ROZDZIAŁ VI
Oni mogli sobie odpuścić, ale Draco Malfoy raczej nie zamierzał tego zrobić.
- No tak, panno Weasley... - jego chłodne, pełne niesmaku spojrzenie sprawiało, że Rose czuła się nie tylko wściekle ruda, ale też niezgrabna, piegowata jak indycze jajo i głupia. - Naprawdę dziwię się, że po tylu próbach nie umiesz wyczarować patronusa.
Rose milczała, upokorzona. Żeby stworzyć patronusa, musiałaby skupić się na jakimś silnym i radosnym wspomnieniu. A ona od czasu świąt czuła się coraz bardziej przygnębiona. Z zazdrością obserwowała, jak wokół Albusa skacze coś podobnego do srebrnej łani, a Scorpius posyła przed siebie zwinne stworzenie, które coraz bardziej przypominało łasicę. Ich spojrzenia przez moment spotkały się i to Scorpius pierwszy odwrócił wzrok, jakby z zażenowaniem.
Zajęcia z nową nauczycielką transmutacji też nie należały do przyjemnych. James opowiedział wszystkim Gryfonom historię paskudnej wysypki, a Marietta Colyer-McGraw uznała to oczywiście za sprawkę Rose. I mściła się w niesłychanie małostkowy sposób. Atmosfera na zajęciach była bardzo napięta. Gryffindor tracił punkty z byle powodu, a Rose słuchała szyderczych uwag na temat każdego niedociągnięcia. W końcu James przebrał miarę, rzucając na korytarzu głośną uwagę: Wolałbym umrzeć, niż zdradzić swoich przyjaciół, akurat, gdy nauczycielka mijała grupę Potterów i Weasley'ów. Jej spojrzenie nie wróżyło nic dobrego.
- Wyluzuj, Jim! - rozzłościła się Rose. - Czy tobie się zdaje, że jesteś nowym wcieleniem Syriusza Blacka? Chcesz mieć kłopoty? Ona jest paskudna, ale nawet nie porównuj jej do tego... tego parszywego szczura, który zdradził Lily i Jamesa! Przebrałeś miarę!
Rose po raz pierwszy w swojej szkolnej karierze zaczęła martwić się o oceny z najważniejszych przedmiotów. Jej samopoczucia nie poprawiał fakt, że Scorpius radził sobie świetnie i zdobywał kolejne punkty dla Slytherinu.
