Rozdział 6

Dyrektor uśmiechnął się dobrodusznie, powitał wszystkich i przeszedł od razu do spotkania. Gdy mówił o wyjątkowej aktywności śmierciożerców, co jakiś czas rzucał spojrzenie właśnie na nią. Irytowało ją to. Nadal miała w pamięci ich rozmowę i to, jak próbował nią manipulować… do swoich celów.

- Severusie? Co masz do dodania? – usłyszała mocniejszy głos Dumbledore'a, który poniekąd sprowadził ją na ziemię. Skupiła się na tym, co się dzieje w gabinecie.

Profesor Snape wstał i obrzucając nienawistnym spojrzeniem wszystkich ludzi w pomieszczeniu, zaczął mówić:

- Czarny Pan zbiera sobie zwolenników. Chce być gotowy i mieć najlepszych czarodziei, wampiry, olbrzymy, nawet smoki. Wszystko, byle pokonać Hogwart. Jednak nie zaatakuje od razu. Nie mamy co liczyć, że zrobi to w tym roku szkolnym…

- Dlaczego nie w tym? – przerwał mu Moody. Rzucił mu nieprzyjemne spojrzenie, przez które dziewczyna wzdrygnęła się.

- Razem z innymi częściami ciała straciłeś również słuch i rozum? – zakpił Snape. – Przecież mówię, że chce zebrać jak najwięcej stworzeń, ludzi, kogokolwiek, byśmy nie mieli najmniejszych szans. Plus, dodatkowo chce was zdezorientować, zachwiać, byście spodziewali się ataku w najmniej spodziewanym momencie.

- Ale będzie atakował? – spytał Potter. – Mam na myśli jakieś wioski, mugoli…

Profesor Snape rzucił chłopakowi mordercze spojrzenie, po czym wysyczał:

- A co myślałeś, Potter… Przecież on chce was zastraszyć! Pokazać, że jesteście bezsilni i nikogo nie ochronicie. Jego zamiarem jest pokazanie społeczeństwu czarodziei, że jeśli się do niego nie przyłączą – zginą, bo Zakon nic nie może na to poradzić. I jak na razie mu się to udaje – dodał oschle.

- Masz na myśli te wioski, które zmasakrował? – dopytał Bill Weasley.

- Tak. Zmasakrował je, a Zakon nawet nie zdążył przybyć na miejsce. Czarodzieje z tych wiosek nie wierzą w pokonanie Czarnego Pana… i prawdopodobnie oznajmią w niedługim czasie, że są po jego stronie – zakończył swoją wypowiedź i usiadł, rzucając nieprzyjemne spojrzenie Hermionie.

- Tak, to bardzo zła wiadomość. Musimy zebrać więcej członków Zakonu. Dlatego postanowiłem zaangażować w wojnę nie tylko klasy siódme, ale również szóste.

W gabinecie rozległy się krzyki sprzeciwu. Jeden próbował przekrzyczeć drugiego, a prawdę powiedziawszy nie było słychać nikogo. Hermiona rzuciła zaciekawione spojrzenie na profesora Snape'a, który prychnął. Na jego twarzy widniał sadystyczny uśmieszek. Przeszły ją dreszcze. On naprawdę teraz wyglądał przerażająco. W tym momencie mogła uwierzyć, że jest Śmierciożercą.

- Cisza! – krzyknął dyrektor. – Nie chcę tego robić, ale nie mamy innego wyjścia. Szóstoklasiści są już na tyle dorośli, że mogą za siebie decydować. – Uniósł ręce w obronnym geście. – Nie będę nikogo do niczego zmuszał. Dołączą tylko ci, którzy będą chcieli.

W tym momencie usłyszała cichy pomruk. Gdy odwróciła twarz w stronę Snape'a, ten śmiał się szyderczo. Rzuciła mu pytające spojrzenie. Prychnął i ponownie skupił się na przedstawieniu.

- Molly, Ginewra wcale nie będzie musiała dołączyć do nas – powiedział spokojnie dyrektor, na co kobieta jeszcze bardziej się zdenerwowała.

