Rozdział 7
Miłostki Prefektów
Albus wiedział, że takie rozwodzenie się nad pomiętym kawałkiem pergaminu bez większej dostrzegalnej wartości było absolutnie bezsensowne, ale po prostu nie mógł się powstrzymać. Przypuszczenia i teorie dotyczące zarówno nadawcy, jak i zamierzonego celu tajemniczego listu zmieniały się w zależności do jego nastroju; tak bardzo się na tym koncentrował, że nie dopuszczał do siebie myśli dotyczących trywialnych i – w porównaniu do tej – normalnych spraw. Wiedział też, że korzenie takiego toku myślowego sięgały przemyśleń nawet sprzed kilku miesięcy.
Nie mógł zaprzeczyć temu, co czuł, kiedy pierwszy raz czytał ten list. Był niewiarygodnie podekscytowany i głupio roztrzęsiony tym, że zagadkowym nadawcą mógł być Sancticus Fairhart. Oczywiście, wysłałby go z krainy umarłych – gdyby ta rzeczywiście istniała.
– Nigdy nie znaleźli jego ciała! – Z przyjaciółmi kłócił się nawet kilka dni później. – To musiało coś znaczyć!
– Jedynie tyle, że rodzina nigdy go nie pochowała, i tak, owszem, to smutne – stwierdził Scorpius, nie odrywając wzroku od notatek z zeszłodniowego Mugoloznawstawa. – Czy naprawdę znowu musimy przez to przechodzić?
Albus skrzyżował ramiona i zirytowany spojrzał na tańczący w palenisku płomień.
– Tak – rzucił zrzędliwie.
Scorpius, niezrażony tą postawą, zaczął bawić się ogniem.
– Po pierwsze i najważniejsze: Fairhart nie żyje – powiedział. – Po drugie: to nie ten charakter pisma, a dowiedzieliśmy się tego w zeszłym roku, gdy do ciebie napisał. Po trzecie: Fairhart dobrze znał alfabet.
– O, wymyśliłem kolejny argument! – Morrison podskoczył w miejscu. – Ten dzieciak powiedział, że list przyniosła sowa! Profesor używał wrony!
Albus westchnął i chcąc nie chcąc musiał przyznać, że były to niezaprzeczalnie prawidłowe odpowiedzi na wszystkie kłębiące mu się w głowie pytania. Dzięki tym długim nocnym godzinom poświęconym rozmyślaniom na temat Fairharta, wyliczywszy sobie za i przeciw powoli zbliżał się do pogodzenia się ze śmiercią byłego nauczyciela i przyjaciela. Idąc tym tropem, zawęziłby sobie listę pytań dotyczących listu. Niemniej jednak, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, toczył wewnętrzną walkę.
– Ale to dziwaczne, prawda? W sensie, nikt nie znalazł ciała…
Scorpius głośno westchnął.
– Słuchaj mnie uważnie, Al… Nie chciałem ci tego wcześniej mówić, bo nie miałem zamiaru cię urazić czy zranić, ale jest coś, co musisz zrozumieć. – Spojrzał wprost na przyjaciela. – Na takich właśnie zasadach działa morderstwo. Twój tata uważa, że to Zbawienie Różdżek, prawda? Gdybyś był Waddlesworthem i chciałbyś, żeby społeczeństwo opowiedziało się po twojej stronie, czy pozwoliłbyś, żeby odnaleziono ciało Aurora – lub hogwardzkiego nauczyciela, jak tam wolisz – którego rozkazałeś zamordować? Nie. Zadanie zostało wykonane, a sprawca nie pozostawił po sobie nawet śladu. Na ten moment kawałki Fairharta są już pewnie…
Morrison szybko uderzył Malfoya w plecy.
– Zwolnij, stary – powiedział.
– Nie, Scorpius ma rację. – Albus zwiesił głowę. – No wiem, ale po prostu… – przerwał, ponieważ nie potrafił przekazać tego, co chodziło mu po głowie. Przeświadczenie, że Fairhart wciąż żyje było tak absurdalne, a alternatywy dla takiej opcji tylko pogłębiały tajemnicę. Jeżeli nadawcą listu nie był były profesor, to kto?
– Wykluczasz też inne możliwości, stary – zauważył Morrison. – W Slytherinie jest garstka czarnowłosych dzieciaków o zielonych oczach. List nie musiał być zaadresowany konkretnie do ciebie, a do innego chłopaka.
Dawno odrzucił tę teorię. Po odebraniu korespondencji zadał sobie trud wyliczenia i przebadania wszystkich potencjalnych adresatów. Choć wielu uczniów było bliskich mdłemu opisowi nadawcy, to on pasował najlepiej. Pomijając ten fakt, to zawsze jemu przydarzają się takie rzeczy.
– Nie można też wykluczyć tego, że ktoś spłatał ci figla. – Scorpius wzruszył ramionami. – Nic nie wskazuje na to, żeby list miał jakieś tragiczne przesłanie, czy zawierał w sobie wiadomość od upiornego profesora. To może być żart, mający na celu wyprowadzenie cię z równowagi.
Albus chciał się sprzeciwić ale zwyczajnie opuściła go siła. Co gorsza, to poskutkowało powrotem do pierwotnego procesu myślowego, który nijak by go pocieszał.
Zamiast tego postanowił skupić się na czymś mniej tajemniczym, ale równie żmudnym. Mając sekret listu gdzieś z tyłu głowy, z ciężkim sercem przyjął do wiadomości fakt, że Scorpius pomylił się już na samym początku – piąty rok nauki obfitował w niewyobrażalnie wielką ilość pracy domowej.
Pierwszy dzień szkoły był zaledwie namiastką tego, co ich czekało, a gdy minął czwartek, Albus miał już zaległości. Próby transmutacji pochłaniały większość jego czasu wolnego, dzięki czemu miał tylko godzinę na napisanie eseju dla Handita, a po zajęciach z Zielarstwa z profesorem Longbottomem – Neville'em, bo chłopiec znał go od dawna – na którym to mieli narysować każdą obrzydliwą roślinę, którą do tej pory poznali, nie potrafił dobrze zgiąć palców; były sztywne niczym różdżka. Nawet tegoroczna Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami okazała się ciężkim orzechem do zgryzienia.
– Nie byłoby w porząsiu, gdybym był jedynym nauczycielem, który pozwoliłby wam oblać SUMy, nie? – powiedział Hagrid, pod koniec przekrzykując głośno jęczącą klasę; miał czelność kazać uczniom napisać wypracowanie na temat rytuałów godowych ciamarnic* – wodnych stworzeń, których płeć była bardzo ciężka do sprecyzowania. – Macie na to tydzień! Nie musicie nawet siadać se nad tym w weekend!
Nie była to pocieszająca myśl, bo weekend Ślizgona i tak był już zrujnowany.
– Jesteśmy umówieni na jutro, czyż nie, panie Potter? – Spojrzenie Puckerda było twarde i beznamiętne, a na twarzy przyklejony miał stalowy sztuczny uśmiech.
Albus skutecznie raz za razem odwoływał to nieszczęsne spotkanie, tłumacząc się nawałem pracy domowej i ogromem nauki. Niestety, kłamstwa dały mu jedynie tydzień wolnego, a na piątkowej lekcji Eliksirów zwyczajnie zabrakło mu opcji. W końcu rzeczywiście był wolny i – co ważniejsze – naprawdę musiał zaplanować nabór do drużyny; nie mógł mieć nadziei, że listopadowy mecz z Gryfonami wygra tylko z dwoma graczami na boisku.
– Matko, on serio tak bardzo nie może się doczekać waszej quidditchowej pogawędki – zażartowała Mirra, kiedy wyszli z klasy.
Albus praktycznie wypadł na korytarz. Podczas improwizowanego dzień wcześniej spotkania w bibliotece opowiedział jej wszystko, czego od taty dowiedział się na temat duetu Fischer-Puckerd. Mimo że dziewczyna wydawała się sympatyzować z nim, odniósł wrażenie, że coś innego zaprząta jej głowę.
– Och, rozchmurz się! Znajdź w tym coś śmiesznego!
