Harry siedział na swoim łóżku czytając jedną z książek o quidditchu, którą dostał od Rona na ostatnie urodziny. Pochłonięty przez lekturę nie zauważył nawet, gdy drzwi lekko uchyliły się, a do środka wślizgnął Snape. Mężczyzna obserwował go przez chwilę z kpiącym uśmieszkiem, aż w końcu zakasłał zwracając na siebie uwagę. Potter nie sięgnął nawet po różdżkę, patrząc po prostu z pytaniem wypisanym w oczach.
- Żadnych odruchów obronnych – warknął nieprzyjemnie. – Jak ja mam cię utrzymać przy życiu? – spytał, a obaj zdali sobie sprawę z tego, że to pytanie bez odpowiedzi.
- Eee, już wróciłeś? – zauważył mało elokwentnie.
- Nie, w zasadzie mnie tu nie ma – odpowiedział tamten, znów się krzywiąc.
- I tak nikt inny nie dostanie się do twoich komnat – zauważył spokojnie.
- Taaak – mruknął, przeciągając samogłoskę. – Prócz mojego chrzestnego syna – dodał. - Nieważne. Weź różdżkę i choć do salonu – zreflektował się, nim Harry zdążył zapytać o chrześniaka.
Potter zeskoczył z łóżka i ruszył za nim. Mężczyznę zastał pochylonego nad kilkoma naprawdę grubymi księgami. Te, które miały wcześniej posłużyć do zdobycia informacji o magicznych małżeństwach, zostały poukładane na zaczarowanym regale nim Harry wrócił z zajęć. Kilkanaście opasłych tomiszczy, przeglądanych obecnie przez Mistrza Eliksirów, nie przypominało Harry'emu nic, co spotkał w bibliotece.
- Wyciągnij różdżkę i rzuć najmocniejsze zaklęcie obronne jakie znasz – powiedział, nie obracając się do niego twarzą. – Z mojej strony nie będzie to nic niebezpiecznego – uspokoił go zimno, widząc jego niepewność. – Raz, dwa – zaczął odliczanie.
Przy 'trzy' z jego różdżki wyskoczył strumień wody, z którego zaledwie połowa została zatrzymana przez protego Pottera. Harry stał na środku salonu przemoczony od pasa w dół. Snape parsknął cicho, ale szybko osuszył jego rzeczy i wszystko wokół, co dostało rykoszetem zaklęcia, po czym wprowadził ich obu do łazienki, klnąc na wszystkich znanych bogów przez to, że nie pomyślał o tym wcześniej.
- Tym razem skup się na tym co robisz – zwrócił Potterowi uwagę i zaczął odliczanie.
Przez kolejne pół godziny brunet został zmoczony i osuszony niezliczoną ilość razy. Zaczynał się powoli też irytować, nie będąc do końca pewnym do czego prowadzi to ćwiczenie. O dziwo, Severus nie komentował złośliwie jego wątpliwych postępów. Kilka mało przyjemnych grymasów na twarzy można by uznać prawie za grzeczność z jego strony. Może jednak eliksir bliźniaków zadziałał, pomyślał i roześmiał się na głos.
- Co cię tak śmieszy? – spytał od razu Mistrz Eliksirów, spoglądając na niego w zaskoczeniu.
- Pomyślałem tylko, że ten eliksir na grzeczność może jednak zadziałał – odparł bezmyślnie, szczerząc się szeroko.
Severus parsknął z pogardą i wbił w niego dwie obsydianowe tęczówki.
- Nie mam interesu w tym, by cię gnębić – powiedział cicho.
- A miałeś jakiś interes wcześniej? – Pytanie wyrwało się z jego.
- Pomyśl czasem, Harry. – Spojrzał na niego z niesmakiem. – Idealne potwierdzenie mojej lojalności względem Czarnego Pana… - urwał. – Nieważne zresztą. Nie ma sensu byśmy ćwiczyli to dalej. – Zmienił temat. - Teraz powinieneś wyciągnąć wnioski.
