Dormitoria dziewczyn, wierza Ravenclawu, 14 września 2017 rok
Zamykam za sobą drzwi, zdejmuję z obolałych nóg buty i z westchnieniem ulgi wędruję w kierunku łóżka. Philippa śpi, a Melody czyta jakąś książkę. Na mój widok uśmiecha się szeroko, więc wnioskuję, że jej randka nie poszła źle.
- Nikt cię nie przyłapał? - pyta, a ja potrząsam głową.
Godzina ciszy nocnej zaczęła się już jakiś czas temu, ale udało mi się wrócić z Hogsmeade bez szwanku. Dzień spędzony z Teddym był cudowny. Wiele sobie wyjaśniliśmy i potem już nie wracaliśmy do tych cierpkich spraw, tylko cieszyliśmy się sobą. Dopiero niedawno się rozstaliśmy, a ja już zaczynam odliczać dni do kolejnego weekendu w Hogsmeade. Dwa tygodnie to naprawdę wiele.
Rzucam się w ubraniu na łóżko i przymykam oczy.
- Aż tak dobrze było? - śmieje się Melody.
- I tak cię zabiję. Ale nie teraz. Na razie nie mam siły - mruczę.
- Powiedział ci? - syczy.
Słyszę, jak zsuwa się z łóżka i wdrapuje na moje. Popycha mnie, żeby zrobić sobie miejsce, a ja otwieram oczy. Loki swobodnie spływają jej po ramionach, a oczy troskliwie lśnią.
Kiwam głową.
- Nie powinnaś była z nim o tym rozmawiać.
- Victoire, proszę. Zrozum mnie. Miałam prawo się o ciebie martwić.
- Wiesz, jakie to było dla mnie żenujące? - krzywię się.
Wzdycha.
- Powiedz, jak się teraz czujesz? - pyta znienacka.
Przenoszę wzrok na sufit i wzruszam ramionami. Jak się czuję?
Mimo tej rozmowy - wspaniale. Dawno nie byłam tak szczęśliwa. Niemal całkowicie zniknęły wcześniejsze wątpliwości, które zżerały mnie od środka. Teddy robił wszystko, co tylko się dało, żebyśmy zapomnieli o zmartwieniach i spędzili resztę dnia w śmiechu. I udało mu się, a teraz leżę uśmiechając się w kierunku sufitu jak głupia.
- Wspaniale - powtarzam na głos.
- Więc jednak wyszło ci to na dobrze. Nie możesz mnie obwiniać za coś takiego - odpowiada Melody.
- Masz rację. Ale Teddy Teddy'm, bardziej jestem ciekawa, jak ci poszło z Marcusem - uśmiecham się.
Mel się rumieni. Jak zawsze w takich sytuacjach zaczyna się bawić włosami.
- Całkiem fajnie - przyznaje.
Unoszę brwi.
- Nie stać cię na bardziej rozbudowaną wypowiedź? - śmieję się.
- Było... fajnie - powtarza się. - Ale nie jakoś za wspaniale. Chodziliśmy po Hogsmeade, byliśmy nad jeziorem, a potem w "Trzech Miotłach". Na koniec mnie pocałował.
Podnoszę się do pozycji siedzącej.
- To świetnie! - dziwę się. - Ale jest jakiś haczyk, tak?
- Sama do końca nie wiem. Spodziewałam się huraganu w brzuchu i fajerwerków, a było tak... zwyczajnie. To chyba nie to.
- Melody, jak to może nie być to? Wzdychałaś do Marcusa już od kilku miesięcy.
- No właśnie! Podziwiałam go, bo jest naprawdę wspaniały, słodki i miły, ale... chyba go nie kocham. Zrozumiałam to, kiedy się całowaliśmy. Czułam jego obejmujące mnie ręce i wiedziałam, że powinny należeć do kogoś innego.
- Skarbie - szepczę i obejmuję ją. - Spróbuj. Miłość nie zawsze przychodzi od razu. Marcus jest naprawdę dobrym człowiekiem i widać, że coś do ciebie czuje.
- Skąd ty to możesz wiedzieć? Tobie miłość przyszła nagle - mówi z wyrzutem.
Prycham.
- Tak to wszystko widzisz? Potrzebowaliśmy kilku lat, żeby wreszcie zrozumieć, co między nami jest.