– Nie ma w tym nic śmiesznego – odpowiedział ponuro. – Ten facet…
– Czekaj, później mi powiesz. Muszę uciekać – przerwała mu szybko, unosząc do góry dłoń. – Przepraszam. Razem z Charliem mieliśmy spotkać się z McGonagall…
– Tak, tak, wiem – burknął zrzędliwie, a potem pochylił głowę, pozwalając pocałować się w policzek i patrzył, jak odchodzi.
Okazało się, że ten dzień nie był do końca stracony. Trzecia lekcja Eliksirów poszła mu dobrze. Albus oddał profesorowi fiolkę z perfekcyjnie uwarzoną miksturą. Nie, żeby coś, ale czarodziej najprawdopodobniej i tak nie dbał o jakoś wykonywanej pracy. Ponadto zaplanował spotkanie z Mirrą, jak tylko skończy z Puckerdem, i miał nadzieję, ze zatłoczona biblioteka będzie idealnym schronieniem przed nachalnym mężczyzną.
I właśnie w ten sposób, w dość deszczowy sobotni poranek (który wolałby spędzić na zewnątrz), pokonywał schody prowadzące do gabinetu Mistrza Eliksirów. Zanim zapukał do drzwi, wydał z siebie długie westchnienie.
– Albusie! – Rozpromieniony Puckerd otworzył mu natychmiast. – Wspaniale! Idealnie o czasie, ale to można było przewidzieć, obserwując twoją pracę na lekcjach. Tak, masz naprawdę dobre wyczucie…
– Yhym, a co do tego naboru… – spróbował przeforsować swoje – chciał jak najszybciej przejść do rzeczy i zakończyć tę rozmowę.
– O mój, ale tu chłodno. – Czarodziej udał, że przebiega po nim dreszcz. – Może dokończymy w jakimś innym miejscu? Miałem wielką nadzieję, że uda nam się obejrzeć chociaż jedną z zamkowych wież…
Wiedząc doskonale, że bycie niegrzecznym lub sprzeciwianie się nie leży w jego najlepszym interesie, Albus się zgodził. W drodze do głównych pięter był bombardowany najróżniejszymi pytaniami.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział, nieszczególnie interesując się życiową historią Krwawego Barona.
– Rzeczywiście, to nielicha tajemnica. – Puckerd skinął głową i włożył ręce do kieszeni szaty. – Ale zapewne, ktoś ci kiedyś powiedział? Może twój ojciec? – drążył ze słyszalną w głosie ciekawością.
– Nie, nie powiedział.
– Przecież również był w Slytherinie, czyż nie?
– Nie. – Albus zacisnął zęby, powstrzymując wybuch temperamentu. Jak jedno wiązało się z drugim?
– Rozumiem – stwierdził mężczyzna i jakby nigdy nic wyjął swój słynny notatnik. – A więc był w Gryffindorze?
– Jak pan na to wpadł? – parsknął.
– Szczęśliwy traf. Zostały mi tylko trzy opcje.
Uszy Albusa wypełnił charakterystyczny (i szczerze znienawidzony) dźwięk pospiesznego notowania. Jak na zawołanie, Puckerd postanowił uderzyć bardziej bezpośrednio.
– A więc jesteś jedynym Ślizgonem w rodzinie? To jakieś odbiegnięcie od tradycji?
– Tak.
– O mój. – Lekki ton głosu nauczyciela stał w sprzeczności z wściekłymi ruchami dłoni. Był tak rozkojarzony zapisywaniem informacji w notatniku, że wpadł na trzecioroczną dziewczynę z Ravenclawu i całkowicie zignorował jej zbolałą minę, gdy pocierała swój bok. – To musiało być dla ciebie niezwykle trudne we wcześniejszych latach. Na pewno czułeś się – do pewnego stopnia, oczywiście – oddzielony od reszty. Być może było to uczucie podobne do… alienacji? – dokończył dramatycznie.
– Jesteśmy na miejscu – zakomunikował Albus, kiedy prawie że na schodach, prowadzących na szczyt wieży.
Puckerd uśmiechnął się, zadowolony.
– Architektura tego miejsca jest naprawdę niesamowita…
– Czy moglibyśmy porozmawiać już na temat Quidditcha, profesorze? Naprawdę chcę sobie to wszystko poukładać.
Czarodziej nie schował notatnika, ale skinął głową.
– Bardzo dobrze – stwierdził biznesowo i tak poprawił okulary, że prawie stały się częścią jego twarzy. – Co trzeba zrobić?
– Cóż, planowałem nabór tak szybko, jak to tylko możliwe, więc może jutro z samego rana…?
– W porządku – powiedział lekceważąco Puckerd.
– Hm, okej. Muszę poinformować chętnych, że szukam pięciu nowych graczy i potrzebuję pana zgody na wywieszenie informacji w Pokoju Wspólnym. W niej muszą być zawarte szczegóły takie jak: gdzie będzie miało miejsce pierwsze spotkanie oraz…
– Nie mam nic przeciwko. – Głos dorosłego przybrał na ostrości. – Czy to wszystko?
– Tak. – Albus obnażył zęby. Nieważne, jak bardzo sfrustrowany był Mistrz Eliksirów, wydawało mu się, że może przodować w tej konwersacji. Cała rozmowa dotycząca Quidditcha trwała nawet nie minutę. Wycieczka na Wieżę Astronomiczną z pewnością nie była ku temu konieczna.
– Cóż, cieszę się, że udało nam się to załatwić i, och… – urwał nagle, zachowując się, jakby zauważył coś szczególnego.
– Co? – spytał nastolatek, z ledwością kryjąc irytację.
– Widok! Widzę cały teren!
Albus rzucił mu puste spojrzenie a potem odwrócił się na pięcie.
– Wracam, profesorze. Powinienem zacząć uczyć się Zaklęć…
– Co to jest, Albusie? – zapytał niemal dziecinnie Puckerd, palcem wskazując na okolice ogródka warzywnego Hagrida.
Chłopiec ciężko westchnął, po czym spojrzał w dół. Od razu wiedział, na co uwagę zwrócił nauczyciel. Niedaleko chatki półolbrzyma stały dwie czarne pasące się skrzydlate bestie.
– Testrale – odpowiedział zwyczajnie, zauważając, że z daleka nie wyglądały tak przerażająco, jak z bliska; były cieniem stworzeń, które widział w pierwszy dzień szkoły. – Zawsze ciągną uczniowskie powozy.
– Testrale – powtórzył z podziwem Puckerd. – Myślę, że czytałeś już trochę o nich. Czy naprawdę są one widoczne tylko dla osób, które były świadkami cudzej śmierci?
– Tak. – Miał ochotę uderzyć głową w mur, kiedy uświadomił sobie, że właśnie wpadł w zasadzkę – został wciągnięty w rozmowę. Oczywiście, Mistrz Eliksirów doskonale wiedział, co to za stwory.
– Niecodziennie. – Uniósł wyżej notatnik. – Oczywiście, że je widzisz. Powiedz mi, Albusie… Czyją śmierć widziałeś?
Zawahał się. Co tu się wyprawiało?
– Cóż, ja… Podczas Masakry w Hogsmeade zginęło wiele osób i… swoje zobaczyłem – odpowiedział, starając się brzmieć na szczerze poruszonego.
– Hm, może widziałeś kogoś szczególnego? – drążył z trzęsącą się dłonią Puckerd. – Nie pamiętasz nikogo wyjątkowego, wiele znaczącego? Na przykład… Reginalda Aresa, poprzedniego przywódcę Mrocznego Sojuszu…?
– Nie – powiedział Albus. Nie wiedział, dlaczego skłamał, ale czuł, że może odmówić wyjawiania informacji w tym niecodziennym przesłuchaniu. – Nikogo konkretnego.
Puckerd zanotował coś z taką pasją, a strony w notatniku przekładały się tak szybko, że Ślizgona smagnął powiew wiatru.
– Czy mogę o coś zapytać? – Zacisnął dłonie w pięści. – Co pan tam tak skrzętnie pisze, profesorze?
Puckerd włożył wiele wysiłku w nabazgranie ostatniego zdania, po czym z prędkością światła schował swój zeszycik.
– Och, nic ciekawego. – Uśmiechnął się niczym drapieżnik, który właśnie dostrzegł swoją ofiarę. – Notatki dotyczące zamku i tej wspaniałej…
– Architektury – dopowiedział za niego Albus. – Wiem. – Mając serdecznie dość, odszedł bez słowa, zostawiając podziwiającego scenerię nauczyciela samego.
