"Gorąca jak Rogogon"
- Co ty sugerujesz, Albus? - zapytał Armando Dippet, dyrektor Hogwartu, przechadzając się nerwowo po swoim gabinecie. W miarę postępów rozmowy czarodziej tracił resztki cierpliwości.
Przez ostatnie pół godziny razem z zastępcą dyskutowali na temat najnowszych wydarzeń, które miały miejsce w kontynentalnej Europie. Armia Grindelwalda wprowadziła na terenie Trzeciej Rzeszy rządy terroru. Przejąwszy kontrolę nad Ministerstwem, jak również nad większością NSDAP. Nic jednak nie wskazywało na to, by Grindelwald planował poszerzyć zakres swoich wpływów poza granicami kraju. Wręcz przeciwnie, sytuacja w Niemczech jakby się uspokoiła. Być może czarnoksiężnik skupił całą swoją uwagę na budowie nowej siedziby - ogromnej kruczoczarnej twierdzy na szczycie góry Zugspitze.
Najwyraźniej Dumbledore sądził inaczej. Za wszelką cenę usiłował przekonać Dippeta do swoich racji. Obrócił się nieznacznie na krześle, starając się nawiązać kontakt wzrokowy ze swoim pracodawcą.
- Próbuję ci wytłumaczyć - powiedział Albus, wyraźnie wymawiając każde słowo, zupełnie jakby tłumaczył oczywistą rzecz wyjątkowo upartemu dziecku - że jesteśmy w większym niebezpieczeństwie niż ci się wydaje.
Armando przesunął dłonią po twarzy. Do tej pory nie sądził, że doczeka chwili, gdy nie będzie w stanie zrozumieć siedzącego przed nim czarodzieja. Myśli Dumbledore'a zazwyczaj biegły dobrze mu znanym szlakiem. Sam czarodziej dbał o to, by przytaczać przekonujące argumenty na poparcie swoich tez. Niestety, wybuch dwóch wojen najwyraźniej sprawił, że jego myśli zboczyły nieco z utartej przed latami ścieżki. Profesor Transfiguracji stał się tajemniczy, dzieląc się obserwacjami, których nie raczył wyjaśniać.
- W jakim niebezpieczeństwie? - niemal wykrzyczał dyrektor. - Jeśli chcesz, bym zawiadomił Spencer-Moona, to muszę znać jakieś szczegóły. Dlaczego Grindelwald miałby opuścić Niemcy?
Albus zamknął oczy, wypuszczając powoli powietrze. Pewnie, że znał odpowiedź. Wieki temu opracowywali z Gellertem plan czarodziejskiej dominacji połączonej ze zniewoleniem mugoli. Początkowo były to czyste spekulacje. Jednak przed końcem lata chłopcy zdążyli dopracować każdy najdrobniejszy szczegół. Wkład Albusa był kluczowy do osiągnięcia ich wspólnego celu. Oczywiste było więc, że niektóre założenia musiały ulec zmianie. Jednak wyglądało na to, że sedno pozostało nietknięte.
- Trudno mi powiedzieć - wyszeptał Profesor Dumbledore, przyglądając się uważnie posadzce, którą pokrywał gruby dywan.
On by tego nie zrozumiał, pomyślał zastępca dyrektora. Armando był dobrym czarodziejem i oddanym przyjacielem. Mimo to Albus obawiał się jego reakcji. Wiadomość, że jego najbliższy współpracownik omal nie został drugim Grindelwaldem, mogłaby być dla dyrektora Hogwartu trudna do przełknięcia. Nawet Nicolas nie miał pojęcia o tym, dlaczego w młodości jego były uczeń tak pospiesznie opuścił Dolinę Godryka. Albus nie był gotów stawić czoła demonom z przeszłości. Przynajmniej nie teraz.
- W takim razie dlaczego zakładasz - zapytał Dippet, wziąwszy głęboki oddech na uspokojenie nerwów - że nasza wojna ma coś wspólnego z wojną mugoli?
Albus nie ośmielił się spojrzeć przełożonemu w oczy.