Zamyśla się na dłuższą chwilę, a potem wzdycha.
- Masz rację. I chyba tak zrobię - dam nam szansę.
Uśmiecham się.
- Wiesz, że chcę twojego szczęścia? - pytam.
Kiwa głową.
- To dobrze. Jutro muszę iść... - zaczynam, ale milknę.
CZERWONY ALARM.
Chciałam powiedzieć, że jutro muszę iść do McGonagall, ale padłoby za dużo pytań. Męczy mnie ukrywanie tego wszystkiego przed Melody, ale wciąż nie jestem pewna, czy powinnam jej powiedzieć. Nie chodzi o to, że jej nie ufam. Wręcz przeciwnie - ufam jej całkowicie. Ale... czuję, że tak samo jak Dumbledore nie chciałaby, żebym brała w tym udział. Wynikłyby z tego same kłótnie.
CZERWONY ALARM, naprawdę. Co mam teraz powiedzieć?
Melody unosi brwi.
- Tak? - pyta.
- Do... uhm, na trening Drużyny Quidditcha - strzelam, a potem gryzę się w język tak mocno, że zaczyna cieknąć z niego krew. Co ja do cholery zrobiłam?
- Co?! - dziwi się Melody. - Nie żartuj!
- No... chcę spróbować swoich sił - mówię, bo nie mam pojęcia, jak odkręcić to, co zaczęłam.
- Ale ty nie jesteś w drużynie - mruży oczy.
Myśl, Victoire!
- Jestem.
- Kwalifikacje już były, a ty nie brałaś w nich udziału - mówi podstępnie.
- Nie, ale Philip widział, jak latałam w Tinworth i przyjął mnie ot, tak.
Melody nie wierzy własnym uszom, jej źrenice są powiększone, a policzki zaróżowione. Ja pewnie wyglądam jak płonący fajerwerek.
- No dobra... a co z twoją tremą przed występami publicznymi? - pyta.
- Dam sobie radę - kłamię gładko. Co ja narobiłam...
- Wow. Za dużo rewelacji jak na jeden raz. Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś?
- Bo sama nie wierzę w to, co robię - szepczę i zwlekam się z łóżka.
Czuję się brudna. Splamiona kłamstwem wobec najlepszej przyjaciółki.
Jeśli gorąca kąpiel nie pomoże...
I nagle nachodzi mnie myśl - kłamstwo stanie się prawdą, jeśli rzeczywiście będę w drużynie.
Dormitoria chłopców, wierza Gryffindoru, 16 września 2017 rok
- Cześć, Louis - mówię, otworzywszy wcześniej drzwi.
- O rany, nie możesz chociaż pukać? - jęczy brat.
Adam był właśnie w trakcie zdejmowania koszulki, kiedy wchodziłam. W sumie w pokoju jest ich czterech - Louis, Kacper, Misha, no i Adam właśnie.
Mieszanka różnych krajów. Jedynie Adam jest czystej krwi Anglikiem. Mój brat ma francuskie korzenie, Misha - brat Marcusa - rosyjskie, a Kacper polskie. Całkiem fajna rzecz słyszeć, jak przekrzykują się każdy z innym akcentem.
- Pukałam - unoszę brwi i wskazuję za siebie kciukiem. - Nie moja wina, że drzecie się jak banda małp i nic nie słyszycie.
Misha się czerwieni, nie wspominając już o Adamie. Kacper ma na ustach zawadiacki uśmieszek, a Louis jak zwykle stara się wyglądać na kilka lat starszego. Jakoś nie bardzo mu to wychodzi.
- To nie fair, że my nie możemy wchodzić do waszych pokoi - mruczy.
Opieram dłoń na biodrze i parskam śmiechem.
- Bo w waszym przypadku nie ma obawy, że wparuję i zobaczę to, czego nie powinnam zobaczyć. Chyba, że chodzicie po dormitorium nadzy.
Misha się krztusi.
- W przypadku Adama nie ma co zobaczyć, więc wpadaj śmiało - rzuca Kacper i wychodzi. Znów unoszę brwi. Ale oni się lubią, po prostu koleżeńska miłość na miarę wszechświata.
- To co chciałaś? - pyta Louis.
- Mieszkasz po przeciwnej stronie zamku, więc chyba tylko raz czy dwa cię widziałam przez te dwa tygodnie. To aż takie dziwne, że chcę z tobą porozmawiać?
