- Jejku, opowiadajcie! Chcę wiedzieć ze szczegółami jak wam się powodzi w Stanach! A tak w ogóle - Momoi wskazała na Kise oskarżycielsko palcem - nie wierzę, że zadzwoniłeś do mnie tylko dwa razy! Mam nadzieję że wiesz, że masz przesrane teraz, nie? - powiedziała obrażonym tonem, na co Kagami się roześmiał.

- Oj Momocchi, gome - Kise uniósł ręce do góry. - Nie mieliśmy czasu!

- W sumie nawet nie chodzi o to - wspomógł go czerwonowłosy. - Po prostu cały styl życia tu w Japonii i tam w Stanach... To się tak bardzo różni, że trudno nam było utrzymywać kontakt z wami - uśmiechnął się przepraszająco.

- No niech wam będzie - fuknęła Satsuki. - To co tam u was? Widziałam cię w telewizji kilka razy, Kagamin! Niesamowite jak twoje umiejętności się polepszyły, miło patrzeć na twoje mecze. A o Tobe Kichan już nie mówię nawet, wszędzie cię pełno! W każdym magazynie modowym jaki przeglądam, w jakichś programach telewizyjnych, reklamach, bannerach, plakatach, nie przesadzasz aby? - roześmiała się.

- Wiesz jak to jest, żyjemy pełnią życia! I zarabiamy grube hajsy - Kise puścił do niej perskie oko.

- Taa - mruknął Taiga. - Musiałabyś zobaczyć nasze mieszkanie. W takim apartamencie zmieściła by się siedmioosobowa rodzina i jeszcze byłoby mnóstwo miejsca dla gości. I te meble, dalej mi się wydaje że były wybierane na zasadzie "o, ta sofa jest najdroższa w całym katalogu, weźmiemy ją!". Poza tym zmusił mnie do kupienia garnituru jakiegoś śmiesznego projektanta, podróży samolotem w pierwszej klasie i do zatrzymania się w najdroższym apartamencie w Royalu, to straszne - zrobił smutną minę.

- Woooo, ale super! - wykrzyknęła Momoi. Zaczęła przekomarzać się z Kagamin na temat bogatego stylu życia, blondyn tymczasem rozejrzał się dookoła. Pamiętał to miejsce bardzo dobrze, zawsze tu przychodzili w weekendy. Kafejka nic a nic się nie zmieniła przez te dwa lata, dalej tak samo tętniła życiem, znajome brązy i burgundy przeplatane złotymi blaskami otaczały go i przywoływały wspomnienia. Zwrócił swój wzrok na Momoi. Ona też jakoś specjalnie się nie zmieniła, jedynie rysy twarzy jej nieco spoważniały a zwykle rozpuszczone włosy miała spięte w wysoki kucyk. Z tego co mówiła można było wywnioskować, że pracuje gdzieś w biznesie, co tłumaczyło w sumie jej strój. Ubrana była w białą koszulę i czarną obcisłą spódnicę do kolan, miała czarne czółenka na dość wysokim obcasie i elegancką czarną kopertówkę. Na prawym nadgarstku miała delikatną srebrną bransoletkę, którą kiedyś dostała do niego na urodziny, na szyi elegancką kolię, a na palcach pierścionki. Wzrok Kise zatrzymał się na chwilę na jednym z nich. Otworzył usta z wrażenia.

- Momocchi - przerwał im. Dziewczyna popatrzyła się na niego, unosząc lekko brwi. - Czy to jest pierścionek zaręczynowy? - spytał, wskazując na drobny srebrny pierścionek z najprawdopodobniej małym brylantem znajdującym się na jej serdecznym palcu. Zauważył kątek oka, że twarz czerwonowłosego tężeje. Satasuki tymczasem zarumieniła się i uśmiechnęła.

- Tak - odparła, chwytając dłoń z pierścionkiem w drugą. - Sei oświadczył mi się kilka dni temu - wyjaśniła.

- Sei? - Kise uniósł do góry brew, podobnie jak Kagami.

-Ty Kagamin raczej go nie znasz, ale Kichan, ty go na pewno pamiętasz. Seijuro Mikoshiba, chodził z nami do gimnazjum, tyle że był w klubie pływackim. Wysoki, postawny, czerwone włosy - wyjaśniła.

- Ooo, on był kapitanem, ne? - spytał Kise. - Ale... jak to?

