Rozdział 7
Prawdopodobieństwa
John nie miał na nic czasu. Z powodu wypadku Mary, jego zmienniczki, musiał pracować również w weekendy. Harry dręczyła go telefonami, domagając się, żeby brał udział w przygotowaniach do wesela, ale cały wolny czas John poświęcał Becky. Przygotowywali konkurs projektów naukowych, a czasem zwyczajnie rozmawiali o tym i owym. Jednak prawie zawsze coś się działo w domu – to Hamish napisał sms, to znów Sherlock dzwonił i żądał, żeby natychmiast wracać – i John zaczął podejrzewać spisek. Był jednak zbyt zmęczony, żeby się z tym uporać. Ledwo starczało mu sił na wieczorne posiedzenia przed telewizorem. Hamish sadowił się po lewej stronie, ze swoim świętym zeszytem albo jakimś solidnym tomem z zakresu psychologii. Sherlock łaził kilka minut po mieszkaniu, a potem poddawał się i siadał po prawej, opierając kędzierzawą głowę na Johnowym ramieniu i mamrocząc mu do ucha złośliwe komentarze odnośnie akcji na ekranie. John prawie zawsze tam zasypiał, ukołysany ciepłem i gadaniem telewizora. Przez sen czuł, jak go układają na kanapie, okrywają kocem. Czasami słyszał, jak Sherlock i Hamish spierają się o coś szeptem, mruczał niewyraźnie i wszystko cichło.
John nie miał teraz czasu zajmować się Hamishem. Nawet nie przygotowywał mu śniadań. Doktor Heartless zapraszał go do kliniki na rozmowę, ale John oddzwonił i wyjaśnił, że na razie nie może przyjechać. W każdym razie nowiny były krzepiące: przyspieszony wzrost Hamisha już prawie się unormował. Zabłysła nadzieja, że nie trzeba będzie zmieniać szkoły.
Hamish przygotowywał coś na konkurs. Przenośną radiostację, czy coś w tym stylu. John nie wnikał, ale pochwalił, za to Sherlock naturalnie zachował się po świńsku.
- To wszystko, na co cię stać? – zapytał wzgardliwie. John był zszokowany. Oczywiście, wiedział, że Sherlock jest daleki od pojęcia „taktu" i nie ma litości ani dla zwierząt, ani dla starców, a wobec dzieci jest obojętny, jednak dziecięca twórczość to przecież całkiem inna kategoria! Nawet jeśli to gryzmoły na arkuszu papieru albo perpetuum mobile ze szczotki do zębów i gumki recepturki, reakcją powinien być zachwyt, w każdym wypadku.
- On się nawet nie stara – parsknął Sherlock. – Pamiętam siebie w jego wieku. Stać go na więcej.
- Nie mam zamiaru tracić na to czasu – burknął Hamish. – A w ogóle to lepiej się nie wychylać.
- „Lepiej się nie wychylać"?! – powtórzył Sherlock gniewnie i zwrócił się do Johna: - Jesteś pewien, że użyłeś mojego DNA?
- Och, zamknij się – warknął Hamish i poszedł do swojego pokoju, trzaskając drzwiami.
Wówczas John postanowił, że nie będzie się do tego mieszał. Niech ci dwaj sami załatwią sprawę między sobą. Nie chciał się kłócić z Sherlockiem o głupstwa. Możliwe, że ten miał rację, Hamisha było stać na więcej, a ograniczać się z powodu strachu przed wyśmianiem jest głupio. Jednak John rozumiał ten strach i uważał go za całkiem naturalny. Sam nigdy nie był w szkole wyrzutkiem, ale musiał występować w szkolnej orkiestrze (ojciec chciał, żeby syn grał na klarnecie) i za każdym razem przeżywał męki, bojąc się, że będzie fałszował, a wszyscy go wyśmieją.
Pokłócili się z Sherlockiem po tygodniu. To był potworny dzień. Kiedy John był w pracy, zadzwoniła panna Clover. Powiedziała, że Hamish stracił przytomność na lekcji. W gabinecie lekarskim okazało się, że zemdlał z głodu. To była ostatnia kropla. Problemy Hamisha z dostosowaniem się do szkolnych prawideł, spotkania z psychologiem, uwagi od praktycznie wszystkich nauczycieli – ostatecznie dyrektor postanowił zadzwonić do opieki społecznej. Jej pracownika można się spodziewać na Baker Street dzisiaj.
Johna bardziej obchodziło to, że Hamish zemdlał z głodu, niż to co ów pracownik może zobaczyć w ich mieszkaniu. Choć to też go niepokoiło. Zdołał się zwolnić z pracy i pognał do domu. Było za późno: wysoka kobieta w urzędowej garsonce stała przed lodówką i oglądała jej zawartość.
- Już wiadomo, czemu chłopiec odmawiał jedzenia – mruknęła, patrząc na próbki, które Sherlock przechowywał obok jajek, zmumifikowaną rękę w szufladzie z warzywami i gałkę oczną, pływającą samotnie w słoiku po dżemie.
John próbował się usprawiedliwiać, lecz nadaremno. Sherlock, siedzący z nogami na fotelu i dręczący skrzypce, raczej nie pomagał w poprawianiu złego wrażenia. John musiał wyjaśniać, kto to jest i dlaczego mieszkają razem. Potem gorączkowo się zastanawiał, co by skłamać na temat gigantycznego pentagramu na podłodze w pokoju Hamisha – jak się okazało, ten go nie zmył, a tylko przykrył dywanem.
W ogóle było tam wiele ciekawych rzeczy. Ptasie skrzydło, cuchnące i obskubane, w szufladzie szafki nocnej. Grudki podejrzanego białego proszku na parapecie – John był pewien, że to pozostałości po jakimś eksperymencie chemicznym, ale kobieta wzięła próbkę do analizy. Wyglądała bardzo surowo, a jej twarz pochmurniała z każdą sekundą. Kiedy podniosła materac, posypały się stamtąd jakieś karteczki. Hamish, czający się przy drzwiach, pisnął zdławionym głosem i John zrozumiał, że jest źle.
- Co to jest? – zapytał, podnosząc jedną z kartek.
- Powiadomienia o szkolnej karze. Nigdy jeszcze nie widziałam ich w takiej ilości – odparła kobieta. – Żadne nie jest podpisane.
- Ja nie...
- Pan nie – przerwała mu, patrząc na Johna z potępieniem. – Całkowicie jasne, że pan – nie.
John obawiał się, że zechce zajrzeć do pokoju Sherlocka – strach pomyśleć, co tam mogłaby znaleźć. Jednak kobieta chciała wpierw porozmawiać z Hamishem na osobności, a potem skontaktować się z opieką społeczną. Próbowała wyprosić Johna z pokoju, ale on wczepił się w ramiona Hamisha, czując jak wypełnia go lodowate przerażenie. Co począć, jeśli władze odbiorą mu dziecko? Jest marnym ojcem, ale przecież stara się ze wszystkich sił! Jak miałby żyć bez Hamisha? I jak Hamish poradzi sobie bez niego?
W tejże chwili do pokoju wdarł się Sherlock i w milczeniu wręczył kobiecie plik kartek. John natychmiast je rozpoznał: kontrakt z kliniki klonowania, z dołączonym rachunkiem i innymi ważnymi dokumentami. Im dłużej kobieta czytała, tym wyżej unosiły się jej cienkie, wyskubane brwi. W końcu zwróciła papiery Sherlockowi. Popatrzyła na Hamisha z osobliwą, pełną rezerwy ciekawością, po czym przeprosiła Johna i oznajmiła, że nie widzi potrzeby przedłużania wizyty. Johnowi zrobiło się niedobrze od tych słów. Czyli skoro Hamish jest takim szczególnym chłopcem, nie potrzebuje ochrony ani pomocy!
Kiedy pracownica opieki wyszła, John rzucił się na Sherlocka.
- Dlaczego grzebiesz w moich rzeczach? Kto cię prosił? Wszystko bym załatwił! Nie powinieneś był jej tego pokazywać!
W pierwszej chwili Sherlock osłupiał ze zdumienia, a potem się obraził.
- Chciałem pomóc! Ignorowanie tego dokumentu jest z twojej strony głupotą. Bez niego nie zdołałbyś jej wyrzucić.
- Poradzilibyśmy sobie bez ciebie!
- Popatrz na niego! – Sherlock wskazał na Hamisha, którego John wciąż jeszcze przyciskał do siebie. – Patrz, jaki jest przerażony! Uparłeś się udawać normalną rodzinę, nawet jeśli przez to mogli go zabrać?!
John jeszcze mocniej przytulił Hamisha.
- My jesteśmy normalną rodziną! Nie rozumiem, czemu tak lubisz zaznaczać, że jest odwrotnie.
- A ja nie rozumiem, czemu się tak tego wstydzisz. – Sherlock potrząsnął dokumentami. – Jakby w tym było coś wstydliwego albo złego. On jest klonem, uświadom sobie to nareszcie i przestań go przerabiać w kogoś innego.
John skamieniał z wściekłości. Chciał Sherlocka uderzyć, chciał mu zamknąć pięścią tę cholerną gębę. Miał ochotę zatkać Hamishowi uszy, zetrzeć z jego pamięci wszystko, co tu zostało powiedziane. Jego palce tak mocno wpiły się w ramiona chłopca, że ten wymamrotał:
- Boli! – i wyswobodził się z objęć. Siadł na łóżku, starając się na nikogo nie patrzeć. Przygarbiona chuda figurka. John wyciągnął ręce, chcąc go pocieszyć, ale Hamish odsunął się gwałtownie. John odwrócił się do Sherlocka, by napotkać jasne, przenikliwe spojrzenie.
