A/N: To chyba mój najdłuższy rozdział, enjoy! :)

Rozdział 7

Kosy i snopki

- Nigdy nie sądziłem, że wezmę udział w żniwach – powiedział z niedowierzaniem Dean.

- Jak na razie nie bierzesz – orzekł Gabriel, wrzucając do ust garść chipsów. – Wszyscy są na polu od samego rana, a ty póki co nie ruszyłeś tyłka z fotela.

Dean wywrócił oczami.

- Wiesz, o co mi chodzi – mruknął i wygodniej ułożył się na krześle przed domem.

- Ach, no tak. Chłopiec z miasta.

Dean obrzucił stojącego obok mężczyznę oburzonym spojrzeniem.

- Hej! Jestem gościem. Nie muszę pracować.

- Nie, ale na pewno przydałaby się kolejna para rąk do pracy…

- Proszę cię – prychnął Dean. – Przecież teraz od wszystkiego macie maszyny. – Znów popatrzył z ukosa na Gabriela i uniósł brwi. – A poza tym ty też masz ręce.

- Moje ręce aktualnie są zajęte – odparł Gabe i wyjął z paczki pięść pełną chipsów.

- Wiesz, Gabe – zagadnął Dean z udawanym przejęciem – jak tyle będziesz jadł i nic się nie będziesz ruszał to nie skończy się to dobrze…

- Sugerujesz coś, Winchester? – żachnął się Gabriel.

Dean wyszczerzył zęby i zakrył oczy ramieniem, napawając się gorącymi promieniami porannego słońca.

- Nic a nic – stwierdził z zadowoleniem.

Poczuł na piersi lekkie uderzenie, kiedy Gabriel rzucił w niego do połowy opróżnioną paczką chipsów, i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Wyleguj się dalej – burknął na niego kucharz. – To na pewno zadowoli Castiela.

Dean odsunął ramię i podniósł głowę, wpatrując się w plecy Gabriela, który właśnie odwrócił się, by odejść.

- Co masz na myśli? – zapytał, siląc się na nonszalancję.

- Nic a nic! – zawołał Gabe, po czym zniknął w głębi domu.

Dean zmarszczył brwi, zajadając chipsy. Cas z pewnością nie zmuszałby go do pracy, prawda? Przecież Dean nie miał bladego pojęcia o żniwach. Zresztą nie po to od kilku dni na farmę zjeżdżało się tyle osób, żeby teraz brakowało mu pracowników…

Dean wzruszył ramionami i przez chwilę siedział w bezruchu, wyjadając resztki chipsów i ciesząc się ładną pogodą, równocześnie próbując w myślach doliczyć się ilości znajomych i rodziny Casa, którzy przyjechali na żniwa. Hannah, która w ostatnich dniach miała do załatwienia jakieś ważne sprawy rodzinne, wróciła już wczoraj; Dean wiedział, że to ona zajęła się dojeniem krów ostatniego wieczoru, podczas gdy Cas wyciągnął go na przechadzkę w stronę pól zboża i kukurydzy, które już czekały na zbiory. Wczorajszej nocy wszystkie pokoje w domu zostały wreszcie zapełnione: wśród nowych gości było między innymi dwóch kuzynów Castiela, Gadreel i Lucifer (tak, gość naprawdę miał tak na imię, i kiedy Dean ściskał jego rękę podczas powitania, było mu bardzo dziwnie czując na sobie jego spojrzenie), a także jego przyjaciele, Balthazar i Joshua, którzy pracowali w winnicy. Z dnia na dzień w gospodarstwie zrobiło się o wiele bardziej tłoczno i Dean nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić.

Słowa Gabriela znów zadźwięczały mu w uszach, i Dean pomyślał, że dziwnie będzie spędzić cały dzień bez towarzystwa Castiela. Rzecz jasna, Cas każdego dnia miał dużo pracy, ale bardzo często kręcił się po całym gospodarstwie i natknięcie się na niego nie sprawiało Deanowi żadnego problemu. Dzisiaj jednak Dean nie widział go od rana i zapewne jedyne, na co mógł liczyć, to przelotne ujrzenie go podczas pory obiadowej.

A może Gabe mówił serio i Cas nie chciał, żeby Dean kręcił się wokół niego i przeszkadzał w pracy?

Zastanawiałby się nad tym dalej, gdyby nie zauważył kota, który czaił się przy pobliskim drzewie i wbijał zielone ślepia w paczkę chipsów. Dean tupnął nogą i syknął, żeby go odstraszyć, ale kot tylko nastawił uszu i postąpił kilka kroków w jego stronę, ostrożnie stawiając miękkie łapki pośród wysokiej trawy.

