Słońce powoli chowało się za horyzont, gdy Luna Lovegood rozłożyła koc na trawie i usiadła. Rozmarzonym wzrokiem spoglądała na ciepłą gwiazdę, wdychała chłodne powietrze. Zanurzyła palce w gęstych źdźbłach i wpatrywała się w płynące po niebie chmury. Niespodziewanie jej spokój zakłócił świst powietrza; to jej towarzysz, drobny puszczyk przyleciał z sowiarni.

- Tak, mała, to dobry pomysł - przesunęła dłonią po piórach ptaka. - Zaproszę Hermionę.

Wyciągnęła kawałek papieru i starannym pismem naskrobała krótki liścik.

Hermiono, jestem na błoniach. Przyjdź, jeśli mnie potrzebujesz.

Wsadziła zwitek do małego woreczka przyczepionego do nóżki sowy, a ta natychmiast odleciała. Kilkanaście minut później na polanie pojawiła się Gryfonka. Wygodnie rozsiadła się na kocu, po czym tak jak przyjaciółka spojrzała w niebo.

- Jest już lepiej? - Luna wyrwała ją z amoku.

- Lepiej? Nie, jest gorzej niż przypuszczałam.

- Powiedz mu.

Zdezorientowana Hermiona zerknęła na blondynkę. Ich rozmowy nigdy nie były składne i zrozumiałe, jednak teraz coś jej nie pasowało. Zdawała sobie sprawę z ponadprzeciętnej inteligencji przyjaciółki i wybitnej zdolności łączenia faktów w jedną całość, ale Luna nie mogła czytać w myślach, w sercu.

- Nie mogę. On nie zrozumie.

- Hermiono, on cię kocha, ty kochasz jego. Nie widzę problemu.

- Ale problem, owszem, jest. - Westchnęła. - A ty, Luno? Jakie postępy?

- Postępy, w czym?

- Dobrze wiesz, o czym mówię - uśmiechnęła się konspiracyjnie.

- Wiem, ale wolę udawać nieświadomą, więc pozwól, że zignoruje to pytanie. - Nagle rozpromieniona blondynka rozciągnęła mięśnie.

Szatynka zaśmiała się. Luna, jeżeli chciała, potrafiła wszystko ukryć przed ludźmi; nawet najbardziej wścibskie koleżanki nie potrafiły wyciągnąć z niej, kogo darzy uczuciem. Lecz Hermiona była w niewielkim gronie szczęśliwców, którzy zostali o tym otwarcie powiadomieni.

- Podejrzewam, że Gillian wraz z Czarnym Panem zaplanowali coś przeciwko mnie. - Gryfonka zmieniła temat. - Gdyby tak nie było, nie znalazłaby się w szkole. Wszyscy członkowie Zakonu doskonale wiedzą czyją jest córką, a mimo to została przyjęta do Hogwartu. Pewne jest, że nie dowie się niczego odkrywczego czy pożytecznego, bo ktoś wciąż ją obserwuje. Tu musi chodzić o mnie.

- A pomyśl o tym inaczej. Przecież Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać po prostu chce odzyskać małą Sophie, a dzięki jego działaniom ty również ją odzyskasz. Obie wiemy, że on nic nie zrobi, bo nikt nie chce jej skrzywdzić. Jest zbyt ważna dla magicznego świata.

- Masz rację, ale... Boję się, Luno - Hermiona zadrżała pod wpływem chłodnego podmuchu wiatru.

- Spróbuj skupić uwagę na czymś innym.

- Tak, jeden z powodów moich zmartwień właśnie do nas idzie. To na pewno odwróci moją uwagę - zachichotała sztucznie.

Od strony zamku w ich stronę zmierzała Gillian. Gwałtowany wiatr potrząsał nią we wszystkie strony tak, że ledwo utrzymywała równowagę. Pod pachą miała złożony koc, a w drugiej ręce trzymała koszyk. Już z daleka, uradowana, machała dziewczynom. Na miejscu rozłożyła swój pled obok koca Luny, usiadła i podała towarzyszkom kosz.

- Przez okno zobaczyłam, że tu jesteście, więc poprosiła skrzaty o coś do jedzenia i przyszłam. Przeszkadzam?

- Nie, nawet dobrze się składa, że jesteś. Właśnie rozmawiałyśmy o tym, dlaczego pojawiłaś się w Hogwarcie.

Gillian szybko posegregowała myśli; mogła powiedzieć tylko część planu, który opracowała z Czarnym Panem. Część która nie zagrozi rezultatowi jej misji, ale równocześnie wzbudzi odrobinę zaufania Grangerówny.

- Hermiono, myślałam, że to oczywiste. Sama-Wiesz-Kto, najzwyczajniej w świecie, chce mieć ciebie na oku.

- Od tego to ma Snape'a.

- Miał, póki się nie zakochał. – Mrugnęła do szatynki jednym okiem. - To naturalne, że kryłby cię nawet przed Czarnym Panem.

Hermiona pokiwała głową z konsternacją.

- Przykro mi, Gillian, ale nie uwierzę, że najgroźniejszy czarnoksiężnik XXI wieku wysłał cię do szkoły pełnej aurorów i członków Zakonu Feniksa, tylko z tak błahego powodu. W tym musi być drugie dno.

- I jest.

- Więc?

- Niedługo się dowiesz.