- Troszkę - uśmiecha się.
Odwzajemniam uśmiech i przytulam go. Może i ma już trzynaście lat, ale wciąż jest moim małym braciszkiem. Co najlepsze, wcale nie wstydzi się ze mną rozmawiać przy kolegach, czy nawet przytulać. Kto by się tego po nim spodziewał? Nikt, kto nie zna go tak dobrze, jak ja.
Z Louisem łączy mnie całkiem inna więź niż z Dominique.
Kiedy ona wspinała się na toaletkę mamy i niezdarnie malowała twarz szminką, ja karmiłam małego Louisa. Ona oglądała kolorowe czasopisma, a ja czytałam bratu bajki na dobranoc. To on przychodził do mnie w nocy, bo miał koszmary. Nie do rodziców - do mnie. Czuję się z nim naprawdę zżyta, ale ostatnio ta więź nieco rdzewieje. Louis ma swoich znajomych, ja mam swoich. On mieszka w wierzy Gryffindoru, ja - Ravenclawu. Ani jedna z naszych dróg nie przecinają się w żadnym punkcie. To trochę rozczarowujące. I przykre zarazem.
Czochram mu blond czuprynę i szczerzę zęby. Tak trudno w nim dostrzeć tego brzdąca, którym kiedyś był. Teraz jest niemal mojego wzrostu i czuję się z tym głupio. Zwłaszcza że on jeszcze rośnie, więc prawdopodobnie za kilka lat będę mogła mu się schować pod pachę.
- Dostałam list od rodziców, ale pewnie Donna ci już mówiła, prawda? - pytam i siadam na jego łóżku. Trzeba przyznać, że pokój jest zniewalający w negatywnym znaczeniu. Słowa "chłopcy są niechlujni" nabierają prawdziwego sensu. Ale przynajmniej mogę swobodnie oddychać, to plus.
- Coś tam wspominała. Ale ostatnio mało rozmawiamy. Przeważnie tylko chodzi i jęczy - wzdycha.
- Pewnie o ten wyjazd do Beauxbatons.
- No - kiwa głową. - Nie wiem, co ona w tym widzi. Chyba chodzi jej o tych français bombe sexuelle - wywraca oczami. - Ja tam się cieszę, że nie mogę jechać. Co innego za te dwa lata. Wtedy może pojadę. Może.
- Coś cię tu trzyma? - śmieję się.
- Kobieta - buczy Misha, ale zaraz milnie pod naciskiem mojego spojrzenia.
- Zamknij się - warczy Louis. Przenosi na mnie wzrok i dodaje: - Ne l'écoutez pas, il invente.
- Właśnie tak powiedziałby winny - unoszę kąciki ust w uśmiechu.
- Uch - jęczy. - Możesz sobie iść? Irytujesz mnie.
- To było do mnie? - pyta się Misha.
- No chyba nie do niej - wskazuje na mnie Louis i ku mojemu zdziwieniu Misha wstaje. Jest już przy drzwiach, kiedy zatrzymuje się i posyła mi mściwe spojrzenie.
- Ma na imię Jetta - i znika za progiem.
- Eh bien, j'emmerde! - wrzeszczy Louis.
- Myślisz, że jak zaklniesz po francusku, to cię nie zrozumiem? - mówię i patrzę na brata groźnie. Wciska ręce do kieszeni.
- Kiedy ja już nie mogę! Naprawdę, nie wytrzymam z nimi. Sama widziałaś, jacy są. Czasami muszę sobie klnąć na nich po francusku, bo wtedy nie wiedzą o co chodzi i się tym nie przejmują, a mi jest lżej.
- Mało mnie to obchodzi. Po prostu nie przekllinaj. Przynajmniej nie przy mnie.
- Nie jesteś moją mamą.
Milknę.
- Przepraszam - mówię po chwili namysłu. - Nie chcę, żebyś tak o mnie myślał. To co to za Jetta?
- Nie zaczynaj - mruży oczy.
- No weź, powiedz - śmieję się. - Ładna chociaż?
- Nie. Nie lubię jej.
Mimowolnie przypomina mi się Teddy i to, że także ukrywał swoje uczucia pod maską zatytułowaną "Nie lubię jej". Krzywię się, ale zaraz udaję, że to uśmiech.
- Słaby z ciebie kłamca. Za dobrze cię znam.
