Rozdział VI
Skradziona Ziemia
część I
Harry wyszedł z zaparkowanej w środku Londynu TARDIS i westchnął. Przed jego oczami roztaczała się panorama pałacu westminsterskiego, Big Bena i odległe zarysy London Eye po drugiej stronie Tamizy. Musiało być bardzo wcześnie, bo dookoła nie było ani jednej żywej duszy. Było mu zimno. Żałował, że nie wziął dodatkowego swetra ze swojej sypialni, ale nie chciał na razie tam wracać Wolnym krokiem ruszył chodnikiem w poszukiwaniu jakiegoś sklepu, myśląc o tym co przed chwilą się stało. Jego Doktor odszedł bezpowrotnie, a jego miejsce zajął facet z dziwaczną fryzurą, szelkami i muszką, Hermiona najprawdopodobniej wchłonęła część energii wiru czasowego, przez co będzie spała jeszcze przez jakiś czas, a on sam pocałował zupełnie nieznanego mu mężczyznę. Jakimś cudem udało mu się nakłonić go do przeniesienia ich do Londynu i wmówienia konieczności chociaż krótkiej drzemki pod pozorem wyczerpania przyjęciem energii wiru czasowego i regeneracji; po czym złapawszy co miał pod ręką wybiegł na chłodnawy, listopadowy poranek...
Do jego uszu docierał ostry głos lecących nad rzeką ptaków i aż się wzdrygnął. W oddali zobaczył mały kiosk z pieczywem - jeden z licznych w Londynie samochodowych sklepów. Przyśpieszył kroku i wkrótce znalazł się na wprost miło wyglądającej starszej kobiety, która drzemała za kontuarem.
- Poproszę trzy bajgle i dziewięć kajzerek.
Kobieta rzez chwilę pakowała towar mrucząc coś pod nosem na wczesnych klientów.
- Trzy funty piętnaście pensów, kochanieńki.
Harry wyciągnął z kieszeni pieniądze,i powstrzymując się od powiedzenia "dobranoc" zapłacił, podziękował i wziąwszy pieczywo ruszył z powrotem w stronę TARDIS gdy nagle coś się stało...
Z początku nie wiedział nawet jak nazwać to uczucie i zaczął niemal biec.
Pierwszą rzeczą jaka do niego dotarła było ciche podzwanianie szklanych półek w samochodowym kiosku za jego plecami. Nieoczekiwanie Big Ben zaczął wybijać dziewiąta, chociaż dochodziła dopiero ósma trzydzieści. Na Tamizie woda wezbrała i zaczęły pojawiać się na niej kilku metrowe fale. London Eye donośnie, a Harry nie słyszał już ptaków. Niespodziewanie płyta chodnika pod jego stopami pękła i taka sama rysa pojawiła się z drugiej strony. Harry puścił papierową reklamówkę i zaczął biec w stronę TARDIS. Przypominał sobie co powiedział Doktor. Jego Doktor. Dopóki działają osłony oscylacyjne TARDIS może przetrwać nawet eksplozję supernowej. Jego oddech się urywał. Mroźne, poranne powietrze płonęło w jego płucach, a na jego skórze pojawił się zimny pot. Gdyby choć na chwilę przystanął, być może zdałby sobie sprawę, że blade światło słoneczne zaczyna jest coraz słabsze, a woda z Tamizy powoli wraca na swoje miejsce. Harry nie spuszczał wzroku z TARDIS, która coraz się od niego odsuwała, aż wreszcie poziomo odleciała tak daleko, że po chwili była niebieskim punkcikiem, a później całkowicie znikła.
Upadł na kolana i z wysiłku chwycił się za serce.
Kiedy spojrzał w niebo było ono pełne planet.
TARDIS
Hermiona obudziła się w swojej sypialni. Był to średniej wielkości pokój stanowiący raczej połączenie saloniku z sypialnią niż pokój sypialniany. Przy łóżku stała szafka nocna, nieco dalej kilka foteli i stół, a w kącie wielka, rzeźbiona szafa z mahoniu. Gryfonka z trudem przypominała sobie skąd się tu wzięła - ostatnią rzeczą jaką pamiętała była jej osobliwa rozmowa z konsolą dowodzenia TARDIS. Miała niejasne przeczucie, że zdarzyło się nieco więcej - świadczył o tym chociaż jej strój, zmęczenie i pulsujący ból w głowie. Instynktownie wierzchem dłoni przesunęła po swoim policzku jak gdyby ścierając łzy, ale zarówno jej dłoń jak i twarz były absolutne suche.
Wstała i ściągnęła z siebie ubrania, po czym podeszła do jednych ze drzwi i otworzyła je. Stała na progu małej kabiny prysznicowej tak dziwnej, że nie wiedziała co ma zrobić. Ściany pokrywały dziwacznie duże kafle z interesującymi symbolami, a w nigdzie dookoła nie było ani baterii prysznicowej, ani samej słuchawki natrysku. Przez chwilę stała zastanawiając się o co w tym chodzi i jak mogłaby włączyć wodę. Kiedy tylko pomyślała o wodzie z sufitu zaczęła padać najcieplejsza i najczystsza woda jaką widziała, a gdy zaczęła szukać ręką szamponu okazało się, że to co spada z sufitu jest aromatycznym szamponem. Jako, że nie było odpływu postanowiła się szybko umyć, pozostawiając sobie dłuższe kąpiele na czas kiedy zapyta Doktora o działanie kabiny prysznicowej, ale woda po dotarciu do posadzki znikała równie niewytłumaczalnie jak się pojawiała.
