A/N: Dziękuję, za pisanie opornie mi idzie, przez kompletny brak czasu, jednak mam zamiar skończyć tego ficka. Z reszta mam już nowy projekt, który powstaje w mojej głowie. Problem będzie tylko z jego zamieszczeniem, gdyż będzie to seria drabblesów pisanych w gwarze. Ale na razie kolejna część KTJT :D


Po godzinnym marszu, doszli na skraj lasu, a ich oczom ukazał się wspaniały obraz. Grupa zrobiła krok do przodu, wychodząc z lasu, aby ujrzeć świątynię w całej okazałości. Ukryte między kilkoma drzewami ruiny oraz nienaruszona część budynku, na którą padały promienie słoneczne, nadając jej złotego blasku, otoczona była kamiennym murem o grubości około jednego metra i wysokości niecałe półtora metra. Dwie monstrualne, kamienne kolumny oplecione bluszczem, aż po sam kapitel, zakończone były tympanonem, w którego wnętrzu znalazła się wyrzeźbiona i pozłacana scena powstania wioski. Całość tworzyła bramę, która stanowiła jedyne wejście na dziedziniec, znajdujący się przed samą świątynią.

SG-1 ruszyło przed siebie, w kilkunastu krokach pokonało dzielący ich dystans, przechodząc przez bramę, znaleźli się na pokrytym trawą placu przed budowlą. Tam położyli bagaże. Jack ściągnął okulary przeciwsłoneczne i rozejrzał się dookoła, dając czarnoskóremu przyjacielowi do zrozumienia, że trzeba zabezpieczyć teren. Teal'c kiwnął głową i chwycił za swoją lancę, udając się na obchód, pozostawiając pułkownika, Carter oraz Mutlosa samych.

Samantha przykucnęła przy plecaku i rozpakowała swój podręczny sprzęt do pobierania próbek oraz kilka innych urządzeń, włącznie z laptopem. Kobieta z pomocą mężczyzn rozstawiła sobie prowizoryczne stanowisko, po czym chwyciła do ręki kilka próbówek i razem z Mutlosem oddaliła się na drugi koniec dziedzińca.

Tymczasem Daniel oraz jego towarzyszka wymienili promienne uśmiechy i przechodząc przez resztę zazielenionego obszaru, skierowali się do wschodniej części świątyni, gdzie konstrukcja była praktycznie nienaruszona. Mężczyzna powędrował za dziewczyną, która przeprowadziła go przez wąski korytarz, pełen malowideł ściennych utrzymanych w barwach czerwono - żółto - czarnych, wprost do ogromnego pomieszczenia. Archeolog stanął na samym środku. Ściągnął swój ekwipunek z pleców i kładąc go na ziemi, wyciągnął kamerę. Następnie zaczął dokładnie filmować każdą z ścian, które po kolei przedstawiały najważniejsze wydarzenia historyczne i religijne dla osady. Zaczynając od tej, na której, jak przypuszczał, znajdowali się pierwsi ludzie.

- Danielu, podejdź tutaj.- usłyszał radosny głos dziewczyny.

Podniósł wzrok znad kamery, po czym podążył za Cal'drią. Poprowadziła go do drugiego, mniejszego pomieszczenia, które wyraźnie służyło za coś w rodzaju archiwum. Doktor Jackson podszedł bliżej kamiennego ołtarza, znajdującego się po jego lewej stronie, na którym to leżały posążki oraz trzy kamienne tablice. Spojrzał na pierwszą z nich i zaczął studiować jej zawartość.

- To starodawny zapis historii mojego ludu. Niestety nie potrafię go w całości odczytać, jest pisany językiem przodków.- oznajmiła spoglądając mu przez ramię.

- Tak właśnie widzę. Głównie to tekst pisany w grece, lecz widzę też ślady języka hetyckiego. Jeśli znajdę właściwe książki, jestem pewien, że odczytam tabliczki. Zajmie mi to jednak trochę czasu.

Daniel poprawił okulary, po czym skierował do poprzedniej sali, przechodząc przez inny korytarz. Zauważając swój błąd, odwrócił się i dokładnie rozejrzał, wtedy zauważył dość dziwne malowidło. Podchodząc bliżej, ponownie uruchomił kamerkę, zrobił kilka zdjęć oraz dokładny zapis video. Następnie przejechał palcami po chropowatej powierzchni i poprawił okulary.

