I stało się - ostatnia część. Będzie jeszcze krótki epilog, który wstawię, kiedy wróci z bety. Bardzo dziękuję Wam za wszystkie komentarze, za wsparcie, za pochwały i za uwagi - wszystko to naprawdę znaczy dla mnie wiele ;) Ogromnie dziękuję również Eris, która dzielnie betowała każdą część, Nigrze i Madzi za dobre słowo w trudniejszych momentach. Nie przedłużając - zapraszam do lektury.


VII

― Pan Moran, jak przypuszczam ― odpowiada John.

Mężczyzna uśmiecha się ironicznie. John przesuwa wzrokiem po jego przystojnej, zaskakująco też młodej twarzy; krótkich brązowych włosach, kilku podłużnych zmarszczkach na czole, ciemnozielonych, śledzących go oczach, wąskich ustach. Sądził, że Moriarty nie zainteresowałby się nikim młodszym od siebie; cóż, jedynie kolejne zaskoczenie, myśl przebija się przez rosnącą obawę.

― Może pan usiądzie? ― mówi obcy mężczyzna, wskazując pistoletem krzesło.

John słyszy w jego głosie przesmyki wojska i to wzmacnia jego niepokój. Ciągle jednak nie wierzy, że Sherlock mógł się pomylić, nie dopuszcza do siebie tej myśli nawet podświadomie.

― Nie, dziękuję.

― Nalegam. Wolałbym nie używać siły już teraz, panie doktorze.

Wymieniają spojrzenia, John podchodzi powoli i siada na krześle.

― Czego pan ode mnie chce? ― Moran uśmiecha się znów, okrążając go.

― Och, od pana zupełnie nic. Musiałem jednak jakoś ściągnąć tu pańskiego partnera, a pan wydał się do tego celu idealny.

John dopiero teraz czuje, jak jego serce przyśpiesza. Zaciska opuszczoną wzdłuż ciała lewą dłoń w pięść.

― Dlaczego?

― Sądzę, że Sherlock wszystkim się z panem już podzielił. ― John nie spuszcza z niego wzroku. Moran zatrzymuje się kilka kroków przed nim, mierząc go chłodnym, kalkulacyjnym spojrzeniem. ― Muszę dokończyć sprawy, których niestety nie udało się skończyć mojemu przyjacielowi.

― Dlaczego? ― powtarza John uparcie. Wie, że to tylko gra na czas, ale póki co, nie ma innego pomysłu. Lewa dłoń zaczyna go mrowić, ledwo udaje mu się rozluźnić uścisk. Modli się tylko o spokój.

― A dlaczego pan przez dwa lata walczył o honor mężczyzny, który okazał się oszustem?

― Różnica polega na tym, że mój „mężczyzna" nie jest wielokrotnym zabójcą.

― Ale jest taki jak pan. ― Moran patrzy mu w oczy. ― Więc nie ma tu żadnych rozbieżności.

― Nie byłby, gdyby kogoś zabił ― mówi John coraz mniej cierpliwie. Próbuje rozejrzeć się po pomieszczeniu, ale jest świadom, że jeden niewłaściwy ruch może być jego ostatnim. Szczególnie jeśli Moran uważa się za takiego jak Moriarty.

― Kogo pan próbuje oszukać? ― pyta niemal pobłażliwie.

― Niech mi pan wierzy, nie zależy mi na pańskiej opinii o mnie.

Moran śmieje się krótko, przysiadając na niewysokim blacie.

― Teraz rozumiem, dlaczego pan ciągle się go trzyma.― Przerywa, znów przebiegając po jego ciele wzrokiem. ― Faktycznie jest pan do niego podobny. Ta sama brawura, ta sama pewność siebie, ten sam brak szacunku do przeciwnika.

― Przeciwnika? Nie gramy w karty, panie Moran, nie uważam pana za przeciwnika.

― Owszem, my nie gramy. ― Podnosi się, podchodząc do Johna bliżej i przykładając mu lufę pistoletu do skroni. ― Gram ja i Sherlock Holmes. A teraz proszę wybrać jego numer i przekazać mu, że się niecierpliwię.