- To jest dziecko, Albusie! Oni są dziećmi! Nie rozumieją co oznacza wojna! Większość się zgodzi!

- Nie jestem dzieckiem! – krzyknęła Ginny. – I tak, zgodzę się! Nie będę siedzieć bezczynnie, kiedy z pewnością mogłabym kogoś uratować!

- Nie, nie zgadzam się! Harry, Harry powiedz, że nie…

- Przykro mi, pani Weasley – powiedział cicho, z lekką goryczą. – To od początku była moja bitwa. Nie zamierzam się poddawać.

- Ależ to szaleństwo!

- To jest ich decyzja, Molly – powiedział stalowym głosem dyrektor. Pani Weasley już się nie odezwała, tylko usiadła wściekła koło swojego męża. Rysy starszego czarodzieja złagodniały. – Severusie, masz coś do dodania?

Profesor Snape wstał, odchrząknął i zaczął mówić:

- Czarny Pan zbiera armię…

- To już wiemy – warknął Szalonooki zniecierpliwiony. Podczas sześciu lat nauki w Hogwarcie, Hermiona nauczyła się jednego. Choćby nie wiadomo co, profesorowi Snape'owi się nie przerywa.

- Masz coś do dodania, Moody? – wycedził Snape. – Bo jeśli tak bardzo wiesz o planach Śmierciożerców, to łaskawie mnie zastąp. Od razu zostań szpiegiem! Bo to taka łatwa i przyjemna praca… - Każde jego słowo ociekało jadem. Moody nie zmieszał się, ale się zamknął, a Snape kontynuował. – Na ostatnim zebraniu dowiedziałem się również ciekawej rzeczy. Mianowicie teraz Czarny Pan dobiera sobie zwolenników bardziej… ostrożnie. Już połowa starych szeregów nie żyje.

- Dlaczego? – spytał ktoś z tłumu. Snape westchnął, tracąc cierpliwość, ale odpowiedział.

- Zależy. Jedni byli za słabi, drudzy wyrywali się spod kontroli. Ja jestem na cenzurowanym, ale póki co mogę czuć się bezpieczny. Co do zwolenników…

- Możesz przejść do sedna? – warknął Moody. – Wiemy już o smokach, olbrzymach i wampirach.

- A wiemy również o tym, że Czarny Pan chce, by Granger została śmierciożercą? – zadrwił Snape. W pomieszczeniu nastała cisza, a Hermiona poczuła się, jakby ktoś ją uderzył. Wszyscy wtapiali swój wzrok w szoku w nią. Miała ochotę zapaść się pod ziemię i nie wychodzić.

- Bardzo śmieszne – mruknął Harry. Hermiona spojrzała na niego, a ich oczy się spotkały. Widziała w nich obrzydzenie do niej samej. Było to lekko niezręczne i przerażające, jednak nie spuściła oczu. Patrzyła na niego odważnie, póki on sam się nie odwrócił.

- Śmieszne? – warknął Snape. – Niby co jest takie śmieszne, Potter. Oświeć mnie.

- Nie ma czasu na żarty, a pan właśnie żartuje i to nie jest śmieszne, bo jest wojna i… - zaplątał się, widząc przerażający, zimny wzrok profesora.

- Granger jest w niebezpieczeństwie, a ciebie to bawi? Cóż za pokaz starej przyjaźni – zakpił, na co Harry zrobił się czerwony ze złości. Zwrócił się teraz do wszystkich. – Nie obchodzi mnie co myślicie, co mówicie, ale Granger wraca do Hogwartu. Tylko tutaj może być bezpieczna, a Czarny Pan upatrzył sobie ja na swoją zwolenniczkę. Dopadnie ją wszędzie, tylko nie tutaj.

- Tak, to dobry pomysł – zgodził się dyrektor, przypatrując się uważnie Hermionie. Na konfrontację z nim nie miała siły, spuściła więc wzrok.