- Mówisz jak tata - śmieje się.
- Kolejny rodzic do kompletu - wywracam oczami.
Louis siada obok mnie.
- Nie przejmuj się, wcale nie jesteś taka zła.
- Dziękuję - burczę nieprzekonana. - Ale co to za Jetta?
- Przestań, Misha ci bzdur nagadał.
- Nieważne. I tak was kiedyś zobaczę - wzruszam ramionami.
- Niekoniecznie.
- Daj spokój, w Hogwarcie nawet ściany mają uszy. Dosłownie. Jak byłam w drugiej klasie, to Freddie wyczarował na ścianie ogromne ucho, które wydawało z siebie okropny smród. I miało kędzierzawe włosy, fuj.
- Czasem żałuję, że go tu nie ma. Ostatnio jest strasznie nudno, nic się nie dzieje.
- Ale to nie znaczy, że musisz to zmienić.
- No wiesz, tylko że już spróbowałem... - mówi niechętnie, a ja unoszę brwi.
- Coś ty znowu zrobił?
- Nic takiego, ale Hestia mi wlepiła szlaban - krzywi się.
- To ta, która was uczy Numerologii? - pytam. Mamy dwóch nauczycieli; Hestia Fletchey uczy młodsze klasy, a Septima Vector starsze. Ta pierwsza doszła jakieś dwa lata temu, czyli jeszcze nie miałam z nią styczności. Prócz widywania jej na Wielkiej Sali, oczywiście.
- No - potwierdza. - W każdy czwartek mam sprzątać puste klasy.
- Mogło być gorzej. Co zrobiłeś?
- Naprawdę nic takiego... po prostu powiedziałem to, co myślę.
Wzdycham.
- Jetta cię nie broniła?
- SPADAJ! - wrzeszczy i rzuca we mnie poduszką. Uchylam się, zanim zdąża trafić mnie w twarz. - I tak nas nie zobaczysz, bo nie ma żadnych NAS.
- Dobra, porozmawiamy kiedy indziej, bo pierwsze mam Eliksiry i muszę dorwać Philipa przed dzwonkiem, żeby usiąść z nim w ławce - wstaję i podnoszę torbę z książkami z podłogi.
- A co z Teddym? - unosi brwi.
- Matko, czy dla was siedzenie w jednej ławce z osobą innej płci to zdrada? Mam do niego sprawę, to wszystko.
- Sprawę do Philipa?- dziwi się.
- Nieważne. Trzymaj się, ja idę. Wczoraj wysłałałam odpowiedź do rodziców, więc pewnie w następnym tygodniu przyślą kolejny list z paczką ze słodyczami. Przyniosę ci - mówię i ruszam w kierunku drzwi. Dopiero wtedy zauważam, że w pokoju ciągle jest Adam. Siedział tak cicho, że o nim zapomniałam. Teraz jednak napotkałam jego wzrok, którzy przeszył mnie na wylot. Na ułamek sekundy zatrzymałam się. Nie było jednak sensu dopytywać się, o co mu chodzi, bo śpieszyłam się na lekcje.
- Cześć - słyszę głos brata.
- Cześć - odpowiadam i już mnie nie ma.
Lochy, 16 września 2017 rok
Niemal w ostatniej chwili dobiegam pod klasę. W tłumie siedmioklasistów odnajduję Philipa, który rozmawia z Nathanielem. To z tym Puchonem siedzi w ławce na Eliksirach, a teraz ja będę musiała wymyślić coś, żeby go przekonać, by tym razem usiadł gdzieś indziej.
- Cześć - mówię zdyszana. - Nate, mam prośbę.
Nathaniel patrzy na mnie zdziwiony, potem przenosi wzrok na Philipa i dopiero po kilku sekundach odpowiada. Głos ma lekko zachrypnięty.
- Spoko.
- Możesz dziś usiąść z Melody? Proszę.
Tym razem jego oczy są wielkie jak spodki od filiżanek. Otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamyka i tak w kółko.
Nagle rozumiem swoją gafę.
- O Boże, nie! - macham szybko rękoma. - Nie chodzi mi o to, żeby was swatać, czy coś, tylko muszę porozmawiać z Philipem.
Nate ze świstem wypuszcza z siebie powietrze, a Philip wybucha śmiechem.
- Matko - podsumówuje krótko.