John przełyka ślinę i sięga do kieszeni kurtki. Muska palcami broń, jednak wie, że straciłby wszelką szansę na wyjście z tego cało, gdyby próbował w tak idiotyczny sposób się ratować. Wyjmuje komórkę i wybiera numer.

― John ― słyszy jego głos, nawet przez telefon tak bliski i ciepły, uspokajający na moment jego nerwy, na krótką, niemal niezauważalną, bo tak ulotną chwilę; przełyka rosnącą w gardle gulę i mówi, starając się brzmieć jak najspokojniej:

― Pan Moran nie może się ciebie doczekać. ― Wie, że Lestrade jest obok i że podałby mu adres, jednak to sprawiłoby, że Moran mógłby zacząć w panice przed policją działać jeszcze bardziej irracjonalnie. ― Laboratorium przy Westway, pokój czternaście.

― Boże, John… ― słyszy w jego głosie strach i to łamie jego serce.

― Do zobaczenia ― wydusza i rozłącza się.

― Pana oddanie jest wzruszające. ― Broń odsuwa się.

John nawet nie podnosi na niego wzroku. Wpatruje się w ciemny ekran telefonu, oddychając ciężko. Walczy ze sobą, żeby nie wstać i go nie uderzyć, nie pobić, nie zabić, nie dać mu się zabić, byle tylko odciągnąć go od Sherlocka. Nie ma pojęcia, co zrobi Sherlock, czy w ogóle ma jakiś plan, ale patrzenie, jak życie mężczyzny znów jest zagrożone, świadomość, że znów może go stracić, jest gorsza niż śmierć.

― Po co? ― pyta ciszej po kilkunastu minutach, unosząc spojrzenie. ― Po co to wszystko? Po co cała ta zabawa w wysadzanie Londynu?

― Powinien pan znać odpowiedź na to pytanie, doktorze. Spędził pan, dalej spędza, z jedną osobą całe lata. Miesiące nieprzerwanej obecności tego mężczyzny w swoim życiu i świadomość, że bez niego nie jest się sobą. Pewność, że nikt inny nie zrozumie pana tak jak on. Uczucie, więcej, fascynacja, która szybko przeradza się w obsesję, chorobę, z której nie chce się pan wyleczyć. Zaznał pan tego wszystkiego, mam rację? ― Gorzki uśmiech poszerza się. ― Jest i będzie pan mu wierny do śmierci, nie widzi pan innej drogi. ― Przerywa na moment. ― Ja nie mam już być komu oddany.

― Jim Moriarty nie był odpowiednią osobą. ― To jedyna odpowiedź, jakiej John potrafi udzielić.

Moran zaciska usta.

― Sherlock Holmes również.

John chce coś powiedzieć, lecz słyszy, jak drzwi otwierają się powoli. Sherlock wchodzi do środka, zamykając je.

― O wilku mowa ― odzywa się Moran.

John spotyka spojrzenie Sherlocka; jest takie samo, jak to, które widział na opuszczonym basenie przy Moriartym – za ignorancją ukrywa się strach i John to dostrzega.

― Mnie także miło cię w końcu spotkać, Sebastianie ― zaczyna Sherlock spokojnie. ― Wybacz, że mówię od razu po imieniu, ale Jimowi to nie przeszkadzało. ― Odwraca wreszcie wzrok na Morana. ― Wypuść go.

― Najpierw musimy załatwić nasze interesy.

― John nie ma z nimi nic wspólnego.

― Owszem, ale mam przeczucie, że bardziej się pilnujesz, kiedy on jest w pobliżu. Podobno miłość czyni nas lepszymi.

Sherlock zaciska usta.

― Chcesz ochrony ― mówi, przechodząc po pomieszczeniu i stając naprzeciwko Johna. Moran odwraca się do Sherlocka.

― Chcę zemsty.

― To już nic nie zmieni, wiesz o tym, nie jesteś idiotą. ― Sherlock uśmiecha się połową ust. ― Inaczej Moriarty nie trzymałby cię tak blisko.

― Ale mogę ją mieć. Mogę mieć obydwa ― mówi Moran, przechodząc i stając za Johnem. Przesuwa dłonią po jego włosach; każdy jego mięsień natychmiast się spina. Patrzy na Sherlocka z zaciśniętymi wargami i widzi w jego oczach rosnącą wściekłość. ― Mogę kazać ci patrzeć, jak robię z nim wszystko. ― Ręka zaciska się na jego włosach, odchylając jego głowę do tyłu. John zamyka oczy.