Severus dobrze się ubawił na zebraniu Zakonu. Najlepsze jednak było przekonywanie Dumbledore'a, że nie będzie nikogo do niczego zmuszał. Przecież ten stary głupiec robił to codziennie od ponad dwudziestu lat! Zmusił przecież Granger i jego do tego niebezpiecznego pomysłu dołączenia dziewczyny do Śmierciożerców. Na pewno sama z własnej woli by nie była aż tak głupia. No, może trochę.

- Hermiono, gdzie przebywasz teraz? – spytała Molly nienaturalnie chłodnym głosem. Spojrzał na Granger, która wyglądała i zachowywała się całkowicie inaczej niż u niego w domu. Dumnie wyprostowana, jej oczy zimno lustrowały otoczenie. Była całkowicie spokojna, cicha i opanowana.

- Proszę wybaczyć, ale to moja sprawa – odparła równie chłodno, ignorując zaskoczone twarze. Nigdy nie była niemiła dla pani Weasley, a teraz z zaciśniętymi zębami posyłała jej nieprzyjemne spojrzenie.

- Panna Granger na chwilę obecną mieszka u Severusa, by nie narażać na niebezpieczeństwo jej rodziców – poinformował dyrektor.

Po tłumie ludzi roznosiły się szepty. Wszyscy patrzyli w szoku na Snape'a, na Dumbledore'a i na nią. Harry z lekkim niesmaczeniem, a u niektórych zauważył nawet odrobinę współczucia dla dziewczyny.

Tak, tak. Żeby czasami jej nie pożarł… lub lepiej! Jako nietoperz i naczelny wampir nie wyssał całej krwi. Niektórzy byli naprawdę skończonymi idiotami.

- Ciekawe jak ze sobą wytrzymują… - mruknął Harry do córki Weasleyów.

- To bardzo proste. Ona trzyma tę swoją gębę w książkach, on ten swój nochal w kociołku… Pewna synteza… - odpowiedziała mu, tak, że chyba wszyscy to słyszeli. Posłał jej mordercze spojrzenie i spojrzał na Granger. Uśmiechała się szyderczo. Był zaskoczony. Rzucił szybko zaklęcie przeciwko podsłuchiwaniu.

- Co się z tobą dzieje?! – warknął.

- Nic – odparła, wzruszając ramionami.– Nie pokażę im, że mnie krzywdzą. Nie pozwolę im gardzić mną. Pan i ja robimy to za wszystkich, więc wystarczy.

Zalała go fala zimnej furii. Przeklęta Gryfonka!

- Nie. Gardzę. Tobą. – wycedził.

- Owszem, ale to nic. Skoro i tak jestem nikim i zginę na tej wojnie.

Teraz przesadziła. Jego oczy zwęziły się, a sam nie wytrzymał.

- Przestań! – ryknął, wstając z hukiem. Teraz każda osoba w pomieszczeniu wpatrywała się w niego, choć niczego nie słyszała z ich rozmowy. – Co ty sobie, cholera, wyobrażasz?!

- Robi pan z siebie przedstawienie – mruknęła cicho. Obejrzał się. Zrzucił zaklęcie i posłał spojrzeniem każdego do diabła.

- Chcieliście czegoś?! – warknął na nich. Poodwracali się. Usiadł z powrotem. – Jesteś nienormalna, Granger.

Spojrzał w jej oczy i widział w nich ból. Dobrze skrywany ból. Nie chcieli jej tutaj, a co najgorsze ona o tym wiedziała. Broniła się przed tym, będąc zimną i okrutną.

- To prawda. Zabije mnie albo sam Voldemort, albo jego śmierciożercy. Skąd pan wie, czy on chce tym sprawdzić pana? Chce, żebym była w jego szeregach, ale po to, by pan mnie zabił. Ponieważ dopiero wtedy pan udowodni, po której naprawdę jest stronie. – Przerwała, by złapać oddech. – I nie oszukujmy się. Jeżeli Voldemort kazałby panu mnie zabić, nie zawahałby się pan. Zrobiłby pan to bez mrugnięcia okiem. Bo nie byłoby czasu na zastanawianie się.