- Ta - policzki zaczynają mi płonąć ze wstydu.
- Całe szczęście - mówi Nathaniel. - Wiesz, nie mam nic przeciwko twojej koleżance, ale ja tak jakby... nie gustuję w dziewczynach.
Otwieram usta ze zdziwienia i dopiero po chwili udaje mi się przypomnieć, że to niegrzecznie. Philip odruchowo odsuwa się od Puchona o krok.
- Stary... - zaczyna.
- Dobra, niezbyt śmieszny żart - wzdycha Nate. - To cześć.
Bo w tym samym momencie na horyzoncie pojawia się profesor Zang powiewając swoją butelkowozieloną szatą. Trzymam się blisko Philipa i już za moment oboje siedzimy w ławce na samym tyle klasy.
Muszę przyznać, że wcześniej nie nawiązywałam z Nathanielem bliższego kontaktu, więc pierwsza rozmowa z nim naprawdę mną wstrząsnęła. Najpierw mówię głupią gafę, a potem chłopak rzuca jakimś kiepskim żartem.
- On tak zawsze? - pytam cicho Philipa.
- Co, Nate? Czasami - wzrusza ramionami.
Wyjmujemy podręczniki, różdżki i inne przybory z szafek, a potem profesor zaczyna lekcję. Wiem, że przymajmniej przez pięć minut będzie mówił o eliksirze, który mamy przygotować, więc spokojnie zaczynam rozmowę z Krukonem.
- Chciałaś o czymś pogadać? - pyta, a ja ze zdziwieniem zauważam, że jego oczy w nikłym świetle lochów są niesamowitego koloru. Jak gdyby błękitne, ale jednak boki źrenicy lśnią zieloną poświatą.
- Taa - mruczę. Nagle cała pewność ze mnie odpływa, a intensywne zapachy różnych wywarów wwiercają mi się w mózg. Czuję się przytłoczona. - Chodzi o quidditcha. Tego cholernego, nieszczęsnego quidditcha.
- To znaczy? - widać, że jest niepewny.
- Mogłabym być w drużynie? - szepczę.
Jest jeszcze bardziej zdziwiony.
- Jeszcze kilka dni temu zarzekałaś się, że nie przyjdziesz na eliminacje.
- No tak, ale... coś mnie przekonało. Proszę - spojrzałam na niego ślepkami szczeniaczka, a przynajmniej to usiłowałam zrobić. Chyba mi nie wyszło, bo parsknął śmiechem.
- Co pana tak śmieszy, panie Bell? - pyta głośno profesor, a ja zaczerwieniona odwracam wzrok.
- Nic, panie profesorze - odpowiada speszony Philip.
- W takim razie proszę się zachowywać jak normalny człowiek - mówi Zang i odwraca się w kierunku tablicy. Pojawiają się na niej kolejno składniki jak i sposób przygotowania Eliksiru Upojenia. Nauczyciel zapewnia nas, że jeszcze nikomu w szkole nie udało się go uważyć poprawnie - prócz dwóch czy trzech wyjątków - więc nie oczekuje tego po nas, ale ma nadzieję, że uda nam się to co najmniej "znośnie".
Skutki są przedziwne: eliskir wprawia człowieka w stan ekstazy, skłania go do robienia głupich rzeczy i mało co się po nim pamięta.
- Ojej, czyli to coś takiego jak pigułka gwałtu? - pyta nagle Susan. Zang w zdziwieniu unosi brwi.
- Jaka pigułka?
- No... - zaczyna niepewnie Puchonka. - Mugole taką mają. Z tego, co słyszałam, to objawy są takie same.
- Panno Flay - wzdycha profesor, ale już dalej go nie słucham. Korzystam z okazji, żeby dokończyć rozmowę z Philipem.
- To co? Wiem, że spieprzyłam, bo masz już cały skład, ale...
- Wcale nie mam całego składu - przerywa mi czarnowłosy. - Jeden ze ścigających mi odpadł, bo dostał groszopryszczki.
- No to z nieba mi spadasz!
- Tylko, kurczę, muszę mieć pewność, że mnie nie olejesz.
- Słucham? - dziwię się. - Niby dlaczego?
- Bo wiem, że wcale nie chcesz być w tej drużynie. Przecież widzę. Musisz mieć inny powód.