― Puść go ― słyszy głos Sherlocka tak niepodobny, że na moment zapomina o bólu. ― Puść go, albo nie dostaniesz nic, a ja zabiję cię własnymi rękoma. Będę cię palił kawałek po kawałku, aż nic z ciebie nie zostanie. Puść go.

Uścisk rozluźnia się i John patrzy na Sherlocka, łapiąc oddech. Determinacja w jego wzroku znika na moment, kiedy ich spojrzenia spotykają się, i John widzi w jego oczach przeprosiny, jakby wszystko to było jego winą.

― Musi mieć pan ciężkie życie, doktorze ― mówi Moran. ― Z tak zazdrosnym mężczyzną.

― Nie narzekam ― odpowiada John, nie odrywając od Sherlocka wzroku.

― Nie wiem, czy ci zazdrościć, Holmes ― odzywa się znów Moran, odsuwając się od Johna. ― Masz obok siebie kogoś bardzo wiernego, ale to cię niszczy. Naprawdę spodziewałem się, że szybciej się spotkamy. I że to nie ja będę musiał się do ciebie fatygować.

― Queensbury było mylące.

― Queensbury to farsa, a ty się tego do tej pory nie domyśliłeś. Myślałeś, że taki słaby ze mnie strzelec, co, Holmes? ― Śmieje się krótko. ― Tak, właśnie o tym mówię. Twoją jedyną słabością jest on ― mówi, odwracając się do Johna. ― To on sprawia, że nie potrafisz już wygrywać.

― To otarcie… ― odzywa się Sherlock.

― Och, błagam. Jak trudno coś takiego zrobić? Wiedziałem, że będziesz czekał na mój moment słabości. Błąd. Dlatego zostawiłem tam trochę kordytu – żeby było ciekawiej, ponieważ ty tego właśnie szukasz. Chcesz odnajdywać logiczny ciąg zdarzeń, a potem tylko dotrzeć do punktu, w którym człowiek popełnił błąd. Jesteś beznadziejny, dokładnie tak jak on mówił. ― Urywa na moment, patrząc na Sherlocka. ― Widzisz? Nie potrzebuję nawet tego. ― Puszcza broń, uderza o podłogę, a dźwięk ten jest niemal ogłuszający przy ciszy. ― Ponieważ już przegrałeś.

Oddech Johna z każdym kolejnym słowem Morana przyśpiesza. Jest pewien, że Sherlock nie mógł dać się nabrać, że musi mieć w takim zachowaniu jakiś cel, jednak nie jest w stanie go zobaczyć, nie potrafi odsunąć od siebie niepokoju, że tym razem naprawdę przegrali. Sherlock przesuwa wzrokiem od Morana do niego, John czeka na jakiś sygnał, jednak żaden nie nadchodzi. Sherlock udaje, że naprawdę się zgubił.

John próbuje uchwycić jego spojrzenie, jednak Sherlock ewidentnie stara się właśnie tego uniknąć – to jednak powoduje, że jego puls przyśpiesza jeszcze bardziej, serce wyrywa się z piersi, byle tylko dotknąć jeszcze raz jego twarzy i poczuć jego smak na języku, nawet jeśli to miałby być ostatni raz. John dłużej o to nie dba. Pragnął jedynie Sherlocka i kiedy wreszcie go poczuł, poczuł jego zapach, smak i dotyk, nic więcej nie ma znaczenia, ponieważ właśnie teraz, w sytuacji największego zagrożenia, uświadamia sobie, że go kocha. I że Sherlock kocha jego i nieważne, czy zdaje sobie z tego sprawę czy nie.

― Nawet teraz. Stale wierzysz, że mnie pokonasz, prawda? ― pyta po chwili. ― Jednak widzę na twojej twarzy, że zaczynasz wątpić. To okropne, prawda? Zwątpienie w samego siebie. Uczucie, że się przegrało.

