Draco mógł udawać, że wszystko jest w porządku. W zasadzie był świetnym aktorem. Jego uśmiech nigdy nie był za szeroki, nie marszczył brwi za bardzo i jednocześnie potrafił zachować dla siebie pogardliwe komentarze. A to w przypadku kontaktów z prasą było niezbędne. Dren ze spokojem odpowiadała na pytania i naprawdę cieszył się, że wzięła na siebie cały ciężar konferencji prasowej. Jedyne, co te hieny chciały wiedzieć od niego to kiedy jego matka przestanie ukrywać się we Francji, jakby jej proces się jeszcze nie odbył. Jakby nie została oczyszczona z tych śmiesznych zarzutów.
Miała wszelkie prawo powrotu do kraju, ale wybrała życie tam, gdzie nie patrzono jej na ręce i nie raz czy dwa zastanawiał się nad tym czy nie popełnił błędu.
Weasley pozwolił się sfotografować z kilkoma fanami, których dorobiła się ich drużyna po tym niespodziewanym zwycięstwie. Nikt na nich nie stawiał tak naprawdę, dlatego czuł tym większą satysfakcję.
- Nie jest tajemnicą, że nie przepadał pan za Draco Malfoyem w czasach szkolnych… - zaczęła jedna z reporterek i Ron namierzył ją niemal od razu.
- Zamierza pani spytać co robi w drużynie jako szukający? – wszedł jej w słowo Weasley, a potem roześmiał się tak szczerze, że w sali zrobiło się nagle cicho. – Pominę fakt, że nie jesteśmy już w szkole i wszyscy dorośliśmy… Widziała pani go w akcji? Widziała pani jak on lata? – spytał Ron. – Talent Draco Malfoya jest chyba dostatecznym powodem. Radzę się pani przyjrzeć bliżej temu jak ta drużyna współpracuje. Quidditch to piękna gra, czysta, bez uprzedzeń, w której nie da się niczego ukryć. Coś albo funkcjonuje albo nie – stwierdził i wzruszył ramionami.
- Czyli przyznaje pan, że były uprzedzenia? – spytała kobieta, ewidentnie nie dając za wygraną.
I Draco pojęcia nie miał jak to babsko mogło wyciągnąć z całej wypowiedzi Weasleya tylko to jedno słowo. A jednak znowu podważano jego oddanie grze. I czekał tylko na zadane wprost pytanie ile Ron dostał, aby przyjąć go do siebie.
Weasley jednak zmrużył niebezpiecznie oczy i spojrzał na kobietę odrobinę chłodniej. Draco nie wiedział nawet, że Ron posiadał to coś w sobie. Może Hermiona jednak dobrze wytrenowała męża.
- Jest pani z Proroka Codziennego, prawda? – spytał Ron spokojnie, a ta skinęła głową. – Więc powiem pani, że mam tylko jedno uprzedzenie. Jestem uprzedzony do ludzi oraz instytucji, którzy nie potrafią wyciągnąć głowy z tyłka. Jedyne uprzedzenie jakie w sobie noszę od dawna to uprzedzenie do pani gazety, która szuka sensacji nie tam gdzie jest. Jedyną sensacją tutaj jest fakt, że wygraliśmy pierwszy mecz sezonu przeciwko znakomitej drużynie, której byłem fanem jeszcze jako dziecko. Jedyne uprzedzenie mam do was, ponieważ przekręcaliście słowa ludzi w czasie moich lat szkolnych i to mogłoby mi przejść. Wszyscy bowiem dorastamy, ale mam dziwne wrażenie, że ten brukowiec nie zmienił swoich zapatrywań od tamtej pory. I z przyjemnością przeczytam pani artykuł. I jeśli jakiekolwiek słowo z tego, co powiedziałem zostanie przekręcone, postaram się, aby pozostałe gazety zostały o tym poinformowane. Mam nadzieję, że będą państwo walczyć z tym uprzedzeniem, poprzez pisanie rzetelnych artykułów, ale jak wiemy… - urwał Ron. – To tylko moje marzenia, czyste spekulacje jak to czy Armaty faktycznie zmieniają swojego szukającego po spektakularnym odejściu Draco Malfoya. Czy też w meczu najbliższym zagra rezerwowy.