- Dziękuję - powiedziała zdecydowanie i kabina nagle zrobiła się równie sucha jak gdy do niej weszła.
Na posadzce przed drzwiami leżało pięć białych, puchatych ręczników, które szybko zebrały wodę z jej ciała i włosów. W szafie wybrała przylegające do ciała mugolskie rzeczy i tak ubrana weszła do kokpitu głównego TARDIS. Lekko pogłaskała jedno z pokręteł i podskoczyła.
- Kim pan jest? - krzyknęła na widok bladego mężczyzny po drugiej stronie kokpitu/.
Mężczyzna uśmiechnął się.
- Przecież się znamy, Hermiono.
Hermiona rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, czego mogłaby użyć do obrony.
- Harry! Dok... - Spojrzała na niego badawczo, podczas gdy on pokraśniał. - To niemożli...
- Regeneracja, Hermiono... - przerwał jej. - Regeneracja. A Harry wyszedł na spacer.
Hermiona przez chwilę szukała odpowiednich słów i wreszcie zapytała.
- Ale żeby się regenerować musiałbyś być śmiertelnie ranny.
Doktor uśmiechnął się łagodnie.
- I byłem. - podszedł do Hermiony i położył jej obie dłonie na głowie. - Wejrzyj w siebie, zapomnij o wszystkim co wiesz o świecie i przypomnij sobie.
Oczy Gryfonki zaszkliły się od łez.
- To prze zemnie. to moja wina.
Władca Czasu złapał ją za ramiona i potrząsnął nią.
- Ocaliłaś wczoraj dwoje ludzi i jednego Galifreyczyka nie cofając przy okazji multiuniwersum do czasów ery Plancka, więc mogę tylko być ci wdzięczny - było ich zbyt wielu, a nas za mało by powstrzymać choćby połowę. To o ciebie trzeba się teraz martwić, nie o mnie.
Otarł jej policzki z łez.
- Ale o mało nie zginąłeś. - wyszeptała.
- I dzięki tobie mam to nowe, wspaniałe ciało.
Uśmiechnęła się przez łzy.
W tej samej chwili całą TARDIS wstrząsnęło potężne uderzenie, a siła impetu rzuciła Doktorem i Hermioną o podłogę.
- Co to, było? - zapytał chwytając się za głowę Doktor.
Gryfonka podniosła się i pomogła mu wstać.
- To z zewnątrz.
Spojrzeli po sobie i przez jedną, straszliwą sekundę w ich głowach rozbrzmiewało jedno pytanie - Gdzie jest Harry? Podbiegli do drzwi i każde z nich otworzyło jedną z połówek. Przed ich oczami znajdowała się przestrzeń kosmiczna rozświetlona blaskiem gwiazd i odległego Księżyca.
- Ale my... jesteśmy w kosmosie. - spojrzała na niego ze zdziwieniem Hermiona. - Jak to się stało?
Doktor podbiegł go konsoli głównej i spojrzał w jeden z kilku ekranów, a po chwili zerknął na inny.
- Czy przeniosłeś nas gdzieś indziej?
Panika w oczach Doktora była porażająca.
- Nie ruszyliśmy się nawet z miejsca... Wciąż jesteśmy w samym środku Londynu.
- To przecież niemożliwe... - wyszeptała Hermiona i zrobiła krok do przodu w przestrzeń kosmiczną.
Doktor rzucił się w jej kierunku i złapał ją za rękę dokładnie wtedy gdy podnosiła drugą stopę.
- Nigdy tego nie rób! - krzyknął. - Zginęłabyś po kilku sekundach!
- Ale...
- Hermiono...
- Ale jeśli Ziemia się przeniosła, to ludzie stracili Słońce! - Nagle coś przyszło jej na myśl. - Co z moimi rodzicami? Ronem, szkołą i całą resztą?
- Nie wiem, Hermiono. Po prostu nie wiem...
- Jeśli Ziemia zniknęła to i oni razem z nią!
Doktor wyglądał na zawstydzonego
- Przykro mi, nie wiem, co się z nimi stało.
- A Harry? On też jest tam został. - krzyknęła.
Właśnie wtedy w starych oczach Władcy Czasu zobaczyła coś nieoczekiwanego. Zobaczyła obietnicę.
- Może Ziemia stała się niewidzialna... Na pewno...
Doktor uśmiechał się krzywo.
- Hermiono! Nic nie może uczynić niewidzialną całej planety, nawet najnowocześniejsza technologia. To był transfer międzygalaktyczny - Ziemia została fizycznie przeniesiona do innej galaktyki.
- Czy to możliwe?
Doktor zmarszczył brwi.
- Niestety tak. I znam gatunek istot posiadających zdolną do tego technologię. - Wskazał dłonią na jeden z ekranów. - Zupełny brak odczytów... Po Ziemi nie pozostał nawet ślad atmosfery, czy nawet kilka kamieni.
Zaszlochała.
- Więc nie ma dla nich nadziei?
Doktor pstryknięciem zamknął drzwi TARDIS.
- Tego nie powiedziałem...- Zaczął ustawiać parametry przestrzeni i czasu. - Musimy tylko najpierw się z kimś spotkać...Jak wy to mówicie... wezwać pomoc.
- Skąd?
Doktor uśmiechnął się krzywo
- Zabieram cię do Proklamacji Cieni.
Kwatera Główna UNIT
Potwierdzam, wszystkie stanowiska aktywne, czy ktoś mnie słyszy?
- Co to do cholery było? - spytała Martha Jones podnosząc się z ziemi.