― Zorganizuję to, czego potrzebujesz ― mówi Sherlock, ciszej niż zwykle. ― Wystarczy jeden telefon do mojego brata. Ale ty chyba oczekujesz czegoś innego, prawda?

Moran przechodzi i znów staje niebezpiecznie blisko Johna, tak że ten czuje, jak włosy na jego karku się unoszą.

― Zależy mi na kodzie, który ci zostawił. ― Sherlock uśmiecha się połową ust. ― Wiem, że go posiadasz.

― Ty też powinieneś, byłeś mu przecież tak bliski…

Moran uśmiecha się znów i przesuwa palcem po szyi Johna.

― Wiesz, naprawdę mógłbym mu coś zrobić. Skrzywdzić go. Nie zabić, nie, zostawić tu ze wspomnieniami, ze świadomością, że to tylko twoja wina.

― Wtedy nie dostałbyś kodu ― mówi Sherlock przez zaciśnięte gardło. John widzi, jak ze sobą walczy. Moran śmieje się krótko.

― Wtedy dalej wysadzałbym Londyn. Widziałeś, do czego jestem zdolny. Nie powstrzymaliby mnie. Ty również nie. Spójrz prawdzie w oczy – im więcej dowiem się teraz, tym mniej ucierpi twój Johnny.

― On nie jest niczemu winny ― mówi Sherlock.

― Ja też nie byłem ― odpowiada mężczyzna. ― To jest najważniejsza część tego przedstawienia. Sherlock Holmes, jakże wielka jego gwiazda, patrzy bezradnie, jak jego mężczyzna jest niszczony. Nie może nic zrobić, bo bardziej zależy mu na reszcie niż na nim.

― Pomyliłeś aktorów, Sebastianie.

― W tej kwestii jesteście zbyt do siebie podobni, ale nie, Sherlocku. Tym razem to ty zginiesz, to ty zapłacisz.

― Przez dwa lata spłaciłem już to, co miałem spłacić.

― Nie ― kręci głową ― będziesz spłacał do końca życia. Do końca życia będziesz patrzył na jego rany; oczywiście jeśli ci na to pozwoli. W końcu to ty go nie ochroniłeś. Znów go zawiodłeś. Jak sądzisz, ile jeszcze wytrzyma? ― Dłoń gładzi jego policzek.

John zamyka oczy, boleśnie świadom, jakie rany Moran będzie chciał na nim zostawić. Wie też jednak, że jego słowa nie są prawdziwe. Jest i zawsze był gotów oddać za Sherlocka życie, wielokrotnie dla niego ryzykował, jednak nie walczył o niego cały ten czas, by teraz rezygnować. Przetrwa wszystko, przetrwa też to, dłonie Sherlocka znów nakryją jego własne, ich usta jeszcze raz się połączą. John nie zostawi go dlatego, że nie może – a dlatego, że nie chce.

Zaciska zęby, otwiera oczy i chce odpowiedzieć, ale spotyka spojrzenie Sherlocka, które każe mu milczeć, więc John nie odzywa się. Czasem jego samego zaskakuje, jak bardzo mu ufa, jak wiele by dla niego zrobił. Zaskakuje go to, że zrobiłby dla niego wszystko.

― Podaj kod ― mówi Moran.

― To rytm drugiej partity Bacha, ale wystukiwany od tyłu. Uderzenia to jedynki.

― Zaraz sprawdzimy. Zapisz go. ― Sherlock bierze kawałek papieru, John widzi, jak jego twarz napina się w skupieniu, kiedy zapisuje kolejne cyfry. Prostuje się i wyciąga dłoń z kartką. Moran patrzy na niego z ironicznym uśmiechem. ― Ty podejdź. Chyba się mnie nie boisz? ― Sherlock rusza i podaje mu kartkę, ale zaraz się odsuwa; jakby bał się, że John w czymś mu przeszkodzi, odwróci jego uwagę.

Moran wstukuje kod i przez chwilę Sherlock patrzy tylko na niego, a jego spojrzenie znów przyśpiesza rytm jego serca. Widzi w jego oczach ból, cierpienie silniejsze niż kiedy został napadnięty, niż kiedy stali razem obok Jima Moriarty'ego, gotowi zginąć, byleby uwolnić od niego resztę świata. John chciałby wstać, wtulić się w jego ramiona, zapewnić go, że żadna rana nigdy nie będzie wystarczająco głęboka, aby mogła pokonać jego oddanie, jego miłość. Może jednak tylko patrzeć, wzrokiem gładzić jego skórę, uśmiechnąć się pokrzepiająco. Ma nadzieję, że wie, że za nic go nie wini. Ma nadzieję, że wie, że go kocha.

