Ranek, chatka gajowego...
- Hagrid!
- Harry, cholibka, ale dawno Cię tu nie było. Co się stało, żeś tu zawitał?
Olbrzym wpuścił Harry'ego do środka. Wybraniec z ciężkim westchnieniem zwalił się na krzesło.
- Spokój, Hagridzie. Święty spokój. Ostatnio odkryłem, że to bardzo przydatna... rzecz.
- Chodzi ci o tą całą sprawę z Malfoyami? Paskudne.
- Heh... gdyby tylko o to. Nie ważne. Przyszedłem tu odpocząć, a nie dyskuować. Co u ciebie słychać, Hagridzie?
- Właściwie to... - olbrzym nagle zaczął się jąkać. - Chciałem... prosić cię...
Harry nagle wyprostował się na krześle. Kieł, który do tej pory opierał łeb na jego kolanach zawył oburzony.
- Nie. Tylko nie ty.
I uciekł.
Chwilę później, korytarz Hogwartu...
- To jest szczyt wszystkiego. To jest po prostu szczyt. Co ja mam zrobić? Powiesić się?
- Kolejne załamanie, Potter? To u ciebie ostatnio dość częste zjawisko.
- Eeee...
- O. Jak widzę, przynajmniej twoja elokwencja nie uległa zmianie. Przynajmniej nie na lepsze.
- Niech się pan nie obawia, pana cięty język także jest na swoim miejscu. Jeszcze.
- Potter, czy ty coś sugerujesz?
- Skądże znowu...
Gabinet dyrektora Hogwartu, kilkanaście minut później...
- Tak... nie, nie czerwony tu nie pasuje. To będzie... jasnofioletowy. Tak. - Albus Dumbledore wyciągnął mugolski mazak z ogromnego piórnika i zaznaczył coś na rozciągniętym przed nim arkuszu pergaminu. - A tu... czerwony. No całkiem, całkiem, Albusie. - powiedział do siebie. - Skoro Potter może projektować bieliznę, to czemu ja miałbym nie móc. Hmmm... - westchnął długo... - Heh... tu przydałoby się trochę złotawego, ale brakuje mi pisaka...
- Albusie, co ty robisz?
Dyrektor był tak pochłonięty, że nie zauważył Mistrza Eliksirów zaglądającego mu przez ramię.
- No proszę, proszę, dyrektorze.
Wspomniany wyżej mężczyzna zaczerwienił się po korzonki siwych włosów, gdy dostrzegł, że Snape spostrzegł, czym się zajmuje. Już miał rzucić coś na swoją obronę, ale Severus posłał mu tylko spojrzenie pełne dezaprobaty, zacmokał krótko i wyszedł. Stary czarodziej jeszcze przez chwilę wpatrywał się w drzwi, ale nagle jakby coś go tknęło, rzucił się po nowy pergamin, wyciągnął z piórnika czarny flamaster i gorączkowo zabrał się do dzieła.
Południe, Hogwart, wieża Gryffindoru...
Potter siedział w dormitorium usilnie starając skupić się na zadaniu z transmutacji. Nie było to jednak łatwe, gdyż ktoś co chwilę mu przeszkadzał. To Hermiona, z nowym pomysłem wykorzystania jego bokserek we wzroście wiedzy wśród współczesnych czarodziejów, to Ron, który miał tysiąc i jeden pomysłów na sprzedaż, to jeszcze Ginny wraz z tysiącem przyjaciółeczek, które usilnie starały się go zagadać i jednocześnie przeszukać dormitorium.
W końcu Harry miał tego dość. Jednym celnym zaklęciem zablokował drzwi, rozparł się wygodnie na łóżku i wyciągnął książkę. Nie dane mu jednak było długo wypoczywać. Chwilę później rozległo się stukanie do okna. Złoty Chłopiec westchnął głęboko, wstał i wpuścił sowę do środka. Wielki czarny puchacz upuścił list na jego łóżko i wygodnie usadowił się na szafce nocnej, dając do zrozumienia, że nigdzie nie poleci bez odpowiedzi.
Harry rozwinął zwitek pergaminu.
Harry Potterze,
Zdaję sobie sprawę z naszych dość nieprzyjaznych stosunków, a jednak proponuję zawieszenie broni w zamian za stosunkowo niską cenę.
Mianowicie - chcę otrzymywać po każdej nowej parze bokserek twojego projektu (rozumiesz, stałbym w kolejce, gdyby to nie zabierało tyle czasu lub wysyłałbym moich Śmierciożerczyków, ale sam wiesz jak to się kończy - patrz: Lucjusz Malfoy), a dodatkowo zaprojektujesz jedną parę specjalnie dla mnie.
Twój jeszcze-nie-przyjaciel-ale-kto-wie-co-się-może-zdarzyć LV.
Nagle w głowie Harry'ego uformował się wspaniały plan. Plan tak prosty, że aż dziwne, że wcześniej o tym nie pomyślał. "Elokwencja, Potter!" - usłyszał w głowie głos Mistrza Eliksirów i uśmiechnął się do siebie. Szybko chwycił pióro i na odwrocie pergaminu nabazgrał:
Zgadzam się, ale pod kilkoma warunkami. Po pierwsze: chcę cię mieć przy sobie, w końcu potrzebuję kogoś, kto odpędzi ode mnie tych wcielonych demonów (zdaję sobie sprawę, że było to określenie zarezerwowane dla ciebie, ale jak sam mówiłeś: nastają nowe czasy!). Po drugie: jeśli już tu będziesz: żadnych sporów z dyrektorem. Zdaję sobie sprawę z jego małej obsesji na twoim punkcie (choć w ostatnich tygodniach chyba nieco osłabła), ale mimo wszystko... będziesz moim gościem. Po trzecie: nie zabijesz ani jednej szlamy. Bądź co bądź, to też klienci.
Z nadzieją na zadowalającą współpracę
HP.
Chwilę później w całkiem innej części świata dało się słychać opętańczo-szczęśliwy rechot.