Dean natychmiast poczuł, że kręci go w nosie, wstał więc, posyłając kotu poirytowane spojrzenie przez ramię. Wszedł do domu, całkowicie zignorował zaczepiającego go Gabriela i wyrzucił puste opakowanie po chipsach. Jego wzrok padł na kowbojski kapelusz, wiszący na wieszaku; Dean uśmiechnął się pod nosem, zabrał go ze sobą i czym prędzej uciekł, byle jak najdalej od irytującego kucharza i powodującego alergię kota.

Dopiero po chwili zorientował się, że nogi same niosą go w stronę, w którą wczoraj zaprowadził go Cas. Po obejściu gospodarstwa i minięciu stajni, Dean udał się szeroką kamienistą drogą pośród rzadkich drzew i w stronę, gdzie zaczynały się pola. Słońce, mimo wczesnej pory, prażyło niemiłosiernie, i Dean cieszył się, że wziął ze sobą kapelusz, który skutecznie ochraniał jego oczy i twarz.

Droga wyglądała nieco inaczej teraz, w pełnym świetle dnia, niż wczoraj, kiedy słońce powoli chyliło się ku linii horyzontu i rzucało ostatnie czerwonawe promienie na odsłonięte przedramiona Casa, na jego opaloną twarz, żywe niebieskie oczy i pełne usta, raz po raz rozciągające się w uśmiechu. Dean uśmiechnął się na samą myśl o entuzjazmie, który rozbrzmiewał w głosie Casa, gdy opowiadał mu o nadchodzących zbiorach i spotkaniu rodziny i przyjaciół.

Po chwili jego oczom ukazały się pola, rozciągające się przez parę hektarów w obie strony. Dean z daleka był w stanie ujrzeć poruszające się pomiędzy zbożami osoby, a także pracujące w oddali maszyny. Nie zdając sobie z tego sprawy przyspieszył kroku, nasuwając kapelusz niżej na czoło i usiłując schować uśmiech.

Przednia część pola była już skoszona i Dean wszedł na nią bez wahania. Słoma zachrzęściła pod jego stopami i Dean schylił się i podniósł jedno z wielu porzuconych źdźbeł, po czym wsadził je sobie do ust i przygryzł.

Kilka kroków dalej po polu przechadzała się Hannah i Dean podszedł bliżej, unosząc rondo kapelusza i witając się. Hannah uśmiechnęła się do niego.

- Jak tam praca? – zapytał Dean uprzejmie i mimowolnie rozejrzał się wokół, próbując ujrzeć w morzu zboża ciemną czuprynę Casa.

- Nieźle nam idzie – poinformowała go kobieta. Miała na sobie ciasną białą koszulkę na ramiączkach, a na głowie czerwoną chustkę. Dean przesunął wzrokiem po jej ciele, zauważając jej wąską talię i szerokie biodra. Upał sprawił, że zamiast obszernej koszuli, w której Dean zwykle ją widywał, Hannah założyła wreszcie coś, co podkreślało jej kształty. Nie, żeby patrzył. – Pogoda sprzyja. Wróciłam właśnie z przeglądu kukurydzy, ale wygląda na to, że minie jeszcze trochę czasu, zanim będzie można ją zbierać.

- Yhm, rozumiem – mruknął Dean. Nie miał pojęcia, co kiedy się zbiera; ba, nie miał nawet pojęcia, co rosło na polu, na którym właśnie stał. – A gdzie reszta?

Hannah machnęła ręką w stronę dwóch maszyn, pracujących w niewielkim oddaleniu od nich.

- Wszyscy? – Dean uniósł brwi.

- Cóż, wszyscy oprócz Balthazara i Joshui. Oni zajmują się winnicą. Gadreel prowadzi kombajn, a Lucifer traktor.

Dean znów zerknął w stronę maszyn.

- A Cas? – zapytał.

- Castiel pomaga Gadreelowi – odparła Hannah. – To jego pierwsze żniwa i wciąż jeszcze wszystkiego się uczy.

- Ach. A ty co teraz będziesz robić?

- Czekam, aż Gadreel i Lucifer pójdą na przerwę. Pracują od świtu, a do pory obiadowej jeszcze parę godzin. Przyda im się odpoczynek.