- Tego również nie jestem w stanie stwierdzić - odparł jeszcze ciszej niż poprzednio.
Profesorowi Dippetowi puszczały nerwy. Zrobił się czerwony na twarzy, z całych sił zaciskał ręce w pięści, niebezpiecznie rozszerzył nozdrza. Jego ciemnobrązowe oczy płonęły.
- No to jak, na dupę Merlina, mam uwierzyć w to, co mówisz?!
Od tych krzyków wzdrygnąłby się niejeden czarodziej. Lecz jedyną reakcją Dumbledore'a było posłanie przyjacielowi wyzywającego spojrzenia lodowych tęczówek.
- Sądziłem, że znasz mnie na tyle dobrze, by mi zaufać, Armando - wyszeptał lekko zachrypniętym głosem.
- Jeśli marzyło ci się podejmowanie decyzji o tak wielkim znaczeniu - rzekł ostro Dippet - to dlaczego nie zostałeś Ministrem Magii? Po odejściu Fawleya byłeś pierwszym kandydatem.
Gdy Albus nie odpowiedział, Armando zdecydował, że lepiej nie drążyć dalej tego tematu. Westchnął ciężko. Był już na to wszystko za stary.
- Słuchaj… - kontynuował dyrektor nieco spokojniejszym głosem, położywszy rozmówcy rękę na ramieniu. - Nie mogę podejmować pewnych działań w oparciu o przeczucie. Więc, o ile nie podasz mi przekonujących argumentów, będę zmuszony odrzucić twoją prośbę.
- Rozumiem… - odpowiedział Dumbledore, niezadowolony z wyniku spotkania. Podniósł się z miejsca, minął dyrektora i skierował się ku drzwiom. - Przepraszam, że traciłeś na mnie czas.
- Albus - Dippet zatrzymał go przed progiem. - Przykro mi. Mam nadzieję, że rozumiesz moje stanowisko.
Opiekun Gryfindoru skinął głową. Opuścił gabinet dyrektora, by w ciszy udać się do swoich kwater.
Leżąc na łóżku i przyglądając się ciemnemu sufitowi, Dumbledore analizował raz jeszcze swoją rozmowę z Armandem. Czy mógł rozegrać wszystko inaczej i osiągnąć pożądany wynik? Albus nie był pewien. Odkąd położył ręce na najnowszym numerze Proroka Codziennego, nie mógł się doczekać rozmowy z dyrektorem. Głównie dlatego, że pozostała część kadry lekceważyła jego przypuszczenia. Wszystko po to, by dowiedzieć się, że jego pracodawca również nie traktował go poważnie. Teraz mógł tylko mieć nadzieję, że jego domysły się nie sprawdzą. Dlaczego, do cholery, nikt nawet nie raczył go wysłuchać?
Nim zdążył sobie odpowiedzieć, jego powieki stały się zbyt ciężkie. Przytulił jedną z poduszek i zapadł w płytki, niespokojny sen.
Wtem usłyszał głosy.
- Albus… - zabrzmiał krótki szept. Stawał się coraz głośniejszy. - Albus!
Czarodziej przewrócił się na bok, zakrywając uszy kołdrą.
- Albus!
Znów ten głos. Lecz tym razem jego imię poprzedzało frazę:
- Obudź się, na miłość boską!
Profesor Transfiguracji obrócił się powoli w stronę obrazu. Widniał na nim zdenerwowany czarodziej w średnim wieku, który obecnie powinien drzemać na sąsiednim płótnie.
- Słyszałem pierwsze pięć razy, Henerick - powiedział Albus, głośno ziewając. - O co chodzi?
Henerick poprawił dziwaczną czapkę w nerwowym nawyku, którego nie umiał się wyzbyć nawet po śmierci.
- Uczennica dobija się do twojego gabinetu - poinformował opiekuna domu, wskazując ręką drzwi. - Mówi, że to pilne.
- Przekaż jej, że już idę.