Samantha zebrała kilka próbek gruntu, zamknęła ostatnią z nich, po czym włożyła wszystkie do pojemnika, który podała swojemu towarzyszowi. Multos oddalił się, by włożyć pudełko do jej plecaka, wtedy kobieta poczuła, że jest obserwowana. Jej mięśnie naprężyły się, jakby w geście obronnym przygotowując ją do natychmiastowej walki. Powoli podniosła się z ziemi i odwróciła, napotykając przenikliwe spojrzenie pułkownika. Carter odetchnęła z ulgą, po czym nie zwracając dalszej uwagi na dowódcę skierowała się za Multosem, który jak zauważyła, wchodził do świątyni. Nie zrobiła nawet kilku kroków, kiedy poczuła męską dłoń na swoim przedramieniu. Sam odwróciła się pod wpływem szarpnięcia i jej ciało zderzyło się z pułkownikiem. Mężczyzna przez kilka sekund stał bez ruchu, intensywnie wpatrując się w jej oczy, po czym przygryzł dolną wargę i zacieśnił uścisk, w którym ją trzymał.

- Dobrze się bawisz?

- Sir?- posłała mu pytające spojrzenie.

- Zapytałem, czy dobrze się bawisz, majorze! Mamy misję do wykonania. Misję, podczas której masz udawać moją żonę. Natomiast ty, jak do tej pory udajesz, że mnie nie znasz i przy każdej okazji flirtujesz z tym barbarzyńcą!

- Z nikim nie flirtuję, sir.- powiedziała akcentując sir, po czym wyrwała się z jego uścisku robiąc mały krok w tył.- Po pierwsze staram się być miła. Chyba zależy nam na dobrych stosunkach z miejscowymi, prawda? Po drugie, to moja sprawa, z kim się zadaję. Poza tym…- ściszyła głos.-… gram swoja rolę, kiedy jest to potrzebne. Nie muszę spędzać każdej wolnej chwili w twoim towarzystwie.

- Nie byłbym tego taki pewien, Samantho!- wysyczał.

- A więc teraz mówimy do siebie po imieniu?- zmarszczyła brwi.- Nie zrobiłam nic złego, Jack. Multos pomaga mi w badaniach, to wspaniały człowiek, ale nie martw się znam granicę. Zależy mi na tych złożach bardziej niż tobie, nie narażę misji na niepowodzenie.

Sam odwróciła się, kierując się w stronę świątyni. Jack nie pozostał jednak na miejscu, tylko natychmiast ruszył za nią, doganiając ją w kilku szybkich krokach. Ponownie chwycił za ramię i zmusił do zatrzymania.

- Naprawdę? Jakoś tego nie widzę. Chyba będziesz musiała się bardziej postarać. Z twoją obecną oziębłością miejscowi naprawdę zaczną się zastanawiać…- nie dokończył, gdyż dłoń Carter powędrowała do jego szyi. Jednym gwałtownym ruchem przyciągnęła go do siebie, zamykając mu usta agresywnym pocałunkiem. Oszołomiony nagłą akcja Jack z początku nie wiedział, co ma zrobić. Dopiero, gdy po kilku ułamkach sekundy dotarło do niego, że Sam go całuje, odpowiedział na pieszczotę z równą namiętnością. Jego prawa dłoń znalazła drogę z przedramienia do jej biodra, jednak zanim zdążył przyciągnąć kobietę bliżej, Carter oderwała się od niego jak oparzona.

- Lepiej, skarbie?- zapytała ironicznie, przygryzając dolną wargę.

Pułkownik z uniesioną brwią, nieudolnie imitując Teal'ca, przyjrzał się wrogiej postawie pani major. Kobieta wyglądała, jakby zaraz miała stoczyć samodzielną bitwę z całą armia Jaffa. Ręce założyła na biodra, przyjmując pozycję matki, karcącej swoją pociechę, za coś złego. Jej mięśnie były tak napięte, iż mógł zobaczyć ich zarys pod czarną koszulką, którą miała na sobie. Na jej czole natomiast, pojawiła się urocza bruzda, która wyraźnie sugerowała, iż lepiej z nią nie zadzierać.

- Świetnie.- odparł po chwili, powstrzymując się od rozprzestrzenienia ogromnego i szczerego uśmiechu na swojej twarzy. O'Neill nabrał powietrza, wypełniając nim całą zawartość swoich płuc i dyskretnie oblizał dolną wargę, na której nadal czuł smak Carter. Następnie spojrzał podwładnej w oczy, dostrzegając w nich gniewnie tańczące iskierki, zapytał.- Tak w ogóle to, o co ci chodzi? Od odprawy jesteś naburmuszona.

- To moja prywatna sprawa, sir!- posłała mu zabójcze spojrzenie, dając jednocześnie do zrozumienia, aby nie brnął dalej.

- Nie masz racji, Carter. Jesteśmy na misji, a to coś widocznie nie pozwala ci wykonywać twoich obowiązków jak należy, więc jesteś w błędzie. To nie jest twoja prywatna sprawa, już nie.