Dean pokiwał głową i przez kilka następnych minut oboje stali bez ruchu, przyglądając się pracy maszyn. Kawałek po kawałku kombajn kosił kolejne połacie zboża. Dean zauważył, że z długiej rury u góry pojazdu wysypywało się ziarno, wpadające prosto do przyczepy, którą ciągnął towarzyszący kombajnowi traktor. Wokół roztaczał się intensywny zapach siana, słońca i lata i Dean uśmiechnął się, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Kiedy maszyny podjechały nieco bliżej, ich silniki zgasły, trójka mężczyzn wyskoczyła na ściernisko i ruszyła w ich stronę. Dean przesunął wzrokiem po obcej dwójce, a potem zaszurał nogami, zauważając Castiela, który uśmiechał się do niego z daleka. W ostatniej chwili przypomniał sobie, by wyrzuć źdźbło, które do tej pory przeżuwał.

Cas miał na sobie biały podkoszulek, ogrodniczki i wysokie kalosze, które Dean tak dobrze pamiętał ze swojego pierwszego dnia na farmie. Na głowę założył słomkowy kapelusz, który ukrywał jego oczy w cieniu, ale nie był w stanie schować jego jasnego uśmiechu.

- Zastanawiałem się, gdzie podział się mój kapelusz – powiedział, kiedy cała trójka zbliżyła się do nich i przystanęła.

Dean uniósł rękę i dotknął ronda swojego kapelusza.

- Znalazłem go w domu – stwierdził z zadowolonym uśmieszkiem. – Kto pierwszy, ten lepszy.

- Oczywiście. – Cas wciąż uśmiechał się szeroko i Dean czuł się nieco oślepiony. – Witaj, Dean. Dobrze cię widzieć.

Serce Deana zatłukło się w piersi.

- Hej, Cas – odparł, nagle nieco zmieszany, i opuścił rondo kapelusza niżej, zakrywając twarz.

- Pora na przerwę, chłopaki – odezwała się Hannah.

Lucifer wyciągnął ku niej rękę i podał jej kluczyki do traktora.

- Miłej jazdy – powiedział, posłał Deanowi dziwny uśmieszek i odszedł.

- Do zobaczenia przy obiedzie – dodał Gadreel, poklepał Castiela po ramieniu i dołączył do kuzyna.

- Gotowa? – zapytał Cas, uśmiechając się do Hanny. Kobieta odwzajemniła uśmiech i pokiwała głową.

Dean przestąpił niepewnie z nogi na nogę.

- A kto będzie kosił? – zapytał.

Castiel oderwał wzrok od Hanny, która ruszyła już w stronę maszyn, i spojrzał na Deana.

- Ja – powiedział, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.

- Ale… - Dean zmarszczył brwi. – Hannah mówiła, że pracujecie od rana.

- To prawda. Od piątej trzydzieści.

- Cas, jest jedenasta! Jadłeś coś w ogóle?

Castiel posłał mu rozbawione spojrzenie.

- Tak, Dean, jadłem.

- A miałeś jakąś przerwę? Czemu oni mogą mieć, a ty nie? – Dean potrząsnął z niezrozumieniem głową. – Czemu Gabriel nie może cię zastąpić?

- Dean, jestem właścicielem. To ja za wszystko odpowiadam, ja wszystko nadzoruję. Nie mam innego wyboru. A Gabriel jest zajęty czymś innym.

- Taaa, wyjadaniem chipsów – wymamrotał Dean.

Cas zignorował go i skinął głową w stronę maszyn.

- Masz ochotę na przejażdżkę, Dean? – zapytał i, nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę stojącego cicho kombajnu.

Dean odetchnął głęboko i ruszył za nim, uśmiechając się pod nosem. Żałował, że nie ma ze sobą telefonu. Powinien zrobić sobie zdjęcie przed traktorem i wysłać je bratu.

Cas zwinnie wspiął się do kabiny kombajnu, odwrócił się i wyciągnął rękę ku Deanowi. Ten jednak potrząsnął głową, zacisnął usta i wdrapał się na górę o własnych siłach, wywołując cichy śmiech u mężczyzny.

- Wiem, że jest tu trochę ciasno – powiedział Cas, kiedy Dean stanął przed nim praktycznie nos w nos, z ugiętymi lekko kolanami i pochyloną głową – ale chyba damy radę.

- Yhm – wymamrotał Dean, przytrzymując się ściany kabiny.

- Pokażę ci, jak wszystko działa – powiedział Cas rozentuzjazmowanym głosem, usiadł na niewielkim krzesełku z boku i poklepał siedzenie głównego fotela. – Siadaj.

- Ugh, nie, Cas – Dean przełknął głośno – ty tu usiądź. Ja tylko popatrzę.

- To proste, Dean – zachęcał Castiel. – Prawie jak jazda samochodem.

- Prawie – burknął Dean, wyglądając przez szybę na wielki metalowy sprzęt przymocowany z przodu maszyny. – Nie, dzięki. Zostawię tę przyjemność tobie.