Zastrzyk adrenaliny sprawił, że Albus dosłownie wyskoczył z łóżka. Włożył buty i zarzucił na plecy szlafrok, zawiązując go po drodze. Zastanawiał się, z jakiego rodzaju nagłym przypadkiem będzie miał tym razem do czynienia. Ze złamaną kością, niekontrolowanym użyciem magii, chorym uczniem? A może jego najstarsi Gryfoni znowu się upili i zakczarowali wspólny pokój nie do poznania? Nie, nie mogli tego zrobić, jeszcze nie ma piątku. W takim razie co się stało? Po otwarciu drzwi wejściowych nie musiał się nad tym dłużej zastanawiać.
- Panna Hooch! - stwierdził profesor, zaskoczony widokiem osoby, która nie była prefektem. - Nie spodziewałem się twojej wizyty. O co chodzi?
- Proszę pana - zaczęła dziewczyna drżącym z emocji głosem. - Niech pan ze mną idzie, szybko! Coś się stało z Minerwą.
Nie minęło dużo czasu, gdy Rolanda wparowała z powrotem do pokoju dziewcząt. Podążał za nią nie w pełni ubrany opiekun domu, przepraszając uczennice, że przeszkadza im w porze snu.
- Pan profesor! - powiedziała leżąca na łóżku Minerwa. Jej oczy były szeroko otwarte ze strachu i zdziwienia. Wyraźnie zła, dodała:
- Rolanda!
- Ostrzegałam - dziewczyna stwierdziła prozaicznie.
Fakt, ostrzegała. Jej dokładne słowa brzmiały: "Szoruj do skrzydła szpitalnego albo zmuszę Dumbledore'a, żeby cię tam zawlókł". Minerwa była pewna, że jej przyjaciółka nie ośmieli się na podobny krok.
Najwyraźniej była w błędzie.
- Jak się czujesz, Panno McGonagall? - zapytał nauczyciel, podchodząc do swojej podopiecznej. Wyglądał na mocno zmartwionego. Minerwa bała się pomyśleć, co też Rolanda musiała mu naopowiadać. Pewnie to, że jego wzorowa uczennica umierała na bardzo zaraźliwą, nikomu nieznaną chorobę. Będzie musiała policzyć się ze swoją przyjaciółką. Gdy tylko przestanie pękać jej głowa.
- W porządku, profesorze - odparła, udając, że nic takiego się nie stało. Wydał ją mocny gardłowy kaszel, którego nie zdołała stłumić.
Albus z miejsca zauważył, że Minerwa nie czuła się w porządku. Odkąd wszedł do dormitorium, dziewczyna nie poruszyła się ani o milimetr. Nie próbowała usiąść ani nawet unieść głowy. Była również nienaturalnie blada. Jej usta tworzyły cienką prostą linię. Miała napięty każdy mięsień, co wskazywało na to, że musiała odczuwać silny ból. I za wszelką cenę starała się tego nie pokazywać.
Profesor Dumbledore podszedł do łóżka uczennicy i uklęknął przy nim. Minerwa poczuła, jak delikatnie przykłada swoją dużą dłoń do jej czoła.
- Jesteś gorąca jak mały Rogogon - rzekł opiekun Gryfindoru, marszcząc brwi. - Musimy zabrać cię do skrzydła szpitalnego.
Minerwa już miała zaprotestować, gdy poczuła potężne zawroty głowy. Odruchowo zacisnęła powieki, by pozbyć się czerwono-niebieskich plam sprzed oczu. Gdy jej się to udało, posłała profesorowi rozmyte spojrzenie.
- Niech pan da spokój - powiedziała, starając się zebrać myśli w spójną całość. - Nie chcę nigdzie iść. One przesadzają.
Wskazała na Augustę i Rolandę, które przyglądały się jej uważnie ze znacznej odległości. Pozostałe współlokatorki nie miały pojęcia, że cokolwiek się stało, śpiąc w najlepsze za zasłonami łóżek. A może tylko udając.
- Twoje przyjaciółki martwią się o ciebie - wyszeptał profesor Dumbledore kojącym głosem. - Tak jak ja.
