Rozdział siódmy

Katniss

Co on powiedział? Patrzę to na Cinnę to na Haymitcha starając się zrozumieć wypowiedziane przez Peetę słowa. Po początkowym szoku widownię opanowuje apogeum. Krzyczą jego imię i moje imię i domagają się żebym wyszła do niego na scenę. Widzę ich twarze wykrzywione albo szczęściem albo przerażeniem. Trudno mi odgadnąć z powodu makijażu. Ceasar, który wygląda na tak samo zaskoczonego, jak ja macha rękami, żeby uciszyć publiczność.

-Peeto,- mówi, a potem milknie na chwilę jakby nie mógł zebrać myśli. Przez chwilę bawi się mankietami koszuli. - Peeto, czy chcesz mi powiedzieć, że zakochałeś się w Katniss Everdeen, twojej Mentorce i zwyciężczyni Siedemdziesiątych Trzecich Głodowych Igrzysk?

Słowa Ceasara uderzają we mnie z siłą pociągu. Czuję się jakby moje serce miało jednocześnie wpaść mi do żołądka i eksplodować. Cholera. W co Peeta mnie wpakował? Widzę jak nieśmiało kiwa głową, a potem zauważam coś na ogromnym ekranie za jego plecami. Widzę siebie. Swoją reakcję.

Moja twarz jest tak samo czerwona, jak moje usta, które w tej chwili mają kształt zaskoczonego 'O' a moje oczy są wielkie i szkliste, przez co wyglądam jakby ktoś poraził mnie prądem. Wyglądam jak jeleń, do którego mierzę z łuku.

Ale to wyraz moich oczu przeraża mnie najbardziej. Widać w nich nadzieję, czyli coś czego tak dawno nie czułam. Na co mam nadzieję? Dlaczego. Co tu się u diabła dzieje? Odwracam wzrok i staram się, żeby moja twarz przybrała obojętny wyraz. Jestem kompletnie zdezorientowana.

Słyszę jak Ceasar stara się wyciągnąć od Peety więcej informacji - Od jak dawna to trwa? Czy ona o tym wiedziała? Co sprawiło, że się w niej zakochałeś? - ale Peeta zachowuje się, jak dżentelmen i nieśmiało mówi Ceasarowi, że takie detale powinny zostać między nami. Nami? Myślę. Kiedy to ja i on zamieniliśmy się w 'nas'? Odwracam się do Haymitcha oczekując po, nim takiego samego zaskoczenia, ale jedno spojrzenie mówi mi, że on wcale nie jest zaskoczony słowami Peety.

-Wiedziałeś!- Syczę do niego.

-Oczywiście, że wiedziałem skarbie.

Odwracam głowę i przyglądam się reszcie ekipy. Portia i Effie wydają się być tak samo przytłoczone, jak ja. Effie niemal zemdlała w fotelu-ale Cinna po prostu się do mnie uśmiecha a jego oczy są pojaśniałe z podniecenia.

-Cóż za miła niespodzianka. Nie sądzisz?

Czekam z niedowierzaniem aż powie coś więcej czego oczywiście nie robi. Cinna nigdy nie mówi mi więcej niż chce żebym wiedziała.

Nadal czuję, że kamery śledzą każdy mój ruch i cieszę się, kiedy trzyminutowy wywiad Peety dobiega końca i zabierają go ze sceny za kulisy a wraz z, nim z ekranu znikam ja. Ceasar szybko konczy program, ponieważ po wyznaniu Peety, ledwo może zapanować nad publicznością i wracamy do Apartamentu, gdzie spotkają się z nami Peeta i Hadley. Nadal jestem w szoku i od razu wychodzę na dach. Nie jestem pewna czy w tym stanie mogę z kimkolwiek rozmawiać.

W głębi duszy jestem podekscytowana tym co powiedział Peeta. Nigdy nie marzyłam o tym, że chłopiec, którym jestem zainteresowana, chociaż nie chciałam się do tego przyznać, odwzajemniałby moje uczucia. Oczywiście nic, by z tego nie wyszło, ponieważ, odkąd pamiętam trwam w postanowieniu o tym, że nigdy nie wyjdę za mąż i nie będę miała dzieci, które musiałyby poddać się ryzyku dożynek i igrzysk. Widziałam, ile zła miłość wyrządziła moim rodzicom. Ich uczucie było tak głębokie i absorbujące, że, kiedy ojciec umarł matka w zasadzie umarła razem z, nim. Nie chcę przeżyć czegoś podobnego. Z drugiej strony nie jestem kompletnie pozbawiona uczuć i nie mogę nie cieszyć się z tego, że ktoś myśli, że jestem wyjątkowa.