Cas wywrócił oczami i wstał, znów zbliżając się do niego i wskazując na zwolniony przez siebie stołeczek.

- Boisz się, hm? – zapytał niskim głosem, kiedy Dean przeciskał się obok niego w ciasnej przestrzeni kabiny.

Dean zastygł, wbijając wzrok w rozbawione oczy Casa.

- Gdzie się podziały dawne żniwa – odparł, czując, że oddech mu przyspiesza. Cas pachniał słomą. – Kosy. Snopki. Te sprawy.

- Z kosą dałbyś sobie radę jeszcze gorzej niż z kombajnem – zaśmiał się Castiel. Ronda ich kapeluszy zderzyły się miękko.

- Czyżby. – Dean uniósł brwi, przesuwając wzrokiem po jego twarzy.

- Jestem tego pewien. – Cas pokiwał głową i omal nie uderzył Deana kapeluszem prosto w nos. Dean uniósł rękę i zdjął mu go z głowy, a Cas natychmiast poszedł za jego przykładem; uśmiech błąkał się na jego ustach i Dean przez kilka sekund nie mógł oderwać od nich wzroku.

Nagle rozległ się głośny dźwięk klaksonu i Dean odskoczyłby do tyłu, ale nie bardzo miał miejsce. Zamiast tego przecisnął się obok Casa na niewielkie siedzenie z boku kabiny, opuszczając wzrok i czując, że twarz mu płonie. Castiel również opadł na swój fotel i odpowiedział klaksonem na znak siedzącej na traktorze Hanny.

- Gotowy na lekcję? – zapytał, rzucając Deanowi wesołe spojrzenie. Założył sobie na głowę kapelusz, który jeszcze przed chwilą nosił Dean, a potem uruchomił silnik.

Dean chwycił się mocno bocznego oparcia fotela, na którym siedział Cas, i rzucił:

- Jedziesz, kowboju.

#

Kiedy Dean, Cas i Hannah wrócili do domu, w jadalni było głośno od rozmów i sztućców stukających zawzięcie o talerze. Dean przepuścił Hannę, by mogła usiąść przy stole obok Gabriela, a sam zajął miejsce obok Anny, uciekając przed świdrującym go spojrzeniem Lucifera. Gość trzymał w ręce szpikulec do mięsa, a jego głos był cichy i gładki jak jedwab kiedy wykłócał się o coś z Gabrielem. Deanowi nie spieszyło się, żeby poznać go bliżej.

Sięgając po talerz, Dean uniósł głowę i ujrzał plecy oddalającego się Castiela. Otworzył usta, ale nie wiedział, co mógłby powiedzieć, więc zamiast tego tylko powiódł zdezorientowanym wzrokiem po zasiadających przy stole domownikach. Hannah musiała to zauważyć, bo posłała mu przyjazny uśmiech i powiedziała:

- Castiel lubi jeść na świeżym powietrzu.

Dean skinął głową, przypominając sobie, że mniej więcej to samo mówił mu kiedyś Gabe. Nie sądził jednak, że oznaczało to, że właściciel gospodarstwa nie weźmie udziału w rodzinnym obiedzie. Nagle sam poczuł się trochę nie na miejscu i zaczął wiercić się na krześle, kuszony myślą o dołączeniu do Castiela. Nie mógł jednak odejść od stołu bez kęsa jedzenia, nie bez zwracania na siebie przesadnej uwagi.

- Chciałaś powiedzieć: nie może usiedzieć na miejscu, więc od razu popędził do winnicy – zaśmiał się Gabriel.

- Chłopaki też muszą coś jeść – odezwała się Anna, siedząca po prawej stronie Deana.

- Ale to nie znaczy, że Cassie musi zanosić im obiad osobiście – stwierdził Gabriel, unosząc znacząco jedną brew.

- Nie widziałem, żeby niósł ze sobą coś oprócz kilku skrzydełek – powiedział Gadreel.

- Otóż to, drogi kuzynie. – Gabe zamachał swoim własnym kawałkiem kurczaka. – Castiel poszedł się przywitać, póki wszyscy mają przerwę i nikt nie będzie mu przeszkadzać. – Napotykając pytające spojrzenie Deana, Gabe tylko mrugnął do niego tajemniczo i wgryzł się w mięso.

Dalsze rozmowy przy stole toczyły się wokół tematów związanych ze żniwami i innymi rolniczymi sprawami, które kompletnie nie dotyczyły Deana. W przeciągu paru minut rodzina Castiela, głównie Lucifer, usiłowała wciągnąć go do rozmowy poprzez zadawanie dziwnie osobistych pytań, aż w końcu Dean odsunął od siebie talerz, podziękował pospiesznie za posiłek i uciekł z domu.