- Wnioski? – Zdumienie Pottera sięgnęło granic. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie tego.
- Tak, wnioski. Rozumiem, że podczas ćwiczeń z kolegami odpierałeś każdy atak – zawahał się, ale Harry przytaknął. – Dlaczego zatem nie odpierasz zwykłego aquamenti?
Chłopiec, Który Przeżył spojrzał niepewnie na swoją różdżkę, a potem na Snape'a jak gdyby odpowiedź mogła przyjść z tej strony. Faktycznie podczas zajęć Obrony nie było nikogo silniejszego od niego. Jeśli tylko dobrze wpasował się czasowo w pojedynku odbijał każde dowolnie rzucone zaklęcie. Sama technika też nie była najgorsza – ćwiczyli z Ronem pod czujnym okiem Hermiony, a ta błędów nietolerowała. Spojrzał jeszcze raz na różdżkę, która kiedyś skrzyżowała się z tą Voldemorta i na samo wspomnienie zadrżał.
- To kwestia mocy – odparł cicho. – Jesteś ode mnie silniejszy – dodał już trochę swobodniej.
Severus uśmiechnął się pod nosem, mrucząc coś niezrozumiale, po czym spojrzał jakoś dziwnie na Gryfona.
- Moc, siła zaklęcia, technika rzucenia go i praktyka – wyliczył. – Są cztery podstawowe funkcje, od których zależy skuteczność magii, którą trenujemy. Faktycznie mam od ciebie większą moc – zawiesił głos. – Siła twojego zaklęcia jest… marna – Harry był pewien, że Severus użył eufemizmu. – Technika dość dobra, a praktykę po prostu widać, co mnie dziwi – dodał, nie mogąc się powstrzymać. – Jest inne zaklęcie tarczy, którego cię dziś nauczę, a które zużywa o wiele więcej twojej mocy, dlatego dziś go nie rzucisz. Praktykować możesz go kiedykolwiek, jest powszechnie stosowane. – Zamilkł, nie wiedząc najwyraźniej co dodać. – Wyciągnij różdżkę przed siebie i zakreśl nią małą pętelkę wprost przeciwnie do ruchu wskazówek zegara – poinstruował go chłodno, pokazując jednocześnie prawidłowe wykonanie. Dopiero po kilku dodatkowych uwagach, Harry'emu udało się wykonać coś, co Severus uznał za możliwe do przyjęcia. – Inkantacja; Protego Maximus, zapamiętaj tylko – dodał. – Ćwiczyć będziesz jutro i chyba najlepiej będzie jeśli spotkamy się od razu w łazience. Do przeczytania masz zaznaczone przeze mnie strony, będą się ukazywać jedna po drugiej, więc radzę ci dobrze nie ominąć żadnej. – Po tych słowach mężczyzna odwrócił się na pięcie i zostawił w łazience kompletnie przemoczonego Gryfona.
Harry wyszedł zaraz za nim, zabierając po drodze grubą księgę, która unosiła się kilka centymetrów nad stołem. Siedząc już na swoim łóżku otworzył ją niepewnie, a ta od razu ustawiła się na odpowiedniej stronie zapisanej drobnym druczkiem. Z cichym westchnieniem porzucił pomysł odwiedzenia Gryfonów dzisiejszego wieczora.

ooo

Poranek dzisiejszego dnia był szczególny. Harry wstał szybko i niemal wybiegł na wpół rozebrany z komnat, chcąc jak najszybciej spotkać się z przyjaciółmi. Niemal z progu skoczył w stronę Rona wyciągając przed siebie dłoń. Według wszelkich ksiąg, które zdążył przeglądnąć, jego magia powinna ustabilizować się na tyle, by mógł nareszcie dotknąć kogokolwiek prócz Severusa. Dotychczasowy stan rzeczy był dla niego dość kłopotliwy, biorąc pod uwagę to, że Gryfoni mają niereformowalny zwyczaj klepania wszystkich po plecach, więc teraz gdy okres przemian doszedł do kresu, Potter zamierzał nadrobić.