Słuchał tego ze stoickim spokojem, chociaż rozsadzało go ze złości. Bo miała racje. Bo nie zawahałby się. Bo by ją zabił, gdyby musiał. Była nikim. Kolejnym pionkiem w tej zimnej wojnie. Jej zniknięcie może i pogrążyłoby obydwie strony, ale była tylko wojownikiem z różdżką.

- Oczekuję końca, panie profesorze. Ktoś wreszcie mnie zabije, a ja na to czekam. Nie widzę sensu w dalszym życiu. Chociaż… to akurat mogę panu powiedzieć. Chciałabym, by to był pan. By to był pan.

- Bym co ja? – burknął, nie do końca rozumiejąc. Uśmiechnęła się lekko.

- By to pan mnie zabił. – Wzdrygnął się wewnętrznie na myśl o tym. – Podczas śmieci chcę widzieć, że zabija pan mnie nie dla samej przyjemności, ale dla dobra tych, których teraz z całego serca nienawidzę. – Westchnęła głośno i zapatrzyła się w ogień w kominku. Zauważył, że robi to tylko wtedy, gdy się boi i martwi.

Jej przemowa zszokowała go, czego nie dał po sobie poznać. Nie powinna tak mówić. W ogóle była zbyt obojętna na wszystko. Jakby zupełnie nic ją już nie obchodziło. Czy to dlatego, że straciła miłość? Ten idiota, Weasley, był jej – jak to niektórzy normalni inaczej mówią – jedyną prawdziwą miłością? W ogóle nie sprawiali wrażenia, jakoby mieli być razem.

- Nie waż się więcej tak mówić! – syknął, na co tylko wzruszyła ramionami.

- Dlaczego? Przecież mnie pan zabije. Zginę tak czy inaczej, bo to tylko kwestia czasu. Obecnie jest zbyt wiele osób, które życzą mi śmierci. Cóż, jakby nie patrzeć, to pan się do nich zalicza, prawda profesorze? – spytała ze kpiącym uśmieszkiem. – Z jednej strony zabicie mnie chyba by pana ucieszyło, co?

- Minus pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru!

- Czy ty naprawdę sądzisz, że obchodzą mnie jakieś punkty?! Tylko tym potrafisz się zasłaniać!

-Szlaban! Jak w ogóle śmiesz tak mówić! – ryknął, tracąc całą swoją cierpliwość. Kontynuując tę „dyskusję", nie rzucił żadnych zaklęć. Teraz wszyscy – nawet jeśli nic na to nie wskazywało – dokładnie obserwowali sytuację i nasłuchiwali dalszej wymiany zdań.

- Oświecę pana – zniżyła ton swojego głosu – ani punkty, ani szlabany nie wiele mnie obchodzą.

- Hamuj się… - warknął ostrzegawczo. I tak już wszyscy gapili się na nich, a jego mordercze spojrzenia nic nie dawały. Wstała i spojrzała na niego ostro.

- Nie zamierzam – odpowiedziała głośno. Teraz każdy to słyszał. –Zabilibyście każdego, byle tylko osiągnąć swój cel. Byle tylko wygrać. Niczym nie różnicie się od Voldemorta. Ten cały plan jest dobry. Z chęcią pójdę nawet dzisiaj i doł…

- Silencio! – krzyknął dyrektor przerażony. Hermiona bezgłośnie prychnęła i wyszła. Każda osoba wpatrywała się w szoku, to w dyrektora, to w Snape'a, a to w drzwi.

Pod koniec zebrania wiele osób pytało się go, dlaczego kłócił się z Granger. Nikomu nie odpowiedział. Jego samego ta prawda lekko konfundowała. Wiedział, że ma rację i to było w tym wszystkim najgorsze.

Bo jeśli Czarny Pan rozkaże zabić Granger, on to zrobi. I nie zawaha się.