Opuszczając Wieżę Astronomiczną, wyciągnął złożony w kostkę pergamin. Stuknięciem różdżki i tradycyjnym, cicho wypowiedzianym hasłem aktywował Mapę Huncwotów. Nie chciał wpaść po drodze na jakiegoś rozemocjonowanego pierwszorocznego, który chętnie wypytałby go o nabór do drużyny – zdecydowanie wolał wywiesić stosowną informację i rozliczyć się z maluchami na boisku.
Szybkie spojrzenie w róg Mapy powiedziało mu, że Mirra czeka na niego na miejscu. Zdecydował się na dłuższą trasę, by ominąć grupę przyczajonych młodziaków, którzy dręczyli go dzień wcześniej. Skorzystawszy z tajemnego przejścia do biblioteki, jak na przekór znalazł się w niej dwa razy szybciej niż normalnie.
– Jak ci poszło? – Mirra uniosła wzrok znad podręcznika do Obrony Przed Czarną Magią.
– Cóż, załatwiłem nabór – odpowiedział i postawił na ziemi swoją torbę, po czym zajął miejsce naprzeciwko niej. – Zajęło mi to całe pięć sekund.
– Nieźle. – Włożyła kosmyk włosów za ucho.
– Owszem, ale nie zdążyłem opowiedzieć ci wszystkiego. Puckerd jest podstępny. Zawsze próbuje mnie omotać, kiedy spuszczam gardę.
– A jak tam inne rzeczy? – Uśmiechnęła się Mirra.
Albus otworzył przypadkowy podręcznik, po czym przerzucił stronę, na którą wcześniej w ogóle nie zerknął.
– Nieźle. Byłem trochę zajęty. – Zmarszczył brwi. – Och, ale nie powiedziałem ci, że otrzymałem tandetny list… – Krótko objaśnił sytuację, niedbale dodając, że przypominała mu tę zeszłoroczną; tę, kiedy otrzymał anonimowy list od Fairharta.
– Dziwne. – Mirra podrapała się po policzku. – Ciekawe, kim teraz jest nadawca.
Albus ponownie zmarszczył brwi, ale nie skomentował tego. Wtem jego uwagę przykuły dwie znajome osoby, wchodzące do biblioteki. Rose szła za rękę z Lance'em – oboje chichotali. Gryfonka spojrzała wprost na nich, przez co na skórze Ślizgona pojawiła się gęsia skórka. Że też musieli przyjść i zrujnować tę naukową randkę...
Nic takiego się nie wydarzyło. Rose powiedziała coś szybko do swojego chłopaka, po czym oboje zajęli stolik z daleka od nich. Następnie wyjęli książki i wbili w nie wzrok. Albus zamrugał, szczerze zdziwiony.
– Co tam? – zapytała Mirra, zauważając jego milczenie i zakłopotaną minę. Odwróciła się, żeby zobaczyć, czemu się tak przygląda i odrobinę zmarkotniała. – Och…
– Mógłbym przysiąc, że nas widzieli – powiedział, bezrefleksyjnie przerzucając stronę; na poprzednią nawet nie spojrzał.
– Najprawdopodobniej tak właśnie było. – Mirra wróciła do pracy. Nie minęła chwila, kiedy zaczęła robić małe notatki. – Rose ostatnio trzyma się ode mnie na dystans.
– Yhym. – Albus miał pewien pomysł, dlaczego sprawy tak wyglądały. Nie zamierzał mówić o tym głośno – no chyba, że nie miałby już innego wyboru.
Gryfonka pochyliła się ku niemu.
– Tak właściwie… Tak pomiędzy nami… – szepnęła konspiracyjnie. – Wydaje mi się, że Lance nieszczególnie za mną przepada.
– Co takiego? – odszeptał, nagle się pocąc.
– No, to dziwne. W zeszłym roku świetnie się dogadywaliśmy. Nie wiem, co się porobiło.
– Może… – Albus pociągnął się za kołnierzyk koszuli. – Może poprawi się między wami, jak przyniesiesz mu fajny prezent urodzinowy?
– Lance urodził się w marcu – powiedziała ostro Mirra.
– Serio? Rose mówiła, że w tym miesiącu… – Zmarszczył brwi i uświadomił sobie, że był to zapewne gryfoński spisek, który miał na celu podarunek bez szczególnej okazji. – Cóż, tak czy inaczej… nie przejmuj się tym.
– Nie potrafię się nie martwić! – powiedziała głośniej, po czym przeniosła spojrzenie na Rose i Lance'a, a potem z powrotem na Albusa. – To chłopak mojej najlepszej przyjaciółki! Rose jest jakaś zdystansowana od początku roku szkolnego, a nie mogę pozwolić, by to zaszło za daleko!
– Lance nic do ciebie nie ma – stwierdził bezceremonialnie. – No weź, jak w ogóle mógłby? Przecież jesteś niesamowita…
Mirra uśmiechnęła się delikatnie, a oczy zabłyszczały radością, ale po chwili jej spojrzenie stwardniało.
– To słodkie, Al, ale jestem całkowicie poważna…
– Słuchaj. To naprawdę nie ma nic wspólnego z Lance'em. – W myślach westchnął nad dziwacznością tej sytuacji. Był przyjacielem Scorpiusa, a jednak nie chciał, by ktoś mówił źle o Lance'u. Puchon nie zrobił nic złego…
Mirra zmrużyła oczy a potem z trzaskiem zamknęła książkę. Potter przełknął ciężko ślinę, czując, że nadchodzi najgorsze.
– Co wiesz?
– Nic.
– Pytam poważnie, Albusie! – powiedziała rozgniewana. – Czy wiesz, dlaczego Rose się tak zachowuje?
Spiął się i nagle pożałował, że wciąż nie sterczy z Puckerdem na szczycie Wieży Astronomicznej. Nie chciał zaogniać sporu między dziewczynami, ale z drugiej strony, to będzie lepsze niż kłótnia Mirry z nim.
– Cóż, może… ale to wcale nie musi być to… Rose jest…
– To przez nas? – Zmarszczyła brwi. – Czuje, że chcę odebrać jej kuzyna, prawda? – Wyglądała na bliską łez.
– Nie, nie! Nic w tym rodzaju! – zaprotestował szybko. – Rose jest zwyczajnie zazdrosna, że dostałaś odznakę Prefekta! – Zacisnął usta i nadstawił uszu. Nie wiedząc czemu, oczekiwał, że usłyszy zaraz odgłos tłuczonego szkła. Zamiast tego, odpowiedziało mu milczenie, a potem zirytowane prychnięcie.
– Och, przecież to absurdalne! – oświadczyła Mirra. – Znaczy, jestem pewna, że była rozczarowana, ale wiem, że cieszy się z mojego szczęścia. Wyznała mi to w pociągu…
Albus uśmiechnął się krzywo.
– No chyba, że tobie powiedziała coś zupełnie innego – dodała.
– Nie. – Wzruszył ramionami. – To znaczy… To nie jest… nie jest tak, że jest wściekła czy coś. Po prostu zrobiła trochę zamieszania, że nie została Prefektem – to wszystko. Powiedziała, że… że…
– Co takiego? – spytała ostro Mirra.
Jak nigdy dotąd, Albus pożałował, że nie ugryzł się wcześniej w język; mógł sobie podarować tę ostatnią część. Wymknęło mu się, a to od czasu do czasu zdarza się każdemu. Po dłużej chwili namysłu, doszedł do wniosku, że lepiej dla niego będzie, jeżeli powtórzy słowa kuzynki (rzecz jasna, pomijając usłyszaną wtedy pogardę).
– Rose uważa, że dostałaś odznakę, bo robisz więcej, niż powinnaś, kiedy ona robi tylko to, co jest wystarczające. Jakby na to nie patrzeć – z czego na pewno zdajesz sobie sprawę – jesteś wspaniałą uczennicą i bardzo ładną dzie…
Mirra wstała – policzki miała zaczerwienione, a szare oczy wyglądały, jakby były w stanie przejrzeć czyjąś duszę. Wepchnęła krzesło pod stół i pomaszerowała do stolika Rose i Lance'a. Otaczała ją taka aura, że kilkoro mijanych uczniów, odwróciło za nią głowę. Albus wyciągnął szyję i nadstawił uszu, wytężając zmysły. Chciał wiedzieć, jak przebiegnie ta rozmowa.