Czy to aż tak oczywiste? Aż tak łatwo można mnie przejrzeć? Przez chwilę jestem na siebie zła, ale potem wzdycham.
- Masz rację - mówię. Nie ma sensu go okłamywać. Nie musi znać całej prawdy, ale może chociaż ziarnko. - Ale będę się przykładać, obiecuję. Jeśli zawalę, to możesz mnie nawet wywalić po pierwszym meczu.
- Akurat tak bardzo zaangażowanego gracza mi brakuje - wywraca oczami, ale kąciki jego ust unoszą się ku górze. - Dobra, wchodzisz.
- Dzięki! - szepczę z ulgą i już przez resztę lekcji mało co rozmawiamy.
Wielka Sala, 16 września 2017 rok
- Wiesz, Nate jest całkiem fajny - mówi do mnie Melody podczas lunchu. Na talerzu ma trochę wołowiny z brokułami, które swoją drogą bardzo lubi. Ja nie jestem głodna, więc po prostu siedzę i rozglądam się na sali z szerokim uśmiechem na ustach.
- Coś ty taka wesoła? - Melody mruży oczy, kiedy nie odpowiadam.
"A czemu nie?" myślę.
Byłam u McGonagall i po wygłoszeniu kazania pod tytułem "TO SZALEŃSTWO!" w końcu stwierdziła, że przy najbliższej okazji, gdy będzie w domu, poszuka receptury Slughorna. Oczywiście zapewniła mnie też, że "przy najbliższej okazji" może oznaczać nawet Boże Narodzenie, więc żebym się tak nie ekscytowała. Zdziwiłam się wtedy, bo przecież nie mamy wiele czasu. Objawy mogą pojawić się z dnia na dzień, może nawet jutro!
Ostatecznie udało mi się ją przekonać, by dała mi tę recepturę za tydzień. Warunkiem jest jedynie to, że nie będę mogła sama pracować - McGonagall ma mi przydzielić kogoś do nadzoru. Kogoś, komu ufa.
- Nie ufa mi pani, pani dyrektor? - spytałam wtedy.
- Voldemortowi też kiedyś zaufano - stwierdziła krótko.
Zabolało mnie to, ale przynajmniej mamy jakiś punkt zaczepienia. I to mnie tak bardzo cieszy. Może naprawdę uda mi się jej pomóc?
- Tak jakoś - wzruszam ramionami, ale Melody wciąż mnie obserwuje.
- Knujesz coś?
Prycham.
- Człowiekowi już się nie można uśmiechnąć, bo od razu go oskarżają o knucie diabelskich intryg. Smacznego.
- Dziękuję - odpowiada i nabija na widelec kawałek wołowiny. Jej ręka właśnie wędruje ku ustom, kiedy sztywnieje. - Idzie tu!
- Kto? - marszczę brwi i rozglądam się.
- Marcus! - syczy i odkłada widelec z powrotem na talerz.
Mimo, że przeczesuję wzrokiem całą salę, nigdzie go nie widzę. Dlatego też niemal dostaję zawału, kiedy słyszę głos Gryfona tuż za mną.
- MERLINIE! - wrzeszczę.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć - Marcus siada obok Melody. Mówią sobie "cześć", a potem on całuje ją w policzek.
Markotnieję trochę, bo chciałabym porozmawiać z przyjaciółką. Najwyraźniej będę musiała to zrobić przed snem - resztę lekcji mamy osobnych. Mam już wstawać od stołu, kiedy ni stąd, ni zowąd pojawia się obok mnie Philip.
- Co wy macie z tym wyrastaniem z ziemi? - wkurzam się. Serce tłucze mi się w piersi niczym spłoszony kanarek. Już drugi - jeśli nie trzeci - raz tego dnia.
Krukon ignoruje moją uwagę.
- Przeglądałem drużynowe stroje i myślę, że stara szata po Florence będzie na ciebie dobra.
Zaciskam zęby. Florence jest jędzą. Wyjątkowo wredną i ładną jędzą. Jest z rocznika Teddy'ego, czyli nie widziałam jej już dwa lata, ale mimo wszystko wciąż jej nienawidzę. Miała wiele śliniących się do niej fanów, a i tak musiała uczepić się Teda. Po skończeniu Hogwartu chyba wyjechała gdzieś do Rumunii zajmować się smokami. Nie jestem pewna, ale prawdopodobnie pracuje z Charliem.