Ku zdumieniu Rona, a jego ogromnego przerażeniu, rudzielec przeleciał przez pół korytarza, ale nie zatrzymał się bynajmniej na ścianie. Kiedy Harry otworzył wreszcie oczy, Wesley lewitował w powietrzu i patrzył oniemiały gdzieś w lewo, jąkając zdaje się podziękowania. Uczniowie w końcu zrobili na tyle dużo miejsca, by Potter poznał wybawcę przyjaciela. Czarna peleryna załopotała, gdy Severus podszedł do niego bardzo blisko i pochylił się do przodu, wciąż lewitując Gryfona.
- Rozumiem, że postanowiłeś zemścić się na panu Wesley'u za ostatni atak na moją skromną osobę – wysyczał. – Następnym razem, gdy postanowisz zrobić takie przedstawienie przynajmniej mnie zaproś – dodał niewiele głośniej i postawił niezbyt ostrożnie rudowłosego, po czym ominął własnego małżonka i wszedł do Wielkiej Sali.
- Harry! Coś ty sobie myślał?! – pisnęła Hermiona. – Na Merlina, gdyby nie profesor… - nie dokończyła, patrząc z troską na Rona.
Rudzielec wciąż słabo kontaktował, rozglądając się wokół, więc dziewczyna chwyciła go pod ramię i wciągnęła do środka, machając na zawstydzonego Pottera.
- Herm, magia powinna była się już ustabilizować – szepnął, gdy usiedli. – Czytałem o tym. Dwa dni maksymalnie – urwał. – Ja nie wiem dlaczego – był kompletnie zagubiony. Z nadzieją popatrzył na siedzącego na podwyższeniu mężczyznę, ale ten nie zaszczycił go ani jednym spojrzeniem.
- Harry, to się w końcu zmieni, może trzeba poczekać dłużej. Sprawdzimy jutro – odezwał się nagle Ron. – Właściwie powinniśmy to robić codziennie – dodał z mocą. Gryfoński honor nie pozwałał mu zostawić przyjaciela samemu sobie.
- No nie wiem – westchnęła Hermiona. – Ja też czytałam, Harry… - Ron westchnął, że wcale nie jest zdziwiony, ale Chłopiec, Który Przeżył nie miał powodów do śmiechu. – To nie musi być wcale takie proste. Ta stabilizacja magiczna jest związana z waszym… zachowaniem – dokończyła, używając oględnego terminu.
- Zachowaniem? – powtórzył po niej, kompletnie nic nie rozumiejąc.
- No wiesz… małżeństwa zachowują się odrobinę inaczej. – Nawet on musiał przyznać, że to miało sens. Spojrzał na państwo Vector, którzy rozmawiali ze sobą półgłosem i nakładali sobie na talerz maleńkie kiełbaski. Kobieta śmiała się pod nosem z opowiedzianego przed chwilą żartu.
Harry wzdrygnął się lekko.
- Myślisz, że powinienem jeść z nim śniadanie? – spytał cicho.
- Nie, Harry. Nie o to mi chodziło. – Zamilkła, najwyraźniej szukając odpowiednich słów. Popatrzyła na przysłuchującego się rozmowie Rona i z powrotem spojrzała na Harry'ego z troską. – Chciałabym porozmawiać z tobą później o tym, czego uczy cię profesor Snape – poprosiła, ale zrozumiał aluzję, gdy Wesley westchnął, że nie chce brać udziału w kolejnych dodatkowych zajęciach.
- Jasne, to po śniadaniu? – dopytał. – Odprowadzę cię na Zaawansowane Eliksiry – zaproponował.