Mirra klepnęła przyjaciółkę w ramię.
– Czy mogłabym prosić się o moment sam na sam?
Rose zamrugała zdezorientowana, ale posłusznie wstała i odeszły do rogu biblioteki. Zagubiony Lance, podobnie jak zmartwiony Albus, patrzył na nie z daleka.
Przez dłuższą chwilę rozmawiały cicho i choć trudno było cokolwiek usłyszeć, z wyrazów ich twarzy można było wywnioskować, że wulkan nie wybuchnie. Ślizgon odetchnął z ulgą, ciesząc się, że żadna nie przeszła do rękoczynów. Uśmiechnął się kącikiem ust – kobiety jednak są inne od mężczyzn; dobrze sobie radzą w sytuacjach konfliktowych…
– ŻE NIBY SOBIE NA NIĄ ZASŁUŻYŁAŚ?! – Z rogu biegł rozwścieczony ryk Rose. Gdy się obejrzał, zobaczył, że twarz kuzynki jest tak czerwona, jak sztandar Gryffindoru. – NIE PORADZIŁABYŚ SOBIE, GDYBY NIE JA!
Te słowa przelały czarę goryczy – obydwie zaczęły krzyczeć. Albus natychmiast wstał z miejsca, podobnie jak Lance, który jakby przy użyciu nadprzyrodzonych zdolności w ciągu ułamku sekundy stanął u boku swojej dziewczyny.
– Chodzi o coś więcej niż dobre stopnie, Rose! – Mirra też się nie hamowała. – Czy kiedykolwiek przeszło ci przez myśl, że to właśnie przez swoje nastawienie nie dostałaś tej odznaki?
– Babki walczą! – krzyknął ktoś, a Albus mógłby przysiąc, że był to James. Niewiele się tym interesując, rzucił się biegiem i po chwili stanął obok Mirry, gotów do odciągnięcia jej w razie wypadku.
– Nie! – wrzasnęła Rose. – Moim zdaniem to smutna historia twojego życia jest powodem, dla którego nie dostałam odznaki!
Nawet Albus, który w swoim życiu powiedział już wiele głupich rzeczy, wiedział, że kuzynka posunęła się za daleko. Mirra stanęła jak wryta, kompletnie zszokowana, nie mogąc uwierzyć w słowa, które wykrzyczała jej najlepsza przyjaciółka. Potem zrobiła coś, czego Ślizgon się nawet nie spodziewał – uniosła wysoko dłoń, przygotowując się do uderzenia…
Złapał ją za nadgarstek, a potem spróbował opuścić jej ramię. Czy nie powinien być silniejszy?
Rose zachłysnęła się i wyglądała, jakby uderzył w nią piorun.
– Och, śmiesz podnieść na mnie rękę?! – ryknęła i wyciągnęła różdżkę.
– Hej! – Albus wkroczył do akcji, nie mając świadomości zbierającego się tłumu gapiów. Z szat wygrzebał różdżkę, gotów bronić Mirry. Nigdy nie sądził, że celowanie w bliską kuzynkę będzie tak dziwnym uczuciem – nie mógł się jednak powstrzymać od myśli, że było to prawie jak spełnienie marzeń. To, co stało się później, było tego kompletnym przeciwieństwem. Lance nie zamierzał stać bezczynnie i wyciągnął swoją różdżkę, po czym wycelował ją prosto w twarz Albusa, który przełknął ciężko ślinę. Wciągnął powietrze, zdając sobie sprawę, że najprawdopodobniej tę noc spędzi w Skrzydle Szpitalnym, bo mając do czynienia z utalentowanym siódmorocznym, tak to się zapewne skończy…
– W porządku! Niech wszyscy się uspokoją! – Z tłumu wystąpił James, a więc Ślizgon nie pomylił się z rozpoznaniem jego głosu. W dłoni miał różdżkę i Albus zrozumiał, że właśnie brat będzie decydującym czynnikiem – reputacja Jaimiego jako zmyślnego pojedynkowicza wyprzedzała innych. – Lance – jesteś jednym z moich najlepszych kumpli, ale przeklnij mojego brata, a skończysz w szufelce. Al – uspokój się, bo to twoja kuzynka. Rose – wyglądasz jak dojrzały pomidor. Wszyscy macie opuścić różdżki.
Cała trójka wykonała to polecenie, ale to wcale nie znaczyło, że kłótnia dobiegła końca.
– I chciałabym, żebyś wiedziała, że nigdy nie powiedziałam, że robisz więcej, niż powinnaś! – kontynuowała Rose.
– Powiedziałaś! – Mirra była nieustępliwa. – Wiem to od Albusa! – wypaliła, najwyraźniej nie widząc gestów, które chłopiec wykonywał. Podrzynanie sobie gardła palcem stanowiło jasny przekaz, by akurat tę część zatrzymała dla siebie.
– Dlaczego miałabyś wierzyć mu, zamiast najlepszej przyjaciółce?
– Bo to mój chłopak! – oświadczyła wyraźnie Mirra, na co wszyscy stłoczeni w bibliotece wciągnęli głośno powietrze.
Pomimo powagi sytuacji, Albus nie mógł się powstrzymać i uśmiechnął się głupio – był to pierwszy raz, kiedy użyła tego terminu…
Chwilę później zostali wyrzuceni. Wzburzona bibliotekarka z haczykowatym nosem, której kiedyś nadepnął na odcisk, zatrzasnęła im drzwi przed nosem. James jako jedyny dostał pozwolenie na dalsze korzystanie z książek. Nie mając innego wyboru, pary rozeszły się w swoich kierunkach.
– Nie mogę uwierzyć! – powiedziała Mirra, gdy szli korytarzem.
– Hej! – Drogę zagrodził im jakiś drugoroczny Ślizgon. – Słyszałem, że wolna jest pozycja…
– Nie teraz! – uciął mu Albus i przyciągnął Gryfonkę bliżej siebie; nie miał zielonego pojęcia, gdzie tak dokładnie maszerują.
To doprawdy zaskakujące, jak szybko roznoszą się wieści. Atak Mrocznego Sojuszu na Hogwart może być nieunikniony, a Waddlesworth codziennie bombarduje gazety. Pomimo tego biblioteczna konfrontacja była wszystkim, o czym słyszał przez resztę dnia. By ochłonąć, Mirra poprosiła Albusa o kilka godzin samotności. Sprawdził więc Mapę Huncwotów i gdy zobaczył, że Rose trzyma się z daleka od Pokoju Wspólnego Gryfonów, zaprowadził tam dziewczynę. Zanim zdążył opowiedzieć tę historię Scorpiusowi i Morrisonowi, okazało się, że przyjaciele słyszeli już zmodyfikowaną jej wersję.
– Transmutowałeś głowę Lance'a w kafla! – wypalił podekscytowany blondyn.
– Że co? Nie…
– Och – mruknął, nagle przygnębiony. – Cóż, przynajmniej nie spełniło się najgorsze…
– Co takiego?
– Mówili, że zostałeś zamordowany – stwierdził Morrison. – Co tam się tak naprawdę wydarzyło?
Albus wziął głęboki oddech i wyznał im prawdę. W międzyczasie słuchacze wokół co chwilę krzyczeli coś o gryfońskim prefekcie wdającym się w dziewczęce bójki. Całe szczęście, że przyjaciele w pełni się na nim skupili i nie przerwali opowieści.
– A potem powiedziała „bo to mój chłopak!". – Uśmiechnął się rozanielony.
Chłopcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Super – powiedział Morrison, po czym wyszczerzył się bezczelnie. – Kiedy dziewczyna tak mówi, to oficjalne, stary.
– Stary… – Uśmiech Scorpiusa znikł, zastąpiony niejednoznacznym grymasem. – To niedobrze.
– Słucham? – Albus uniósł brwi, niepewny, czy przyjaciel żartuje, czy też nie. – Jak to może być złą wiadomością?
Malfoy potrząsnął głową.
– Wątpię, by Slytherin zaakceptował ten związek.