― Wygląda na to, że działa. Dobrze się spisałeś ― mówi z ironią. John znów czuje dłoń na czole. ― Na kolana. ― Rzuca ostatnie spojrzenie Sherlockowi i klęka. ― Och, ciebie też się tak słucha? Rozkoszne. ― John przymyka powieki. Wytrzymasz. Wytrzymasz i znów będziesz z nim, znowu pocałujesz jego usta. Przetrwaj tylko to.

― Pozwól mu wyjść ― powtarza Sherlock. ― Dostałeś swój kod.

― Och, moja lista życzeń jeszcze nie została spełniona.

― Więc chociaż… chociaż daj mi go dotknąć ― mówi Sherlock; John walczy ze zdziwieniem wpływającym na jego twarz. Nigdy by o nic nie prosił, więc to musi być część planu. Coraz bardziej się w tym wszystkim gubi.

― Ja nie dostąpiłem tej łaski od ciebie. To ty miałeś okazję porozmawiać z panem doktorem przed swoim sławetnym skokiem, a ja musiałem jedynie czekać.

― Proszę. Błagam cię ― mówi Sherlock drżącym głosem.

Moran odsuwa się kilka kroków.

John podnosi głowę, widząc, jak Sherlock przyklęka obok niego. Niepewność kołysze jego sercem, sprawia, że nie wie, co ma zrobić. Boi się, jednak nie o siebie; boi się, że się stracą, że tym razem to Moran ich rozdzieli. Chce coś powiedzieć, zapytać, co robi, ale czuje jego dłonie na swojej twarzy, szybko przebiegający po niej wzrok. Sherlock całuje go krótko i John słyszy najcichszy szept:

― Usidliłeś moje serce. ― I zdaje sobie sprawę, że on nigdy by tak nie ujął swoich uczuć, nawet gdyby w końcu postanowił je wyrazić. John łączy ich wargi jeszcze raz, dając mu sygnał, że rozumie wiadomość, aż Sherlock przerywa pocałunek, głaszcząc jego włosy i odsuwając się.

― Wzruszające ― kpi. ― Teraz telefon.

― Mycroft? Tak, kod dwieście dziesięć, dla: Sebastian Moran…

Moran zrywa się natychmiast.

― Nie jestem idiotą, Holmes!

― Och, skąd. ― Sherlock chowa telefon. ― Ale teraz to będzie dla ciebie lepsze, Sebastianie. Bez sieci zaufanych przemytników broni chyba nie będziesz miał gdzie wracać. Ach, i policja otacza budynek.

Znów śmieje się krótko, nie przejawiając żadnych oznak obawy.

― Moi ludzie daliby mi znać, Holmes.

― Kod zablokował połączenia przychodzące. Najpewniej już nie żyją.

John widzi, że plecy mężczyzny napinają się. Panika, myśli. Rozgląda się za bronią.

― Och, tego szukasz? ― Sherlock wyjmuje pistolet. ― Nie powinno się zostawiać broni bez opieki.

― Ciągle mogę wysadzić budynek.

― Nawet gdybym i tej możliwości nie zablokował w twoim telefonie, nie miałbyś czego. Materiały zostały już rozbrojone. Ja nie przegrywam, Moran.

Drzwi otwierają się z trzaskiem i oddział policyjnych sił specjalnych wbiega do środka. Sherlock natychmiast podbiega do Johna, pomaga mu wstać i bierze go w objęcia. John wciska się w jego ramiona, wdycha jego zapach, ciepło ciała Sherlocka otula go i odsuwa niepokój. Wie, że nie jest sam, że nigdy już nie będzie, jest pewien, że Sherlock go nie opuści.