- Słyszeliście?!

Ernie MacMillian wbiegł do Pokoju Wspólnego Gryffindoru i rzucił Proroka Codziennego na stół. Na pierwszej stronie znajdowało się wielkie zdjęcie przedstawiające Mroczny Znak nad czarodziejskim przedszkolem. Pod spodem i na następnej stronie był obszerny artykuł o działaniach Śmierciożerców w świecie zarówno mugolskim jak i czarodziejskim.

- Zaatakowali przedszkole! „W trakcie ataku w przedszkolu znajdowały się dzieci czarodziejów oraz mugoli. Poplecznicy Sami-Wiecie-Kogo zaatakowali niespodziewanie. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, kilkoro z nich złapało dzieci i aportowało się, reszta przez chwilę walczyła z magicznymi strażnikami przedszkola, po czym również uciekli. Zrozpaczeni rodzice apelują o pilnowanie swoich pociech i informowanie, gdy zobaczą państwo coś dziwnego."

- Po co Voldemortowi dzieci? - Zapytał ktoś.

Przez pomieszczenie przeszedł jęk zdezorientowania. Harry złapał się za głowę i opadł na fotel. On doskonale wiedział, po co Voldemortowi te wszystkie dzieciaki. Zerwał się z mebla, wpadł do swojego dormitorium i odszukał wśród ubrań w kufrze mosiężny klucz. Pospiesznie umieścił go w kieszeni bluzy i wrócił do młodzieży.

Wśród zgromadzonych wokół gazety pojawiła się Hermiona. Niewiele myśląc, Harry odciągnął ją od tłumu. Z bólem w sercu postanowił zamieszać w głowie przyjaciółki.

- Hermiono, oni chyba ją znaleźli! Albo są bliscy tego...

- Wiem, Harry. Zdaję sobie z tego sprawę.

- Więc co zrobisz? Chyba nie pozwolisz Voldemortowi bawić się twoją córką?

- Nie, ponieważ Czarny Pan jej nie znalazł - Wybraniec ujrzał w jej spojrzeniu rozdrażniony przebłysk, który nim na dobre tam zagościł, zniknął. Przez krótką chwilę, miał wrażenie, że Hermiona wie. Wie jak podle ją oszukuje, jak kłamie w żywe oczy. Zebrał się w sobie i odparł:

- Naprawdę? - Udał ulgę. - To dobra wiadomość. Może to Zakon odnajdzie ją pierwszy.

- To nie ma najmniejszego znaczenia. Czy Sophie trafi do Czarnego Pana czy pod skrzydła Dumbledore'a, tak czy tak, odzyskam ją. Żadna ze stron nie zrobi krzywdy mojemu dziecku. - W słowach dziewczyny brzmiała zadziwiająca pewność siebie. - Harry, pójdę już do dormitorium. Muszę porozmawiać z Gillian.

Dopiero wtedy zauważył nową uczennicę Hogwartu, która stała w pobliżu i, z całą pewnością, słyszała ich rozmowę. Jeżeli nie całą, to przynajmniej fragmenty. Rzucił Hermionie rozgoryczone spojrzenie, jednak ona zniknęła właśnie na schodach do żeńskich sypialni. Gillian pospiesznie pobiegła za nią.


Oczy hogwarckiego Mistrza Eliksirów, raz po raz, przeczesywały błonia. Ani żywej duszy. Burza rozszalała pełną mocą: wiatr wyginał drzewa pod najdziwniejszymi kątami, targał liśćmi po wszelkich zakamarkach szkoły, wzburzył lśniącą taflę jeziora, deszcz nierównomiernie bębnił w szyby wygrywając tylko sobie znaną melodię, a pioruny, co jakiś czas rozświetlały niebo, dodając tym wszystkim zjawiskom dramatyzmu. Severus, znudzony przeniósł wzrok na portret kobiety wiszący naprzeciw niego. Niska blondynka na obrazie poprawiała właśnie włosy. Ubrana w mugolską garsonkę, siedziała na wysokim, drewnianym stołku, a błękitnymi oczami spoglądała na mężczyznę.

- Ile jeszcze będziesz w to brnął? - Zapytała cichutkim głosikiem.

- Tyle, ile Czarny Pan będzie wymagał.

- A jego, oczywiście, nie interesuje fakt, że się wykańczasz - warknęła głośniej. - Co za bezczelny typ. Tyle dla niego robisz, a on nawet nie podziękuje!

Snape uśmiechnął się pod nosem. Zawsze była bezczelna. Nie zdziwiłby się, gdyby stanęła przed samym Lordem Voldemortem i powiedziała mu prosto w oczy, co sądzi o takim traktowaniu popleczników. Kiedyś to go irytowało, jednak po jakimś czasie, właśnie jej zuchwałość, obudziła w nim głębokie uczucie. Uczucie, które dało mu wiele radości i cierpienia. Zerknął na rozpoczętą partię szachów.

- Moja droga Michaello, Czarny Pan przedsięwziął już odpowiednie kroki. Nie martw się na zapas. Lepiej wróćmy do naszej gry...


Dziękuję za subskrybowanie mojego opowiadania i te kilka komentarzy!

Nie chcę też składać żadnych obietnic, bo aktualnie moje życie biegnie na wariackich papierach, ale postaram się o większą regularność w dodawaniu rozdziałów.