Czarnowłosy wyśmiał tę ideę, ale następnego dnia uświadomił sobie, że Scorpius rzadko kiedy mylił się dwukrotnie w ciągu tego samego tygodnia. Obudziwszy się, kiedy słońce ledwo wzeszło, ubrał się i udał do Wielkiej Sali, by zjeść śniadanie. Potem chciał lecieć na boisko do Quidditcha, by sobie wszystko rozplanować. Spodziewał się tego, co zwykle – ku swojemu zdziwieniu jednak nie został otoczony pełnymi nadziei kandydatami na miejsce w ślizgońskiej drużynie. Zamiast tego wszyscy utrzymywali dystans. Starsi uczniowie (jedyni, którzy także wstali wcześnie), rzucali mu mroczne spojrzenia lub w ogóle nie poświęcali mu uwagi, ostentacyjnie ignorując. Skłonny do uwierzenia, że za tę anomalię winna jest godzina, wyszedł, ledwo tknąwszy jedzenie.
Na boisku przez prawie godzinę zajmował się bezcelowym okrążaniem obręczy – tyle czasu minęło, zanim pojawili się potencjalni koledzy z drużyny. Przychodzili małymi grupkami (po dwie lub trzy osoby) i tak jak się spodziewał, byli to główni młodsi uczniowie. Co dziwne, nawet Scorpius – członek zespołu, którego spodziewał się o równie wczesnej rodzinie – zjawił się później, niż zakładał, szeroko ziewając i przecierając zaspane oczy.
Dopiero po upływie kolejnej godziny Albus doszedł do wniosku, że stoi przed nim większość chętnych. Chodząc tam i z powrotem, nie mógł powiedzieć, że jest to obiecująca grupa.
– No dobrze. – Klasnął w dłonie, by przyciągnąć uwagę. Nie chciał, by jego stosunkowo niski wzrok sprawił, by zaczęli zachowywać się tak, jakby mogli zyskać nad nim przewagę. – Mamy wiele pozycji wolnych, ale to nie znaczy, że przyjmę byle kogo. Szukam najlepszego zespołu…
Trzecioroczny uczeń z kręconymi rudymi włosami i groźnym wyrazem twarzy podniósł rękę.
Albus westchnął.
– Nie wydaje mi się, by wymagało to pytania, ale dobrze, proszę.
Chłopiec odchrząknął.
– Czy to prawda, że spotykasz się z dziewczyną z Gryffindoru?
Scorpius zachichotał.
– Mówiłem ci, stary – mruknął cicho, podpierając się obok niego miotłą.
– Tak – odpowiedział głośniej Albus, kiedy już odzyskał zdolność mowy. – I nie ma to najmniejszego znaczenia, bo nie jest związane z Quidditchem.
Tłum zaczął szeptać między sobą i ku najszczerszemu zdziwieniu Pottera, kilku starszych uczniów zrezygnowało.
– Och, no dajcie spokój! – ryknął. – Serio?
– Hej, jest ich mniej, niż początkowo zakładałem – powiedział Scorpius.
– Nie rozumiem tego! – Albus automatycznie się do niego odwrócił. – Dlaczego ich to w ogóle obchodzi? – wywarczał przez zaciśnięte zęby.
– Twoja rodzina nie ma korzeni w Slytherinie – wytłumaczył mu przyjaciel. – Wychowali cię Gryfoni. Mówiłem ci to już wcześniej i ponownie powtórzę. Między lwami a wężami nigdy nie było za dobrze; zawsze psuliśmy sobie nawzajem krew. Spotykasz się z Mirrą, a to czyni cię najmniej popularnym Kapitanem Quidditcha w historii naszego Domu.
– Ale przecież praktycznie jesteśmy razem od jakiegoś czasu!
– Wtedy nie było to oficjalne. – Scorpius wzruszył ramionami. – Młodszym może to zwisać, ale wiesz, jacy są nastolatkowie. Etykiety są dla nich wszystkim.
Albus zacisnął usta, po czym wściekły odwrócił się do tłumu.
– W porządku! Zbierzcie się w grupy na daną pozycję!
Były to najbardziej uciążliwe praktyki, na jakich kiedykolwiek był. Przez ponad bitą godzinę musiał przyglądać się żałosnym próbom pokazania się pierwszaków i drugorocznych. Wkrótce, zamiast zadawać sobie pytanie o najmocniejszych, musiał koncentrować się na tych, którzy mieli najmniej słabości.
– To śmieszne – powiedział do Scorpiusa, stojąc w rogu boiska. – Pamiętasz, jak było w zeszłym roku?
– To było dawno, zanim Kapitan stał się kompletnym zdrajcą – parsknął sarkastycznie blondyn.
Albus westchnął.
– Okej. Spójrzmy na to inaczej. Którzy Ścigający przysporzyli ci najwięcej kłopotów?
– Dzieciak z krzaczastymi brwi sprawił, że raz czy dwa poleciałem nie do tej obręczy, co trzeba było…
Ostatecznie, podjęcie decyzji odnośnie drużyny okazało się nie lada wyczynem; ciężkim i wyczerpującym psychicznie. Obsadzone zostały wszystkie pozycje, ale tak przyglądając się im, każdemu z osobna, Albus doszedł do wniosku, że to on i Scorpius będą odwalali większą część roboty. Dwoje Ścigających było na drugim roku nauki – czarnoskóry, dość wysoki jak na swój wiek chłopiec o imieniu Garth Moone oraz płaczliwa dziewczynka o imieniu Tiffani Garrett, która z powodzeniem posłała w jego stronę kilka podkręconych tłuczków. Trzeci Ścigający – ciemnowłosy Barnabus Curder – uczęszczał do czwartej klasy. Pałkarzami zostali dwaj trzecioroczni, najwyraźniej najlepsi przyjaciele – Yin Luong i Barry Bryant; niestety żaden z nich nie miał takiego talentu, jak się wcześniej przechwalali.
– Okej, to wszystko! Niezaklasyfikowani mogą się teraz rozejść! – zawołał Albus. – Jestem zadowolony z punktu, w którym teraz jesteśmy, drużyno! – skłamał, a smutne było to, że można było z niego czytać jak z otwartej książki.
Przygnębiony tłum, któremu się nie poszczęścił, zaczął schodzić z boiska. Co poniektórzy mamrotali pod nosem, komentując zarówno nabór, jak i osobę Kapitana. Albus niejednokrotnie usłyszał tamtego dnia określenie „zdrajca Domu". Nie pozwalając, by go to szczególnie ruszyło, zwolnił najgorszą z możliwych drużynę w dziejach Slytherinu i sam udał się ze Scorpiusem do zamku.
– Uważam, że poszło całkiem dobrze – powiedział Malfoy. – To znaczy, no wiesz, jeśli będzie jeszcze gorzej, wciśniemy Morrisona na któreś miejsce.
– Nie zamierzam niczego kombinować z Morrisonem – odparł stanowczo. – Świetnie radził sobie jako rezerwowy Obrońca i to jest jego miejsce. Co powiesz na wcześniejszy lunch?
Większość dnia spędził włócząc się po szkole ze Scorpiusem i co rusz podjadając ostatki ze stołu, nie spieszywszy się specjalnie, by obudzić Vincenta i zrujnować mu przyjemną drzemkę. Albus robił wszystko, co w jego mocy, by unikać gniewnych spojrzeń współdomowników i z dziwnym ukłuciem w sercu zauważył, że otrzymuje też takowe od Gryfonów – trzy czwarte z nich sprawiało wrażenie zirytowanych samym jego widokiem. Problem polegał na tym, że wśród Ślizgonów ochronę zapewniał mu status Kapitana, a wśród rywali nie miał żadnej protekcji. Mimowolnie pomyślał o Mirze – czy ona przechodzi przez to samo?
– A więc? – zagaił Scorpius, kiedy spacerowali dookoła jeziora i skubali tosty. – Rose mówiła w ogóle coś ciekawego?
– Na który temat? – Albus uniósł brwi. – Twój czy Mirry?
– I na ten, i na ten.
Wzruszył ramionami.
– Są najlepszymi przyjaciółkami, więc pewnie się pogodzą. Przeprosiny będą huczne, nie obejdzie się bez płaczów i przytulanek – sam wiesz, jakie są dziewczyny…
– Ach. – Scorpius skinął głową. Zanim otworzył usta, by dopytać o siebie, Albus kontynuował.