Kilka osób parsknęło śmiechem. I Draco był pewien, że nie widział jeszcze Weasleya mówiącego tak wiele o nie-sporcie. Faktycznie Prorok Codzienny wsławił się wyjątkowo łzawymi artykułami o Potterze w czasie Turnieju Trójmagicznego, a potem nazywali go wariatem, ale nie spodziewał się, że Ron nadal trzyma urazę do tego brukowca. Po tym jak okazało się, że Voldemort naprawdę wrócił, a Ministerstwo ukrywało to za pomocą właśnie tej gazety, stracili wiarygodność, której nadal nie odzyskali. I najwyraźniej nie miało im to pójść, aż tak łatwo.
Ustawili się do kolejnego zdjęcia i postarał się o najmniej zainteresowaną minę, na jaką było go stać. Miał w planach podziękować Weasleyowi. Nie tylko za obronę, ale również za bilety, ale Ron klepnął go tylko w ramię, jakby wiedział co nadchodzi.
- Nikt nie będzie obrażał moich zawodników na mojej warcie – poinformował go spokojnie Weasley. – Po prostu graj. Ja i twój agent zajmiemy się resztą – dodał, jakby miał już w planach naprawdę sporą kampanię.
Sponsorzy byli im potrzebni. Sprzęt kosztował, a chociaż stadion należał do nich, ich pensje nie mogły zostać pokryte z samych wygranych i biletów. Nie chciał nawet wiedzieć jak wiele zainwestowano do tej pory chociażby w czary ochronne i w te przeciw kontuzjom.
Nie był nawet bardzo zaskoczony, że Weasley nie poprosił Pottera o pomoc. Jedno słowo przypadkiem wypowiedziane przez Harry'ego pozwoliłoby im zdobyć o wiele większą popularność. Potter jednak zszedł do nich specjalnym przejściem i Draco był pewien, że nikt nie widział ani jego ani Jasona. Nikt nie strzelił im przypadkowych fotek, chociaż tajemnicą poliszynela było, że Harry jednak kibicował drużynie najlepszego przyjaciela. Oczywiście zrobiono z tego lekki dramat, ponieważ jedyna znana dziewczyna Pottera – nie ważne, że była – grała w zespole przeciwnym, ale to tylko dodawało smaczku. A jednak Jason trzymał sztandar z jego nazwiskiem, wymachując nim naprawdę mocno przez cały mecz. Draco widział go podczas kolejnych rund wokół stadionu.
Potter unikał jednak prasy i Weasley musiał to szanować, jednocześnie będąc narażonym samemu na wystąpienia publiczne, które – Draco przyznawał – wychodziły mu nie najgorzej. Hermiona znała się po prostu na magii jak nikt.
ooo
W zasadzie Harry nigdy nie podał daty kolacji. Nie umówili się na żaden konkretny dzień, więc nie protestował, gdy Jason pojawił się na ich kolejnym treningu. Dren przekupiła dzieciaka cukierkami, żeby zszedł z jej chłopaka i może faktycznie sam powinien nosić słodycze przy sobie na wypadek ataku. To wydawała się jedyna rzecz, która pochłania Jasona bardziej od graczy. I nie wiedział czy powinien się z tego cieszyć. Przehandlowano ich w końcu za cukierki, a przecież jego kontrakt opiewał na takie kwoty, że mógłby kupić całe 'Miodowe Królestwo'.
To był jeden z tych treningów, które odbyły się w deszczu. Pogoda w Szkocji bywała nieprzewidywalna, więc latami przy tym, co im Merlin przyniósł, wiedząc, że kiedy przyjdzie czas meczu – nie będą mogli wybrzydzać. Jego strój – przesiąknięty mieszanką potu i deszczu – przylgnął do niego tak mocno, że krępował mu ruchy. Nigdy nie szło mu dobrze poruszanie się w tak ciężkim ubraniu, ale zacisnął zęby, które zdawały się lekko szczękać i robił swoje, podobnie jak Dren, która próbowała w nich wbić odrobinę ducha. I tego też dnia dowiedział się, dlaczego Wilm ze swoją dziewczyną nigdy nie grali w jednym składzie. Ich kłótnia ciągnęła się ponad godzinę i naprawdę miał już tego dość, gdy suszył się w szatni. Rzucili na siebie zaklęcie wyciszające, ale Jason i tak wpatrywał się w nich z fascynacją, jakby pojęcia nie miał co jest grane.