- Nie chcę cię widzieć – powiedział John cicho. A potem dodał już normalnym tonem: - Muszę się przejść.
Długo wałęsał się po ulicach, aż ostatecznie zziąbł. Nogi same zaniosły go w rejon bloków. No cóż, tym lepiej. Zaszedł do sklepu, kupił słodyczy i wybrał się z wizytą do Mary.
Sherlock męczył go aluzjami. Kilka dni temu przydarzyła się im rozmowa na temat kobiet w życiu Johna.
- W ciągu trzech tygodni byłeś na czterech randkach z czterema różnymi kobietami. To rekord – oświadczył Sherlock kpiąco, ale z jakąś dziwną intonacją, której John nie potrafił zinterpretować.
- Po pierwsze, tylko na trzech... – zaczął John, a Sherlock natychmiast mu przerwał:
- Wiedziałem, że Molly nie uważasz za kobietę.
- Skąd wiedziałeś, że właśnie jej nie policzyłem? – zmieszał się John. Sherlock tylko uniósł brew i uśmiechnął się z wyższością, jak zawsze kiedy chciał powiedzieć: „Widzę na wylot twój mały nudny mózg".
Johnowi nie chciało się wyjaśniać, że to nie były randki.
Molly to po prostu przyjaciółka – dziwnie się zachowywała ostatnimi czasy. Zdawało się, że unika Johna i nawet boi się zostać z nim sam na sam. John uznał, że Sherlock maczał w tym palce.
Lisa Clover okazała się dobrym człowiekiem i bardzo Johnowi pomogła, zwyczajnie go wysłuchawszy. Ale raczej nie ośmieliłby się nawiązać romansu z nauczycielką Hamisha. Zostało mu jeszcze trochę zdrowego rozsądku, piękne dzięki.
Becky wciąż jeszcze kochała byłego męża. To było oczywiste. Wystarczyło posłuchać, jak (i jak często) o nim mówi. Im więcej czasu John z nią spędzał, tym częściej miał ochotę powiedzieć: „Nie zajmuj się głupstwami! Po prostu daj mu jeszcze jedną szansę. Ostatecznie każdy zasługuje na drugą szansę, nawet człowiek, który przez kilka lat udawał martwego".
Z Mary było inaczej. Żadne z nich nie zapomniało tamtego niezręcznego pocałunku. Co Johna wtedy napadło? Zwykle nie całował ledwo znanych koleżanek, nawet jeśli słały mu „sygnały". Ani on, ani Mary nie rozmawiali więcej o tym zajściu, ale za każdym razem, kiedy się spotykali sam na sam, powstawało między nimi swoiste napięcie. Zachwycające i krępujące, całkiem jakby John powrócił do czasów młodości, kiedy każda randka wydawała się ostatnią w jego życiu.
Czasami John patrzył na Mary i myślał, że nigdy nie mogłoby im się udać. Była szorstka i uparta, jak jego siostra, a do tego głosowała na torysów. Nie była podobna do żadnej dziewczyny, w jakiej kiedykolwiek John się zakochał – całkowicie nie w jego typie. Zbyt chuda i płaska, ruchliwa i arogancka. Dużo mówiła i wydawała się trochę lekkomyślna, ale nigdy nie mówiła o sobie. John domyślał się, że w jej przeszłości zdarzyło się coś strasznego, jednak nigdy o tym nie rozmawiali. Mary mieszkała w maleńkim mieszkanku, gdzie prawie nie było mebli. „Lubię minimalizm" – rzuciła niedbale w odpowiedzi na jego zdziwione spojrzenie, kiedy odwiedził ją po raz pierwszy. Akurat zaczęła oglądać walkę bez prawideł. Jej lewa noga prawie do pachwiny uwięziona była w ciężkim gipsie. Mary powoli zarysowywała go markerami i pozwoliła także Johnowi „zostawić ślad". Patrzyli jak muskularni mężczyźni tłuką się na ringu, a Mary chrzęściła popcornem, od czasu do czasu proponując go Johnowi. Smacznie pachniała i John czasem zerkał na jej małe, krągłe ucho, sterczące spomiędzy kasztanowych włosów. On patrzył na Mary, a Mary patrzyła w ekran, udając, że niczego nie zauważyła. Jej pełne usta lekko wyginały się w uśmiechu. U nasady jej nosa John zauważył dwa maleńkie piegi i nie wiadomo czemu to go rozczuliło. Nagle nieznośnie zachciało mu się przytulić do Mary, wziąć jej małą, niemalże dziecięcą rękę w swoje dłonie i mocno uścisnąć. Jednak w tej samej chwili, kiedy John się na to zdecydował, ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Oczywiście Sherlock.
Tym razem nie nadciągnie i nie przeszkodzi im. John zatrzymał się pod drzwiami, zbierając się w sobie. Wiedział, czym może się zakończyć ten wieczór i chciał tego.
Mary zdziwiła się niezapowiedzianą wizytą, ale znalazła w sobie dość siły, żeby okazać radość.
- Trochę się zmęczyłam, chciałabym położyć się wcześniej. Możesz zostać, jeśli obiecasz, że nie zaczniesz sprzątać.
Dokoła były porozrzucane papiery i pudełka po pizzy, chińszczyźnie i innym jedzeniu na wynos. Mary była zmuszona przez te dni żyć w zamknięciu, gdyż z gipsem nie mogła zejść po tych okropnych schodach, a windy nie było.
Mary wstawiła czajnik i zostawiła Johna, żeby gospodarował w kuchni, a sama poszła się myć. Kiedy wróciła, miała na sobie cienki szlafrok, a jej wilgotne włosy przylegały do twarzy i szyi. Mary roztrzepała je jedną ręką, drugą przykrywając ziewające usta.
- Zaczęłam tak dużo sypiać, że niebawem zmienię się w warzywo. Po prostu nie mam nic innego do roboty. Głupio przyznać, ale tęsknię za naszymi staruszkami. Co tam u pana Sheffielda?
- Burczy, jak zwykle. Domaga się, żeby mu dali Mary, a nie jakichś łajdaków. – John wskazał na siebie i roześmiał się. Pan Sheffield był okropnym odludkiem i zaszczycał rozmową jedynie Mary, a raz nawet powiedział, że jest całkiem znośna. W ustach pana Sheffielda było to prawdziwym wyznaniem miłości.
- Opowiedz mi, co się u niego dzieje. – Mary usadowiła się na taborecie i sięgnęła po jeden z herbatników, które przyniósł John. Każdy z nich miał swoich ulubieńców w domu starców, chociaż naturalnie starali się tego nie okazywać. Starsi ludzie obrażali się i byli nie mniej zazdrośni od dzieci.
John opowiedział parę zabawnych historyjek, Mary się śmiała. Cieszyła się jego towarzystwem, a Johnowi robiło się ciepło na sercu. Starał się zabawiać ją rozmową, rozśmieszyć. Mary miała śliczny uśmiech.
W końcu herbata się skończyła. John zrozumiał, że niebawem będzie musiał odejść. Sama myśl o tym była nieznośna.
- Mogę zostać na noc? – zapytał cicho. Mary popatrzyła na niego ze współczuciem.
- Co się stało?
Pokręcił głową i Mary już nie zadawała pytań. Pościeliła mu na kanapie. John wziął prysznic, a potem włożył koszulkę i szerokie spodnie, które mu wyszukała Mary. Odzież była męska, co dawało do myślenia, ale John czuł, że nie ma prawa o nic pytać. Zgasił światło i legł na kanapie. Wysłał sms do Hamisha: „Kocham cię. Przepraszam za to, co się dziś wydarzyło. Dobrej nocy".
Po kilku sekundach dostał odpowiedź:
„Wróć do domu".
John wyłączył telefon i wsunął go pod poduszkę. Zamknął oczy. Jakiś czas leżał bezsennie, potem oczy zaczęły mu się kleić, aż raptem obok rozległ się hałas. John odruchowo stoczył się z kanapy, gotów na starcie z talibami, włamywaczami lub demonami wezwanymi przez Hamisha – niepotrzebne skreślić. Ale była to tylko Mary.
- Do diabła, zaraz wszystko tutaj zrujnuję tym cholerstwem – powiedziała z irytacją, opierając się na kuli. John podszedł do niej w ciemności i objął w talii, pomagając dobrnąć do kanapy. Nawet próbował wziąć ją na ręce, ale Mary klepnęła go po ramieniu.
- Masz pojęcie ile waży ten piekielny gips?
Usadowiwszy się na kanapie, zamilkli, przytuleni. Przez kilka minut było słychać tylko ciężki oddech Johna. Potem spytał:
- Czemu przyszłaś?
Mary też wyszeptała, całkiem jakby ktoś mógł ich podsłuchać:
- Nie mogłam zasnąć. Cały czas myślałam.
- O czym?
- O tobie.
W ciemności John odnalazł jej wargi. Miękkie i uparcie zaciśnięte, poddały się powoli, otworzyły pod dotknięciem języka Johna. Mary cicho zamruczała, kiedy zaczął delikatnie gładzić jej szyję.
- Proszę – szepnął John, przeczesując miękkie kosmyki palcami. Przycisnął Mary do siebie, pokrywając jej szyję i ramiona pocałunkami. Szlafrok zsunął się na kanapę, w blasku padającym od okna skóra Mary lśniła. Nie miała nic na sobie. John całował jej pierś, przylgnął wargami do sterczącego sutka i Mary westchnęła cicho. Zwykle kanciasta i niezgrabna jak wyrostek, bez ubrania wydawała się bardziej miękka, bardziej kobieca. John był podniecony tak mocno, że z trudem oddychał. Ocierał się kroczem o nagie udo Mary, tkanina spodni piżamowych nagle okazała się zbyt gruba. Mary objęła go za szyję, wsunęła palce we włosy z tyłu głowy. A kiedy John zaczął całować jej twarz, poczuł na wargach słoną wilgoć.