– Związek Rose i Lance'a wygląda na solidny. – Odwrócił głowę, by uniknąć nawiązania kontaktu wzrokowego z przygnębionym przyjacielem. – Łączy ich naprawdę silna więź.
– Wiem. – Blondyn ponownie skinął głową. – Rose ma fioła na jego punkcie – dodał, wbijając wzrok w taflę jeziora. – Co wcale nie znaczy, że mnie nienawidzi, prawda? Mam na myśli to, że przecież w sumie dobrze się dogadujemy…
Westchnął ciężko. Nie chciał niszczyć marzeń Scorpiusa, ale też zdawał sobie sprawę, że ten był nie tylko sprytny, ale też bystry i spostrzegawczy. Albus – przyglądając się tej relacji – ze strony Rose nie widział czegoś więcej jak tylko zwykłą przyjaźń. Jeżeli blondyn zrezygnuje z ostatków nadziei, i do niego to dotrze. Niemniej jednak nie chciał oszukiwać bliskiej osoby.
– Hm, a pamiętasz, jak było ze mną i Mirrą, kiedy była w związku z Eckleyem? Niby zawsze jest jakaś mała szansa, ale… no, sam nie wiem. Rose ma już chłopaka i to miejsce jest po prostu zaklepane; co więcej, zawsze jest otwarta na przyjaciół. Może… może powinieneś stać koło niej jako dobry przyjaciel? Jeżeli nic się nie zmieni, to się nie zmieni – i nie oczekuj czegokolwiek więcej. Mam na myśli, że… – zamotał się w tym pokrętnym tłumaczeniu. Miał w głowie dobrą radę, ale nie potrafił porządnie jej przekazać.
Scorpius jednak skinął głową ze zrozumieniem.
– W jaki sposób mogę tego dokonać? Stać się lepszym przyjacielem? Rzadko kiedy rozmawiamy – najczęściej to wtedy, kiedy jesteśmy w większej grupie, a Rose i Mirra akurat nie plotkują…
– Hej. – Albus uniósł dłoń. – Dziewczyny są teraz w stanie wojny i nie gadają ze sobą. Oczywiście, to nie potrwa długo. Do tego czasu może… może powinieneś powiedzieć Rose, po czyjej stronie stoisz? No wiesz, wybierając ją lub Mirrę?
– Tak szczerze, to sympatyzuję z Mirrą. – Scorpius uniósł brew.
– To akurat możesz przemilczeć, a dasz jej coś do zrozumienia... – Uśmiechnął się. – Jeśli Mirra wpadnie na ten trop, wszystko jej wytłumaczę.
Przyjaciel także się uśmiechnął, po czym zmieli temat.
Ze wciąż rozczochranym Morrisonem spotkali się dopiero po południu. Niedzielę poświęcili na boleśnie nudne obowiązki, nadrabianie tygodniowych zaległości oraz odrabianie pracy domowej. Naukę, podobnie jak inni piątoroczni, skończyli dopiero po północy, a Scorpius i Albus, którzy byli dodatkowo zmęczeni porannym Quidditchem, jako jedni z ostatnich zamknęli swoje podręczniki. Gdy tylko pozbierali swoje pergaminy i pozamykali atramenty, Morrison westchnął.
– Chyba jestem gotowy do wskoczenia pod pierzynkę. – Ziewnął szeroko i zamknął nieruszoną palcem książkę. Nie skończył nawet połowy swojej pracy domowej.
– No, ja też – powiedział Albus, także ziewając. W głowie kalkulował już, jak mało snu dostarczy swojemu organizmowi, a w wyobraźni widział, jak pada nieprzytomny do łóżka. Wtem uświadomił sobie coś strasznego – następnego dnia czeka na niego użeranie się z Puckerdem! – Nawet nie zacząłem Zielarstwa. Jutro coś tam wykombinuje. Neville na pewno pozwoli mi się prześlizgnąć…
– Ten rodzaj myślenia z pewnością nie pomoże ci pomyślnie zdać egzaminów, młody człowieku. – Ożywiony głos wypełnił Pokój Wspólny.
Albus był zdezorientowany. Zamrugał powoli, a potem otworzył szeroko oczy i odskoczył w tył, reagując dokładnie tak samo, jak jego przyjaciele. W palenisku odbita była twarz Harry'ego Pottera.
– Powinniście być w łóżku – dodał mężczyzna.
– Tato! – wykrzyknął nastolatek, po czym zbliżył się do ognia. – Co tutaj robisz?
Ostatnim razem doświadczył czegoś takiego na drugim roku, kiedy to wujek Ron na szybko chciał z nim poważnie porozmawiać. Czy ojcem też kierowały takie powody?
– Cześć, chłopcy – przywitał się ze Scorpiusem i Morrisonem Harry. Obaj uprzejmie mu odmruknęli. – Odpowiadając na twoje pytanie, Albusie: robię to, czego żaden rodzic nie powinien robić – pojawiam się w Pokoju Wspólnym Slytherinu z nadzieją, że syn ma się dobrze, nie śpi jeszcze o tak późnej godzinie i ma ochotę na ucięcie sobie małej pogawędki.
– Ano, dobrze jest – odpowiedział szybko, sprawdzając co na to reszta. Przyjaciele wymienili spojrzenia, po czym skinęli głową.
– Wiem, że to nie najlepsza godzina, dlatego trochę się pospieszę. Wpadłbym wcześniej, ale nie chciałem, by ktokolwiek mnie usłyszał. Przypuszczam, że miałem wielkie szczęście, że trafiłem akurat na ciebie i twoich kolegów. – Uśmiechnął się tata. – Mówiąc wprost, ciekawi mnie rozwój obecnej sytuacji. Jak minął pierwszy tydzień osobistego asystenta Wendella Puckerda?
– Och, więc już wiesz – odpowiedział przesłodzonym tonem.
– Owszem. Pani dyrektor McGonagall powiadomiła mnie tuż po całym zajściu. Muszę cię pochwalić, że dobrze sobie z tym poradziłeś. Odmowa mogłaby być katastrofalna w skutkach.
– Więc nie mogłem tego w żaden sposób uniknąć, tak?
– Obawiam się, że było to niemożliwe. Sprzeciw byłby zbyt podejrzany. – Ojciec pokręcił przecząco głową. – Nie daj się zwieść roli, którą Puckerd odgrywa; roli Mistrza Eliksirów i Opiekuna Slytherinu. Z tego, co wiem, Wendell nie jest beznadziejnym warzycielem, ale z pewnością też nie zasługuje na takie tytuły. Janine Fischer posadziła go na tym stanowisku, żeby miał dużą kontrolę nad uczniami. Jak mu idzie, tak przy okazji?
Albus wzruszył ramionami.
– Uczy – odpowiedział Scorpius. – Jest też bardzo zdeterminowany, by nawiązać jak najwięcej przyjaźni. Pierwszego dnia szkoły zrobił nam test osobowości i w ogóle…
Harry westchnął.
– Podejrzewałem, że przyjmie ugrzecznioną strategię. – Odwrócił się do syna. – Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć, Albusie.
– Co takiego?
– Rozumiem twoją sytuację – powiedział wszechwiedząco tata. – Wydaje mi się, że to zwyczajny zbieg okoliczności, ale mój piąty rok nauki także został zakłócony przez ingerencję Ministerstwa. Niemniej jednak myślę, że znaleźliśmy się na dwóch zupełnie różnych stronach pola.
– Co to znaczy? – Nie wiedział, do czego dąży ojciec.
– Widzisz, za moich czasów Ministerstwo inwigilowało szkołę, bo miało zastrzeżenia do sposobu, w jaki ona funkcjonuje; nie podobały się przekazywane uczniom treści. Janine Fischer doskonale wie, że Hogwartowi niczego nie można zarzucić. Jej głównym celem, co pewnie już sam wydedukowałeś, jest wyciągnięcie informacji z najbliższych mi osób; ciebie, Albusie.
– A co z Jamesem? – Chłopiec zmarszczył brwi, nagle doznając olśnienia. – I Lily?