Istnieje jednak druga, bardziej dominująca część mojej osobowości, która jest przerażona tym co się stało. Przez rok nie pomyślałam o, nim ani razu i byłam pewna, że jakiekolwiek głupie uczucia, które do niego żywiłam przed rokiem minęły. Zawsze byłam silna i niezależna i nigdy nie polegałam na nikim innym poza sobą samą. W ten sposób wygrałam Głodowe Igrzyska i byłam wściekła, że on ośmielił się tak po prostu mnie zniszczyć. Nie chodziło nawet o wrażenie jakie chciałam wywrzeć na Organizatorach Igrzysk, mieszkańcach Kapitolu czy Snowie.

Musiałam udowodnić samej sobie, że nie jestem słaba, potrzebująca czy zależna od kogokolwiek. To nie byłam ja.

Nie jestem aż tak zamyślona, by nie zauważyć otwierających się drzwi prowadzących na dach. Wiem od razu, że to on. Odwracam się do niego ciasno obejmując się ramionami, bo, inaczej czuję, że mogłabym się rozpaść na kawałki. Widzę wahanie na jego twarzy i przez chwilę patrzymy na siebie w milczeniu. Nie mogę jednak tego dłużej znieść.

-Haymitch wiedział o wszystkim.- Zaczynam. Unoszę brew a on potwierdza skinieniem głowy.

-Tak. Sam się domyślił, że cię ko- lubię. I powiedział, że powinienem to zrobić. Wiesz w końcu idę na pewną śmierć. Co mam do stracenia?-Jego komentarz dodaje oliwy do ognia, który buzował we mnie od jego wywiadu i popycham go obydwiema rękami aż zatacza się do tyłu. Potyka się o roślinkę, ale szybko wstaje a ja podchodzę do niego sycząc przez zęby.

-Do diabła Peeta! Co ty sobie do cholery myślisz? Mam cię utrzymać przy życiu, a nie być przedstawiana jako jakaś absurdalnie kobieca mimoza. WYTŁUMACZ MI TO. Nigdy ze mną nie rozmawiałeś, jakbyś w ogóle nie wiedział, że istnieję i nagle wyznajesz mi miłość przed całym Kapitolem. W programie, który ogląda moja matka!

Nagle przychodzi mi do głowy pewna myśl i sapię odskakując od niego.

-Twoja matka też na pewno to widziała. O Boże, pewnie jest teraz wściekła.

To, że matka Peety miała nie lada charakter i to, że nie bała się podnosić głosu a czasami wałka na swoje dzieci nie było tajemnicą ani w Mieście ani w Złożysku. Czasami jednak zastanawiałam się dlaczego ojcec Peety, który był najłagodniejszym mieszkańcem dystryktu, godził się na to. Wyglądało na to, że w tej rodzinie była tylko jedna naprawdę silna i odważna osoba. I on stał właśnie przede mną.

Przez chwilę Peeta wygląda na zawstydzonego, ale szybko mu przechodzi i z jakiegoś powodu udaje mu się spokojnie i nie krzyczeć.

-Nie obchodzi mnie to Katniss. Rzeczywiście nigdy z tobą nie rozmawiałem. Rzeczywiście byłem na to zbyt nieśmiały a, poza tym zawsze myślałem, że jesteś z Gale'em.-Otwieram usta, żeby odeprzeć jego argument, ale on tylko mrozi mnie spojrzeniem. - Oczywiście teraz wiem, że nigdy z, nim nie byłaś. Przekonałem się o tym przez ostatni rok. Chociaż nadal mam wrażenie, że on czuje do ciebie coś więcej niż ty do niego.

Parskam.

-Czy jest jeszcze coś, co chciałbyś mi powiedzieć? Nie krępuj się! Cały wieczór usta ci się nie zamykają.- Prawie nienawidzę siebie, za to jak dziecinnie i gorzko to zabrzmiało, ale tylko w ten sposób potrafię się bronić. On tylko potrząsa głową.