Minerwa przymknęła oczy. Oddychała coraz płycej. Rozmowa musiała ją wyczerpać.
- Zrobimy tak - zasugerował Albus, pochyliwszy się odrobinę do przodu. - Zaprowadzimy cię do pani Maius, która raz dwa zbada cię czarem diagnostycznym. Dostaniemy potwierdzenie, że nic ci nie jest, wszyscy się uspokoimy i pójdziemy grzecznie spać. Co o tym sądzisz?
Nie wiedziała, czy to ton głosu Dumbledore'a, czy jej własny poddający się organizm. Niemniej, dziewczyna czuła, że nie wygra już tej kłótni. Przyznając się do porażki, wygrzebała się spod sterty kocy. Wciąż miała na sobie ubranie ze względu na odczuwane zimno. Nie pozwoliwszy się nikomu dotknąć, Minerwa powoli pomaszerowała w kierunku skrzydła szpitalnego. W towarzystwie Rolandy, Augusty i ich wspólnego opiekuna.
Gdy całą grupą dotarli do wejścia, zauważyli, że pomieszczenie było nieoświetlone i zamknięte na cztery spusty. Zupełnie, jakby nikogo nie było w środku. Albus zapukał energicznie.
- Marion! - zawołał zza masywnych drewnianych wrót. Zapukał ponownie. - Marion, otwieraj! To pilne.
Po drugiej stronie rozległ się dźwięk kroków. Ktoś włożył klucz do zamka, a ten zazgrzytał w odpowiedzi. Drzwi się otworzyły.
- Wreszcie - stwierdził Dumbledore, nie tracąc czasu na powitania. - Wpuść nas. Mamy nagły przypadek.
- Kto z was jest pacjentem? - spytała rzeczowo Madam Maius, usuwając się z drogi.
- Minerwa - poinformował Albus, przepuszczając dziewczęta przodem. - Nie wygląda dobrze, Marion - wyszeptał.
- Zobaczę, co da się zrobić - odparła pielęgniarka przyciszonym głosem. - Poczekaj w moim biurze. Możliwe, że będziesz musiał powiadomić rodziców.
Następnie podeszła do łóżka szpitalnego, na którym zdążyły się rozsiąść uczennice.
- Dziewczyny, za drzwi! Zostawcie mnie samą z pacjentką.
Rolanda i Augusta niechętnie opuściły Minerwę, która rozkaszlała się do tego stopnia, że z trudem mogła złapać oddech. Usiadły na podłodze, oparły się o ścianę i w ciszy czekały na korytarzu, tuż przy drzwiach wejściowych.
Po dziesięciu minutach dołączył do nich profesor Dumbledore.
- Byłoby lepiej, gdybyście wróciły do swoich dormitoriów - oznajmił, krzyżując ręce na piersi. - Nie sądzę, by panna McGonagall mogła przyjmować w nocy gości.
- Nie, profesorze! - protestowała Rolanda. - Nigdzie nie pójdziemy. Jeszcze nie jesteśmy… - ziewnęła szeroko - śpiące.
- Rozumiem, że się martwicie - powiedział uprzejmie. - Jednak byłbym wdzięczny, gdybyście poszły spać. Przecież macie jutro lekcje.
- Tak jak pan - wymamrotała Rolanda.
- Obiecuje pan - zaczęła Augusta, powstrzymując się od ziewania - że będziemy mogły zobaczyć się z Minerwą z samego rana?
- Obiecuję, panno Finch - z powagą odparł profesor transfiguracji, starając się zapamiętać, by poinformować pielęgniarkę o ich wczesnej wizycie.
- To w porządku - stwierdziła Augusta, podnosząc się z podłogi. - Chodź, Rolanda.
Rolanda nie była zachwycona decyzją przyjaciółki. Mimo to, posłuchała. Dziewczyny pożegnały się ze swoim nauczycielem, zostawiając go w półmroku, sam na sam z myślami.