Hermiona skinęła tylko głową. Jej twarz przyjęła znów wyraz zamyślonej, co oznaczało mniej więcej tyle, że dopóki trans się nie skończy – nie będzie z nią kontaktu. Ron wykorzystał to i zaczął szybko rozmowę o planowanym na następny tydzień meczu qudditcha, o którym Potter kompletnie zapomniał. Gryfindor kontra Slytherin jak co roku przyciągał największą uwagę nie tylko uczniów, ale kadry dydaktycznej. McGonagall poprosiła osobiście Wesley'a o przygotowanie nowej taktyki dla ich drużyny i przećwiczenie jej jeszcze w ten weekend. Ron miał przygotowane cztery scenariusze gry, które różniły się wyłącznie tym jaka będzie pogoda, ale Harry i tak był pod wrażeniem profesjonalizmu, z którym podszedł do powierzonego zadania.
Śniadanie dobiegło końca, więc Potter przepuścił przed sobą dziewczynę i ruszył za nią do wyjścia. Bez słowa wskazała mu pustą jeszcze salę i zabezpieczyła ją kilkoma zaklęciami, po czym odwróciła się w stronę Gryfona.
- Czego nie mogłaś mi powiedzieć przy Ronie? – spytał ciekawie.
- Chcę najpierw wiedzieć czy wy spaliście ze sobą – zaczęła szybko, czerwieniąc się po końcówki włosów.
- Z Ronem?! – spytał zaskoczony. – Zwariowałaś! – teraz już krzyczał.
Popatrzyła na niego i szeroko otworzyła usta.
- Ze Snape'em – rzuciła szybko.
Teraz z kolei zaczerwienił się Harry i unikając jej wzroku zapatrzył się w okno.
- Dobra, już wiem – powiedziała po chwili. – Harry, zauważyłam, że się prawie nie dotykacie… Myślę, że to pomoże… jeśli będziecie mieli ze sobą jakiś kontakt… niewymuszony… przypadkowy… Ludzie się… dotykają – zakończyła kulawo. – Wiesz o co mi chodzi? – spytała z nadzieją.
- Tak – o dziwo był spokojny, a to oznaczało tylko przewagę czerni nad zielenią. – Chodzi o to, że powinniśmy obaj podejść do tego normalnie, a nie rzucać się jak ryby wyciągnięte z wody…
- Tak jest teraz? – spytała cicho. – Dalej jest dla ciebie taki oschły?
- Nie, jest dziwnie. Jest niemiły tylko wtedy, gdy faktycznie czymś go zdenerwuję – urwał. – Sam zaproponował, że nauczy mnie jak się bronić i powiedział, że przysiągł to robić. – Wziął głęboki oddech. – To jest… - urwał, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.
- Za dużo? – podsunęła mu. Skinął tylko głową, ale wzrok miał pusty, jakby przypominał sobie słowa mężczyzny. – Jest w Zakonie, wszyscy przysięgali cię chronić – zauważyła przytomnie. – Poza tym to bardzo honorowy człowiek, a to, że pozwolił zabić własnego męża, który jest od niego młodszy byłoby ujmą na honorze, tego jestem pewna. – Zamilkła.
- Na pewno masz rację – mruknął. – Więc muszę go tylko częściej trzymać za rękę? – spytał, uśmiechając się zawadiacko. – Na pewno mu się to spodoba – dodał, a uśmiech tylko poszerzył się.
- Harry, to nie chodzi o trzymanie za rękę, ale wytwarzanie więzi – wytłumaczyła mu. Nie był zdziwiony, podejrzewał to już wcześniej, ale całkiem nowa strona jego osobowości, chciała z tego chociaż zażartować. – Czy mogę zadać ci prywatne pytanie? – spytała po chwili ciszy.
- Spytałaś czy spałem z tłusto włosym profesorem eliksirów, co chcesz wiedzieć jeszcze?
Hermiona zmieszała się, ale nie spuściła tym razem wzroku.
- Czy ty jesteś gejem? – Jej głos był ledwie słyszalny, a Harry'ego uderzyła prostota tego pytania.
Nie zastanawiał się nad tym wcześniej. Uznał, że seks z Severusem 'zawdzięcza' wytworowi bliźniaków, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że to niemożliwe. Obaj to wiedzieli, ale unikali rozmowy na ten temat. Zresztą nie mieli czasu na nic. Mijali się i starali sobie nie przeszkadzać, o ile było to możliwe.