Kwatera Główna Unit przypominała Ardeny po nalocie - wszędzie walały się kartki papieru, kilka biurek było przewróconych, a większość agentów wstawała z ziemi.
- Coś jak trzęsienie ziemi, albo...była w okropnym stanie - Co to było?
Doktor Jones podeszła do jednej z leżących na ziemi osób.
- Jalandra, w porządku? - podała jej rękę i pomogła wstać.
- Tak. - młoda Hinduska rozejrzała się dookoła. - To tylko draśnięcie.
- Czy ktoś jest ranny? Nie mamy prądu, niech ktoś włączy z powrotem światła. DaCosta, dopilnuj tego! - powiedziała głosem nie znoszącym sprzeciwu.
Większość agentów stała już na nogach, kilka osób trzymało się za głowy, a jeden z oficerów miał najprawdopodobniej złamaną rękę. Szybko w Kwaterze Głównej pojawili się pielęgniarze i po chwili sytuacja była opanowana.
- Widać coś na radarach, DiMaggio? - spytała Jones.
- Nic pani doktor.
- Czy ktoś może mi wytłumaczyć dlaczego za oknami jest tak ciemno? Jakieś zaćmienie słońca, o którym nie słyszałam? Suzanne, nic ci nie jest?
Kobieta stojąca przy oknie pokręciła głową.
- Martha.
- Tak?
- Popatrz na niebo.
Doktor Jones spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Czemu? Co tam jest?
- Po prostu popatrz!
Z radioodbiornika rozległ się ten sam głos co wcześniej:
Genewa ogłasza Kod Czerwony. Wszyscy na pozycje bojowe!
Martha Jones odeszła od okna, podniosła słuchawkę i wybrała numer. Nie zauważyła, że za jej plecami ktoś stoi
- Doktor Jones, o ile nie jest pani zbyt zajęta...
Zmierzyła chłodnym wzrokiem generała Benticka i po raz kolejny wybrała numer.
- Próbuję dodzwonić się do Doktora, sir.
- I?
- Nie ma sygnału!
Starszy wąsaty mężczyzna w mundurze wojskowym popatrzył na nią jak na wariatkę.
- Można stąd zadzwonić do każdego miejsca w kosmosie. Ten telefon nigdy się nie psuje!
Martha podała mu telefon.
- Więc ktoś musi blokować sygnał...
- Mam połączenie z Torchwood, Cardif.
Generał wrócił do swojego biura.
- Połącz.
- Powiedz, że nasypałaś mi wczoraj czegoś do drinka.
- Nie ma tak dobrze. Masz jakieś wieści od Doktora?
- Żadnych, a ty?
- Ani słowa, Jack.
- Gdzie teraz jesteś? Wy też odczuliście ten wstrząs?
- W Nowym Jorku. - westchnęła. - A żebyś wiedział.
Jack zaśmiał się.
- U nas to samo... Co robisz w Wielkim Jabłku?
- Awansowałam na kierownika medycznego w Projekcie Indygo.
- Uruchomiliście w końcu ten sprzęt?
Martha prychnęła.
- Indygo jest ściśle tajne, nikt nie powinien o tym wiedzieć.
- Spotkałem w barze żołnierza, długa historia.
- Kiedy to było?
- W latach siedemdziesiątych... Możesz mi powiedzieć dlaczego wciąż pracujecie nad tym starym sontariańskim starociem?
- I kto to mówi?
- Przepraszam, ale nigdy nie byłem Sontarianinem...
Jelandra położyła jej rękę na ramieniu.
- Przepraszam, że pani przeszkadzam, ale dostaliśmy wiadomość z NASA o pojawieniu się w centrum układu planet niezidentyfikowanego pojazdu kosmicznego.
- Okej. Przepraszam, ale muszę kończyć Jack.
- Połóż słuchawkę na biurku... Chcę usłyszeć o co chodzi...
- Mogą mnie za to zwolnić i oskarżyć o zdradę stanu.
- Według umowy z tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego roku Torchwood jest uprawnione do bycia informowane przez UNIT w sytuacjach zagrożenia pozaziemskiego.
- Okej... W końcu to ty ustaliłeś to prawo.
Odłożyła słuchawkę na biurko i podeszłą do wielkiego ekranu.
- Jaka odległość dzieli ich od Ziemi?
- 5000 kilometrów pani doktor.
Przez kilka minut Martha wysłała sześć maili do różnych oddziałów UNIT na całym świecie i zadzwoniła do Genewy.
- Odbieram komunikat od statków|kierujących się na Ziemię. Mają wiadomość do rasy ludzkiej.
- Połącz się. - zadecydował Bentick.
Wiadomość dla wszystkich gatunków
Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować...
- Mój Boże... - wyszeptał Bentick.
Eksterminować! Eksterminować!
Marta podniosła słuchawkę.
- To Dalekowie, Jack! Cholerni Dalekowie przenieśli całą Ziemię.!
Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować!
- Nic nie można już zrobić. Przykro mi. Jesteśmy martwi. - usłyszała w słuchawce.
Eksterminować! Eksterminować!
Flota Daleków w formacji bojowej!
- Wynoście się stamtąd, Martha! Dalekowie znają położenie UNITU!
- Nie mogę, Jack! Mam tutaj pracę i siedem miliardów ludzi do obronienia!
- Celują w bazy wojskowe, Martha! Jesteście następni na liście!
- Doktor Jones, proszę ze mną. Aktywujemy Projekt Indygo.
- Nie możemy użyć Projektu Indygo! Nie był jeszcze testowany, sir, poza tym nie wiemy nawet czy i jak zadziała.