-Wiesz Katniss, może powinnaś trochę to wszystko przemyśleć? Co jest niewłaściwego w tym, że ktoś wyznaje, że cię kocha?

-To jest niewłaściwe, ponieważ ja nie wierzę w miłość.- Odbijam piłeczkę. Peeta patrzy na mnie zaskoczony.

-Nie wierzysz w miłość?-Nawet nie ukrywa smutku. - To smutne Katniss. Powinnaś wierzyć we wszystko. Ja wierzę. Życie jest zbyt krótkie, żeby nie wierzyć w miłość.

-Cóż miłość zwykle do niczego nie prowadzi. Zobacz co stało się z moim ojcem. I z moją matką.- Ripostuję, chociaż wiem, że niepotrzebnie się upieram.

-Nie bądź śmieszna. Miłość prowadzi do różnych rzeczy. - Milknie popatrując to na mnie to na jakiś punkt na horyzoncie. - Wiesz dopiero w tym tygodniu zrozumiałem, że nie powinienem się niczego bać – także wyznania komuś miłości. Cieszę się, że Haymitch dał mi wsparcie, którego potrzebowałem. Nie obchodzi mnie nawet to, że ty nie odwzajemniasz moich uczuć. Po prostu chciałem ci powiedzieć, zanim...-Przerywa rozglądając się jakby chciał zebrać myśli. Postanawiam wykorzystać ten moment i zabrać głos.

Ponieważ nagle dotarło do mnie coś strasznego.

-Wcale się ze mnie nie zgrywasz, prawda Peeta? Nie powiedziałeś tego tylko po to, żeby wzbudzić litość u przyszłych sponsorów. - Cała spinam się w oczekiwaniu na jego odpowiedź. Peeta potrząsa z niedowierzaniem głową.

-Powiedziałem ci już wcześniej, że nie będę kłamał w czasie wywiadu. Nigdy nie rzucam słów na wiatr. Tego jednego możesz zawsze być pewna Katniss, ja nigdy prze nigdy cię nie okłamię.- Milknie obserwując moją reakcję, ale ja nadal milczę. Rozumiem jak to może wyglądać z twojej strony. Wiem, że być może zyskałem dzisiaj kilku dodatkowych sponsorów i być może ułatwiłem ci zadanie pozyskania kolejnych. To dobrze. Ponieważ będę potrzebował każdej pomocy jakiej ludzie mi udzielą. Nie wychodzę na arenę tak dobrze przygotowany, jak Zawodowiec, czy jak Hadley. Nie odczuwam chęci zabijania i nie mam ducha walki. Idę tam, ponieważ Kapitol mnie do tego zmusił, z talentem do kamuflażu i odrobiną mięśni. Odmawiam jednak udziału w ich grze. Nie pozwolę, im zmienić mnie w kogoś kim nie jestem. Nie jestem zabójcą. Nie jestem myśliwym. Jestem synem piekarza, który znalazł się w niewłaściwym momencie z właściwą osobą.- Postanawiam zignorować jego ostatni komentarz.

-Co chcesz przez to powiedzieć? Odrzucasz całe szkolenie i nie zamierzasz nikogo zabić? Chcesz, im po prostu pozwolić, żeby zabili ciebie?

Potrząsa głową.

-Oczywiście, że nie. Jeśli przyjdzie co do czego i będę musiał kogoś zabić, zrobię to. Ale nie idę na igrzyska szukając krwi, Katniss. Idę tam z nadzieją, że wrócę żywy.

Robi krok w moją stronę, ale ja nadal nie doszłam do siebie po wydarzeniach tego wieczoru i cofam się o krok. On kiwa ze zrozumieniem głową i zostaje tam, gdzie stoi.

Zdążyłam się trochę uspokoić, ale nadal czuję się jakbym stała na krawędzi przepaści w którą za moment spadnę pokazując całemu Panem swoją prawdziwą twarz. Muszę uporządkować myśli i to co czuję. Odwracam się i idę w kąt dachu skąd obserwuję mieszkańców Kapitolu. Są dzisiaj w doskonałych nastrojach związanych z rozpoczynającymi się jutro igrzyskami. Wzdycham.