Jack wziął głęboki oddech, przygotowując się do wygłoszenia kolejnej porcji argumentów, kiedy przez radio odezwał się Daniel. Kobieta uniosła dłoń w geście powstrzymującym wypowiedź dowódcy, po czym sama odpowiedziała przez krótkofalówkę. Zamieniła kilka słów z archeologiem, kończąc ich rozmowę z uśmiechem na twarzy, następnie posłała kolejne złowrogie spojrzenie w stronę Jacka. Nie zastanawiając się dłużej, skorzystała z okazji i dumnie uniosła głowę, odwracając się i zrobiła kilka kroków, po czym zatrzymała się.

Nie mogła go przecież tak traktować, był jej dowódcą, nawet, jeśli teraz udawał jej małżonka. Po tej misji wszystko wróci do normy, znowu będą tylko pułkownikiem i majorem, koniec z przyjaźnią. Nie będzie przecież patrzeć jak jej ukochany żeni się z inną. Wzięła głęboki oddech. „Zasługuje przynajmniej na jakieś wytłumaczenie mojego zachowania. Nie mogę go przecież ciągle unikać, posyłać złowrogich spojrzeń! To mój dowódca, na miłość boską! A ja, jako jego podwładna muszę okazywać mu szacunek! Nawet, jeśli w tym momencie nie jest na szczycie listy moich ulubionych osób."

- Naprawdę chcesz znać mój problem?- zapytała cichym, obojętnym tonem, spoglądając na niego przez ramię. Pułkownik kiwnął twierdząco głową.- Ty nim jesteś, Jack. A teraz pozwól mi wrócić do wykonywania moich obowiązków.

Carter opuściła głowę i włożyła ręce do kieszeni, szybkim krokiem udając się do świątyni. Jack stał przez chwilę w miejscu, przetwarzając najnowszą informację i wpatrując się w powoli znikający w wejściu do świątyni, cień kobiety.

- Wszystko w porządku?- zapytał zatroskany Mutlos widząc niezbyt zadowoloną minę, Samanthy, kiedy ta wkroczyła do pomieszczenia. Posłała mu mały uśmiech, który tylko utwierdził go w przekonaniu, iż coś jest nie tak. Mężczyzna kiwnął jednak głową, nie chcąc naruszać jej prywatności.

Kobieta minęła go oraz szukającej czegoś w książce Daniela, Cal'drię i stanęła obok archeologa. Carter spojrzała najpierw na malowidło, potem na przyjaciela i z powrotem na malowidło.

- To jest to?- doktor Jackson kiwnął głową.

- Nie przypomina pozostałych, które do tej pory widziałem i na pewno nie powstało tą samą techniką.- odparł, po czym zbliżył się do ściany i wskazał środkową część obrazu, na której namalowana była ogromna biała kula, a w niej znajdował się zarys człowieka. Nad tym trzy długie promienie, wysadzane kryształkami i wskazujące na dwa księżyce, znajdujące się ze sobą w linii prostej oraz na aktywne wrota, jak zauważył Daniel. Pod malowidłem, zarys jakiegoś budynku i napis.- Nie odczytałem jeszcze inskrypcji, muszę wrócić do bazy po książki, ale przyjrzy się bliżej, co o tym myślisz? Na pewno nie jest wyrobem miejscowych.

- Hm… nie mam pojęcia. Wygląda na jakiś rodzaj generatora, albo…- odparła i odwróciła się do stojących za nimi Mutlosa i jego siostry.- Będę musiała wrócić po kilka rzeczy na zewnątrz.

- Oczywiście, pójdę z tobą, Samantho.

Mutlos posłał jej promienny uśmiech, po czym podał swoje ramię i poprowadził ją przez korytarz do drugiej sali, wtedy poczuli lekki wstrząs. Samantha zatrzymała się.

-Uh… poczułeś to?- zapytała, mężczyzna tylko kiwnął głową.- Im szybciej zbadamy to miejsce, tym szybciej będziemy mogli dowiedzieć się czegoś więcej o tych tajemniczych wstrząsach.

Nie przeszli nawet do następnego korytarza, kiedy poczuli kolejny, tym razem mocniejszy. Podłoga popękała, podczas gdy ściany zadrżały, kilka kamiennych bloków zaczęło się wysuwać, a zaschnięta przez tysiące lat glina skruszać, co spowodowało powstanie pyłu. Pierwsza fala wstrząsu ustała, jednak zaraz za nią nadeszła następna, o wiele silniejsza. Bloki kamienne zaczęły się rozpadać, a pył unoszący się w powietrzu ograniczył pole widoczności do minimum. Filar, który podtrzymywał jedną ze ścian, runął na ziemię torując wejście do bocznej sali. Samantha w porę została odciągnięta przez Mutlosa, unikając zgniecenia. Chwyciła za radio i przesłała komunikat do Daniela, aby jak najszybciej opuścił pomieszczenie. W tym samym momencie, popękany sufit zawalił się prosto na nich.


TBC