Zza drzwi dobiegł do nich pełen nienawiści głos Daleków.
Siły UNIT zostaną eksterminowane.
Unicestwić UNIT.
Eksterminować!
- Szybko! - pociągnął ją za rękę i wbiegli do jego gabinetu. - Drzwi nie wytrzymają zbyt długo naporu Daleków... - wpisał kod i otworzyła się wielka pancerna szafa. - No, niech pani to założy, jak najszybciej.
Podał jej coś jakby spadochron z jednym guzikiem na ramieniu, pozbawiony jednak linek i czaszy z materiału.
- Martha, posłuchaj mnie! Nie używaj Projektu Indygo, to niebezpieczne.
Generał wyłączył głośnik swojego telefonu.
- Doktor Jones, przyjmuje pani rozkazy od UNIT, a nie od Torchwood!
- Proszę tak na mnie nie patrzeć, to oczywiste, że podsłuchuję rozmowy wszystkich pracowników... Od samego początku istnienia UNIT do jednego z obowiązków dowódcy należy stała inwigilacja pracowników.
- Ale dlaczego ja?
- Bo jest pani naszą jedyną nadzieją na znalezienie Doktora. Ale jeśli zawiedzie, jeśli nie nadejdzie pomoc, korzystając z władzy powierzonej mi przez UNIT, upoważniam panią to zabrania i wykorzystania tego.
Wcisnął jej do ręki metalowy chip wielkości karty bankomatowej.
- To klucz Osterhagena.
- Nie mogę tego wziąć, sir.
Spojrzał na nią ze smutkiem...
- Wie pani, co zrobić. Dla dobra rasy ludzkiej.
- Dalekowie docierają do północnego korytarza. - krzyknął Shaw.
Eksterminować!
- Doktor Jones... życzę szczęścia i tego by nie musiała go pani używać.
Eksterminować!
- Mogę pani obiecać, że nie poddamy się bez walki... Zabierzemy ze sobą tyle z nich ile damy radę
Martha skinęła mu głową i nacisnęła guzik na ramieniu. Po chwili już jej nie było.
Torchwood
- Jesteście cali?
Ianto otrzepywał spodnie z kurzu.
- Wszystkie kości całe. Nieznaczna utrata godności. Czyli bez zmian.
- Okej. - zawołała Gwen, po czym szybko podniosła się z ziemi i uważnie zaczęła sprawdzać parametry statygeologiczne, rejestr ruchów sejsmicznych i parametry lądowe w promieniu stu kilometrów.
- Wydaje się, że nie nastąpiły żadne ruchy skorupy tektonicznej Ziemi. - wpisała coś szybko. - Nie leżymy na granicy płyt tektonicznych, ani nawet w ich bezpośredniej bliskości, ale detektor pokazuje sześć w skali Richtera.
- Jesteś pewna? Całe Cardiff musiało to poczuć... Cała cholerna Walia!
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
- Sam zobacz. - Odwróciła ekran w jego stronę.
- Więc co to do cholery było? - krzyknął Ianto.
Jack Harkness podszedł do drugiego z monitorów - szybko wpisał frazę i przez kilka minut uważnie przyglądał się wynikom.
- To była Szczelina? - powiedział próbując zerknąć mu przez ramię Ianto.
- Żadnych gwałtownych zmian natężenia, pole jak zwykle lekko natężone i nic poza tym.
- Włącz radio Gwen.
Kobieta podłączyła odbiornik do prądu i po chwili rozległ się głos spikera.
ONZ i UNIT wydało dekret wzywający obywateli świata do pozostania w domach i nieulegania masowej panice. Jednakże jak do tej chwili nie znaleziono powodu, dla którego na niebie pojawiło się dwadzieścia sześć planet.
Jack wyciągnął z kieszeni płaszcza mały telefon komórkowy i wybrał numer.
- Do kogo dzwonisz? - zapytała Gwen.
- Do Doktora.
Na niebie nie widać również Słońca ani Księżyca, a według astronomów nasza planeta znajduje się bardzo daleko od Drogi Mlecznej. Będziemy państwa inf...
Gwen wyciągnęła wtyczkę z gniazdka.
Po kilku minutach Jack zamknął telefon, schował go do kieszeni i powiedział cicho:
- Doktor nie odbiera, więc musimy przyjąć, że nie jest w stanie nam pomóc. Gwen, chcę jak najdokładniejszą mapę radarową najbliższego otoczenia Ziemi...
- Dobrze Jack.
- A ty Ianto spróbuj się skontaktować z UNIT-em i Sarą Jane Parker.
Zadzwonił telefon i Jack szybko wydobył swój z kieszeni.
- To nie mój. Odbierz Gwen.
- To mój mąż.
Jack kiwnął głową i razem z Ianto zaczęli wykonywać telefony.
- Rhys, nie mam pojęcia, po prostu zostań w domu... Mógłbyś zadzwonić do mojej mamy Powiedz jej... ee... Oj, nie wiem, każ jej wziąć jej tabletki i iść spać. Wrócę do domu najszybciej, jak mogę. Obiecuję. Ja ciebie też.
Odłożyła telefon i niemal biegiem dotarła do komputera.
- Ktoś założył sztuczną powłokę atmosferyczną. Zatrzymuje powietrze i utrzymuje ciepło.
Jack przygryzł wargę.
- Ktokolwiek to zrobił, chce żywych ludzi. To już jakiś plus.
Gwen mówiła dalej.
- Łącznie z Ziemią jest dwadzieścia siedem planet. - przerwała nagle. - Ale co to jest?