– Dużo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że masz o wiele więcej powód do zmartwień niż oni – wyznał tata ze zbolałym wyrazem twarzy. – Lily jest za młoda, w związku z czym nie spodziewają się, by dostarczyła wystarczającą ilość informacji. James jest jej przeciwieństwem – jest za stary, a co za tym idzie, za sprytny i zbyt skoncentrowany na ostatnim roku szkoły, aby być pomocnym. Jesteś moim środkowym dzieckiem, Albusie – kandydatem wprost idealnym. Fischer i Puckerd oczekują, że jesteś zestresowany zbliżającymi się piątorocznymi egzaminami, że przepełnia cię niepokój związany z wiekiem dojrzewania oraz że – przez wzgląd na twoją domową przynależność – łatwiej złapać cię samego. W Slytherinie nie masz rodziny, do której mógłbyś się zwrócić o pomoc w razie takowego wypadku. Co więcej, twoje zachowanie na Ulicy Pokątnej dowiodło, że masz skłonności do impulsywnego działania, bez wcześniejszego przemyślenia sprawy. Składając części układanki w całość, możemy jasno stwierdzić, że takie rzeczy zdarzają się tylko tobie, prawda?
Albus pokiwał głową, a Scorpius i Morrison zachichotali.
– Więc z czym się mierzę? – spytał. – Rokiem wypytywania się o ciebie? Tylko o to chodzi?
– Szczerze w to wątpię – odpowiedział ojciec. – Puckerd nie będzie miał innego wyboru, jak kontynuować swoją szaradę, ale to nie znaczy, że nie będzie próbował też innych sztuczek. – Zacisnął na moment usta. – Wspominałeś o testach osobowości, Scorpiusie?
Chłopiec potwierdził tę informację.
– Wszystko wskazuje na to, że Puckerd stara się ustalić powiązania pomiędzy uczniami. Założę się o połowę mojej skrytki u Gringotta, że próbuje wywnioskować, kto jest twoim przyjacielem, Albusie, a kto wrogiem; obu można skutecznie wykorzystać. Bez wątpienia będzie manipulował tymi, którzy cię nie lubią, żeby dowiedzieć się rzeczy, które pozwolą mu zdobyć nad tobą przewagę. Przykro mi to mówić, ale twoi przyjaciele mogą zostać przesłuchani dokładnie tak samo, jak ty – oczywiście, pod takimi samymi pozornie niewinnymi pretekstami. – Spojrzał na Scorpiusa i Morrisona. – To znaczy, że być może w niedalekiej przyszłości będziecie musieli znosić nachalność Puckerda. Nie będę miał do was pretensji, niezależnie od tego, jakich odpowiedzi udzielicie. Uprzejmie proszę was tylko o to, żebyście zachowali dla siebie to, co o mnie wiecie.
– Nie ma sprawy, panie P. – Morrison uniósł w górę dwa kciuki. Scorpius ograniczył się do pokiwania głową.
– Dziękuję, dobrze wiedzieć. – Uśmiechnął się Harry. – Nienawidzę tak cię przytrzymywać, Albusie, ale jestem ciekawy, czy było coś szczególnego, o co pytał cię Wendell?
Ślizgon zastanawiał się przez chwilę, a potem uśmiechnął cię cwanie. W głowie zapaliła mu się przysłowiowa żarówka.
– Jestem twoim szpiegiem, prawda?
– Interesujące określenie. – Tata rzucił mu zaciekawione spojrzenie.
Albus przybliżył się do paleniska.
– Puckerd rozmawia ze mną na polecenie Fischer, żeby zdobyć o tobie informacje – stwierdził konspiracyjnie. – Ty z kolei… prosisz mnie o rozmawianie z Puckerdem, żeby dowiedzieć się czegoś o Fischer. Jeżeli dowiesz się, jakie pytania mi facet zadaje, będziesz dokładnie wiedział, o co konkretnie im chodzi!
– Urodzony z ciebie Ślizgon, Albusie. W istocie. – Uśmiechnął się szeroko ojciec. – Aczkolwiek uważam, że termin „szpieg" jest zbyt surowy. Oczywiście, masz całkowitą swobodę odmówienia mojej prośbie. Obiecałem ci ostatnio, że nie będę cię traktował jak dziecko, któremu nie wolno wiedzieć, co się wokół dzieje. Jeżeli zdecydujesz się zatrzymać przesłuchanie Puckerda dla siebie, nie będę miał nic przeciwko.
– Cóż. – Uśmiechnął się nastolatek. – Szczerze mówiąc, nie pytał o nic szczególnego. Skupiał się na podstawowych rzeczach, na przykład: jak często bywasz w domu i czy też byłeś w Slytherinie. – Zmarszczył lekko brwi. – Chociaż nie, czekaj. Było takie jedno wyjątkowe pytanie…
– Hm?
– W pewnym momencie wypalił, czy przyglądałem się śmierci Aresa! – Otworzył szerzej oczy. – Niecodzienne pytanie, prawda?
– Cholera – jęknął ojciec. – Idą w tym kierunku…
– Co masz przez to na myśli? Co to za kierunek?
– W rządzie można zaatakować tylko w jeden sposób: poprzez użycie przeciwko oskarżonemu prawa. Nie ma nic bardziej obciążającego.
Chłopiec podrapał się po głowie.
– Nadal nie…
– Chcą zrobić z pana mordercę! – powiedział szybko Scorpius.
– Niestety, strzał w dziesiątkę. – Uśmiechnął się krzywo Harry. – Właśnie to planują.
Albus zamrugał, niezmiernie zaskoczony.
– Czekaj chwilę. Co…?
– Śmierć Reginalda Aresa była mile widzianym krokiem w wojnie przeciwko Mrocznemu Sojuszowi – powiedział stanowczo tata. – Wiele osób uważa, że tak olbrzymi cios powinien wszystko zakończyć. Nowa pozycja Darvy'ego jako wielkiego, złego lidera doprowadziła niektórych do wątpienia w rzeczywistą pozycję Aresa jako wszechmocnego przywódcy. Naprawdę nieliczna grupa – nie licząc naszej rodziny, zaledwie garstka pracowników Ministerstwa – którzy wiedzą, że to Red był tym potężniejszym i inteligentniejszym bratem. Z racji tego, że niebezpieczeństwo wzrosło dopiero po jego śmierci, opinii publicznej i praktycznie połowie rządu wydaje się, że to Darvy jest prawdziwym zagrożeniem, a Ares był zwykłą marionetką. – Potrząsnął głową. – To wszystko sprawia, że jego śmierć stała się mniej konieczna i była bardziej wynikiem wypadku przy pracy. Niespodziewanie, to morderstwo okazuje się nie na miejscu.
– No, ale przecież go nie zabiłeś! – zaprotestował Albus. – Darvy jest za to odpowiedzialny!
– Jestem tego świadomy, ale to nie zmienia faktu, że nikt w to nie uwierzy; ani mnie, ani wujkowi – powiedział z przymkniętymi oczami tata. – Zwłaszcza, że Waddlesworth publicznie ogłosił, że był to członek Zbawienia Różdżek. Jeżeli obali się tą tezę, Ministerstwo oskarży swojego człowieka. Och, a nawiasem mówiąc, co powiedziałeś na ten temat Puckerdowi?
– Że nic nie widziałem.
Ojciec uśmiechnął się łagodnie.
– Źle się czuję, aprobując takie kłamstwo, ale najprawdopodobniej podjąłeś najrozsądniejszą z możliwych decyzję. Im mniej dowie się Fischer, tym lepiej.
Albus skinął głową, ale wspomnienie Warrena Waddleswortha o czymś mu przypomniało.
– A właśnie, co z Wad…
– Pod nadzorem – przerwał mu tata, poprawnie odczytując sens pytania. – Niczego nowego nie odkryłem, ale też nie zignorowałem twojej historii. Skoro mówisz, że widziałeś Waddleswortha tamtego dnia na Ulicy Pokątnej, to mi wystarczy, bym uwierzył, że rzeczywiście coś jest na rzeczy. Na chwilę obecną jest niewinny i nie do ruszenia. Cokolwiek knuje – jest paranoicznie tajemniczy.
Albus wziął głęboki oddech i pozwolił, by zebrane dziś informacje ulokowały mu się w głowie. Prowadzenie tej rozmowy z ojcem było naprawdę dziwnym przeżyciem – minęły lata, odkąd udało im się przeprowadzić tak wzajemnie szczerą konwersację. Skupiając się na tym, kontynuował.
– Nie mogę ścierpieć tego Puckerda – wyznał. – Uczy tu dopiero tydzień, a tak strasznie szarga mi nerwy! Kiedy pozbędziemy się jego i Fischer?