Draco cieszył się, że nie potrafił czytać z ruchu warg.
- Jest jeszcze gorzej, kiedy ona jest radosna, bo jest mgła – zaczęła Fentmore. – Wilm nienawidzi zmian pogody.
- Merlinie – westchnął Draco.
- Ta… musiałem ich rozdzielić – przyznał Weasley, kompletnie niezainteresowany faktem, że ta dwójka zaraz rzuci się sobie do gardeł. – Za to jutro, nie masz szans z Wilmem – poinformował go spokojnie Ron.
- Jasne. Chyba, że będzie mgła – zakpił Draco, nie mogąc się powstrzymać.
Ron przewrócił oczami.
- Uwierz mi na słowo, że nawet mgła ci nie pomoże. Będzie próbował jej udowodnić, że jest nadczłowiekiem – oznajmił mu Ron. – Nie ma nic bardziej napędzającego niż kłótnia w stałym związku, który się nie rozpadnie.
- Tak, Weasley? – prychnął Draco. – Jakoś sobie nie wyobrażam, że wygrywasz często z Hermioną – zakpił.
Ron wydął zadowolony wargi.
- Już wygrałem. Pierwszy wygrany mecz. Myślisz, że ta drużyna powstała, ponieważ nudziło mnie rozpisywanie strategii w domu? Wiesz ile papierkowej roboty wypełniam tygodniowo? Hermiona twierdziła, że nie dam rady, bo nie przykładałem się do egzaminów i najwyraźniej systematyczność w szkole ma się odbijać na dorosłym życiu – prychnął Weasley. – I popatrz. Udowodniłem jej, że jednak nie.
Draco pokiwał głową, jakby podziwiał go przez tę krótką sekundę.
- Yhym. I Granger wcale cię nie wrobiła przy okazji w sprawdzanie waszych rachunków, odpowiadanie na listy znajomych, prowadzenie jakiejś dziwnej domowej kroniki? – spytał spokojnie.
Ron spojrzał na niego zszokowany, a potem zaczerwienił się po same końcówki włosów.
- A jednak miałem rację. Rachunki? – spytał Draco.
- Robię listy zakupów. I robię zakupy – powiedział Ron, kompletnie zszokowany. –To zaczęło się od zakupów. Ta cała kłótnia – poinformował go. – Malfoy, jak u licha…
- To stary numer każdej kobiety, Weasley. Zachowujesz się tak, jakbyś był żonaty pierwsze pięć minut. Wychodzi jakiś problem, ty jesteś tępy, ona rzuca ci wyzwanie, a potem jest tak wielkie, że nawet nie zauważasz, że przy okazji robisz dokładnie to co ona chce. Chociaż Hermiona naprawdę trochę przesadziła. Cały klub, żebyś w końcu poszedł na zakupy? – spytał z niedowierzaniem Draco. – Mogła to zostawić na czas, gdy będzie chciała, żebyś odbierał dzieci z Hogwartu albo przyjeżdżał na zebrania – prychnął.
Naprawdę był rozczarowany Granger i nawet nie pocieszyło go trochę, że Fentmore ze śmiechu spadła z krzesła. Gryfoni mieli rozmach – musiał im to przyznać.
- Skąd ty u licha… - zaczął Weasley.
- Moja matka jest w tym mistrzynią – przyznał ostrożnie.
- I dlatego się nigdy nie ożeniłeś? – spytał Ron, a potem zdał sobie chyba sprawę, że to był krok za daleko, bo otworzył usta, pewnie po to, aby cofnąć idiotyczne pytanie.
- To i fakt, że jestem gejem, Weasley – odparł Draco, wcale nie skrępowany. – Wiesz, nie wszyscy z rodzin lordowskich musimy płodzić potomków. Niektórzy nawet pracują, zostawiwszy swoim matkom we Francji cały majątek – sarknął i dostrzegł, że Potter patrzy na niego jakoś dziwnie. – Wilm marudzi na pogodę, a jutro będzie bogiem boiska? Człowieku, kobiety zawsze wygrywają – poinformował Weasleya, który chyba zaczął kwestionować wszystkie swoje życiowe wybory.