Obaj mężczyźni szybko znaleźli się obok niej.
- To nie jest planeta, ani żaden satelita.
Jack kliknął na coraz bardziej powiększająca się kropkę.
Sztuczna konstrukcja.
- To chyba jakiś rodzaj stacji kosmicznej znajdującej się w samym sercu układu planet. Ale po jaką cholerę, ktoś miałby zebrać aż tyle planet?
- No właśnie...
Na ekranie komputera pojawił się mały dymek w dolnym prawym rogu.
- To chyba transmisja z centrum układu.- wyszeptała Gwen.
Jack kliknął w dymek i po całym pomieszczeniu rozniósł się pozbawiony jakiegokolwiek pierwiastka litości metaliczny głos:
Wiadomość dla wszystkich gatunków
Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować...
- O nie...
Eksterminować! Eksterminować!
- Co to jest? Kim oni są?
- Znasz ich, Jack?
Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować!
- Nic nie można już zrobić. Przykro mi. Jesteśmy martwi.
Eksterminować! Eksterminować!
Flota Daleków w formacji bojowej!
- Cholera! - krzyknął Jack rzucając po chwili telefonem.
- Co się stało?
- Cholerne UNIT... - przetarł czoło. - Aktywowali Projekt Indygo.
Gwen i Ianto wyglądali na zdziwnionych.
- Czym jest Projekt Indygo?
- To eksperymentalny teleport zabrany ze statku Sontarian w tysiąc pięćset czwartym. UNIT pracowało nad nim do tej pory, ale nie mają ani współrzędnych ani stabilizatora! Wysłali jedną z byłych towarzyszek Doktora, Marthę Jones najprawdopodobniej w poszukiwaniu TARDIS.
- Skoro Indygo nie było w stanie nigdzie jej przenieść, to gdzie ona jest?
- Wiązania spajające strukturę jej atomów najprawdopodobniej zostały zerwane.
- Co to znaczy?
- Została rozbita na atomy... Martha przestała istnieć.
Dom Sary Jane Smith
- Panie Smith, czy dobrze słyszałam? Dookoła Ziemi jest dwadzieścia sześć planet?
Tak
- Co utrzymuje je w stabilności? Grawitacja?
Brak danych.
Starsza kobieta zmarszczyła brwi.
- Wyświetl wizualizację układu planet.
Na ekranie wielkiego superkomputera pojawiło się dwadzieścia siedem okręgów o rożnej wielkości, kształcie i kolorach.
- To nie ma sensu... - powiedział cicho Luke.
- Tak, synu?
Odchrząknął.
- To nie ma sensu bo większość tych planet różni się od siebie. Te dwie - wskazał palcem na ekran. - To planety skaliste, ta jest wulkaniczna, tamte cztery to gazowe olbrzymy, w tym dwa z pierścieniami. - odetchnął. - Osiem z nich jest pokryte tylko wodą, dwie to planety pustynne jak Mars, jedna lodowa jak Pluton, trzy karłowate, sześć z nich jest usiane kraterami, a reszta jest lesista. Więc zostały dobrane przypadkowo.
Sarah Jane pokiwała głową.
- Widzisz tą symetrię? Wszystkie są jak gdyby gromadą kulistą, tyle, że to nie gwiazdy a planety.
- Zaraz. Widzisz te pulsujące punkty w centrum?
- Tak. Panie Smith czy wie pan co to jest?
Odczyty wskazują na obecność technologii pozaziemskiej.
- W jakiej odległości od Ziemi się znajdują?
Znalazłeś ją?|- Nie, nie odpowiada.
5000 kilometrów.
- Połącz mnie z Torchwood.
Łączenie w toku...
Saro Jane
- Tak, panie Smith?
Odbieram komunikat z centrum układu planetarnego. Czy mam odtworzyć?
- Oczywiście!
Wiadomość dla wszystkich gatunków
Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować...
Sarah Jane złąpała się za serce.
Eksterminować! Eksterminować!
- Kto to mamo?
- Nie! Nienienienienie...
Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować!
- Mamo!
Eksterminować! Eksterminować!
Flota Daleków w formacji bojowej!
- Jesteś taki młody Luke. - Przycisnęła go do siebie.
2500 kilometrów.
Hogwart
- Na Merlina, Albusie! Dwójka naszych uczniów jest poza szkołą pod opieką mugola, w czasie śniadania czterech uczniów zraniło się w czasie trzęsienia ziemi, Słońce znikło, a do tego wszystkiego na niebie jest pełno planet! - krzyknęła McGonagall.
- Wiem o tym Minervo i właśnie w celu omówienia naszych dalszych kroków zaprosiłem was do mojego gabinetu. - Dumbledore pogładził swoją białą jak śnieg brodę.
W gabinecie dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie siedziała być może jedenastka najpotężniejszych, najbardziej zaufanych i być może najwierniejszych sprawie Harry'ego Pottera ludzi w czarodziejskim świecie. Tuż przy Dumbledorze siedział Severus Snape, obok niego Lucjusz Malfoy, Syriusz Black, Remus Lupin, Sybilla Trelawney, Minerva McGonagall, Artur i Molly Weasleyowie, Alastor Moody i Ron Weasley.