- Spotykam się z nim już w sumie półtora roku - uśmiechnęła się. - Wiem o co chcesz się spytać, spokojnie, już mówię. Związek z Tetsu... Nie wiem w sumie jak wam to wytłumaczyć. Już od gimnazjum strasznie mi się podobał, bo był taki inny od reszty, wyjątkowy. Ale kiedy wreszcie zaczęliśmy być razem, cóż, mimo tej powierzchownej romantyczności to w dalszym ciągu była przyjaźń. Tak więc rozeszliśmy się i oboje zaczęliśmy żyć własnym życiem, tyle że teraz lepiej się rozumiemy. Ja zaczęłam pracować jako menadżerka w jednej z korporacji, a Tetsu pracuje w przedszkolu i prowadzi zajęcia wychowania fizycznego dla dzieci do siódmego roku życia.

Kise spojrzał na Kagamiego. Twarz czerwonowłosego wyrażała, że bije się on z myślami. W końcu tyle można z tego wyciągnąć wniosków, tylko jakie są prawdziwe? Czy to znaczy, że Kuroko nie potrafił być tylko z Satsuki czy ogólnie z dziewczynami? Taiga jednak po chwili się szeroko uśmiechnął.

- A co tam słychać u innych? - spytał wesoło.

- Cóż... - zamyśliła się. - Midorin pracuje jako neurochirurg w pobliskim szpitalu i o ile się nie mylę całkiem nieźle na tym zarabia. Mukkun otworzył swoją cukiernię, Riko z Hyuugą mają restaurację. Akashi gdzieś niedawno przepadł i nie daje od kilku miesięcy znaku życia, ale na szczęście razem z Reo, więc raczej nie zginie.

- A co z... - Kise ugryzł się szybko w język. Nie chciał się pytać, nie chciał się pytać ale musiał wiedzieć. Żona? Narzeczona, dziewczyna? Może dziecko? Duży dom, dobra praca?

- Daichan... - Momoi spuściła wzrok.

- Coś się stało? - spytał Kagami, wpatrując się w nią.

- Zależy z której strony na to spojrzeć - roześmiała się gorzko. - Pewnie nie powinnam tego mówić, ale odkąd odszedłeś, Kichan, Daichan.. Tak jakbyś zabrał część jego ze sobą, wiesz? Najpierw zaczął pić, zawiesili go w robocie, jakieś 4 miesiące minęły zanim udało nam się go przekonać żeby przestał, chociaż wciąż dość często zagląda do kieliszka. Nie wychodzi nigdzie, pracuje w domu a najgorsze jest to, że przestał w ogóle grać już w kosza, wiesz? On tak kochał koszykówkę, bardziej niż wszystko inne, ale teraz już...

Kise patrzył się na nią wstrząśnięty, nie mógł jej dłużej słuchać. Aomine... Aomine cierpiał? On sam bawił się w najlepsze pośród towarzystwa najwyższej klasy w Nowym Jorku, chodził do kina, na spektakle, na koncerty, na bale, na spotkania, właśnie, spotykał się z tyloma ludźmi, owszem, było mu ciężko, ale udało mu się w końcu zapomnieć. Wypierał się wspomnień i jakoś udało mu się normalnie funkcjonować, nawet był w pewien sposób szczęśliwy. Nauczył się żyć z tym strasznym, zimnym uczuciem, jakby części jego brakowało.

Aomine najwyraźniej nie.

- Ja przepraszam - rzucił Kise i szybko się podniósł. Poczuł łzy napływające do oczu, ta część jego, która się nie zmieniła i chyba nigdy się nie zmieni. - Zaraz wracam - dodał i odszedł w stronę łazienki. Na jego szczęście nie było w środku nikogo. Uderzył pięścią w ścianę, powstrzymywane łzy popłynęły mu po policzkach. Nie wiedział nawet, co dokładnie czuł, wiedział że był zły, ale na kogo?

Na siebie, podpowiedział mu głosik w głowie. To wszystko twoja wina. To, że Aomine doprowadził się do takiego stanu... To jego wina. Ten złamany wzrok niebieskowłosego, gdy Kise oznajmił mu, że się wynosi.

Opadł na podłogę. Było mu już wszystko obojętne, czy ktoś tu wejdzie i zobaczy sławnego modela siedzącego na podłodze w kiblu, zalanego łzami. Podciągnął kolana pod brodę i płakał.