Przypomniał sobie smak skóry mężczyzny, przyspieszony oddech i puls wygrywający nuty uzupełniające się z jego własnymi. Drapanie zarostu na penisie i ten zamglony wzrok, który nawet w chwili największego podniecenia zdawał przewiercać go na wskroś.
Zrobiło się trochę goręcej i Harry mimowolnie poluzował kołnierzyk koszuli. Starał się pomyśleć o Cho, tak jak robił to przez ostatnie miesiące, ale jej obraz rozmywał się, wypierany przed dwie ciemne tęczówki.
- Myślę, że jestem gejem – odpowiedział dopiero, gdy zdał sobie sprawę, że Hermiona czeka na komentarz z jego strony. – Dlaczego pytasz? Przeszkadza ci to?
- Nie, bynajmniej. Pytam, bo chyba nikt inny tego nie zrobił – to było czyste stwierdzenie, którego prawdziwość ponownie wprawiła go w zdumienie.

ooo

Zajęcia z Ronem przebiegły w ciszy, przerywanej co najwyżej głośniejszym pochrapywaniem. Binns nie zmienił swojego typowego tonu, który zanudzić mógł nawet kogoś pod wpływem czaru koncentracji, co aktualnie obserwował Harry. Pansy Parkinson z trudem utrzymywała otwarte powieki, śledząc lewitującego w powietrzu ducha, opowiadającego im o którejś z kolei wojnie, w której brał udział. Nigdy nie zdołał się dowiedzieć czy był wtedy martwy czy jeszcze żywy.
Na szczęście kolejne zajęcia Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami jak zwykle dostarczyły im całą masę zabawy. Kiedy tylko przestąpili progi szkoły i weszli na błonia okalające je z każdej strony niemal wszyscy mieli szerokie uśmiechy na ustach. Tuż przed bramą na zielonej trawce pasły się różowe owce, pobekujące od czasu do czasu wesoło. Grupa zatrzymała się patrząc z niedowierzaniem jak Hagrid podchodzi do jednej z wielkimi rękawicami ze smoczej łuski, które miały chronić przed poparzeniami. Nawet Ślizgoni zdawali się być zafascynowani sceną.
- O, widzę, żeście już wyszli – zaczął wesoło ich profesor. – Tylko nie podchodźcie zbyt blisko, są płochliwe – dodał, widząc kilka dziewcząt, które zamierzały właśnie skrócić dystans.
- Eeee, Hagrid… Co to właściwie jest? – spytał niepewnie Ron.
- To są prinkle – odpowiedział jakby to cokolwiek wyjaśniało.
Hermiona zaczęła nerwowo stąpać w miejscu, łapiąc ustami powietrze. Harry popatrzył na nią kompletnie zdezorientowany i przestraszony, że przyjaciółce coś dolega, ale nagły przebłysk zrozumienia obudził dawno uśpiony uśmiech.
- Dobra, Hermiono. Mów, co wiesz – mruknął do niej.
Dziewczyna niemal natychmiast wydała z siebie serię niezbyt zrozumiałych zdań, żywcem z jakiejś grubej, dawno nieczytanej księgi, więc nie bardzo połapali się od razu o co chodzi. Hagrid natomiast gapił się na nią z szeroko otwartymi ustami, zastygły nad jedną z różowych owiec.
- Eee… wystarczy, znaczy się… 20 punktów dla Gryfindoru – mruknął, oprzytomniawszy. – Hermiona… znaczy się… panna Granger – poprawił się momentalnie – ma rację. Prinkle są groźne, bo ich sierść jest toksyczna dla ludzi. Powoduje duszności i takie tam… - urwał.
- Śmierć przez uduszenie – podpowiedziała usłużnie.
- No niby tak, no ale popatrzcie jakie są słodkie – mruknął niezrażony.