- Co...? – szepnął, dysząc. Mary pokręciła głową, lecz kiedy John znów ją zaczął całować, powiedziała:
- To jego ubranie. Już nim nie pachnie, ale po ciemku wydawało mi się... przez chwilę... – zamilkła, mocno zaciskając palce na ramionach Johna. Potem położyła się, pociągając Johna za sobą. Zagipsowaną nogę opuściła na podłogę, drugą zarzuciła na oparcie kanapy, dopuszczając Johna bardzo blisko. Zbyt blisko. John zajęczał. Ścisnął pierś Mary, pogładził delikatnie jej boki, pocałował miękki brzuch. Mary oddychała gwałtownie, prężąc się pod jego pieszczotami, gotowa, oczekująca. Łzy bezgłośnie toczyły się po jej policzkach. John sięgnął do tasiemki przy spodniach, zamierzając je ściągnąć, a potem westchnął przeciągle. Usiadł obejmując głowę rękami.
Skrzypnęła kanapa, Mary usiadła obok – naga i milcząca.
- Przepraszam – wykrztusił John. „Teraz na pewno pomyśli, że jestem impotentem".
- To ja przepraszam – odrzekła Mary i roześmiała się niewesoło. – Co ja wyprawiam?! Wariatka. Zwykle nie ryczę, jak chcę się pieprzyć.
Wulgarne słowo zabrzmiało, jak fałszywa nuta w partii skrzypiec. John pokiwał głową i podał Mary szlafrok. Zamiast się ubrać, wytarła nim twarz. Siąknęła nosem.
- To nie przez ciebie – powiedział John. Gorzko było mu sobie uświadomić, jak niedaleki był od prawdy. – To przeze mnie. Przez moje odchyły.
- Tak, przez ciebie, John Watson. Kto cię prosił, żebyś przychodził? Powinieneś być teraz gdzie indziej.
- Chciałaś powiedzieć; z innym człowiekiem.
- Właśnie. Tak samo jak ja.
- Mary... – zaczął John cicho, odwracając się do niej. Przyłożyła palce do jego warg.
- Posłuchaj mnie teraz. Nazywał się Andy. To znaczy naturalnie Andrew, ale nie znosił swojego imienia. W pewien sposób jesteście podobni, chociaż on miał ciemne włosy. Może to kwestia oczu. Rąk. Macie podobne ręce. Nie powinnam ci dawać jego piżamy. Nie myśl, że się pochowałam razem z nim. On by nie zrozumiał. Sypiam z mężczyznami, ale żaden z nich... Po prostu jesteś zbyt podobny do Andy'ego.
- Jak umarł? - spytał John, odkaszlnąwszy ze skrępowaniem. Nie wiedział gdzie podziać oczy. Chciał objąć Mary w geście pocieszenia, ale ona nadal była naga, a on wciąż jeszcze miał erekcję.
- Służył na kontrakcie. Nadleciała kula. Prosto w głowę.
- Afganistan czy Irak?
- Afganistan.
- Ja też...
- Wiem. Czasami mi się wydaje, że on wrócił, tylko w innym ciele. Kiedy zacząłeś u nas pracować, miałam wrażenie, że znałam cię wcześniej. Zbierałam o tobie informacje, jak jakaś zwariowana fanka. Wybacz, że tak ci się wieszałam na szyi. Okazało się, że to zły pomysł. – Mary znów się zaśmiała. – Och, gdybyś mógł siebie teraz zobaczyć! Co za nieszczęsna mina...
- Mary...
- Koniec. Idę spać. A ty... khm... załatw swój problem i też postaraj się zasnąć. Mam tabletki nasenne, jeśli chcesz, w kuchni, na parapecie.
Mary podniosła się niezgrabnie, a John podał jej kulę.
- I tak byłoby niewygodnie z tym gipsem – mruknęła. – Chociaż doświadczenie interesujące. – Zerknęła na Johna przenikliwie. – Tylko nie rób z tego dramatu, dobrze? Nie umykaj jutro wzrokiem i nie unikaj mnie do końca życia. Po czymś takim obowiązkowo powinniśmy zostać dobrymi przyjaciółmi.
- Brzmi jak groźba – prychnął John.
- To żyje! To żartuje! – Mary krótko go uściskała, a potem kulejąc wyszła z pokoju. John wrócił na kanapę, zamknął oczy. Nie zamierzał brać środków nasennych, ani „załatwiać problemu". Nawet jeśli się będzie męczył przez pół nocy – trudno.
Czuł, że zasługuje na karę.
Schody. Ciemne, masywne stopnie – nie skrzypią, to nie Baker Street. Gładka poręcz. Zapach. Sherlock poznaje tę woń – niepowtarzalną, obcą.
Jest w domu.
W górę, w górę – sto sześćdziesiąt sześć stopni, nigdy nie było ich tak dużo – matka zrobiła remont? Odsunąć tę myśl, nie ma znaczenia. Schody nie mają końca, poruszają się pod nogami, spływając gdzieś w dół z każdym krokiem, jakby drwiąc z wysiłków. Coś jest nie tak. Coś jest nieprawidłowe. Nareszcie drzwi na dach, można je pchnąć i wyjść.
Moriarty majaczy na samej krawędzi, muzyka w jego słuchawkach rozbrzmiewa tak wyraźnie, że bez trudu można rozpoznać utwór. Doprawdy, powinien przerzucić się z disco na coś bardziej nowoczesnego.
Sherlock idzie na skraj dachu, chociaż serce bije mu coraz mocniej i boleśniej. Coś jest nie tak, wszystko jest nie tak. Gra już mu się nie podoba, ale nie może jej przerwać. Moriarty zaraz umrze. Wytrzeszczone oczy, strzał i krwawe bryzgi – ten widok będzie go prześladować w złych snach do późnej starości. Sherlock staje obok Moriarty'ego na niskiej obmurówce. W dole powinien być John z telefonem, ale go nie ma.
- Zgadnij, kogo zabiję? – pyta Moriarty. Żuje gumę i kiwa się w takt muzyki.
- Johna.
- I...?
- Hamisha.
- I...?
- Lestrade'a.
- I...?
- Panią Hudson.
- I...?
- Molly.
- I...?
- Mnie.
- Zapomniałeś. – Moriarty odwraca się do niego, szeroko otwiera oczy, udając rozczarowanie. – Zapomniaaaaałeś.
- Mycroft? – odgaduje Sherlock. Rozlega się wystrzał.
Sherlock otworzył oczy i wzdrygnął się całym ciałem, kiedy zauważył, że ktoś obserwuje go w mroku.
- Co? – spytał ochryple, ledwo panując nad językiem. Hamish patrzył mu w twarz, na pewno zauważając wszystkie poszlaki. Przyspieszony oddech, napięte mięśnie, grymas lęku. Winien własnych koszmarów.
- Zabierz to – rozkazał Sherlock i Hamish opuścił rękę z jakimś przedmiotem. Sherlock odszukał informację w kartotece umysłu: Łapacz Snów, Indianie północnoamerykańscy uważali go za narzędzie do łowienia nocnych koszmarów. – Zabieraj się stąd.
- Sam się zabieraj. To łóżko taty.
Racja: John nie wrócił i Sherlock położył się w salonie, żeby nie czuć się aż tak bardzo samotnie. Hamish do trzeciej w nocy siedział w kuchni przy mikroskopie, a potem poszedł do siebie. Sherlock zajrzał do niego, z niewyraźną myślą, że chyba powinien opowiedzieć mu bajkę na dobranoc. W pamięci zachował kilka baśni braci Grimm, wykorzystanych swego czasu w śledztwie – nadadzą się? Jednak Hamish spojrzał na niego spode łba tak, że Sherlock zrezygnował.
Zamknął oczy i zmuszał się do snu. Z większym pożytkiem spędziłby czas, rozwiązując sudoku albo dręcząc Lestrade'a nocnymi sms-ami. Jednak Sherlock uznał, że im szybciej zaśnie, tym prędzej zakończy się ten potworny dzień. Rano wróci John, będzie hałasował naczyniami w kuchni i klął pod nosem, i będzie można udawać, że wszystko jest w porządku.
Sherlock z zamkniętymi oczami zaczął liczyć kociaki na swetrze Johna, potem zasnął i przyśnił mu się koszmar. Ponownie.
Hamish usiadł na skraju łóżka, w zamyśleniu oglądając łapacz.
- Może go zbadamy? Myślisz, że coś się złapało?
- Bzdura. Przecież wiesz, że sny to jedynie następstwa obrazów z prawej półkuli mózgowej?
- Sny to sygnały podświadomości – odparł Hamish poważnie. Wyciągnął skądś notes. – Opowiedz mi, co ci się śniło. Szczegółowo.
- Raczej się wstrzymam.
Sherlock wstał i poszedł do kuchni, Hamish za nim. Usiadł za stołem i zaczął machać nogami, oglądając Łapacz Snów pod światło.
- To nie pomoże – powiedział Sherlock, nie odwracając się. Otwierał szafki – jedną za drugą. Nie tutaj. Tu też nie... Gdzież to jest? – Nie uwolni od koszmarów. Tylko zupełny ignorant uwierzy, że kółko z piórami może złowić sen.
Hamish parsknął, jakby to nie on wierzył w dziecięce bajki. A potem warknął gniewnie:
- Nie miałem zamiaru cię uwalniać. Chciałem złapać jakiś dla siebie.