To może być ostatni raz, kiedy widzę Peetę żywego. Moglibyśmy rozmawiać o tylu sprawach – życiu, Dwunastce, rodzinie –, ale nie myślę teraz o tym. Nie mogę o tym myśleć. Jako jego Mentorka mogę teraz myśleć jedynie o igrzyskach. Zrobiłam dla nich wszystko, co mogłam, nie mogę bardziej pomóc Peecie i Hadley bronić się przed innymi trybutami i areną. Jedyne co mogę teraz zrobić to zdobyć dla nich sponsorów. Tego muszę się trzymać.

Nie jestem pewna czy sobie z tym poradzę.

W pewnym momencie Peeta dołącza do mnie i spogląda za krawędź. Kątem oka dostrzegam szok na jego twarzy.

-Czy oni...czy oni świętują?- Pyta z niedowierzaniem. Kiwam głową.

-Peeto, oni myślą, że to tylko gra. A po dzisiejszych wywiadach? Są w jeszcze lepszych nastrojach niż normalnie. Ponieważ niczego nie kochają mocniej niż...-milknę, kiedy dociera do mnie sens moich własnych słów. Haymitch ty cwany bydlaku. Niemal wybucham śmiechem, ale udaje mi się powstrzymać do parsknięcia. Peeta patrzy na mnie zdezorientowany. Więc postanawiam się wytłumaczyć- On jest taki mądry Peeto. Nie podejrzewałabym tego po tych wszystkich latach systematycznego niszczenia komórek mózgowych alkoholem. Oczywiście, że cię do wszystkiego skłonił. Doskonale wiedział jaką reakcję wzbudzi u mieszkańców twoje wyznanie. A prezentacja ciebie i Hadley jako przyjaciół, a nie przeciwników sprawiła, że twoje wyznanie pomoże także jej. Kto nie zechce sponsorować zakochanego chłopaka i jego przyjaciółki? On jest po prostu...za dobry w tym wszystkim.

W końcu wybucham śmiechem i zaczynam się zastanawiać czy kiedykolwiek stanę się tak przebiegłą Mentorką, jak Haymitch Abernathy.

Zostawiam Peetę nadal zaskoczonego moim ostatnim wybuchem sam na sam z własnymi myślami i idę prosto do pokoju Haymitcha, do którego wchodzę bez pukania. Na szczęście jest porządnie ubrany – tak porządnie, jak tylko może być - i jest tylko trochę zdziwiony moim wtargnięciem. Jednym ruchem ręki wyłączam jego monitor i staję tuż przed, nim z założonymi rękoma.

-Nie ma nic lepszego niż historia miłosna, co Haymitch?-Pytam złośliwie.

Wzrusza ramionami i popija ze szklaneczki.

-Wiedziałem, że prędzej czy później się domyślisz. Posłuchaj, znasz mnie. Kiedy tylko zorientowałem się, że ten chłopak coś do ciebie czuje stwierdziłem, że możemy to wykorzystać.

-Mogłeś mnie przynajmniej uprzedzić.

-I zepsuć niespodziankę? Cholera, kochanie. Niemal spadłem z krzesła, kiedy pokazali twoją reakcję. Ona sama podała nam tuziny sponsorów.

-Ale go zmanipulowałeś. Z góry wiedziałeś jak zareagują na to wszystko ludzie. Ostrzegłeś go przed tym? - Zaczynam chodzić nerwowo wte i wewte i dostrzegam jego uśmieszek.

-Ten chłopak nie jest idiotą. Wiedział w co się pakuje. Był tego świadomy bardziej niż myślisz. Wiedział, że to pomoże jemu, Hadley, nam wszystkim. Uwierz mi to wszystkim wyjdzie na dobre. A wiesz, że musimy zająć się sponsorami.

-Tak wiem, sponsorzy będą to jeść łyżkami i będą chcieli nam pomóc i to cudowne. Ale on teraz ma wystarczająco dużo na głowie, żeby jeszcze zajmować się ludźmi dręczącymi go, bo się zakochał.