Dla Hagrida niestety nawet rozjuszony smok był uroczym i słodkim stworzeniem, więc od pewnego czasu nie dowierzali jego zdaniu na temat magicznych stworzeń, choć praktyczne lekcje, które z nimi prowadził należały do jednych z najciekawszych.
- Eeee… Hagrid… znaczy się profesorze… właściwie to co one tu robią? – zapytał w końcu Ron.
Tylko ich trójka nie cofnęła się po słowach Hermiony i tworzyli pierwszy szereg uczniów. Kolejny – kilkanaście metrów za nimi obserwował ich z uwagą. Ślizgoni uparcie milczeli od początku trwania zajęć, ale Harry nie zamierzał się tym przejmować. Nie wiedział, co Severus powiedział im dwa dni temu, ale najwyraźniej było to wyjątkowo skuteczne.
- Profesor Snape, znaczy się… Potter… znaczy Snape… - zaczął nagle się jąkać. – Wiecie, ten facet od eliksirów – sapnął unikając wzroku Harry'ego – chce trochę ich futra do jakiegoś czegoś… po coś… - zakończył nieskładnie.
Kilka osób parsknęło słysząc Hagrida nazywającego siejącego strach Mistrza Eliksirów – facetem od nich, ale nikt nie zrobił tego na tyle głośno, by pół olbrzym się zorientował. Potter natomiast poczuł kilkanaście par oczu wbitych w jego plecy i już wiedział, że nie będzie to miły dzień.
- Jasne – odparł spokojnie. – To poobserwujemy z daleka – dodał i obrócił się w miejscu kierując w stronę pozostałych Gryfonów.
Przez prawie trzydzieści minut Hagrid przycinał różową wełnę prinkli i wkładał ją ostrożnie do dużych koszy, a potem zanosił do swojej chatki. Uczniowie tymczasem korzystając z darowanego im czasu rozłożyli się w bezpiecznej odległości na trawie. Ślizgoni najdalej okupowali miejsca pod drzewami i zdawali się być wyjątkowo wyluzowani, ale Harry'emu nie umknęły niepewne spojrzenia kierowane w jego stronę. Zastanawiało go kiedy to wszystko przycichnie.
- Jak myślisz, po co potrzeba mu tak dużo tej wełny? – z zamyślenia wyrwał go głos Hermiony.
- Nie wiem – odparł i zamknął oczy.
- Może chce cię otruć – wyszeptał Ron, patrząc na niego lękliwie.
- Nie sądzę. – To zaczynało być już nudne. Od rana nie mówił o niczym innym tylko o tysiącach sposobów, na które Snape mógłby chcieć go zabić.
Położył się na trawie i zasłonił tym razem oczy. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Chciał tylko ciszy, spokoju. Chwili, której potrzebował do porządnego przemyślenia tego wszystkiego, ale nie dana mu była i tym razem, bo Hermiona oznajmiła radośnie koniec zajęć i rozpoczęcie lekcji Transmutacji.
McGonagall jak zwykle spokojnie weszła do sali i otworzyła podręczniki wszystkich na odpowiedniej stronie, mówiąc przy tym o odpowiednim ruchu nadgarstka przy czarze, którego będą dzisiaj używać. Na tablicy pojawiła się nawet symulacja transmutacji podręcznika w ropuchę, samo odnawialna jak większość skomplikowanych czarów używanych przez kobietę. A przyznać trzeba było, że wicedyrektorka znała się na rzeczy.
- Myślisz, że kiedyś to do czegoś wykorzystamy? – spytał cicho Ron, gdy minęła ich, sprawdzając co się stało z podręcznikiem Goyle'a.
- Myślę, że nie – zauważył spokojnie. Czuł się cholernie zmęczony. Kolejne próby nie przynosiły oczekiwanego rezultatu, ale frustracja, którą zazwyczaj odczuwał nie nadchodziła. Coraz bardziej natomiast brakowało mu sił. Kiedy pierwsze czarne kropki zamajaczyły mu przed oczami, wiedział, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Kolejne, co zobaczył wyraźnie to kamienna podłoga w sali do transmutacji.