Nie ma w szufladach, ani w lodówce. Czyli gdzie? (I na pewno coś jest nie tak. Coś przeoczył, a mózg we śnie próbował mu podpowiedzieć).
- Lewa górna szuflada – zlitował się Hamish i Sherlock wyjął pudełko. Stał nad kuchenką, mieszając kakao i wdychając intensywny aromat. Tak, tego było trzeba.
Hamish potrzebuje kakao: dzieci się pod jego wpływem uspokajają i idą spać, szczęśliwe, jak małoletni idioci z reklam prorodzinnych. Sobie Sherlock też nalał pełen kubek, zamierzając wyciągnąć z mdlącego gorącego napoju tyle pocieszenia, ile tylko się da.
Usiadł za stołem naprzeciwko Hamisha, dopiero teraz zaszczycając go spojrzeniem. Blady, rozczochrany, w pomiętej piżamie. Spał, ale nie dłużej, niż godzinę. Przebudziły go dźwięki dochodzące z salonu - zapewne jęki i mamrotanie. Sherlock często mówił przez sen. Nie był to najgorszy z jego nawyków, ale ludzie się tego boją. Bali. Jego byli współlokatorzy – sami idioci. Mózg jedynie przerabia informację, ale czemu mieliby to zrozumieć?
Moriarty jest martwy. Moriarty jest martwy. Moriarty jest martwy. Sherlock zamknął oczy i wziął duży łyk kakao z kubka.
Łapacz Snów leżał na stole. Hamish patrzył na niego, jakby miał nadzieję dojrzeć sny pomiędzy piórami, koralikami i nitkami.
- Po co ci moje koszmary?
- Nie mam własnych.
- Niewiele tracisz.
Hamish rzucił Sherlockowi spojrzenie pod tytułem „co ty tam wiesz". Sherlock przewrócił oczami. Czuł się zmęczony, jakby wcale nie odpoczywał, a biegał po dachach. (Złe porównanie: po pościgu w ciele rozlewa się rześkość i siła). Męczyła go myśl, że w jakimś miejscu się pomylił. Nie, nie pomylił. Coś przeoczył. Zapomniał.
„Zapomniaaaałeś". Sherlock zacisnął zęby. Nie potrafił uchwycić wymykającej się myśli. Coś ważnego. Coś związanego z bratem.
- Gdzie jest John, kiedy jest potrzebny? – mruknął z irytacją.
Naturalnie, nie ma proroczych snów. Z drugiej strony, informacja, znajdująca się na głębszych poziomach, czasami nie może być uświadomiona, póki człowiek jest przytomny. Potrzeba snu lub hipnozy, cel: przypomnieć sobie coś ważnego, rozwiązać problem. Zauważyć to, co receptory wzrokowe zarejestrowały, a świadomość nie wychwyciła.
- Dlaczego śpisz w łóżku taty?
- Przeszkadzasz mi myśleć. Dopij swoje kakao i zmykaj.
O, Sherlock poznał to spojrzenie – pełne uporu i urazy. Fatalnie jest mieć samego siebie w drugim egzemplarzu.
- Odszedł przez ciebie. Znowu.
- Wiem. W tej chwili znajduje się w mieszkaniu swojej koleżanki, Mary Morstan i z prawdopodobieństwem dziewięćdziesiąt osiem procent uprawia z tą kobietą seks. Wiesz, czym jest seks? – upewnił się Sherlock, spojrzawszy na Hamisha. Ten kiwnął głową, jakoś podejrzanie skwapliwie.
Sherlock próbował sobie przypomnieć, ile miał lat, kiedy Mycroft odbył z nim rozmowę uświadamiającą. Sherlock dowiedział się wszystkiego, co niezbędne i wyrobił sobie na ten temat lakoniczną opinię: „Fuj, obrzydliwość". Mycroft rozciągnął wargi w tym swoim wyrozumiałym uśmieszku i oświadczył, że teraz Sherlock tak mówi, ale przyjdzie czas, kiedy sam będzie się zajmował podobnymi rzeczami. „Na pewno nie!" – powiedział Sherlock. „Na pewno tak" – odparł Mycroft. „Na pewno nie!" – powtórzył Sherlock i zrobił wszystko, żeby dowieść swojej racji.
Znów wspomniał Mycrofta. Coś ważnego mu umykało, sprawiało, że czuł się bezsilny. Potrzebował Johna – swojego przewodnika światła. W ogóle nie mógł myśleć. Ale John był w tej chwili zajęty i na pewno wyłączył telefon.
- Kiedy się pojawiłeś, wszystko się pogorszyło. – Hamish go nie obwiniał (na razie), jedynie konstatował fakt. Sherlock spuścił głowę, przyznając się do winy (znowu). – Tęsknię za tatą.
- Ja też. – Sprecyzowanie: nie za swoim tatą. Za Johnem. Oczywiście.
- Jesteś, oczywiście super fajny, ale czasem myślę, że lepiej, żebyś nie wracał. – Hamish zaczerpnął powietrza i wypalił stanowczo: - On jest mój.
Sherlock na chwilę zawiesił się na „super fajnym" ale drugiej części zdania nie mógł zignorować.
- Spotkałem go pierwszy.
- A mnie on wybrał.1
- Otóż to.
Hamish spochmurniał, ale zaraz się uśmiechnął. Oczywiście, miał coś w zapasie. Ostatni argument, as w rękawie, zapasowy magazynek. Jak zwał tak zwał (chociaż lepiej bez głupich alegorii).
- On mnie kocha. O! – Hamish wyciągnął z kieszeni komórkę. (Wygodna piżama. Sherlock postanowił przemyśleć swój zwyczaj spania w szlafroku/kokonie z prześcieradła/nago). Chłopiec podetknął Sherlockowi pod nos jaśniejący ekran.
„Od: TATA
Czas: 23:30
Kocham cię. Przepraszam za to, co się dziś wydarzyło. Dobrej nocy".
Materialny dowód. Sherlock nie sprawdzał telefonu. Wiedział, że do niego nic nie przyszło.
- Nie chcę hodować pszczół. Nie podobają mi się. Są nudne.
- Ale nie gigantyczna pszczoła-zabójca! Ale w ogóle to masz rację. – No jasne. – Nie martw się. Coś wymyślimy. Nie zostawię cię.
Spojrzenie Hamisha było szczere i stanowcze. Sherlock przełknął nagle powstałą gulę w gardle. (Złudzenie, to tylko naprężenie mięśni).
Pocieszenie od dziecka. Jakże jest żałosny. A jednak tego potrzebował. Sherlock nie pojmował, dlaczego Hamish uważał za słuszne głoszenie takich wątpliwych deklaracji – czyżby tylko po to, by Sherlock poczuł się lepiej? Chociaż było absolutnie jasne, że wraz z powrotem Sherlocka życie Johna i Hamisha stało się gorsze. Częstsze kłótnie, więcej problemów, podział uwagi na więcej obiektów. A jednak Hamish zrobił to, czego nigdy nie zrobiłby Sherlock (bezsensowna strata czasu).
Okazał dobroć.
To John uczynił takim Hamisha – wychowywał swoją miłością i przykładem. Był taki czas, kiedy Sherlock uważał, że nie ma serca. Jednak John udowodnił mu coś odwrotnego i Sherlock teraz nie wiedział, czy ma czuć wdzięczność, czy gorycz z tego powodu.
- Tata cię kocha, serio.
- Nie byłbym tego taki pewny.
- Czasami nie zauważasz takich prostych rzeczy. Widzisz, a nie zauważasz.
Sherlock uniósł oczy ku sufitowi.
- Kładź się spać – polecił surowo i Hamish się skrzywił.
- Może zagram ci na tamburynie?
- Nie.
- To może ty mi zagrasz na skrzypcach?
- Nie.
- Albo zajmiemy się chemią?
- Nie.
- Ale jesteś nudny.
Hamish zlazł z krzesła i powlókł się do sypialni, po drodze zabierając swój łapacz. W drzwiach się zatrzymał i obejrzał.
- Przy okazji, Sherlock, nauczysz mnie karate?
- Zobaczymy.
Sherlock odczekał, aż zamknęły się drzwi sypialni. Następnie zajrzał do lodówki. Ręka leżała między selerem (Co John zamierzał z nim zrobić?!) a kartonem mleka (praktycznie pustym). Masa czasu, żeby ją zbadać. Nie jest zbytnio interesująca z naukowego punktu widzenia, ale pomoże zabić czas. Nic naukowo ciekawego. I oczywiście nie ma w niej żadnej magii.
Absolutnie żadnej.
To naprawdę głupie.
Sherlock odłamał palec, wypowiedział życzenie i włożył rękę do lodówki.
Do dzwonka budzika (szkoła, Hamish) pozostawała jeszcze godzina i czterdzieści trzy minuty. Sherlock wziął skrzypce i stanął przy oknie. Nad dachami domów niebo powolutku jaśniało. Smyczek na sekundę zawisł w powietrzu, nim dotknął strun.
Sherlock złowił potrzebną myśl o siódmej szesnaście rano. Odłożył skrzypce i podskoczył od nadmiaru emocji. Oczywiście! No, oczywiście!
Informacja: daty. Folder: rzadko użytkowane. Data wynalezienia prochu? Nie. Dzień Kosmonautyki w Rosji? Nie. Krytyczny dzień Mycrofta? Tak. Dokładnie.
- A jednak nie zapomniaaałem – przedrzeźnił Sherlock Moriarty'ego ze snu, wykrzywiając się do swego odbicia w szybie. Pozostało zdecydować, co począć z uzyskaną informacją. Ignorował ją przez długie lata. To było swego rodzaju błogosławieństwo. W dniu kryzysu Mycroft zawsze był wrażliwy i tracił swoją nieprzeniknioną rezerwę. Tak łatwo było go wówczas ustawić, że Sherlock z tego nie korzystał. Zbyt łatwe zwycięstwo. No i mama byłaby niezadowolona, gdyby Sherlock dręczył brata w jego własne urodziny.