- Poprosiłem was byście przybyli dzisiejszego ranka w celu omówienia odejścia ze szkoły pana Harrye'go Pottera i panny Hermiony Granger. - Rzucił okiem w stronę dziewięciu słuchających go osób. - Skoro wyjaśniliśmy już sobie prawo do obecności w tej radzie... - Jego wzrok wymownie spoczął na patrzących na siebie Severusie i Syriuszu. - to możemy przejść do konkretów. Niestety musimy dzisiaj podjąć decyzję w sprawie dalszego postępowania z Doktorem i ustalić stanowisko szkoły w sprawie tego co stało się dzisiejszego ranka... Może ty Lucjuszu zaczniesz.
Malfoy skinął głową.
- Działając na pańskie zlecenie dyrektorze nie zdobyłem żadnych konkretnych informacji na temat tego samozwańczego Doktora. Członkowie czystej krwii rodów czarodziejskich nigdy o nim nie słyszeli.
Dumbledore spojrzał na swoje palce.
- A co w sprawie powrotu Lorda Voldemorta?
Większość zebranych wzdrygnęła się na dźwięk tego imienia.
- Pańskie podejrzenia co do udziału Petera Pettigrew w śmierci Berthy Jorkins i dozorcy domu Riddlów się potwierdziły. Co więcej najprawdopodobniej w czasie ubiegłorocznych wakacji odnalazł Czarnego Pana w Albanii i najprawdopodobniej ukrywają się gdzieś w Szkocji.
- Dobrze. Remusie?
Mężczyzna w podniszczonym płaszczu wyprostował się na krześle.
- Wilkołaki nic nie wiedzą o Doktorze, ale dowiedziałem się o kontaktach Glizdogona z magicznym czarnym rynkiem... Najprawdopodobniej już od dawna poszukuje składników do jakiegoś eliksiru.
- Dziękuję. Alastorze?
- Podobnie jak Remus niczego się nie dowiedziałem od moich wtyk w Ministerstwie, ale przyłapałem wczoraj pannę Boyle z Hufflepuffu na szkicowaniu planu labiryntu. Dałem jej szlaban i zabrałem jej rysunek.
- Dziękuję, Ron?
- W szkole huczy od plotek, ale nikt niczego nie wie...
- Albo nie chce powiedzieć. - wtrącił Moody.
Dumbledore skinął głową.
- Severusie?
- Zwolennicy Voldemorta...
Po raz kolejny kilka osób zadrżało.
- Zwolennicy Czarnego Pana nigdy nie słyszeli o kimś takim jak Doktor, ale nastroje wśród śmierciożerców wciąż są niespokojne po Finale Mistrzostw w Quidditchu.
- Sybillo?
- Wpływ Marsa w ostatnich dniach był bardzo wyczuwalny, co może oznaczać wojnę i niepokoje, Saturn jest w koniunkcji z Merkurym, co nie oznacza niczego dobrego dla ludzi urodzonych w lipcu.
Dumbledore na chwilę się zamyślił.
- Dziękuję wam wszystkim. Czy ktoś ma coś jeszcze do dodania.
Syriusz wstał zaciskając pięści.
- Czy możesz mi powiedzieć, Dumbledore dlaczego MÓJ chrześniak lata sobie nie wiadomo gdzie z jakimś szaleńcem z budką? I co do diabła robi z nimi Hermiona?
- Syriuszu niestety...
Black walnął pięścią we stół tak, że wszyscy wstali poza dyrektorem i Ronem.
- Nie pieprz! To syn Jamesa i Lily i twoim CHOLERNYM obowiązkiem było nie spuszczać go z oczu i za nic nie wypuszczać go ze szkoły, czy...
Remus złapł go za ramię.
- Czy nie lepiej byłoby znaleźć jakiś konstruktywny sposób na wyjście z obecnej sytuacji, albo choć...
Urwał w połowie słowa.
Głos Sybilli Trelawney brzmiał jakby to nie ona mówiła, a silniejsza, potężniejsza moc przemawiała przez jej usta.
Wiadomość dla wszystkich gatunków
Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować...
Minerva spojrzała na nią ze wściekłością, ale Dumbledore uciszył ją ruchem ręki.
- Ona wpadła w trans.
Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować! Eksterminować!
Flota Daleków w formacji bojowej!
Mimowolnie wszyscy obecni poczuli się osaczeni.
Nie mieli pojęcia co się dzieje.
Nie rozumieli słyszanych słów.
Wiedzieli tylko jedno.
To już koniec.
TARDIS
- Zabieram cię do Proklamacji Cieni.
Hermiona wyglądała jakby nie do końca rozumiała o czym Doktor mówi
- Czym jest Proklamacja Cieni?
Doktor zamyślił się przeciągając kolejnymi wajchami w konsoli TARDIS.
- To raczej elegancka nazwa dla policji. Kosmicznej Policji... Proklamacja Cieni zajmuje się przestrzeganiem prawa przez nią ustanowionego, które dotyczy relacji między gatunkami z różnych planet, handlu, niewolnictwa, ochrony cywilizacji i setek różnych innych spraw, które regulują niemal wszystkie aspekty podroży międzyplanetarnych.
- Aha. - powiedziała Hermiona zastanawiając się nad tym co usłyszała. - Więc to coś w rodzaju ziemskiej policji, prokuratury i sądu w jednym?
- Można i tak to ująć. Żeby się tam dostać przeniosłem nas do pięćdziesiątego pierwszego wieku...
Podbiegł do drzwi i otworzył je.
- Spójrz.
Jej oczom ukazała się majestatyczna budowla osadzona na ogromnej asteroidzie z trzema równej długości ramionami z budynkami. W świetle odległej gwiazdy mieniła się srebrzystym blaskiem. Na jej powierzchni znajdowało się kilkanaście wysokich wież i coś przypominającego gotycki pałac z kolorowymi witrażami zamiast ścian.