-Kto go będzie męczył? Jutro rano wychodzi na arenę. Tam musi martwić się tylko o pozostałych trybutów, którzy mają gdzieś to czy jest w tobie zakochany czy nie. Myślę skarbie, że bardziej martwisz się o ludzi, którzy będą z tego powodu męczyć ciebie i to musi się skończyć. Nie zrobiłem nic złego i nie przekonasz mnie, że jest, inaczej. - Wygląda na tak pewnego siebie, że aż nie mam siły się z nim kłócić. Odwracam się, żeby wyjść, ale on łapie mnie za ramię. Potem pochyla się do przodu tak, żeby mnie bardziej wkurzyć, ale także po to, żeby nie złapały tego podsłuchy.

-Nie złość się już. Oboje wiemy jak bardzo podobało ci się to co powiedział.

Nie mogę już na niego patrzeć, wyszarpuję się z jego uścisku i wychodzę z pokoju trzaskając drzwiami. Jego śmiech słychać nawet na korytarzu.


Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia w mojej sypialni i wkurzania się na siebie wiem, że na pewno nie zasnę i postanawiam przejść się po mieszkaniu. Ku swojemu zaskoczeniu w ogromnym salonie natykam się na Hadley wyglądającą przez wielkie okno. Jest taka młoda, wiem, że jest tylko o rok starsza od Prim i ta myśl łamie mi serce. Nadal czuję się winna, że tak dużo czasu spędziłam myśląc tylko o tym jak pomóc Peecie przeżyć, kiedy mamy tu drugą osobę, ze świetnymi umiejętnościami, która tak samo zasługuje na przeżycie. Siadam obok niej obejmując ramionami kolana. Nie mówię nic i w końcu to ona odzywa się pierwsza.

-Ciekawy wieczór, co?- Pyta. Przyglądam się jej uważnie. Podobnie jak ja wygląda jak dziecko ze Złożyska ma te same długie ciemne włosy, szare oczy i oliwkową skórę. Przypomina moją młodszą siostrę bardziej niż Prim. W tym momencie jej oczy są smutne, ale czai się w nich cień uśmiechu.- Kto by pomyślał. Chłopak z Miasta i dziewczyna ze Złożyska.

-To nic nie znaczy. - Odpowiadam szybko. Nie może nic znaczyć. Ona wzrusza tylko ramionami.

-Dlaczego nie? Fakt, że to trochę dziwne. Wiem, że ja byłam zaskoczona. Mogę sobie tylko wyobrazić jak zareagują inni. A ty co czułaś?

-Co czułam?-Powtarzam za nią. - Czułam się otępiała. - To najszczersza odpowiedź na jaką mnie w tym momencie stać. Hadley wzdycha ze smutkiem.

-Chciałabym, żeby pokochał mnie jakiś chłopiec. Było, by to ciekawe doświadczenie przed śmiercią.

Patrzę na nią i nienawidzę tego, że mówi o sobie w czasie przeszłym i, że już myśli o śmierci jakby wiedziała, że wkrótce zginie.

-Nadal masz duże szanse na to, że przeżyjesz Igrzyska i, że tak się stanie.

-Sądzę, że się mylisz, Katniss. Nie zrozum mnie źle, nie zamierzam się poddać i, jeśli przeżyję do końca będę nadal walczyć. Wiem, że to co powiedział dzisiaj Peeta pomoże także mnie jako jego partnerce z dystryktu, ale wiem też, że to on będzie miał z tego większe korzyści. Ja ćwiczyłam z toporem przed Igrzyskami. Więc to, co powiedział dzisiaj sprawiło, że jesteśmy kwita, prawda?

-Tak...tak sądzę.- Boże, bycie mentorem jest takie trudne. Jak to możliwe, że ona w wieku czternastu lat wie jak się wysłowić? Ja nadal mam z tym problemy.

-Ale, chociaż startujemy z równej stopy nadal myślę, że on uzyskał przewagę. Jeśli ludzie będą stawiać na trybuta z Dwunastki to postawią na niego. Z powodu tego jaki jest...i z powodu ciebie.-Potrząsam głową, ale ona mnie ignoruje. - Nie czuj się źle z tego powodu. Mnie wcale nie jest przykro. Jako mentorzy musicie wybrać najlepsze wyjście. Którym wydaje mi się on.

Nie wiem, co mogłabym jej powiedzieć, więc przez chwile siedzimy razem w milczeniu. W końcu ona wstaje.