Jednak teraz wszystko jest inaczej. Czy nie jest to szansa? Czy nie jest to owa słynna druga szansa, którą mu podsunęła jego własna podświadomość i umysłowy kalendarz? Tak, z pewnością.
Wpierw Sherlock wysłał wiadomość do Lestrade'a. Inspektor pewnie jeszcze śpał w swoim wąskim kawalerskim łóżku, ale kogo to obchodzi? On w ogóle dużo spał. Ludzie generalnie cały czas śpią. A kiedy nie śpią to jedzą albo siedzą w toalecie. Przygnębiająca wizja.
Wysławszy sms, Sherlock zaczął krążyć po salonie. Chciałby natychmiast przystąpić do działania, ale wpierw należało wysłać Hamisha do szkoły. (Dlaczego, u licha, szkoły otwierają tak późno?). W dodatku pośpiech mógł wszystko zepsuć. W delikatnych kwestiach należało działać ostrożnie.
Oto dlaczego Sherlock doczekał aż zadzwoni budzik, wyprawił Hamisha do szkoły, wypił herbatę z panią Hudson, trochę rozgniewaną za nocny koncert, i dopiero po tym wszystkim wybrał się do Klubu Diogenesa.
Szczerze mówiąc, Sherlock dążył do spotkania z Mycroftem. Przyczyna: chęć pogodzenia się (absurdalne, a jednak). Niestety, Sherlock nie miał wszechwidzącego Oka, a przemieszczania się Mycrofta po mieście nie można było praktycznie przewidzieć, gdyż jego plany zmieniały się szybko, niczym kurs dolara. Kiedy Mycroft znajdował się w pobliżu, zawsze ktoś był obok: Hamish, John lub Anthea – a ostatnio ochroniarz zwyczajnie Sherlocka odciągnął od brata za kołnierz. Mycroft nawet nie drgnął, żeby przerwać ten skandal (och, z pewnością rozkoszował się tą sceną). Zmuszenie brata do kontaktu stało się sprawą priorytetową, wyzwaniem, które Sherlock przyjął i do tej pory nie wypełnił. To go męczyło. Jak również świadomość, że Mycroft już mu nie dokucza swoją natrętną troskliwością. Sherlock nigdy by tego nie przyznał głośno, ale okłamywanie samego siebie było poniżej jego godności.
Najgorsze było to, że wszyscy inni mieli dostęp do jego brata. John zachowywał się tak, jakby byli przyjaciółmi. Hamish był ulubieńcem Mycrofta. Nawet Lestrade'owi okazywał więcej sympatii! To, że Mycroft nawiązał z inspektorem głupi i bezsensowny romans (prawdopodobieństwo żałosnego końca dziewięćdziesiąt dziewięć procent) stało się oczywiste przy pierwszym spojrzeniu na nowe pióro Lestrade'a.
Jednak dziś Sherlock miał niewątpliwą przewagę. To, że podzielił się sekretną informacją z Lestrade'em, było prawdziwie szlachetnym gestem z jego strony, choć nie sądził, by inspektor to docenił. Jednak Sherlock zamierzał zobaczyć się z bratem jako pierwszy, a potem rzucić go na pastwę nowego (starego) kochanka.
Do Diogenesa musiał przedostać się podstępem. Bardzo go kusiło, żeby urządzić tam epicką i głośną awanturę (wstrząsnąć wszystkimi nudnymi snobami), ale odłożył tę przyjemność na później. Przyszedł w pokoju. I po pokój.
Mycroft ukrył się w osobnym pokoju i miał nadzieję przeżyć ten dzień bez szczególnych strat. Naturalnie, nie spodziewał się ujrzeć Sherlocka w służbowym uniformie i z marchewkowym tortem na tacy. Na jego twarzy odmalował się wyraz zaskoczenia, a potem irytacji, jednak nie powiedział ani słowa (uparty osioł).
- Wszystkiego dobrego – rzucił Sherlock niedbale, stawiając przed Mycroftem talerzyk z kawałkiem tortu. Wyjął z kieszeni dziecięcą kolorową świeczkę i z rozmachem wetknął ją w pomarańczowy krem. Mycroft wyciągnął rękę w kierunku stołu (by wezwać ochronę), Sherlock złapał go za przegub, zaciskając palce nieco mocniej, niż należało (puls regularny, temperatura powyżej normy). Mycroft przewrócił oczami.
- Porozmawiajmy – zaproponował Sherlock. Ironia losu: ileż razy Mycroft mówił to samo, a Sherlock ignorował jego próby? – Nie możesz mnie wiecznie unikać. Zrozumiałem, co chciałeś mi udowodnić. Dobrze. Świetnie. Wygrałeś. A teraz już przestań.
- Zostaw mnie w spokoju, Sherlock – poprosił Mycroft ponuro. Nie wyglądał na zadowolonego – pułapka „Wygrałeś" nie zadziałała. Sherlock poczuł w ustach gorycz rozpaczy (niemożliwe, ludzie nie czują smaku emocji, chyba że cierpią na synestezję).
- Starczy! Nie wiem, czego jeszcze chcesz? Prosiłem o wybaczenie, poniżyłem się, nawet pamiętałem o twoich urodzinach! Co mam jeszcze zrobić?
Mycroft patrzył na niego z dołu, siedząc na skrzypiącym skórzanym fotelu. Sherlock puścił jego gorącą rękę i Mycroft potarł nadgarstek, a potem wyjął świeczkę z tortu i odłożył ją na skraj talerzyka. Odpowiedział znudzonym tonem:
- Nic. Nic nie musisz robić. Po prostu żyj swoim życiem, przecież zawsze tego chciałeś?
- Co się z tobą dzieje? Czy pod tą warstwą tłuszczu jest jakiś rozum, do którego mogę przemówić? – zapytał Sherlock gniewnie i ugryzł się w język. Błąd. Zdecydowanie nieprawidłowe słowa. Ale już za późno.
Mycroft powoli odsunął talerz z tortem, wstał, raptem stając bardzo blisko Sherlocka, a potem... w milczeniu ominął go, niczym mebel i skierował się do drzwi.
Sherlock dogonił go dwoma susami, złapał za ramię, obrócił i zamknął w objęciach. Mycroft zawahał się na sekundę, a potem zaczął go odpychać, tłuc po ramionach i plecach, wyrywać się – jednak Sherlock trzymał go mocno. Tak mocno, jak tylko potrafił.
Minęła wieczność (choć tak naprawdę nie więcej, niż minuta) kiedy Mycroft nagle się poddał. Zacisnął w garściach koszulę Sherlocka, gniotąc ją (nieważne, strój ukradziony z garderoby dla personelu) i przycisnął brata do siebie z taką siłą, jakiej Sherlock się nie spodziewał.
Bolało, ale wytrzymał.
Wyszedł z Klubu Diogenesa sprężystym krokiem, z wyraźnym uczuciem, że teraz wszystko się unormuje (intuicja, kolejny sygnał od podświadomości). Naprzeciwko klubu stał Lestrade (nie wpuszczono go, oczywiście), zmarznięty i pachnący papierosami (zdumiewające). Trzymał koniec smyczy, a koło niego siedział pies – buldog angielski, samiec, wiek nie więcej, niż pół roku. No tak, niebieska kokarda na szyi. Oczywiste i przygnębiające.
Sherlock przystanął obok (głęboki wdech, o tak, ten zapach), poprawił kołnierz płaszcza. Lestrade wydawał się skwaszony/senny/zmieszany i podejrzliwie patrzył na uśmiechniętego Sherlocka. (Donovan kiedyś powiedziała, że ma uśmiech seryjnego mordercy).
- No co? – zapytał w końcu Lestrade.
- Mycroft padnie na zawał.
Znaczące spojrzenie na psa – buldog odpowiedział tym samym.
- Ja nie...
- Nie zdążyłeś kupić prezentu. To oczywiste. Ale jak mogło przyjść ci do głupiej siwej głowy, żeby podarować Mycroftowi to? Gorszy prezent trudno wymyślić, a przecież ja bardzo się starałem.
Wspaniale, Lestrade zaczął drapać się po niedogolonym policzku, czyli słowa Sherlocka do niego dotarły i jego powolny umysł zaczął obrabiać informację. Sherlock tymczasem podebrał mu z kieszeni paczkę papierosów i nową legitymację, żeby sprawdzić czy nie stracił wprawy. Wyglądało na to, że nie.
- Ale ja nie... – zaczął znów inspektor i znów mu przerwano.
- Nieszczęsnej psinie dziś rano zabito właścicieli, ale zamiast oddać zwierzaka do schroniska, jak powinieneś, przywlokłeś go do serpentarium – przepraszam, zrzuciłeś to na Donovan – a potem strzeliło ci do głowy, żeby podarować tę grudę błota, chaosu i niechcianej odpowiedzialności mojemu drogiemu bratu. Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami rozerwało by cię na kawałki za sam pomysł.
Lestrade nie odpowiedział (w końcu rozumiejąc, że nikt tego od niego nie oczekuje) i po prostu obdarzył go ponurym spojrzeniem spode łba. Sherlock z westchnieniem wyciągnął z kieszeni długi, elegancki futerał.
- O, proszę. Wręczysz mu to wieczorem, bez żadnych komentarzy i mam nadzieję, że starczy ci instynktu samozachowawczego, żeby nie kupować karty urodzinowej. A psa zabieram, niech już będzie.
- Ty?! A co na to towarzystwo opieki?!