Oprócz wylegującego się w słońcu kota, przed domem nie było żywej duszy. Dean nasunął na czoło słomkowy kapelusz i ruszył leniwym krokiem w stronę, gdzie podobno znajdowała się ta niesławna winnica.

Zamiast skręcić w stronę pól, gdzie stały teraz nieużywane maszyny, Dean skręcił w przeciwnym kierunku, pomiędzy nieco gęstsze drzewa. Minął polanę, na której stały ule, aż w końcu dotarł na krawędź niewielkiego pola winnego, na którym rozciągały się rzędy winorośli wspartych na drągach. Wcisnąwszy ręce do kieszeni, Dean zaczął przechadzać się między nimi, pogwizdując i wypatrując Castiela.

W pierwszej chwili nawet go nie zauważył, dostrzegając tylko wysokiego, szczupłego mężczyznę o jasnobrązowych włosach, który stał przed jednym z pali z rękami uniesionymi nad głową, dosięgając do rosnących wyżej winogron. Cas stał tuż przed nim, opierając się o pal, praktycznie uwięziony pomiędzy ramionami mężczyzny.

Dean potknął się o grudkę ziemi.

Jego uszu dobiegał cichy szmer ich rozmowy i przez chwilę wahał się, czy podejść czy może udawać, że wcale ich nie zauważył i uciec. Nagle jednak jasnowłosy mężczyzna opuścił ręce i odsunął się o krok, a Dean napotkał spojrzenie Casa ponad jego ramieniem.

- Siema – stwierdził niezręcznie, machając do nich i przystając w miejscu.

Obcy mężczyzna odwrócił się i popatrzył w jego stronę. Dean rozpoznał w nim Balthazara, któremu pokrótce został przedstawiony poprzedniego wieczora.

- Kogo my tu mamy – zagadnął i wrzucił do ust jedno pękate winogrono. Pod wpływem jego lekceważącego spojrzenia Dean poczuł się jeszcze bardziej nie na miejscu, ale postarał się zachować kamienną twarz.

- Dean. – Cas odsunął się od obrośniętego liśćmi pala i posłał mu łagodny uśmiech. – Już po obiedzie?

Dean skinął głową.

- Mhm. Zauważyłem, że ty niewiele dziś zjadłeś – powiedział, po czym omal nie palnął się dłonią w czoło. Nieźle, Winchester.

- Ktoś tu ma bystre oko – zadrwił Balthazar.

Dean posłał mu poirytowane spojrzenie, a mężczyzna tylko wzruszył ramionami, uśmiechając się z wyższością. Cas zignorował tę wymianę, zamiast tego stając na palce i sięgając po kiść dojrzałych winogron, które rosły mu nad głową. Dean, który wciąż obserwował Balthazara, natychmiast zauważył, że jego wzrok podążył ku pośladkom Castiela, które nagle zostały bardzo uwydatnione w jego ogrodniczkach. Chciał się oburzyć, ale za bardzo się zagapił i nie zdążył nawet zareagować, kiedy Balthazar podszedł do Casa i pomógł mu dosięgnąć do winogron.

- Kilka centymetrów więcej, a dałbyś radę, Cassie – powiedział Balthazar niskim głosem, uśmiechając się znacząco.

Cas odebrał od niego winogrona, kiwając lekko głową i nie odpowiadając.

Dean wbił wściekłe spojrzenie w Balthazara, lustrując wzrokiem jego głupie artystycznie zmierzwione włosy, jego koszulkę z o wiele za dużym dekoltem i zdecydowanie zbyt ciasne dżinsy. Na szyi zawieszony miał jakiś durny naszyjnik, kompletnie nie na miejscu w winnicy, która przecież była miejscem pracy. Koleś wyglądał po prostu śmiesznie, a do tego miał wkurzająco brytyjski akcent.

Dean ocknął się z kłębiących się w jego głowie myśli, kiedy zauważył stojącego tuż przed nim Casa, który wyciągał do niego rękę z winogronami.

- Spróbuj, są przepyszne.

Dean zamrugał i sięgnął po jedno niewielkie winogrono, po czym bez słowa wrzucił je do ust. Cas wciąż nie spuszczał z niego wzroku, więc Dean odpowiedział z pełną buzią:

- Dobre.

Stojący w tyle Balthazar parsknął złośliwym śmiechem. Dean zmierzył go wzrokiem, ale przełknął i pokiwał głową.

- W sumie nie przepadam za winogronami, ale te są dobre – powtórzył.