Ojciec rzucił mu surowe spojrzenie.
– Staraj się nie trzymać względem nich urazy, Albusie. To cenni sojusznicy.
Nastolatkowi opadła szczęka.
– Interesują się mną dla strzępków informacji…
– Ponieważ wierzą, że dzięki temu będą mieć mnie z głowy i będą mogli skoncentrować się na innych rzeczach. Janine Fischer ma ze mną duży zatarg i właśnie on jest źródłem naszych problemów. Dzielenie roli Szefa Biura Aurorów miało na celu zarówno organizację, jak i uspokojenie społeczeństwa, ale niestety nic nigdy nie jest takie proste. Fischer uważa, że największym zagrożeniem są Renegaci; chce się ich pozbyć, żeby Ministerstwo mogło całkowicie się poświęcić walce z Mrocznym Sojuszem. Na domiar złego Waddlesworth, do dzisiaj, ma po swojej stronie większość; tworzy własne królestwo myśli. Janine ma co do niego niecodzienny dylemat: widzi w nim przeszkodę w drodze do pokonania Darvy'ego, jak również zagrożenie dla ministerialnej struktury.
– Nie zgadza się z tym? – zapytał Albus. Nie chciał mówić tego głośno, ale w gruncie rzeczy utożsamiał się z tym, co przed momentem powiedział mu ojciec.
– Nie, nie, zgadzam. – Tata oblizał spierzchnięte wargi. – Uważam jednak, że to Sebastian Darvy stanowi większe zagrożenie. Waddlesworth będzie potrzebował wiele czasu i wysiłku, a dodatkowo jeszcze dużej ilości wspaniale przygotowanych przemówień, zanim pozbawi Ministerstwo Magii wszystkich popleczników. W przypadku Darvy'ego nie mamy aż tyle czasu; jego nieprzewidywalność sprawia, że każde potencjalne zagrożenie wydaje się nieuchronne – może przypuścić atak nawet jutro; może sprowadzić dzień sądu. Wolałbym najpierw poradzić sobie z Darvym, a potem z Waddlesworthem, a nie na odwrót. – Skinął głową. – Zauważ, Albusie, że przyświeca nam ta sama intencja. Jedyną różnicą między mną a Fischer jest to, że nie próbuję jej wrobić w morderstwo – dodał w zamyśleniu.
Albus skinął głową.
– Naprawdę rozumiem twoją frustrację, synu. – Tata rzucił mu ciepłe spojrzenie. – Ale jednocześnie nie widzę powodu, by być niegrzecznym wobec Puckerda; bądź stanowczy i twardy. Wszyscy jesteśmy zainteresowani bezpieczeństwem naszych bliskich. Tak długo, jak będziemy mieć to na uwadze, nie będzie istnieć powód, by ze sobą walczyć. – Uśmiechnął się. – Wiem, że proszę cię o wiele, Albusie, ale mam nadzieję, że po tym moim wywodzie zrozumiesz znaczenie swoich działań. Zgryźliwe postępowanie tylko utrudni to, z czym się teraz zmagamy.
Chłopiec raz jeszcze skinął głową. Oczywiście, rozumiał to, co próbuje przekazać mu ojciec, ale to nie znaczyło, że mu się to podoba.
– Na tym skończmy, Albusie – powiedział Harry. – Wydaje mi się, że omówiliśmy najistotniejsze kwestie. Wiedz, że bardzo doceniam twoją pomoc i dojrzałość.
– Czekaj, tato! – zawołał Ślizgon, zanim połączenie zostało przerwane. – Jeszcze jedno, ale tak na szybko. Ja… dostałem list.
Morrison się opadł na plecy, a Scorpius uderzył dłonią w czoło. Albusa to nie obchodziło. Przez całą rozmowę wręcz kipiała z nich szczerość i nie miał najmniejszego zamiaru czegokolwiek pomijać.
– List. – Ojciec zamrugał, ewidentnie zdziwiony. – Od kogo?
– No właśnie w tym rzecz – odpowiedział. – Po prostu… Poczekaj chwilkę…
Przedarł się przez nieschowane jeszcze podręczniki i kopał w torbie, dopóki nie znalazł rozerwanej koperty. Była cała pomięta i miejscami bardziej naderwana, ale to dlatego, że odkąd ją dostał, nieraz próbował odczytać ukryte w niej znaczenie. Wyciągnął pergamin i przysunął go tak blisko ognia, jak tylko mógł, by tata mógł się z nim zapoznać. Potem gdy chował list w jedną z książek, zauważył, że mężczyzna był wręcz oszołomiony.
– Czy to jakaś forma puzzli?
– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział nastolatek.
– To śmieć – parsknął lekceważąco Scorpius, na co Harry pogładził w zamyśleniu brodę.
– Na pierwszy rzut oka zaklasyfikowałbym to jako pewnego rodzaju ostrzeżenie. Jeżeli tak właśnie miało być, to nadawca musiałby dysponować ubogim zasobem słownictwa i nie mieć w tym wprawy. – Zmarszczył brwi. – List dostał dostarczony przez sowę?
– Tak, z tego, co słyszałem, to przez zwyczajną, niewyróżniającą się sowę. Przyleciała stosunkowo późno…
– Interesujące – stwierdził tata. – Czy masz jakiś pomysł, kim może być nadawca?
– Ja… no nie. W zeszłym roku też dostałem niepodpisany list.
– Taki jak ten?
– Nie, zdecydowanie lepiej napisany. I… koniec końców okazało się, że to Fairhart go wysłał.
Między nimi zapadła niekomfortowa cisza. Jedyną oznaką tego, że czas nie stanął w miejscu było ciche trzaskanie ognia. Powszechne milczenie przerwali Scorpius i Morrison, którzy zaczęli coś mamrotać pod nosem. Albus nie poświęcił im nawet chwili uwagi – był zbyt skupiony na tacie, którego twarz wyrażała tylko i wyłącznie nostalgiczny smutek. Przesłanie było jasne: Harry nie wiedział, jak powinien ubrać myśli w słowa, by nie zranić swojego syna.
– Cóż, Albu…
– Wiem. – Spuścił głowę. – Wiem.
Ojciec wziął głęboki oddech i zmarszczył brwi.
– Radziłbym ci nieszczególnie się nad tym rozwodzić. Jeśli dostaniesz kolejny list lub odkryją się jakieś nowe karty, daj mi znać – wtedy zobaczymy, co uda mi się wykombinować. – Uśmiechnął się. – Na razie skup się na nauce i spróbuj nie tracić przy Puckerdzie głowy, dobrze?
Albus potaknął, wiedząc, że rozmowa dobiegła końca. Wtem dostrzegł niecodzienny widok – Morrison wyłamywał sobie palce. Zamrugał, zdekoncentrowany, a potem coś sobie uświadomił.
– Och, tato! Jeszcze jedno – powiedział szybko. – Siostra Morrisona wychodzi za mąż w grudniu i zostaliśmy zaproszeni na wesele, więc…
– Wszystko zorganizujemy. – Harry uśmiechnął się szeroko. – A teraz idź spać. Obawiam się, że nie potrafię tak wpłynąć na nauczycieli, żeby pozwolili ci drzemać na lekcjach.
– Okej – zgodził się potulnie, po czym wstał, gotowy do zgaszenia ognia.
– Dobranoc, synu. Miłej nocy, chłopcy.
– Dobranoc – odpowiedzieli chórem.
– Och, i Albusie? – zagaił po raz ostatni ojciec. – Moje gratulacje – zdobyłeś dziewczynę. To ta sama? Mirra, prawda? Neville mi powiedział. Słyszałem też, że jest spoza twojej ligi. Dobra robota… – Uśmiechnął się bezczelnie, po czym zniknął. Chwilę później ogień zgasł i w Pokoju Wspólnym zapadła ciemność.
* Ciamarnica (z ang. lobalug) – magiczne stworzenie, które występowało na dnie Morza Północnego; długie na około dwadzieścia pięć centymetrów (około dziesięciu cali) z otworem gębowym i woreczkiem z zabójczym jadem, używanym do obrony przed większymi drapieżnikami. Ciamarnice były używane przez trytony jako broń, a ich jad stosowany jest w przyrządzaniu czarodziejskich eliksirów