- John nie pozwoli przeprowadzać na nim eksperymentów – odparł Sherlock, czując zaledwie lekkie rozczarowanie. Wymiana się odbyła: futerał zniknął w głębokiej kieszeni płaszcza inspektora, buldog niechętnie podreptał za Sherlockiem (za krótkie nogi, ale przecież John z analogicznym problemem jakoś nadążał).
Lestrade zawołał do Sherlocka, kiedy ten już podniósł rękę, dając sygnał taksówkarzowi.
- Z ciebie jest wrzód na tyłku, ale czasem bywasz całkiem miły.
- Daruj sobie te swoje...
- Cieszę się, że się pogodziliście – powiedział Lestrade, przerywając mu w pół słowa. Okutany w płaszcz, patrzył na Sherlocka kpiąco i z lekkim współczuciem. Zupełnie nie to spojrzenie, jakie tradycyjnie przynależało do inspektora-łamagi.
- Skąd wiesz, że się pogodziliśmy?
- Gdyś siebie widział... Twoja mina. Możesz udawać odludka ile tylko chcesz, znam cię byt długo, żeby się na to nabrać.
Sherlock nagle sobie przypomniał, że ma jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. I taksówka akurat podjechała.
W samochodzie obaj z psem wymienili oceniające spojrzenia. Sherlock poprawił swój niebieski szalik, buldog próbował ściągnąć kokardę. Kiedy Sherlock zaproponował pomoc, został ugryziony (dwa razy). Złośliwa bestia warczała na niego przez całą drogę do domu.
Jednak nawet to nie zepsuło Sherlockowi humoru. Jaki doskonały pomysł! John będzie zadowolony, poza tym podarunek to najłatwiejszy sposób, żeby przeprosić. Sherlock postanowił, że nazwie psa „Mycroft", dla samej radości krzyczenia na niego: „Kysz!" albo „Mycroft, znów narobiłeś na dywan?!".
Zapłacił taksówkarzowi i akurat wysiadał z auta, kiedy w jego kieszeni odezwał się telefon. Sherlock ze zdziwieniem popatrzył na ekran.
John Watson
John prawie nigdy do niego nie dzwonił, woląc krótkie sms-y, a ostatnio w ogóle się nie kontaktował przez telefon. Sherlocka ogarnęło straszne przeczucie, poczuł ucisk w piersiach. (Od czasu, kiedy Moriarty obiecał, że wypali mu serce, minęło parę lat, a ono wciąż jeszcze się tliło). John dzwoni – może to dobry znak? Chce porozmawiać, chce usłyszeć Sherlocka, chce odpowiedzieć (wyznanie, które zawisło w powietrzu; Sherlock udał, że o tym zapomniał). Nie. Nie, głupiec, wszystko powinno być na odwrót. Coś się stało. Coś złego, inaczej John by nie zadzwonił. Za nic w świecie.
- Tak?
Głos Johna był zniekształcony (Słaby zasięg? Silne emocje? Oba warianty?), ledwo zauważalnie drżał.
- Sherlock. To... Cholera... Hamish. Coś się stało Hamishowi.
Hamish schodził coraz głębiej. Stopnie-klamry były szorstkie, drapały skórę i zostawiały na dłoniach drobiny rdzy. Hamish postanowił, że później ją zbierze i zbada. Mocno trzymał się klamer, szukając stopami niższej i opuszczał się w głąb przeklętej studni.
Już dawno planował to zrobić. Oczywiście starczyło mu rozumu, by zrozumieć, że nie należy iść na taką wyprawę samotnie. Nawet Sherlock potrzebował pomocy taty, a przecież zwykle miał do czynienia ze zwykłymi przestępcami. Potwór Ze Studni był straszniejszy i bardziej perfidny.
Mówiono, że to starzec, który wpadł do studni, kiedy była w niej jeszcze woda. Wpadł i umarł, a teraz wyłaził od czasu do czasu, żeby pospacerować po ugorze za szkołą. Nikt go nigdy nie widział, ale wszyscy o nim wiedzieli.
Hamish był za duży, żeby wierzyć w takie bajki. Inna sprawa, że na dnie studni mogły się zachować dowody, a wtedy nikt nie powie, że Potwór Ze Studni to wymysł (nawet Sherlock). Hamish nie zamierzał zbytnio ryzykować, jedynie zejść na dół, obejrzeć dno i wrócić. Tylko...
tata nigdy by na to nie pozwolił
samemu było... nieporęcznie (nie, nie strasznie, po prostu nieporęcznie)
Teraz oba problemy zostały rozwiązane. Tata nigdy się nie dowie. Najwyżej na konkursie projektów, gdzie Hamish przedstawi dowody. Ale wtedy będzie już za późno i zawsze będzie można skłamać, że to Gryz zszedł na dół, a Hamish tylko świecił mu latarką.
Latarka, nawiasem mówiąc, była słaba i nie bardzo pomagała z takiej odległości. Im głębiej Hamish schodził, tym ciemność robiła się straszniejsza. Od czasu do czasu Hamish zatrzymywał się i zadzierał głowę, żeby spojrzeć na jasny krąg nieba z majaczącym na jego tle Gryzem. Ten patrzył w dół i mamrotał: „Zwariowałeś, zupełnie zwariowałeś" – i na tym polegało całe zabezpieczenie. Jednak z jakiejś niewiadomej przyczyny Hamishowi było lżej, kiedy Gryz był tam na górze.
Z trudem namówił Gryza, żeby dotrzymał mu towarzystwa. Wydawało się, że ten w ogóle nie rozumiał uroku podobnych przedsięwzięć. Cóż, każdy ma swoje dziwactwa. Hamish obiecał, że pomoże Gryzowi z jego projektem, albo mogą nawet podzielić się Potworem, pod warunkiem, że coś w ogóle znajdą na dnie studni, oczywiście. Gryz się zgodził, ale bez szczególnego entuzjazmu i Hamish kolejny raz się zastanowił, czy zdoła przerobić tego nudnego typa na dobrego przyjaciela.
Kolejny raz popatrzył w górę, sprawdzając czy Gryz nie odszedł. Był tam. Twarzy już nie można było rozpoznać, tylko krągły zarys głowy. Hamish odetchnął głęboko, czując zapach wilgoci i kurzu. A potem jedna z przerdzewiałych klamer oberwała się ze strasznym gruchotem i Hamish runął w dół.
Nie spadł z wysoka, nawet nie zdążył się wystraszyć, kiedy wylądował tyłkiem na twardym podłożu. Obok ktoś głucho się roześmiał, albo Hamishowi się tak wydawało. Rzucił się w bok, uderzył ramieniem w kamienną ścianę, śliską i zimną. Kurczowo do niej przylgnąwszy, wpatrywał się w ciemność. Nic. Nikogo.
Hamish zadarł głowę, patrząc na jasny krąg w górze. Gryza nie było.
- Hej! – krzyknął Hamish, ze zdumieniem stwierdzając, że brakuje mu powietrza. – Gryz!
- Co z tobą? – Gryz ponownie pojawił się w polu widzenia i Hamish skłamał:
- W porządku. Poświeć. – Po prostu nie był w stanie powiedzieć: „Nie zostawiaj mnie".
Hamish obmacał ściany, potem wstał. Lewa noga paskudnie zabolała i musiał skakać na prawej. Zaczął szukać stopni. Oderwana klamra przeszkadzała – za każdym razem kiedy na nią natrafiał, zdawało mu się, że to czyjaś ręka sięga ku niemu spod ziemi. Wreszcie zrozumiał, że samodzielnie się nie wydostanie. Niższa klamra się oderwała, a do następnej nie mógł dosięgnąć. Pierwszą jego myślą było smętne: „Teraz tata na pewno się dowie".
Jednak prędko pojawiły się inne problemy. Pięć problemów – w każdym razie Hamish naliczył pięć głosów i trzy z nich rozpoznał. Głosy swoich kolegów z klasy rozpoznawał nawet lepiej, niż twarze (a tym bardziej imiona), gdyż przywykł nie odwracać się, kiedy coś do niego mówili. Nikt nie będzie się odwracał na rzucone w plecy: „Hej, lokowaty!". To zdanie nie niesie ze sobą absolutnie żadnego informacyjnego przesłania.
Chłopcy skupili się dokoła studni. Hamish bezgłośnie jęknął ze złości i rozpaczy. Czego tu szukają? Czemu nie poszli po szkole do domu, jak należy – czy droga do domu zrobiła się zbyt nudna bez polowania na kosmitę? Czy może specjalnie śledzili ich z Gryzem?
Najbardziej irytujące było to, że świeżo wyuczone ciosy karate tutaj, na dnie studni, na nic się nie mogły przydać.
Chłopcy zaczęli hałasować i wykrzykiwać z mroczną głębię:
- No co, Potwór Ze Studni zaprosił na prywatkę?
- Przynajmniej ktoś! Teraz się zaprzyjaźnicie, pasujecie do siebie!
- A co z Gryzem?
- Hej, Ham, jak ci nie wstyd! Złamałeś serce zębatemu!
Zaczęli się czepiać też Gryza. Hamish słyszał jego ostry, nerwowy głos, jednak nie mógł rozpoznać słów, za to doskonale słyszał wszystko, co mówiono w głąb studni. Drwiące głosy docierały na dno, wzmocnione echem i okrążały go ze wszystkich stron. W ciemności wydawało się, że te głosy są żywe, nieuchwytne jak ninje i tak samo bezwzględne.
- Utknąłeś, Ham? Nie możesz wyleźć?
- Ej, Gryz, też chcesz skoczyć? Chcesz, to pomogę.
