na zakupy. Bardzo ją polubiła, bo medyczka szybko zyskiwała sobie zaufanie ludzi. Możliwe, że było tak przez to, jaki zawód wykonywała.
Wędrowali długo, wspinając się po kamiennych stopniach, skacząc po kamieniach, kalecząc się o cierniste krzaki. Było już popołudnie, gdy Luffy padł zmęczony na ziemię, z jęzorem wywalonym na wierzch.
-Jestem głodny – zaskomlał. Sanji omal nie zdeptał kapitana leżącego na kamiennym podłożu.
-Wstawaj, baranie – pociągnął go za ramię, lecz ręka Luffy'ego tylko wydłużyła się do góry.
-Powinniśmy poszukać miejsca na obóz – powiedziała Nami, rozglądając się i wyciągając z plecaczka lornetkę. –Nie wiem tylko, czy na takiej wysokości znajdziemy jakieś bezpieczne schronienie…
-Jeszcze się rozejrzyjmy, chodźcie – powiedział Usopp, idąc wzdłuż wąskiej, kamiennej półki. Luffy wstał niechętnie i poszedł za Usoppem. Jakoś tak wyszło, że Zoro i Sanji zostali z tyłu, idąc najpierw obok siebie, a potem z szermierzem na przodzie.
-Oi, Zoro – zaczął cicho kucharz, zerkając na towarzyszy z przodu i upewniając się, że go nie słyszą.
-Hm? – Szermierz odwrócił na moment głowę, lecz zarysował katanami o kamienie, więc znów popatrzył przed siebie.
-Dziękuję.
Zapadła cisza, przerywana jedynie przekleństwami Usoppa i Luffy'ego, gdy kraniec półki zbliżał się niebezpiecznie do ich stóp. Sanji westchnął. Nie spodziewał się żadnej reakcji ze strony szermierza, ale mała iskra wewnątrz niego wciąż się tliła.
Im dłużej szli w milczeniu, tym bardziej robiło się to dla niego nie do zniesienia. W końcu nie wytrzymał i złapał Zoro za dłoń. W obecnym geście nie było nic, co by przypomniało wczorajszy wieczór przed jaskinią, ale miał nadzieję, że tym razem Roronoa da jakiś znak. Wyglądało jednak na to, iż znów się przeliczył. Szermierz po prostu szedł dalej przed siebie, nawet nie odwracając głowy. Przekleństwa w myślach kucharza stały się częstsze i bardziej nieprzyzwoite niż do tej pory, lecz po chwili szermierz ścisnął jego dłoń. Sanjiemu serce zabiło mocniej. Szli tak, dopóki Usopp nie wypatrzył jakieś niewielkiej jaskini, w której mogli się schronić na noc. Blondyn chciał zabrać dłoń, lecz Roronoa ścisnął ją jeszcze mocniej i dopiero wtedy puścił.
-Jaskinia przed nami! – Krzyknął Usopp, jednak zaraz mina mu zrzedła. Zatrzymał się gwałtownie, przez co wszyscy na siebie powpadali.
-Co jest? – Mruknął niezadowolony Zoro, czując na plecach, jak Sanji naciska na jego ciało. Było to bardzo przyjemne…
-Mamy towarzystwo.
Zoro wyciągnął szyję i ujrzał czterech mężczyzn urzędujących w jaskini. Na pierwszy rzut oka ocenić można było, że nie mają ochoty się z nikim zaprzyjaźniać. Szermierz uśmiechnął się półgębkiem i sięgnął do katan.
-Oi, ludzie! – Zaczął drzeć się Luffy i machać rękoma w powietrzu. Zoro jęknął – z ataku z zaskoczenia nici. Czterej mężczyźni obejrzeli się w kierunku Słomianych Kapeluszy. Jeden z nich od razu sięgnął po swoją katanę i wyjął ją z pochwy. Roronoa zmarszczył brwi.
-Sanji? – Skinął głową w kierunku przeciwników. –Ile?
-Trzy sekundy – puścili się biegiem przed siebie. Luffy zajął się największym z całej grupy, Zoro popędził w kierunku mężczyzny z kataną, a Sanji chwilę później powalił dwóch pozostałych dwoma kopniakami.