Policja wyprowadza Morana i John, widząc jego twarz prawdopodobnie ostatni raz, uświadamia sobie, jak niewiele brakowało, by ten mężczyzna zniszczył ich życia, by zniszczył wiele innych żyć, zniszczył Londyn. Wszystko jedynie przez żal, jaki w sobie nosi, ból, który przypuszczalnie nigdy nie zniknie, i John nie umie odsunąć od siebie zrozumienia. Wie, co to znaczy czuć wokół siebie tylko zimną wodę, przemierzał samotnie już ten ocean, a świadomość, że nic poza jego dłonią nie może cię uratować, była gorsza niż powolne, z każdą sekundą boleśniejsze tonięcie.

Wychodzą na zewnątrz i natychmiast podchodzi do nich Lestrade.

― Sherlock… John… Miałeś cholerne szczęście ― mówi przejęty, jednak John nie potrafi skoncentrować na nim swojej uwagi. Wpatruje się w rozświetlające odcieniami różu niebo zachodzące, lipcowe słońce i nie może uwierzyć w to, że to już koniec. Nie chce być zbyt pewny, być może kogoś Sherlock pominął, może pojawi się ktoś jeszcze, ktoś, kto zakłóci ich życie, jednak teraz czuje wlewający się powoli do serca spokój, jakiego nie czuł od wielu, wielu lat.

― Mówiłem ci, że wszystko pójdzie zgodnie z planem ― słyszy ledwo głos Sherlocka. On również zdaje się myśleć o czymś innym. Gregory to zauważa i odsuwa się, poklepując ich obu po ramionach, i John jest mu za to wdzięczny. Odwraca na niego wzrok na moment.

― W porządku, porozmawiamy jutro. Idźcie.

Lestrade odchodzi i wzrok Sherlocka natychmiast spoczywa na Johnie. Patrzą się na siebie długo, John nawet nie liczy jak długo, ponieważ to zupełnie dla niego nieistotne; od dziś mają wieczność.

― Wracamy do ciebie? ― pyta wreszcie Sherlock cicho.

― Wracamy. Do domu ― dodaje John z uśmiechem.

― Weź mnie za rękę* ― słyszy, kiedy przechodzą w milczeniu kilka kroków, pogrążeni we własnych, splatających się ze sobą myślach. Uśmiech Johna poszerza się, kiedy ciepłe palce oplatają się wokół jego własnych, odsuwając z jego serca całe zimno.

Taksówka zatrzymuje się pod jego domem. Otwiera drzwi, a Sherlock wchodzi do środka tak powoli, jakby był tu pierwszy raz. Odwiesza płaszcz na wieszak i przez moment tylko patrzą sobie w oczy, aż Sherlock zrywa się i przyszpila go do ściany, zatapiając w nim usta. Wrażenia są silniejsze niż zaskoczenie i John szybko odpowiada na pocałunek. Dłonie mężczyzny przesuwają się po jego klatce piersiowej, zsuwają w dół, aż zatrzymują i zaciskają na kroczu. Jego penis, pomimo ciągle buzującej w organizmie adrenaliny, reaguje natychmiast.

― Co…? ― dyszy John w jego usta, kiedy przerywa pocałunek. Sherlock łączy ich spojrzenia, łączy znów ich wargi. ― Jesteś pewien?

― Jak nigdy ― odpowiada tylko.

John bierze jego dłoń i wchodzą na górę do sypialni. Całuje go łagodnie, rozpinając guziki jego koszuli, Sherlock ściąga jego ubranie. John klęka, ale zanim zdejmuje jego spodnie, Sherlock wyjmuje z kieszeni niewielką tubkę i rzuca ją na łóżko. Zawsze przygotowany, prycha w myślach. Sherlock opada na łóżko, John kładzie się nad nim, znów spajając ich usta, tym razem w ostrzejszym pocałunku, dłonie mężczyzny czule gładzą jego kark. Schodzi z pocałunkami coraz niżej; Sherlock odchyla głowę, gdy usta pieszczą jego szyję, i mruczy niemal niesłyszalnie, kiedy język otacza brodawkę, kiedy John ssie ją i przygryza lekko. Penis Johna, stale uwięziony w materiale spodni, pobudza się na ten głęboki dźwięk natychmiast. Dłonie schodzą do jego spodni, ale odsuwa je.