- Kichan - Satsuki podniosła się z krzesła, ale Kagami chwycił ją za rękę i pokręcił głową.

- Zostaw go. Daj mu chwilę czasu, on musi sobie to wszystko poukładać - powiedział czerwonowłosy. Oparł głowę na ręce i popatrzył się smutno w stronę łazienek.

- A jak... jak mu się powodzi? - spytała niepewnie dziewczyna.

- Wiesz, osoba postronna mogłaby powiedzieć, że jest szczęśliwy. Ma w końcu wspaniałą pracę, dużo pieniędzy, zajebistego współlokatora i generalnie wszystko o czym zamarzy. Jednak ja zdążyłem już poznać go na wylot, znam wszystkie jego maski i zachowania. On za nim tęskni, wiesz? Przez te dwa lata zakładał, że Aomine znalazł już sobie jakąś ładną dziewczynę czy tam chłopaka, założył rodzinę, że już dawno go nie pamięta. I dlatego też starał się tak robić, starał się zapomnieć. Spotykał się z wieloma osobami obydwu płci, ale wszystko kończyło się po maksymalnie kilku dniach. Czasami tylko był naprawdę szczęśliwy, na przykład kiedy przemycałem go na treningi i mógł pograć z chłopakami z drużyny. Zabawne, nigdy nie udawało nam dobrze grać w jednej drużynie - uśmiechnął się. - Zawsze przez przypadek działaliśmy sobie nawzajem na szkodę. Ale cóż, poza tymi nielicznymi chwilami... To tak jakby... tak to określiłaś podobnie, tak jakby Ryouta zostawił część siebie u Aomine.

- Rozumiem - mruknęła Momoi. - Z Daichanem momentami było naprawdę okropnie, już chcieliśmy go wysłać na terapię, bo naprawdę niewiele brakowało ażeby się kompletnie stoczył. Strasznie podupadł na zdrowiu. Nie poznałbyś go teraz. I wiesz... ja wiem, że to wszystko jego wina i Kichan nie jest mu nic winien, ale mam nadzieję, że... - westchnęła. - Wiesz, Daichan już wystarczająco się ukarał. On już zrozumiał to dawno, tego samego dnia gdy wyjechaliście, zrozumiał jaki błąd popełnił i że za mało się później starał. Myślę, że to dlatego tak się później zachowywał. Wiem że nie powinnam tego mówić, ale oni zdecydowanie powinni się spotkać. Nawet jeśli nic by się miało nie zmienić to pewnie i tak coś się zmieni. Oni tego potrzebują.

- Też tak myślę - odparł Kagami i odgarnął czerwone kosmyki z czoła. Jego myśli uciekły na chwilę do, pewnie płaczącego, Kise w łazience. Też był przekonany, że spotkanie jest konieczne, bo wtedy Kise wreszcie zrozumie, że ta ucieczka do Nowego Jorku to nie był wcale taki dobry pomysł.

- Kagamin? - nagle przed jego twarzą znalazła się machająca dłoń Momoi, która wyrwała go z zadumy.

- Gome, zamyśliłem się. Co mówiłaś?

- Pytałam się, co tam u ciebie. Treningi i mecze pewnie dają w kość, nie? - spytała.

- Z jednej strony tak, ale to jest właśnie fajne. Ten poziom tam, to w ogóle inna bajka. Chociaż z drugiej strony mam strasznie mało czasu dla siebie, szczególnie, że dorabiam sobie jeszcze w pizzerii niedaleko naszego mieszkania. Chociaż chyba będę musiał z tego zrezygnować, bo mimo że jest fajnie i dostaję czasem darmowe żarcie, to jednak męczące.

- A spotykasz się z kimś?

- Skąd to pytanie? - roześmiał się koszykarz. - Nie, nawet jeśli wpadł bym na miłość swojego życia to i tak mam za mało czasu na te wszystkie rzeczy jakie pary robią... A co?

- Nic nic - Satsuki odparła nieco zbyt szybko, a szeroki uśmiech zagościł na jej twarzy. Taiga uniósł zdziwiony brew do góry. Już miał pytać co to miało znaczyć, kiedy do stolika wrócił blondyn. Miał pomięte ubrania, a po jego twarzy widać było, że przed chwilą rzewnie szlochał. Jednak mimo to wyglądał... lepiej, jaśniej. Tak jakby zgubiona nadzieja powróciła do niego.