Krzyki, drwiny i paskudny rechot trwały jeszcze jakiś czas, a potem Hamish poczuł, jak na ramię spadło mu coś mokrego. I jeszcze, i znowu... Za każdym razem zgraja na górze wybuchała pochwalnymi okrzykami. Hamish zrozumiał, że plują na niego kolejno, próbując trafić. Niestety, studnia była zbyt ciasna i nie trzeba było odznaczać się szczególną celnością.
Potem z góry polała się jakaś lepka ciecz i trafiła na włosy. Zobojętniały Hamish uniósł rękę ku głowie, ścisnął w palcach szorstkie kosmyki, po czym zbliżył palce do nosa. Sok jabłkowy. Czyjś niedojedzony lunch. Nadgryzione jabłko, które uderzyło go boleśnie w ramię, potwierdziło teorię. Hamish wymacał je w ciemności, zamierzając wyrzucić z powrotem (głupie i nieefektywne), ale się rozmyślił. Przyda mu się prowiant, jeśli będzie musiał teraz żyć w studni. Anita Flores, jego przyszła koleżanka w zawodzie, zawsze mówiła: w każdej okropnej sytuacji można znaleźć dobre strony i wszystko można obrócić na swoją korzyść.
Tymczasem na górze wszystko ucichło i zaczęła się narada wojenna. Chłopcy zastanawiali się, jak jeszcze można zabawić się kosztem złapanego w pułapkę kosmity. Jeden z nich zaproponował, żeby zawołać pozostałych kolegów z klasy.
- Kiedy jeszcze coś takiego zobaczysz? To fajniejsze niż teatr!
Ale tu nastąpił sprzeciw:
- Zaczniemy wszystkich wołać, nauczycielka się dowie i wszyscy oberwiemy.
- I tak oberwiemy, jak on się poskarży.
- A czemu by się miał skarżyć? Sam tam wlazł. Sam wlazł, prawda, Gryz? No, gadaj, co tam bełkoczesz?
Hamish odchrząknął. Nie będzie siedział i milczał, aż wszystko się skończy. Wcześniej to zawsze działało, ale teraz musiał nawiązać dialog. (Dialog – najkrótsza droga do rozwiązania konfliktu interesów).
Szkoda tylko, że zaczął od gróźb.
- Mam znajomego inspektora! Aresztują was i wyrzucą ze szkoły!
Chłopcy umilkli, ale zaraz któryś się odezwał:
- Kłamiesz! Nie masz żadnych znajomych, kto by się tam z tobą chciał zadawać?
- Ten policjant przyjechał po ciebie, bo jesteś z innej planety! A kosmitów bada rząd!
- Śledzą go, bo on chce zniszczyć planetę!
- Właśnie! Uratujemy świat przed Hamishem!
Śmiech.
- Gryz, a tobie nie wesoło?
- On się w ogóle nigdy nie uśmiecha!
- Gryz, uśmiech!
- Odwal się.
- Nie nadymaj się tak. Jesteś okej tylko wstydliwy, co?
- Sam jesteś wstydliwy. Puszczaj.
- Zostaw go. Niech leci.
- Aha, niech leci się skarżyć, co?
- Nie będę. Nie jestem kapusiem.
- Nie jest kapusiem, jasne? Jesteś z nami, no nie? Jak go tam zwabiłeś?
- Sam wlazł. Dla nauki.
- Słyszycie? Dla nauki!
- He he! Einstein!
Hamish stuknął potylicą o ścianę. Zdał sobie sprawę, że to może jeszcze potrwać dość długo, a siedzieć w studni i słuchać głupiej gadaniny nie miał najmniejszej ochoty. Co gorsza, z każdą sekundą noga bolała mocniej, a ciemność robiła się gęstsza. I w niej coś z pewnością się poruszało.
- Zawołajcie nauczycielkę! – krzyknął Hamish gniewnie (i odrobinę żałośnie). – Albo pomóżcie mi wyjść.
- Jak wlazłeś, tak wyłaź! – usłyszał odpowiedź. Ktoś zaproponował:
- Zostawimy go tam do konkursu? To będzie nasz projekt. Własny Potwór Ze Studni.
- Panna Clover nas zabije.
- Nic przecież nie zrobiliśmy. Nas tu w ogóle nie było, prawda, Gryz?
- Prawda, Gryz?
- Ej, czego nic nie mówisz?
Hamish szeroko otworzył oczy kiedy usłyszał niechętne:
- Prawda.
- Gryz... Chris, proszę, zawołaj dorosłych! – Hamish poczuł, jak ogarnia go panika. Ktoś na górze zapiszczał szyderczo: „Proszę, zawołaj dorosłych!".
- A jeśli Potwór naprawdę istnieje? – spytał ktoś inny.
- No to co?
- Zabije go. A my pójdziemy do więzienia.
Ktoś znów splunął. Hamish usiadł na ziemi, obejmując kolana rękami. Było mu zimno. Nagle rozległ się głos Gryza:
- A w ogóle to prawda, że on jest kosmitą. Słyszałem jak panna Clover mówiła Włosowi, że niby Hamish nie jest prawdziwym człowiekiem, dlatego jest z nim tyle problemów. Dlatego, że on nie rozumie ludzkich uczuć.
Zapadła cisza, a potem ktoś odezwał się niepewnie:
– Bez picu?
- A niby po co mam kłamać? – obraził się Gryz.
Hamish zamknął oczy. Dokoła i tak panowała całkowita ciemność i nie chciał już w nią patrzeć, wytężając wzrok. Przestał słuchać, jak go obgadują tam na górze. W głębokiej dziurze, z daleka od wszystkich – tu było jego miejsce.
Nim odeszli, chłopcy namówili Gryza, żeby też napluł. Ślina do Hamisha nie doleciała, albo Gryz zwyczajnie nie trafił. Głosy ucichły i Hamish został całkiem sam.
Zresztą nie na długo.
- Hej, jesteś tam? Naprawdę?
Głupszego pytania Hamish w życiu nie słyszał. Objął głowę rękami tak mocno, że aż zabolało – jednak tak było łatwiej odgrodzić się od okropnej, wilgotnej ciemności dokoła.
- Ham?
Do studni zaglądał Ben. Zapewne chłopcy rozpowiadali wszystkim po drodze, jaką frajdę można mieć na ugorze za szkołą.
- Zełgali, czy co? – wymamrotał ten idiota i zniknął z pola widzenia.
Hamish nie zamierzał odpowiadać, ale nie wiadomo czemu odezwał się:
- Spadaj.
Zarys głowy z odstającymi uszami znów pojawił się w jasnym kręgu światła. Hamish gotów był znieść drwiny, chamstwo, wszystko, byle tylko nie zostać sam na sam ze studnią i ciemnością.
- Ale numer – powiedział Ben. – Po co tam wlazłeś?
- Spadaj – powtórzył Hamish słabym głosem.
- Ty tam płaczesz, czy co? – upewnił się Ben z zakłopotaniem i Hamish natychmiast wytarł twarz, chociaż nie można go było dojrzeć z góry.
- Wcale nie! – krzyknął ze złością. – Tylko nogę złamałem! Kości mi sterczą i krew się leje.
- Taaak? – powiedział Ben nieufnie. – Aha, jasne. A tam naprawdę jest Potwór na dole?
Hamish bezsilnie pokręcił głową i nic nie powiedział. Patrzył do góry, myśląc o tej chwili, kiedy Benowi się znudzi i odejdzie. Długie minuty spędzili w milczeniu: Hamish na dole, otoczony mrokiem, a Ben wpatrujący się w ten mrok. W końcu Hamish się przyznał:
- Nie mogę wyjść. – Nienawidził tego, jak żałośnie i bezradnie zabrzmiał jego głos.
- Zawołać pannę Clover?
- Nie! – Hamish nie chciał jej widzieć. Nie teraz. Potrzebował czasu. Potrzebował skrzydeł. Gdyby tata nie zniszczył eksperymentu z mutacją genu, wyrzucając pióra z miski z mąką, Hamish teraz by zwyczajnie wyleciał ze studni, ku światłu. I nie musiałby kuleć w drodze do domu. I nigdy by już nie tracił pieniędzy na taksówki.
Ale skrzydeł nie miał.
Ben sapał przez kilka minut, a potem powiedział:
- Muszę do domu.
- No to leć – odparł Hamish cicho. Ben go raczej nie usłyszał. Nagle zakomenderował:
- Łap! – i wrzucił coś do studni. Miękka ciepła bryła spadła Hamishowi na kolana – rozpoznał szalik Bena, a w niego był zawinięty telefon komórkowy.
Ben miał najbardziej superową komórkę w klasie. Ben w ogóle miał dużo fajnych rzeczy, bo jego rodzice dawali mu oddzielne prezenty z okazji świąt. Pewnego razu Ben przyniósł do szkoły jaszczurkę. Tata mu kupił. Cały dzień wszyscy się tłoczyli dokoła Bena i prosili, żeby pozwolił dotknąć. Czasem Ben się zgadzał, a czasami chytrzył. Hamish nie uczestniczył w tym cyrku. Też, mi coś, jaszczurka! Tamburyn lepszy.
Hamish oddałby życie, żeby tylko pozwolono mu potrzymać jaszczurkę. Ale doskonale wiedział, że nic z tego.
To dotyczyło też wszystkiego innego: lunety, kompasu, telefonu... Wszystko, czym chwalił się Ben, Hamish mógł oglądać tylko z daleka. A teraz trzymał w ręku piracki telefon – czarny, z czaszką, wszystko jak należy. Na tylnym panelu był grawerunek. Hamish przesunął po nim palcami, odgadując litery.
„Dzwoń do mnie częściej! Tata".