Dumbledore nie miał pojęcia, ile czasu minęło, nim Madam Maius wyszła na korytarz. Stanęła obok niego, ciężko opierając się o ścianę. Wyglądała na wykończoną. Zauważyła jednak pytający wzrok Albusa.
- Jej stan jest stabilny - pielęgniarka odpowiedziała na niezadane pytanie. - Miała ostrą niewydolność oddechową. Tkanka wokół tchawicy uległa uszkodzeniu, co spowodowało krwotok wewnętrzny. Płuca napełniały się płynem, w wyniku czego dochodziło do powolnego duszenia.
Przerwała na chwilę, by podkreślić sens wypowiadanych słów. Po chwili kontynuowała.
- Zatrzymałam krwawienie, oczyściłam drogi oddechowe i podałam pacjentce kilka eliksirów przeciwzapalnych. Po kilku godzinach powinna poczuć się o wiele lepiej, ale chciałabym zatrzymać ją na obserwację. Na jedną, góra dwie doby, by mieć pewność, że w pełni wyzdrowiała.
Albus odetchnął z ulgą. Kolejny raz był wdzięczny, że dane mu było pracować z czarownicą tak oddaną swojej pracy.
- Nie wiem, jak ci dziękować.
- Daj spokój - rzekła Madam Maius, machnąwszy niedbale ręką. - Od tego tu jestem.
Czarodziej uśmiechnął się smutno, przyglądając się złączonym palcom. Kolejne pytanie przyszło mu z niespodziewaną trudnością.
- Czy jesteś w stanie stwierdzić, co doprowadziło Minerwę do takiego stanu?
Czarownica zamyśliła się.
- Według mnie wygląda to na źle rzucony czar. Stawiałabym na nieumiejętną ludzką transmutację. Nie chce mi się wierzyć, że szósty albo siódmy rok ośmieliłby się ćwiczyć zaklęcia na małej dziewczynce.
Albus oblizał wyschnięte usta. Podzielał zdanie Marion. Miał czworo uczniów na Owutemach. Żaden z nich nie skrzywdziłby z premedytacją młodszej koleżanki. Dumbledore znał tylko jednego innego czarodzieja lub czarownicę, który byłby na tyle zdolny i głupi zarazem, by wypróbowywać na sobie skomplikowane zaklęcia.
- Mogę ją zobaczyć? - zapytał z nadzieją.
Jeśli jego pytanie zaskoczyło Marion, to nie dała tego po sobie poznać.
- Oczywiście - odparła twierdząco. - Podałam jej środki nasenne na czas zabiegu, w związku z czym po przebudzeniu może być nieco oszołomiona. W tej chwili odpoczywa. Proszę, nie męcz jej bardziej niż to konieczne.
- Dziękuję. To zajmie tylko chwilę.
Profesor Dumbledore wszedł z powrotem do skrzydła szpitalnego. Ostrożnie stawiał każdy krok, by nie narobić zbyt wiele hałasu. W najdalszym kącie sali ujrzał ciemny zarys postaci leżącej w bezruchu w białej pościeli. Podszedł do niej i bez słowa wyczarował sobie krzesło.
Jego uczennica była pogrążona we śnie. Oddychała teraz o wiele spokojniej, choć z każdym wydychanym powietrzem dało się słyszeć cichy świst. Ciemne sińce pod oczami były pod kolor jej włosów. Widoczny był ostry kontrast pomiędzy nimi a jej bladą skórą.
Albus zakrył twarz dłońmi i westchnął głęboko. Sądząc po tym, czego udało mu się dowiedzieć, czar transformacyjny rzucony przez Minerwę nie powiódł się. W skutek tego omal nie utopiła się we własnej krwi. Okropieństwo.