-Gomu gomu no… Pistoru! – Krzyknął Luffy, uderzając w twarz przywódcy grupy. O dziwo, padł od razu na ziemię, nawet nie próbując walczyć. Kapitan zmarszczył brwi i spojrzał pytająco na Sanjiego. Coś było nie tak. Byli o wiele słabsi, niż na to wyglądało i nie zdołali oddać ataku. Nami nagle otworzyła szeroko oczy. To wcale nie przywódca był najsilniejszym ogniwem tamtej grupy.
Zoro w biegu zawiązał bandanę na głowie i pewnie wymierzył cios. Przeciwnik jednak zablokował go jednym, płynnym ruchem swojej katany. Roronoa otworzył szeroko oczy. W ogóle się nie spodziewał takiej siły po najniższym osobniku z grupy. Odbił się jedną nogą od ziemi i zaatakował raz jeszcze, lecz i tym razem został zablokowany.
-To już nie jest zabawne – wymamrotał z kataną w zębach, patrząc groźnie na przeciwnika.
-Jestem Kaguya, pirat najsilniejszego przywódcy Henry'ego! – Zoro nie zdążył uskoczyć. Katana chlasnęła jego udo, rozpryskując wokół fontannę krwi. Zaklął w myślach i ignorując ból, rzucił się do przodu. Chybił. Kaguya wymierzył cios w plecy Zoro, lecz zdążył w porę się obrócić. Jedną kataną zablokował cios Kaguyi, drugą przeciął powietrze ze świstem, aż uderzył w ramię pirata. Chwilowo unieruchomiony przeciwnik był czymś, co potrzebne było szermierzowi do zwycięstwa – wykorzystał ułamki sekundy słabości Kaguyi i uderzył. Przeciwnik padł pokonany na ziemię.
-Yahooo, Zoro, świetna walka! – Zawołał Luffy. Zoro uśmiechnął się, niemal skromnie, i schował katany do pochew. Dwaj piraci podnieśli Kaguyę, spluwając Zoro pod nogi.
-A niech was szlag.
-Skoro jesteście piratami, to co robicie w górach? – Zapytał Usopp, który ledwo stał na trzęsących się nogach.
-Szukaliśmy skarbu Andrewa Okrutnego. Ale co was to obchodzi – odeszli, złorzecząc i przeklinając głośno. Nami podbiegła do Zoro i obejrzała rozcięcie na udzie.
-Spokojnie, prześpię się i będę tak sprawny jak zawsze – wzruszył ramionami szermierz, zdejmując chustkę z głowy.
-Cholera, Zoro, rana jest naprawdę głęboka. Widać kość! Nie uszkodził ci jej?
-No przecież stoję normalnie.
-Zrób parę kroków.
Roronoa zacisnął zęby. Mała, ruda, przebiegła…! Przeszedł parę kroków czując, jak ból rozrywa jego mięśnie i używając reszty sił, by zachować kamienną twarz. Udało się, nawigator wyglądała na przekonaną. Sanji wyjął z torby bandaże i podał je Nami. Ruda niezdarnie zabandażowała ranę Zoro, zużywając dwa zwoje bandaży. Mimo grubego opatrunku, po chwili na białej gazie wykwitła szkarłatna plama.
-Przydałaby się Rima – powiedział Luffy, a następnie uśmiechnął się o wiele za wesoło.
-Luffy… Potrzebujemy medyka, to fakt, lecz Rima ma tutaj rodzinę, która jej potrzebuje – odparł Sanji, zapalając papierosa. Usopp układał plecaki w jaskini i rozkładał śpiwory.
-To tylko pomysł – mruknął naburmuszony Luffy.
-Teraz wymyśl, co mamy jeść – kucharz zajrzał do plecaka. Zoro wyciągnął katanę, lecz Nami złapała go za przegub.
-Nie, Zoro. Przez ranę będziesz spowolniony. Luffy i Sanji coś złapią.
-A co ty się tak nagle zaczęłaś przejmować? – Warknął Zoro, siadając na kamieniu.
Nami zacisnęła usta i odeszła od szermierza. Zaczęła szukać czegoś w plecaczku, a do Roronoy zaraz doskoczył zbulwersowany blondyn.
-Jak śmiałeś zranić Nami-san?!
-Zranić Nami? Błagam cię – prychnął szermierz.