A niech ją tam spalą.
- Chyba będzie trochę za duża. Ale okej - uśmiecham się lekko do Philipa, choć w środku jestem zła. Szata Florence na pewno będzie za duża. Dziewczyna w siódmej klasie była ode mnie o wiele szersza w biodrach i udach, nie wspominając o innych miejscach. Mniej więcej dlatego też miała tylu wielbicieli.
- Trening jest jutro o szesnastej. Nie zapomnij - mówi i odwzajemnia uśmiech.
- Będę pamiętać.
Czegoś takiego nie da się zapomnieć. Trening trenigiem, ale co będzie z prawdziwym meczem? Wytrzymam pod presją widowni?
Wzdycham.
- Też masz teraz historię magii, prawda?
Kiwa głową.
- Idziesz ze mną? - pytam.
Melody wybucha perlistym śmiechem i chowa twarz w dłoniach. Przynajmniej ona dobrze się bawi.
- Jasne - odzywa się Philip i razem wychodzimy z Wielkiej Sali. W połowie wysokości schodów pęka mu torba i rozlegają się zduszone śmiechy. Chłopak klęka, by pozbierać książki, a ja rozglądam się za źródłem głosów. Dostrzegam ich za filarem. Grupka drugoroczniaków zatacza się ze śmiechu.
Ze złością ruszam w ich kierunku i nim Philipowi udaje się zapytać, gdzie idę, już jestem kilka metrów dalej.
- Naprawdę? Aż tak was to śmieszy? - warczę. Dopiero wtedy mnie zauważąją. Znam ich tylko z widzenia, więc nie mam zielonego pojęcia, jakie imiona noszą. Ale tylko jeden z ich trojga ma w ręce różdżkę, więc syczę:
- Ty. Minus dziesięć punktów od... - spoglądam na plakietkę przyszytą do jego szaty. - Slytherinu.
- Nie możesz tego zrobić - mówi odważnie i krzyżuje ręce na klatce piersiowej.
- Ach, tak? Niby dlaczego?
- Bo nie jesteś prefektem.
Parskam niczym rozwścieczona kotka. Kciukiem wskazuję na Philipa stojącego tuż za mną.
- Ale on jest.
- Naprawdę? - pyta niepewnie jeden z drugoroczniaków. Najwyraźniej złą ofiarę sobie wybrali.
- Idziemy - mówi "lider" grupy i z grymasami na twarzy wszyscy znikają. Z daleka jeszcze słyszę, jak rzuca w moją stronę obelgi.
Torba Philipa jest już naprawiona.
- Chodź, Vic - mówi.
- Chyba mnie trochę poniosło - krzywię się. - Nie potrzebnie tak krzyczałam.
- Pięć punktów to niedużo, a przynajmniej wiedzą, że nie powinno się z tobą zadzierać - uśmiecha się pod nosem.
- Tylko tworzę sobie kolejnych wrogów. Powinnam się trochę wyluzować - wzdycham.
- Daj spokój. Ja też ostatnio na wszystko się wściekam. To przez tę naukę.
- Ty? Przecież jesteś chodzącą oazą spokoju- uśmiecham się.
- Jasne - prycha. - Teraz mamy lekcję z Binnsem, więc pewnie i tak oboje zaśniemy. Dobrze nam to zrobi.
Słowa Philipa są najczystszą prawdą. Już po pięciu minutach nudnego wykładu chłopak układa się wygodnie na ławce i zamyka oczy. Profesor nic sobie z tego nie robi, chociaż chyba z pięć osób drzemie z głowami na drewnianych blatach. Krąży plotka, że kiedy Binns opowiada, to umysłem cofa się w czasie i nie kontaktuje z rzeczywistością. Bzdury. Ale przynajmniej nie kara za spanie na lekcji.
Wcześniej uznałabym takie zachowanie za niegrzeczne, ale teraz ziewam przeciągle, zatkawszy usta dłońmi. Głos profesora-ducha jest monotonny i płynny niczym kołysanka. Powieki same mi opadają, więc nie protestuję. Zrobię sobie notatki z podręcznika, nic się nie stanie. Podpieram dłońmi podbródek tak, aby było mi wygodnie i wpadam w objęcia Morfeusza.
Nie udaje mi się nawet rozpoznać otoczenia, w jakim się znajduję, a już wiem, że to nie jest zwykły sen.