- Jak można nie przepadać za winogronami! – żachnął się Balthazar, rozkładając szeroko ręce i posyłając mu niedowierzające spojrzenie.

Cas obejrzał się na niego przez ramię.

- O gustach się nie dyskutuje, Balthazar – powiedział ugodowym tonem.

Dean zaszurał niepewnie nogami, wyciągnął rękę i wyjął Casowi z dłoni całą kiść winogron.

- Mówiłem, że mi smakują – burknął. Cas uśmiechnął się do niego promiennie.

- Pewnie wina też nie lubisz, prawda? – zagadnął Balthazar. – Niech zgadnę. Pijasz tylko piwo. Kupujesz je hurtowo i nawet nie wiesz, z czego jest zrobione. Generalnie kompletnie się na tym nie znasz.

Dean zmrużył oczy.

- Wow, nie wierzę. Trafiłeś. To aż dziwne, że nie znam się na tym, co nie jest moją pracą, co nie? Całe szczęście, że ty wszystko umiesz perfekcyjnie i spędzasz każdą cenną minutę robiąc to, co do ciebie należy – syknął.

Balthazar skrzyżował ręce na piersi.

- Mam przerwę obiadową.

- Widzę właśnie – odgryzł się Dean.

Cas, stojący w milczeniu pomiędzy nimi, popatrzył to na jednego, to na drugiego, unosząc wysoko brwi.

- Tak właściwie to Dean ma rację – powiedział ostrożnie. – Balthazar, znajdź Joshuę i idźcie do domu na obiad.

- Jasne, szefie – parsknął Balthazar, odwracając się do nich plecami i znikając za gąszczem winogron.

- Dupek – mruknął Dean, połykając kolejne winogrono.

Cas posłał mu nieodgadnione spojrzenie.

- Czas wracać na pole – powiedział po chwili wpatrywania się w twarz Deana, który z całych sił starał się unikać jego spojrzenia i tylko zajadał winogrona. – Pójdziesz ze mną?

Dean wzruszył tylko ramionami.

Kiedy wyszli z winnicy, Castiel poprowadził ich skróconą drogą w stronę pól. Dean oddał mu resztę winogron, których nie chciał już jeść, i zagadnął:

- Do której będziecie pracować?

Cas przełknął i wyrzucił na ziemię pustą gałązkę.

- Do szóstej, może siódmej. Moglibyśmy zostać na polu aż zrobi się całkiem ciemno, ale nie ma takiej potrzeby, pola nie są aż tak wielkie.

- A jak myślisz, ile dni wam to zajmie?

- Tydzień – odparł Castiel i popatrzył na niego z ukosa. – Czas minie ci szybciej, jeśli się do nas przyłączysz.

Dean zamrugał.

- Co? Nie, nie o to mi chodzi! Przecież nie mówiłem, że się nudzę – stwierdził, a po chwili dodał: - Przecież nie jesteś tu po to, żeby mnie zabawiać czy coś.

Cas uśmiechnął się kącikiem ust.

- Skoro tak twierdzisz.

- Poza tym to jasne, że wam pomogę – pospieszył z wyjaśnieniem, pocierając dłonią kark. – Na tyle, na ile będę mógł, oczywiście.

- Mam nadzieję, że moje lekcje na coś się przydały i jutro będziesz wiedział, jak obchodzić się z maszynami – zaśmiał się Cas.

- Wolałbym nie – jęknął Dean.

Castiel uniósł brwi.

- Będę przy tobie, Dean – odpowiedział.

Dean zakaszlał, żeby ukryć zmieszanie, po czym rzucił:

- Czyli twierdzisz, że Balthazar będzie siedział tu przez cały tydzień?

- Prawdopodobnie dłużej – odparł Castiel. Zbliżali się już do pola, po którym jeździły maszyny, i jego głos został nieco zagłuszony przez warkot ich silników. Dean przysunął się nieco do niego, nadstawiając ucha.

- Dlaczego – rzucił z niezadowoleniem.

Cas zaśmiał się, spoglądając na Deana jasnymi w świetle słonecznym oczami.

- Nie mam pojęcia, co was obu dziś ugryzło, ale niestety będziecie musieli znieść swoją obecność jeszcze przez jakiś czas. Po zebraniu winogron Balthazar i Joshua zajmą się produkcją wina i mimo że nie będą tutaj przez cały czas, z pewnością staną się dość częstymi gośćmi – wyjaśnił.

Dean wywrócił oczami, znów wywołując u idącego przy jego boku mężczyzny śmiech.