Przerażała go jedna rzecz. Użyte przez Minerwę zaklęcie można było łatwo znaleźć w książce, którą jej podarował. Dziewczyna nie była gotowa, by stosować je w praktyce. Nie mogła być, nie w tym wieku. Profesor transfiguracji czuł się winny. Powinien na tyle dobrze znać Minerwę, by stwierdzić, że będzie próbowała za wszelką cenę spełnić swoje marzenie o zostaniu Animagiem. Z jego pomocą czy bez niej. Po raz kolejny w swoim krótkim życiu Albus niechcący zranił bliską sobie osobę, skupiając całą swoją uwagę na Gellercie. Ostatnimi czasy dokonywał samych najgorszych wyborów.
Niemal podskoczył, czując czyjś dotyk na przedramieniu. Usłyszał przyciszony głos.
- Profesorze?
Podniósłszy wzrok, napotkał zmęczone spojrzenie młodej Gryfonki. Jej uchwyt był bardzo słaby. Chwycił jej dłoń, ścisnął delikatnie, po czym położył z powrotem obok niej.
- Panno McGonagall - odparł czarodziej, przysuwając się nieco bliżej, by ją lepiej słyszeć. - Przepraszam, nie chciałem cię obudzić.
- Nie, skąd - powiedziała Minerwa w pośpiechu. - Nie obudził mnie pan - poprawiła się po chwili, a następnie rozejrzała dookoła. - Gdzie ja jestem?
- Leżysz w łóżku szpitalnym. Pani Maius wyleczyła cię. Dla pewności zatrzyma cię jednak na krótką obserwację.
- Ach tak - stwierdziła młoda wiedźma. Powoli nabrała powietrza do płuc, by sprawdzić, czy nic jej nie boli. - Mam nadzieję, że będę mogła pójść jutro na zajęcia.
Profesor Dumbledore uniósł brwi, zdziwiony nagłą zmianą tematu. Minerwa sprawiała wrażenie, jakby stan zdrowia w ogóle jej nie interesował. Czyżby nie była ciekawa, co wywołało u niej tak gwałtowne objawy? Możliwe, że już wiedziała. Jednak Albus musiał się upewnić.
- Pani Maius powiedziała mi, co ci dolegało.
W odpowiedzi Minerwa spuściła wzrok, wiercąc się niespokojnie.
- Przepraszam - wyszeptała. - Nie powinnam tego robić.
- Zgadzam się, nie powinnaś - przyznał Dumbledore, uważnie przyglądając się jej reakcjom. - Jednak to zrobiłaś. Czy zdawałaś sobie sprawę ze skutków nieumiejętnego rzucania tego zaklęcia?
- Tak - powiedziała przez lekko zaciśnięte zęby. Nie lubiła przyznawać się do błędów. - Lecz nie spodziewałam się poważnych komplikacji. Z początku wszystko szło dobrze.
Jako że Minerwa nie zdradziła zbyt wielu szczegółów, Albus był zmuszony dokładnie zastanowić się nad każdym wypowiadanym słowem.
- Ostrzegałem cię, że pewne zaklęcia uczniowie powinni rzucać tylko pod obecność osoby dorosłej.
- Pamiętam, profesorze - odpowiedziała, czując się jak mała dziewczynka pouczana przez rodziców. - Ale jestem dobra z transfiguracji. Myślałam, że sobie poradzę.
Wiedział już wszystko. Albus z trudem przełknął gulę formującą mu się w gardle. Czyli to była jego wina.
- Zachowałaś się bardzo nieodpowiedzialnie, transformując się bez powiadomienia o tym kogokolwiek - rzekł profesor transfiguracji niespodziewanie ostrym głosem. Nie zamierzał krzyczeć na Minerwę, nim do końca nie wydobrzeje. Usiłując napotkać jej wzrok, zapytał nieco ciszej:
- Dlaczego o niczym mi nie powiedziałaś?
- Sama nie wiem… - stwierdziła bez przekonania. - Być może przez to, że nie chciał mnie pan uczyć.
- To nie była moja najmądrzejsza decyzja - przyznał po chwili. Nie zamierzał po raz kolejny popełniać tego samego błędu. - Jutro moglibyśmy ponownie przedyskutować tę sprawę. Co ty na to?
Propozycja Albusa została nagrodzona słabym, lecz radosnym uśmiechem Minerwy.