― Na wszystko przyjdzie pora ― szepcze, cmokając jego wargi. Sherlock uśmiecha się łagodnie. ― Połóż się na brzuchu. ― Odwraca się posłusznie, nawet przez chwilę nie rozważając jego słów. Powoli przesuwa dłonią po szczupłych, bladych plecach. ― Boże, jesteś tak piękny… ― szepcze wprost do jego ucha, widząc, jak na jego karku pojawia się gęsia skórka; nie potrafi się nie uśmiechnąć, nie chce stracić ciepła, które ogrzewa każdy jego mięsień, jego serce. Sięga po buteleczkę, rozgrzewa dłonie i smaruje lubrykantem palce. Wsuwa w niego jeden powoli, przykładając usta do jego karku, słysząc, jak wciąga oddech. ― W porządku?

― Tak ― odpowiada Sherlock, wypuszczając wdech.

John wsuwa kolejny palec, obserwując, jak jego dłonie lekko zaciskają się na prześcieradle. Czuje, jak powoli mięśnie rozluźniają się pod jego dotykiem, wpuszczając go coraz głębiej. Wysuwa palce, nachylając się nad nim, całując jego włosy. Sherlock odwraca się i przyciąga go do siebie, John czuje szybko bijące pod nim, teraz już należące do niego serce. Znów smakuje jego ust, słodkich, ciepłych warg. Siada pomiędzy jego biodrami, rozpinając pasek i ściągając najpierw spodnie, potem majtki. Sherlock obserwuje jego ruchy z fascynacją, jaką już wielokrotnie w jego oczach widział, rosnącą, niezbywalną potrzebą zgłębienia doznań, wiedzy; wreszcie opuszcza wzrok na jego pulsującego już penisa. Wyciąga powoli dłoń i zaczyna go głaskać, przesuwać po nim jednym palcem, potem całą ręką. John uśmiecha się tylko.

Zniża się i zakłada jego stopę o ramię, zaczyna masować palce, długie mięśnie łydek, z coraz większym podnieceniem patrząc na zamykające się w przypływach przyjemności powieki mężczyzny. Mógłby spędzić tak resztę życia – sprawiając, by na twarzy Sherlocka zawsze gościł ten łagodny wyraz, aby nic nie niszczyło jego spokoju, nie spalało go od środka, by nie musiał więcej czuć bólu i niezrozumienia, i nienawiści. Unosi drugą jego nogę i powtarza masaż. Sherlock otwiera oczy, szaroniebieskie tęczówki przymglone rosnącym pożądaniem obserwują go uważnie, czule, pieszczą jego skórę. John opuszcza jego nogi z powrotem na łóżko, sięgając znów po lubrykant. Sherlock widzi, co robi, i podnosi się, zabierając mu tubkę. John marszczy brwi, na co Sherlock tylko łączy ich usta. Nakłada żel na dłoń i zaczyna powoli przesuwać nią po penisie Johna, rozsmarowując lubrykant. John patrzy na długie, smukłe palce zaciskające się wokół trzonu, czując, jak robi się coraz twardszy. Sherlock nie przyśpiesza, co doprowadza jego zmysły na krawędź. Chłodna dłoń znika, przez moment tylko patrzą sobie w oczy, aż John kładzie ręce na jego barkach, popychając lekko na plecy, górując nad jego ciałem.

Unosi znów jego nogi i rozsuwa je, opierając kolana o swoje łokcie, i delikatnie trąca czubkiem penisa jego wejście. Sherlock kiwa tylko głową i John wchodzi w niego powoli, łagodnie, spod przymkniętych powiek oglądając, jak jego palce zaciskają się na prześcieradle, oczy zamykają na moment. Czuje, jak powoli rozluźnia się, wpuszcza go dalej. John porusza się coraz szybciej, Sherlock owija wokół jego talii nogi, piętami naciskając na kręgosłup, przyciągając go bliżej. Opiera się pomiędzy jego ramionami, schylając głowę, tak że jest tuż obok jego szyi. Nachyla się, całując go. Ręce Sherlocka unoszą się, przeczesują jego włosy, przesuwają się po klatce piersiowej, paznokciami podrażnia jego skórę. Jego ruchy są szybkie, rytmiczne i stale łagodne. Czuje na sobie przyśpieszony oddech mężczyzny, kiedy odwraca w jego stronę twarz, kiedy ich wargi znów spotykają się w długim, namiętnym pocałunku, którego John nigdy nie chciałby kończyć.