- Poza tym, po żniwach nadejdzie czas na dożynki – stwierdził Castiel, mrugnął i przyspieszył kroku, podbiegając do miejsca, w którym stali Gadreel i Hannah.

Dean uśmiechnął się pod nosem na te słowa, a potem nieco wolniejszym krokiem podszedł do grupki. Cas spoglądał w stronę stojących w miejscu maszyn, a Gadreel mówił właśnie:

- …powiedział, że teraz jego kolej.

- To się nie skończy dobrze – wymamrotał Castiel.

- Gabriel wie, co robi – zapewniła Hannah, kładąc dłoń na ramieniu Casa. – Nie musisz się martwić.

- Nie martwię się. Nie o niego, w każdym razie.

Dean już miał pytać, co się stało, kiedy silniki maszyn znów zawarczały głośno, a potem nagle kombajn ruszył do przodu, najpierw dość powoli, potem nabierając tempa. Jadący u jego boku traktor ledwo za nim nadążał i Dean uśmiechnął się pod nosem, a kiedy kombajn skręcił gwałtownie i zaczął jechać slalomem, Dean parsknął głośnym śmiechem.

- To nie jest śmieszne, Dean – powiedział Gadreel.

Traktor przyspieszył, starając się w porę odgadnąć, w którą stronę pojedzie kombajn. Dean nie był w stanie ukryć szerokiego uśmiechu.

- Dajesz, Gabe! – zawołał, osłaniając usta dłońmi i unosząc się na palce.

Stojący obok niego Cas posłał mu karcące spojrzenie.

- No co? – Dean wzruszył ramionami. – Może zrobi jakieś fajne kręgi w zbożu – stwierdził, szczerząc zęby.

- I przy okazji zgubi połowę ziarna – stwierdził Castiel sucho.

- Eee tam. Lucy nieźle pomyka na tym ciągniku – skomentował Dean.

Hannah, Cas i Gadreel równocześnie westchnęli cierpiętniczo.

Dean zaśmiał się w głos.

#

Tego dnia Dean położył się spać wyjątkowo wcześnie jak na siebie, znużony całym dniem spędzonym na słońcu i ilością wrażeń. Co więcej, nie bardzo miał się gdzie podziać, kiedy pod wieczór w jadalni pozostali jedynie Lucifer i Balthazar. Gabriel kręcił się po kuchni, szykując jedzenie na kolejny dzień i ignorując złowrogie spojrzenia Lucifera, który wciąż nie całkiem wybaczył mu zabawę z kombajnem. Dean udał się więc na górę do sypialni kilka minut po tym, kiedy Cas powiedział swoje „dobranoc" i, ziewając, poszedł do siebie.

Następny dzień minął mu na kręceniu się po polu, obserwowaniu pracy i pomaganiu, gdzie tylko umiał i gdzie go chciano. Omal nie popłakał się ze śmiechu, kiedy zauważył, że rejestracja traktora to „666", a na masce przyklejony jest niewielki obrazek diablątka. Lucifer, który stał niedaleko i obserwował go, kiedy Dean wdrapywał się do kabiny traktora, posłał mu dziwne spojrzenie, ni to dumne, ni lekceważące, i Dean nie komentował już niczego więcej. Hannah prowadziła kombajn i starała się naprawić wszelkie szkody, wyrządzone przez szaleństwa Gabriela, a Cas siedział tuż przy Deanie na szerokim fotelu traktora, pomagając mu prowadzić i instruując. Ich uda stykały się, dłoń Castiela co jakiś czas dotykała dłoni Deana, a raz nawet zakryła ją całkowicie w momencie, kiedy Cas musiał gwałtownie zaciągnąć ręczny. Castiel znów pachniał sianem, latem i tym samym słodkawym zapachem, którego Dean nie potrafił zidentyfikować, a kiedy spoglądali na siebie z takiego bliska, Dean był w stanie zauważyć jego gęste rzęsy, cień zarostu na mocno zarysowanej szczęce i nieco zaczerwienioną skórę w miejscach, w których słońce opaliło go zbyt mocno.

Zrezygnował z chodzenia w okolice winnicy, bo pomimo iż Joshua okazał się całkiem w porządku gościem, Balthazar wciąż mocno działał mu na nerwy. I nie chodziło tu już tylko i wyłącznie o sposób, w jaki koleś wyraźnie przystawiał się do Casa – chociaż Cas zdawał się nic sobie z tego nie robić. Nie, gość był po prostu mocno irytujący: ubierał się jak dupek, mówił jak dupek i tak też się zachowywał. Dean unikał go więc jak tylko mógł.

Ciężko jednak było kompletnie się od niego odseparować, i Dean, chcąc nie chcąc, czasami miał tę wątpliwą przyjemność natykania się na niego w różnych częściach gospodarstwa.