- Widzisz? - Doktor wskazał palcem dolną część asteroidy z przeraźliwie białymi smugami wylatującymi z nieustannie pracujących silników.
- Gdyby nie one i pole oscylacyjne to już dawno temu asteroida rozpadła by się na części.
Zamknął drzwi i wcisnął kilka guzików.
- Teraz najważniejsze rzeczy: po pierwsze nie podnoś głosu na Judoonów ani na nikogo innego, po drugie nie wykonuj zbyt szybkich ruchów - Judooni to dosyć prymitywna rasa i mogą cię zabić uważając, że chcesz ich zaatakować, po trzecie zachowuj się tak jak ja i po czwarte nigdzie się nie oddalaj. Zrozumiałaś?
Hermiona skinęła głową.
- Chcę to usłyszeć.
- Tak.
Chwycił ją za rękę i przeszli przez drzwi.
Proklamacja Cieni
Tuż przed nimi stał w półkolu oddział Judoonów. Były to ponad dwumetrowe nosorożcopodobne humanoidy w skafandrach z bronią wycelowaną w ich oboje.
- JO DO HO DO NO DO DO FO DO? - ryknął jeden z nich
- NO BO HO SO KO RO TO SO! - podobnie ryknął Doktor.
- HO?
- MAHO!
Judoonowie opuścili broń i Hermiona zdała sobie sprawę, że znajdują się w jednym z najpiękniejszych pomieszczeń jakie widziała w życiu. Ściany, sklepienie i posadzka były ze śnieżnobiałego marmuru, w oknach znajdowały się wspaniałe witraże, a na posadzce i na ścianach znajdowały się wspaniałe gobeliny sycące oczy barwami i cudownymi kształtami. Meble były z mahoniu, co sprawiało niezwykłe wrażenie w skąpanej w bieli sali.
- Na kolana. - syknął Doktor i po chwili oboje klęczeli.
- Składam cześć waszej mądrości Architektko Cieni.- powiedział głośno i wyraźnie.
Hermiona bała się podnieść głowę i kącikiem oczu zobaczyła spód czarnej, wiktoriańskiej sukni z czarnymi cekinami.
- Możecie powstać. Uznaję wasz pokłon za przyjęty. Żadne ofiary nie będą konieczne.
Gryfonka patrzyła na najdziwniejszą kobietę jaką kiedykolwiek widziała - nie była ani brzydka, ani nie była kosmitką, ale jej białe jak cala sala skóra i włosy, czarna suknia i naszyjnik czyniły z niej najbardziej chyba widoczny przykład albinizmu. Twarz Architektki Cieni nie była sympatyczna - wyrażała raczej majestat, skupienie i poczucie władzy niż jakiekolwiek przejawy emocji.
- Przybyłem do ciebie, Pani z prośbą o pomoc.
Architektka Cieni usiadła na jednym z krzeseł i machnęła ręką każąc mu mówić.
- Jestem Władcą Czasu z planety Gallifrey i...
Kobieta poruszyła ręką.
- Władcy Czasu są już legendą, a ich miejsce jest w mitach i plotkach wysoko rozwiniętych ras ras. Nie istniejecie. Po Ostatniej Wielkiej Wojnie Czasu nie pozostał już żaden osobnik tego gatunku.
- Pozostałem ja.
Architektka Cieni zaśmiała się cicho.
- Nie wierzę ci.
- W takim razie pozwól mi Pani na danie ci dowodu na moją prawdomówność.
- Zezwalam.
- Pozwólcie Pani.
Doktor wraz z Architektką Cieni podszedł do TARDIS i na sekundę otworzył jej drzwi, po czym zamknął je z powrotem. Zafascynowana kobieta przez chwilę gładziła niebieskie drewno drzwi TARDIS.
- Jak więc widzisz Pani jestem tym kim mówię i proszę cię o pomoc w odnalezieniu Ziemi.
Hermiona zauważyła, że w oczach Architektki Cieni płonęła żądza posiadania.
- Ziemia jest planetą piątej klasy! - Podeszła do niego szybko. - Dlaczego się nią interesujesz?
Twarz Doktora wyrażała szacunek pomieszany z lękiem.
- Zostało na niej coś nadzwyczaj dla mnie cennego.
- Ciekawe... - Kobieta odeszła od TARDIS i usiadła na przypominającym tron, rzeźbionym mahoniowym krześle. - Z drugiej strony nie jesteście tak bystrzy jak w legendach. Cały Wszechświat jest w szoku.
- Jak to, Pani?
Architektka Cieni uśmiechnęła się złośliwie.
- Z nieba zginęło dwadzieścia trzy planety.
- Które, Pani?
Kobieta machnęła ręką i na jednej z pozbawionych okiem i gobelinów ścian pojawił się plan wszechświata, z którego Architektka Cieni wybrała kilka fragmentów.
- Miały różne lokalizacje, należały do różnych typów i były w różnych stadiach trwania, ale wszystkie zniknęły w tej samej chwili nie pozostawiając żadnych śladów.
Doktor przyglądał się wybranym fragmentom kosmosu.
- Zniknęły Callufrax Minor, Jahoo, Shallacatop, Clom...
- Różne rozmiary, niektóre zamieszkałe, część nie.
- Dokładnie, Pani... Wydaje się, że nic je nie łączy.
Hermiona podeszła do Doktora.
- A co Maltake i Hypsycrateirą?
Architektka Cieni i Doktor jednocześnie spojrzeli na Gryfonkę.
- Kim ona jest? - krzyknęła kobieta.