-Myślę...Myślę, że pójdę się położyć. Dobranoc Katniss. I dziękuję za wszystko. Naprawdę.-Odchodzi, zanim mam szansę odpowiedzieć. Odpowiednie słowa odnajduję dopiero po kilku minutach.

-To ja ci dziękuję, Hadley.


Krew przelewa mi się przez palce. Przyciskam dłonie do rany w nadziei, że uda mi się ją zatamować, chociaż nie ma na to szans, do oczu kapie mi pot a z ust wydobywa się urywany szloch.

Patrzę na leżącego niedaleko Marvela ze strzałą wbitą w szyję i wpatrzonymi we mnie martwymi oczami. Chcę je zamknąć albo przynajmniej go odsunąć, ale nie mogę. Muszę tutaj zostać i utrzymać Rue przy życiu.

Patrzę w dół a jej ciemne oczy wypełniają się łzami.

-Nie zmarnuj tego Katniss. -Mówi. Uciszam ją.

-Nic nie mów Rue. Musisz oszczędzać siły. Uratuję cię.

-Nie możesz mnie uratować. Ale możesz uratować jego.-Szepcze i używa
całej siły jaka jej pozostała, żeby wskazać palcem coś za nami.

Odwracam się we wskazanym kierunku i widzę Peetę, którego blond włosy lśnią w słońcu a jego cudowne niebieskie oczy błyszczą.

-Ale przecież nic mu nie jest.- Mówię gorączkowo a ona potrząsa głową.

-Kocham cię Katniss, ale on potrzebuje cię bardzie niż ja.

Znowu spoglądam za siebie i widzę, że Peeta upadł na kolana. Jego skóra pobladła i patrzy z przerażeniem na dzidę wbitą w jego klatkę piersiową. Krew uderza mi do głowy, odwracam wzrok i widzę stojącego nad, nim Marvel'a, którego głowa zwisa pod kątem czterdziestu pięciu stopni i na krew tryskającą z jego rany.

-Nie możesz go przed nami ocalić.- Śmieje się maniakalnie.
Błądzę oczami między Peetą a Rue. Rue kiwa głową i powoli zamyka oczy. Podrywam się na nogi i wyciągam kolejną strzałę, która w locie przecina pozostałe mięśnie w jego szyi. Marvel pada martwy na ziemię a ja pędzę do Peety, z którego już prawie uszło życie.
-Musisz mi powiedzieć, Katniss.- Szepcze. Zamyka oczy a jego oddech ustaje, zanim mam szansę mu odpowiedzieć.

Siadam pionowo na łóżku. Odsuwam wlosy, które pot przykleił mi do twarzy. Serce wali mi jak oszalałe a w żołądku mam dziurę, która przyprawia mnie o mdłości. Nie boli mnie gardło, więc to nie był jeden z tych snów, z których zwykle budzę się z krzykiem, ale był tak samo okropny.

Ponieważ w tym śnie pojawił się ktoś, kto nadal był cały i zdrów i, którego oddzielała ode mnie tylko szerokość korytarza. Po raz pierwszy nie śniłam też o przeszłości, której nie mogłam zmienić.

Zanim mam szansę to przemyśleć wyskakuję z łóżka, otwieram drzwi swojej sypialni i podchodzę do drzwi pokoju Peety. Pukam raz potem jeszcze raz, dopóki się nie otwierają. Peeta patrzy na mnie zaskoczony i ociera dłonią twarz. Ma na sobie tylko szare spodnie od dresu i jestem zawstydzona tym, że nawet po śnie, który miałam w tym momencie mogę myśleć tylko o tym jaki jest seksowny.

-Katniss, nic ci nie jest?- Pyta. Kiwam głową. Po prostu tam stoję. Nie mam pojęcia co tu właściwie robię. -Chcesz wejść?- Pyta a ja potwierdzam skinieniem głowy, więc on otwiera szerzej drzwi pozwalając mi wejść, a potem rozgląda się po obu stronach korytarza i zamyka drzwi. W międzyczasie ja siadam na kanapie w kącie pokoju, gdzie po chwili do mnie dołącza, czekając aż się odezwę. Zawsze był dobrym słuchaczem.

-Miałam sen.- Mówię.