Harry chyba próbował nie śmiać się z przyjaciela, ale nie wychodziło mu to za dobrze. Zresztą pogoda zaczynała się poprawiać i spodziewał się, że niedługo wszyscy będą mogli wrócić do domów. Ze względów bezpieczeństwa centra aportacji znajdowały się poza budynkiem. Nie mieli kominków, które wygodnie doprowadziłyby ich do ciepłych salonów i naprawdę żałował, że pogoda w Szkocji musiała być tak bardzo wilgotna. Czuł kropelki wody rozpylone w powietrzu nawet tutaj.
- Masz ochotę zjeść coś ciepłego dzisiaj? – spytał Harry ostrożnie. – Nie było czasu ostatnio się umówić…
- Zawsze możesz mi wysłać sowę – uświadomił go Draco.
Harry uśmiechnął się krzywo.
- Naprawdę, nie pomyślałem. Gdybyśmy nie byli tutaj codziennie z Jasonem… - zaczął sugestywnie mężczyzna i urwał.
Faktycznie nie mieli powodu, aby kontaktować się w ten sposób. Rozmawiali prawie codziennie, chociaż przeważnie było to tylko kilka zdań zamienionych w biegu. Jason uwielbiał latać na miotle, kiedy oni odpoczywali w szatni i wymieniali się w zasadzie ostatnimi czasy na murawie. Draco nie mógł się doczekać kiedy zobaczy dzieciaka w powietrzu. Wiedział, że Potter asystował mu na miotle za każdym razem, ale miał w planach zaproponować im, że sam przeleci się z Jasonem. W końcu był Draco Malfoyem, a to do czegoś zobowiązywało.
- Masz coś konkretnego na myśli? – spytał całkiem szczerze, zastanawiając się co jest najbliżej. – Nie jadam naleśników z lodami – uprzedził go lojalnie, ponieważ nie chciał trafić do taniej knajpki.
Mógł zapłacić za ich trójkę bez problemu, o ile trafią do dyskretnego i w miarę godnego miejsca. Mógł przeżyć jednorazową wizytę w lodziarni, ale naprawdę z jego dietą nie miał tam co robić. Spodziewał się również, że co lepsze restauracje na Pokątnej z chęcią gościłyby Pottera, ale nie wątpił, że ten miałby problem z zapłaceniem rachunku. Znał ich ceny. Za prestiż i dyskrecje płaciło się słono, a Potter nie miał stałej pracy.
Nie był pewien jakich konsultacji udzielał Harry, ale jak każda dorywcza praca pewnie umożliwiały opłacenie czynszu. Może nadal mieszkał w tym domu, który zostawił mu Black po swojej śmierci. Nie sądził, aby Potter wrócił do Doliny Godryka. Mógł nie pamiętać nic, ale przecież to nadal był dom, w którym zamordowano jego rodziców.
- Wyobrażam sobie – odparł cierpko Harry.
- Już żałujesz tego zaproszenia? – spytał z nutką humoru w głosie i Potter uśmiechnął się do niego krzywo.
Trochę mu ulżyło, bo przypuszczał wcześniej, że mężczyzna chce cię po cichu wycofać ze słów pewnie wypowiedzianych w czasie euforii związanej z wygraną. Nie byłoby tak po raz pierwszy w życiu Draco. Szczęśliwi ludzie nie mówili prawdy, a jedynie to, co uważali za odpowiednie w danej chwili. To była jedna z reguł życia, o których został poinformowany w dość brutalny sposób, gdy odrzucono go na treningu głównym do Armat po raz pierwszy. Ich trener kiedyś – lata temu obiecał mu po jednym z meczy w Hogwarcie, żeby odezwał się po skończeniu szkoły. Ludzka pamięć bywała jednak krucha. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że może po prostu w tym czasie jego nazwisko z najbardziej pożądanego stało się znienawidzonym.
To oznaczałoby, że za pierwszym razem również nie zadecydował talent.
Potter miał to jednak w nosie i to trochę przerażało, ponieważ nigdy nie wiedział co zdecyduje mężczyzna.
- Nie wiem czy nie pożałuję. Znasz jakąś restaurację, która odpowiada potrzebom twojego wyrafinowanego podniebienia i nie doprowadzi Jasona do płaczu ślimakami trzymanymi na uwięzi? – spytał Potter z rozbawieniem.
Draco miał w pamięci przynajmniej trzy.