- Hermiono! - syknął Doktor.
- Jestem człowiekiem z Ziemi, Pani. I może moje imię nie jest wam znane, ale jestem istotą równie ważną jak Władcy Czasu i ty, Pani.
Architektka Cieni podeszła do niej powoli i końcem palca uniosła jej głowę do góry tak, że patrzyły sobie niemal w oczy.
- Jesteś pierwszą istotą od bardzo dawna, która mi się sprzeciwiła.
Doktor padł na kolana i już miał zacząć błagać Architektkę Cieni o łaskę, gdy powstrzymał go przed tym zdecydowany ruch jej ręki.
- Jesteś odważna i cenę to, ale skąd wiesz o sprawie Maltake?
Hermiona starała się nie mrugać oczami, co było bardzo trudne pod przenikliwym wzrokiem albinoski. Wiedziała, że za niewłaściwą odpowiedź oboje co najmniej zapłacą życiem, więc starannie dobrała słowa.
- Przeczytałam o tej planecie w jednej z książek Doktora, Pani.
Architektka lustrowała ją jeszcze przez kilka minut i odeszła w stronę ekranu.
- Możesz powstać. Podejdźcie tu.
Zarówno Hermiona jak i Doktor zastosowali się do władczego polecenia.
- Wiedzcie, że Maltake to zamknięta sprawa. Niezwiązana. Poza tym zniknęła kilkanaście tysięcy lat temu.
Doktor zamyślił się.
- Na Gallifrey jako adept Akademii Władców Czasu słyszałem o zaginionej planecie Adipose. Wówczas sądzono, że zniknęła w tamtejszej czarnej dziurze, ale...
- Adipose figuruje w naszych rejestrach, więc kiedyś zajmowano się tą sprawą.
Doktor podskoczył do góry, na co Judooni wyciągnęli broń i tylko machnięcie ręki Architektki Cieni powstrzymało ich przed strzałem.
- Wybacz Pani, ale chyba znalazłem odpowiedź.
Stanął przed ekranem i poruszając rękami przesuwał kolejne gwiazdy i planety mówiąc:
- Planety są zabierane zarówno z czasu, jak i z przestrzeni... Zobaczmy to w przestrzeni. - Jedną ręką chwycił obraz i rzucił go na środek pokoju.
Po chwili oczom zebranych ukazało się dwadzieścia cztery planety, wśród nich Ziemia.
- Jeśli więc dodamy Maltake, Hypsycrateirę i Adipose...
- Co zrobiłeś? - krzyknęła Architektka Cieni.
Doktor uśmiechnął się łagodnie.
- Nic, Pani. Po prostu planety ułożyły się w optymalny sposób.
Przed ich oczami poruszały się w kosmicznym balecie globy.
- Och, tylko popatrzcie! - westchnął Doktor. - Dwadzieścia siedem planet w idealnej harmonii. To wspaniałe!
- Tylko co to oznacza? - szepnęła Hermiona.
- Wszystkie te światy pasują do siebie jak elementy silnika, Pani. Są niczym kosmiczna elektrownia.
Architektka Cieni wyglądała na wstrząśniętą taką ideą.
- Ale do czego? Kto mógłby zaprojektować coś takiego?
- Ktoś kto już wcześniej próbował przenieść Ziemię. Dawno temu. Nie... to nie możliwe.
Architektka Cieni spojrzała z przerażeniem na Doktora i wyszeptała.
- To niemożliwe...
- Wiesz Pani, że istota, o której myślimy setki razy wydostawała się z o wiele większych i potężniejszych zabezpieczeń.
- Ale Ostatnia Wielka Wojna Czasu została zamknięta w czasie, więc nawet gdyby mu się...
Doktor spojrzał na nią ze smutkiem.
- Już wcześniej był szalony. Jeśli ucieczka z tamtej epoki wycisnęła kolejne piętno na jego psychice, to możemy się obawiać najgorszego.
Przez chwilę oboje milczeli, aż nieoczekiwanie Doktor przyklęknął, a zaraz za nim Hermiona.
- Sławiąc waszą dobroć, Pani prosimy o możność opuszczenia twego boku.
Architektka Cieni skinęła głową i powiedziała.
- Posłuchanie uważam za skończone. Mój honor nie został naruszony i żadne ofiary nie są konieczne.
Po czym machnąwszy w stronę Judoonów by za nią nie szli podeszła do Doktora i Hermiony.
- Powstańcie.
- Pani?
Architektka Cieni uśmiechnęła się z wysiłkiem i powiedziała szeptem.
- Wiem o twojej nienawiści do przemocy, Doktorze, ale w tym przypadku wybaczenie nie jest możliwe. Musisz go zniszczyć.
Doktor cofnął się do tyłu.
- Pani!?
- Przeskanowałam twój mózg i znam cię... Wiem, że dla obrony swoich towarzyszy jesteś w stanie zrobić niemal wszystko, ale tym razem nie tylko ich będziesz chronił. Tym razem polega na tobie cały Wszechświat, wszystkie rozumne formy życia i ja.
Spojrzała na Hermionę.
- Wybaczam ci zabranie głosu bez mojej zgody i jednocześnie proszę byś pomogła Doktorowi w dokonaniu wyboru. Tym razem Davros nie może przeżyć.
Skinęła głową i odwróciwszy się od nich odeszła w otoczeniu Judoonów.
Doktor złapał Hermionę za rękę i razem wbiegli do TARDIS.
- Doktorze?
Jego twarz była dziwnie pusta.
- Tak?
- Kim dla ciebie był Davros?