-Sanji, chyba nie myślisz, że mnie to dotknęło? – Ruda uśmiechnęła się łobuzersko. Zoro spojrzał w drugą stronę, obserwując jak Luffy wchodzi na drzewo. Wkurzały go te szopki. Z jednej strony kucharz zaczyna okazywać mu swoją sympatię, a z drugiej wciąż skacze wokół Nami jakby była ósmym cudem świata. Oczywiście, nie skacze tylko wokół nawigator, lecz wkoło wszystkiego, co ma piersi. Blondyn poszedł za przykładem Luffy'ego i również wspiął się na drzewo, wypatrując zwierząt. Usopp zaczął rozpalać ogień i przygotowywać naczynia. Po dłuższym czasie kapitan i kucharz przybyli do jaskini z dwoma wielkimi ptakami i całym koszykiem jajek. Nie minęła godzina, gdy jedzenie było gotowe. Zapach pieczonego mięsa rozchodził się na wszystkie strony, drażniąc pusty żołądek Zoro.
-Obyśmy nie zwabili żadnych dzikich zwierząt – mruknął Zoro, przyjmując talerz od Sanjiego.
-Cholera, racja – jęknął Usopp.
-Przecież to będzie oznaczało więcej mięska! – Obruszył się Luffy i pożarł swoją porcję. Kucharz jedynie pokręcił głową i nałożył kapitanowi więcej. Ptaki były tak wielkie, że Luffy mógł sobie pozwolić na ucztę.
-Kurczę – Nami skrobała coś w dzienniczku. –Chciałabym już wrócić do domu Rimy i położyć się w wygodnym łóżku.
-Fakt, podróż jest nieco męcząca – przytaknął Sanji, podając talerz Nami.
-Dam głowę, że już jutro wrócimy – powiedział Usopp.
-Ale tutaj jest fajnie! – Obruszył się Luffy, brudząc policzki mięsem. –I dużo jedzenia!
-Ja bym nie chciała tu mieszkać na stałe – nawigator pokazała kapitanowi język. Słomiany Kapelusz jedynie wzruszył ramionami. -Mamy szczęście, że przypłynęliśmy na Rice Island podczas ich pory letniej. Gdyby była zima, nie wytrzymalibyśmy dnia w tych górach. Rima opowiadała, że mrozy sięgają tutaj trzydziestu stopni.
-Przecież trzydzieści stopni to gorąco! – Krzyknął Luffy z pełną buzią.
-TRZYDZIEŚCI STOPNI MROZU, BARANIE! – Wydarła się ruda, waląc kapitana w łeb. Zoro jako jedyny jadł całkiem cicho, choć reszta załogi bawiła się świetnie. Przyjmował od Sanjiego kolejne łyki alkoholu, odpowiadał na pytania, lecz wydawał się całkowicie nie uczestniczyć w zabawie. Rana na nodze niesamowicie piekła i zdał sobie sprawę, że może jest to poważniejsze zranienie, niż mu się na początku wydawało. W dodatku krew wciąż sączyła się z rozcięcia. O ile samo cięcie nie było dla Zoro śmiertelne, nadmierna utrata krwi mogła spowodować spore kłopoty.
„Obyśmy jutro znaleźli ten cholerny Krąg" pomyślał Roronoa, obserwując kwitnącą na bandażach, szkarłatną plamę.
-Hej – obok szermierza usiadł Sanji. –Jak noga?
-Wciąż krwawi – burknął Zoro, wzruszając ramionami i pociągając kolejny łyk rumu z butelki. –Spokojnie, do jutra będzie wszystko w porządku.
-Na pewno? Bo w razie co, ja cię niósł nie będę.
-Idiota. Nie zapominaj, kto cię dzisiaj na plecach ratował.
-Morda w kubeł, marimo. Dawaj rum – wyrwał mu butelkę z ręki i pociągnął solidny łyk.
-Czy ty aby nie za dużo pijesz? Nie masz tak mocnej głowy jak ja – wyszczerzył się Roronoa, patrząc jak Usopp biega za Nami, by ją przytulić, a nawigator w odpowiedzi posyła mu środkowe palce.
-Ja? Za dużo pić? Pijany? Nie? – Zaczął mamrotać coraz ciszej i… Zasnął. Szermierz roześmiał się cicho, po chwili jednak mina mu zrzedła.
-Kurwa – przeklął. Luffy, który wziął się niewiadomo skąd, popatrzył na niego pytająco. Zoro jednak zamknął oczy i odchylił się do tyłu, opierając o śpiącego na kamieniu Sanjiego. Nim zasnął na dobre, wymruczał jeszcze:
-Tej nocy na pewno nie wplączecie mnie w cholerną wartę!