Wchodzi głęboko, głębiej w niego, docierając wreszcie do prostaty, widzi to po twarzy Sherlocka, czuje to. Łydki oplatają się ciaśniej, dłonie chwytają twarz Johna i Sherlock patrzy prosto w jego oczy z lekko tylko przymkniętymi powiekami. Ich usta szukają się nawzajem, łącząc ze sobą i rozdzielając, i znów spajając ich jeszcze trwalej. Łapie jego wzrok i nagle całe zimno znika, i nie jest już nawet świadom, że kiedyś je czuł. Dryfuje w jego błękitnym spojrzeniu, wykonując kilka ostatnich głębszych ruchów.

― John… ― słyszy najczulszy szept i on wysyła go na krawędź.

I jego mięśnie zaczynają drżeć, i widzi, jak twarz Sherlocka spina się na krótki moment, a potem przepływa przez nią fala przyjemności, rozluźniając mięśnie, łagodząc rysy, przymykając powieki, i John dochodzi w nim, ekstaza rozlewa się w jego żyłach, a uczucie jest silniejsze niż wszystko, czego do tej pory doświadczył. Wysuwa się z niego i kładzie obok, dłonią odgarnia mokre od potu włosy z jego czoła i całuje je, całuje zamknięte powieki. Sherlock otwiera oczy i John uświadamia sobie, że nigdy jeszcze nie widział ich tak jasnych.

Kładzie się na boku, patrząc na niego i gładząc jego policzek. Sherlock przymyka powieki, uśmiech wpływa na jego wargi i John jest pewien, że nigdy nie czuł się szczęśliwszy. Światło zachodzącego słońca wpada przez otwarte okno, oświetlając ciepło całe pomieszczenie, oświetlając jego piękną, ciągle lekko zarumienią twarz; John nie potrafi oderwać od niej wzroku, chce jej dotykać zawsze, zawsze widzieć ją tak spełnioną. Błądzi palcami po jego włosach, wplatając je w ciemne loki, jego serce staje się jeszcze lżejsze, kiedy patrzy, jak Sherlock powoli zasypia, zamyka oczy na coraz dłużej, jego oddech stabilizuje się, aż wreszcie odpływa z nieznikającym z ust uśmiechem.

Ciągle gładzi jego włosy, nie może się od niego oderwać, odsunąć, nie chce tracić kontaktu z jego ciepłym ciałem; leży, wpatrując się w jego unoszącą się i opadającą klatkę piersiową. Zastanawia się, jak po zbliżeniu z Sherlockiem ma określać swoje wcześniejsze kontakty z kobietami; jak ma określić siebie. Od kiedy poznał Sherlocka, od kiedy naprawdę zrozumiał naturę tego mężczyzny i dostrzegł jego piękno, nie potrafi zainteresować się nikim innym, nie na dłużej niż kilka bezcelowych, płytkich nocy. Więź, jaką czuje w kontaktach z Sherlockiem, dostarcza mu odczuć tak głębokich, prawdziwych, poruszających, sprawiając, że nie pragnie niczego ani nikogo innego, nigdy już nie zapragnie. I teraz John wreszcie czuje, że jest kompletna, całkowicie spoiła nie tylko jego umysł, ale też ciało; należy do Sherlocka, zawsze należał, a Sherlock należy do niego i tylko to ma teraz znaczenie. Wrażenie rozrasta się i rozszerza w jego klatce piersiowej; uczucie spełnienia tak całkowitego, że John zawsze sądził, że niemożliwego do osiągnięcia.

Obraca się na plecy i obejmuje go ramieniem, Sherlock przez sen wtula się w ciało obok siebie. John zasypia bardzo późno, w sercu, pierwszy raz od wielu lat, czując tylko spokój. Kiedy zamyka oczy, pod powiekami ciągle widzi rozluźnioną, uśmiechniętą twarz pierwszego człowieka, którego pozwolił sobie pokochać.


* Oczywiście w oryginale "Take my hand" ;)