Potem dotknął ekranu i delikatny błękitny blask trochę rozjaśnił ciemność dokoła. Hamish był uratowany. Podniósł głowę, żeby zawołać do Bena, ale ten już odszedł.
Kiedyś, dawno tata nakłonił go, żeby Hamish wyuczył się całego długiego spisu telefonów. Hamish zawsze lubił zapamiętywać cyfry i to się okazało bardzo przydatne. Tata wtedy powiedział, że Hamish ma „unikalną pamięć" i to było bardzo przyjemne. Teraz Hamish bał się, bolała go noga, utknął na dnie studni, ale na samo wspomnienie uśmiechnął się z zadowoleniem. Teraz mógł wybrać dowolny numer, żeby wezwać pomoc. Cała bieda w tym, że każdy, kto wyciągnąłby Hamisha z tej okropnej sytuacji, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent opowiedziałby wszystko tacie. Nie, piękne dzięki!
Hamish wybrał jedyny możliwy numer, którego nigdy przedtem nie używał. Przycisnął komórkę do ucha i, doczekawszy się odpowiedzi, powiedział bardzo spokojnie:
- Dzień dobry pani. Tu Hamish Watson. Pilnie mi potrzebna pani pomoc.
Pomoc przybyła po czterdziestu czterech minutach i jedenastu sekundach. Hamish wiedział to dokładnie, gdyż przez cały ten czas nie odrywał oczu od ekranu. W gęstym mroku majaczyły czyjeś oczy i palce, i w tym niestałym, koszmarnym miejscu Hamish mógł ufać tylko starej, dobrej elektronice. Chciał ułowić moment, kiedy cyfry na komórkowym zegarze się zmieniają, lecz to zachodziło zbyt szybko. Najgorsze było to, że od niebieskiego światła oczy zaczynały łzawić i trzeba było mrugać (głupia fizjologia). Kiedy Hamish opuszczał powieki, Potwór odrobinę się przybliżał. Za każdym razem. To nie miało żadnych podstaw logicznych, ale Hamish tak czuł.
Głupi Potwór.
- Halo? – rozległ się przenikliwy kobiecy głos. Hamish pomyślał, że to szczyt głupoty krzyczeć w studnię jak do słuchawki telefonu. Kiedy zadzwonił, w tle słychać było muzykę i ktoś chichotał. Musiał trzy razy powtarzać adres, ale nawet wtedy nie był pewien, czy ona po niego przyjedzie.
Przyjechała.
Zeszła na dół i podniosła go na rękach, żeby mógł dosięgnąć do całej klamry. To było głupie: ważyła więcej od Hamisha i pod jej ciężarem klamry mogły pęknąć tym bardziej. Jednak Hamish ugryzł się w język: lepiej już utknąć w studni we dwójkę, niż samotnie.
Wydostali się. Hamish usiadł na trawie obok ocembrowania, w głowie kręciło mu się od świeżego, chłodnego powietrza. Patrzył na swoje ręce, usiane rdzawymi drobinkami, niczym piegami. Nie dawały się zetrzeć.
Harriet Watson dosłownie wypadła ze studni, rozciągnęła się na plecach obok i wymamrotała coś bardzo wulgarnego (gorzej, niż Pippi), a potem zaczęła się śmiać.
- No, ja pierniczę, z tobą to się człowiek nie może nudzić.
Podała mu rękę, jak mężczyźnie. Jak równemu.
- Miło mi poznać!
Hamish pozostawił na jej dłoni rdzę. Wstał i trochę kulejąc powędrował w stronę drogi. Chciał jak najszybciej odejść z tego miejsca – kto wie, czy chłopakom nie zachce się wrócić? Szalikiem owinął szyję, a komórkę schował do kieszeni. Nigdzie nie widział swojego plecaka, tylko kilka stron wyrwanych z podręcznika walało się na ziemi.
Nic poza tym.
Jego zeszyt. Jego Dziennik Obserwacji! Tego było już za wiele. To go ostatecznie załamało i rozpłakał się haniebnie. Wielkie łzy potoczyły się po jego policzkach i Hamish zacisnął prędko powieki, próbując je zatrzymać. Bezskutecznie. Nie mógł kontrolować łez, za to mógł kontrolować całą resztę. Nie wydał więc żadnego dźwięku i nawet starał się wyrównać oddech. Nie chciał, żeby panna Watson zauważyła. Może i nie zauważyła? Szła dwa kroki za nim. Hamish czuł jej obecność za plecami.
Kiedy doszli do ulicy, już się uspokoił. Panna Watson wzięła go za ramię i poprowadziła w stronę czerwonego samochodu, który wjechał jednym kołem na chodnik. Hamish posłusznie dowlókł się do auta i usiadł z tyłu. Za kierownica siedziała młoda kobieta z ciemnymi włosami do ramion, w białej koszulce z napisem „Patrz wyżej!". Zaraz się rzuciła na pannę Watson:
- Możesz mi to jednak wyjaśnić? Nie uśmiecha mi się mandat za nieprawidłowe parkowanie!
Hamish zobaczył we wstecznym lusterku jak jej oczy rozszerzyły się w zdumieniu. Zauważyła go.
- Tylko mi nie mów, że ukradłaś dzieciaka.
- A co, to byłby romantyczny prezent, nie sądzisz? Jedź, jedź! – Panna Watson zabębniła rękami po przednim panelu, a jej przyjaciółka obejrzała się przez ramię.
- Mały, wszystko w porządku?
Hamish skrzywił się.
- Określenie „mały", „brzdąc" albo „dzieciak" wywołuje protest niepełnoletniego człowieka w ośmiu przypadkach na dziesięć. Sugeruję, by zapamiętać moje imię, proszę pani, jest ono egzotyczne i łatwo je zapamiętać.
Odczekał, aż dziewczyna przestanie mrugać z zaskoczenia i dopiero wówczas dodał z godnością:
- Hamish.
To zabrzmiało solidnie i poważnie. Hamish wykorzystał odpowiedni moment, żeby ukradkiem wytrzeć mokrą twarz szalikiem. Kobiety na przednich siedzeniach wymieniły się spojrzeniami. Panna Watson położyła rękę na kolanie przyjaciółki.
- Dawaj gazu, poważnie. Przysięgam, że jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy ukraść dziecko, wybiorę jakieś grzeczniejsze. To mój bratanek. To syn Johnny'ego.
Powiedziała to bez namysłu i całkiem zwyczajnie: „syn Johnny'ego".
- O... – Oczy dziewczyny zrobiły się jeszcze większe i znów zagapiła się na Hamisha we wstecznym lusterku. Miała bardzo zorientowane spojrzenie i Hamishowi zrobiło się niedobrze. Odwrócił twarz do okna.
Pozwolił zawieźć się do obcego domu – domu panny Watson („Głuptasie, mów mi Harry!") i jej przyjaciółki Eryki. Dom był duży i stary (może nawet zbudowany na cmentarzysku?) i stał na samym skraju miasta. Tutaj mieszkał tata, kiedy był całkiem mały, razem z siostrą i rodzicami.
- Biały płotek i dżem w małych słoiczkach – powiedziała Harry z przygnębieniem, pokazując dom Hamishowi. – Wiem, brzmi fatalnie. – Jakby się usprawiedliwiała. Eryka kpiąco parsknęła za ich plecami:
- Można pomyśleć, że cię tu kto trzyma siłą. A sama wariujesz na punkcie dżemu.
- Znasz go ledwo parę minut, a już mu zdradzasz moje sekrety! – Harry rozzłościła się, czy tylko udaje? Hamishowi trudno było to ocenić. Na wszelki wypadek zachichotał sztucznie, a Eryka popatrzyła na niego z litością.
- Wiesz, co? Powinieneś się przebrać. I dobrze umyć. I coś przekąsić. A potem zadzwonimy do twojego taty.
- John dostanie szału – oznajmiła Harry i Hamish w pełni się z nią zgadzał. Popatrzył błagalnie.
- W ogóle nie jesteśmy zobowiązani uświadamiać go o wszystkich szczegółach naszej znajomości!
- Dlaczego mówisz tak, jakby ci kto wepchnął w tyłek słownik archaizmów? – zdziwiła się Harry, a Eryka zaraz odparowała:
- A dlaczego ty mówisz tak, jakby ci ktoś wepchnął w tyłek słownik żargonizmów?
- A dlaczego ty powtarzasz za mną „tyłek" przy dziecku?
- Dlatego, że twój tyłek nie może być brzydkim słowem – powiedziała Eryka z dziwną intonacją, zerknęła na Hamisha i znów się roześmiała: - No tak, będziemy koszmarnymi rodzicami. Prosto i na prawo, Hamish, a tymczasem my poszukamy dla ciebie ubrania na zmianę.
Harry dała mu ubranie, które w dzieciństwie nosił tata. Pachniała kurzem i naftaliną, i jeszcze farbą, bo przechowywano ją w komórce, obok rozmaitych narzędzi. Koszula była nie zwyczajnie staromodna, a jeszcze i głupio wsiowa. Hamish zrozumiał, czemu tata lubi ubierać się w różne okropieństwa. Jednak Harry rozrzewniła się, kiedy Hamish przyszedł do bawialni.
- Brakuje tylko laski i byłby wykapany Johnny! – zawołała. Hamish uważał, że jest tak samo podobny do taty, jak Harry do Mycrofta, ale uznał za słuszne nie dyskutować z tym. W pewnym sensie był w tym domu zakładnikiem i od jego uprzejmości zależało, co dokładnie Harry powie tacie.
Hamish zamierzał być bardzo, bardzo uprzejmy.
1 Rosyjskie słowo wybirat' oznacza również wyselekcjonować, co w tej sytuacji jest aluzją do nienaturalnego pochodzenia Hamisha. [przyp. tłum.]