- Zabrakło winogron do zbierania? – zapytał Dean pozornie przyjaznym głosem, kiedy popołudniu Balthazar przyplątał się w okolice pola. Dean opierał się właśnie o płot i rozkoszował ciepłym słońcem, które grzało go w twarz. Hannah, Gadreel i Lucifer majstrowali coś przy traktorze, a Cas wrócił do domu w poszukiwaniu Gabriela.

- Ha, ha, ha – odgryzł się Balthazar i, ku przerażeniu Deana, oparł się o płot w oddaleniu kilku metrów od niego. – Jesteś przezabawny, Winchester.

- Naprawdę się tak śmiejesz czy coś ci słońce zaszkodziło? – parsknął Dean, ciesząc się, że nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby być świadkiem ich dogryzań. Wystarczało mu, że sam dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że zachowuje się dziecinnie.

- To twoja normalna twarz czy jesteś taki pstrokaty au naturel?

Dean prychnął pod nosem, odwracając głowę na bok i krzyżując ręce na piersi. Durne piegi. Dupek wiedział, gdzie uderzyć.

- Widzę, że praca wre – ciągnął Balthazar. – Oczywiście nie, żebyś miał w nią jakikolwiek wkład.

- Odezwał się ten, który tak chętnie pomaga.

- Ja przynajmniej wiem, co się dzieje, ty tu tylko stoisz i wyglądasz ładnie. Brakuje tylko latarni.

Dean posłał mu mordercze spojrzenie, modląc się, by gorąco, które czuł na twarzy, było wynikiem upału, a nie zażenowania, jakie odczuwał. Dean nie miał kompleksów w związku ze swoim wyglądem, wręcz przeciwnie, ale kiedy ktoś zaczynał ustawicznie komentować jego urodę, a już tym bardziej porównywać go do dziewczyny lekkich obyczajów, nikt chyba nie mógł winić go za stracenie nad sobą panowania.

- Słuchaj, zasrańcu, idź i wsadź sobie…

W tym samym momencie na pole weszli Cas i Gabriel. Dean urwał, zmierzył Balthazara ostatnim wściekłym spojrzeniem, po czym odepchnął się od ogrodzenia i ruszył w ich stronę.

Reszta pracujących zdołała już przymocować do traktora dziwnego kształtu maszynę, a Gabriel właśnie wspinał się do kabiny, z czapką z daszkiem na głowie i ciemnymi okularami na nosie. Cas zauważył zmierzającego ku nich Deana i uśmiechnął się. Dean od razu poczuł, że napięte mięśnie jego ramion i pięści rozluźniają się.

- Masz ochotę przyłączyć się do nas, Dean? – zapytał Cas, przekrzywiając głowę na bok i posyłając mu pytające spojrzenie.

Dean zerknął na Gabriela, który właśnie uruchomił pojazd i zasalutował, zauważając jego wzrok.

- Co mam robić? – zapytał bez wahania.

Cas przywołał go gestem dłoni bliżej, do miejsca, gdzie stała już reszta pracujących. Dean kątem oka zauważył zbliżającego się Balthazara, ale zignorował go całkowicie, zamiast tego przyglądając się Gabrielowi, który majstrował przy niewielkim magnetofonie, ułożonym przy kierownicy.

- Gabriel – odezwał się Lucifer groźnym głosem – nie zrobisz tego.

Gabe puścił do niego oczko i nacisnął przycisk. Z małych głośniczków rozniosła się głośna muzyka, a mężczyzna uruchomił silnik i ruszył do przodu, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować.

Kupiłem czarny ciągnik…

Dean wytrzeszczył oczy.

- On tak na serio? – wydukał.

Stojący obok niego Gadreel westchnął.

- Robi to co roku – oznajmił.

- Czasem zmienia repertuar – dodała Hannah.

- Zawsze chciałem! Mieć takie coś! – dobiegł ich głos wydzierającego się Gabriela i Dean nie mógł nie parsknąć śmiechem. Cas uśmiechnął się do niego znacząco.

- Gabriel na pewno nie obrazi się, jeśli się do niego przyłączysz – powiedział z rozbawieniem. – My jednak zajmiemy się snopkami.

Dean dopiero teraz zwrócił uwagę na kostki siana, które raz po raz wypadały z maszyny doczepionej do tyłu traktora. Lucifer, z widłami w dłoni, już podążał za pojazdem, a Hannah i Gadreel zaczęli znosić w jedno miejsce powstałe już snopki. Dean popatrzył na Castiela.

- Chyba jednak wam pomogę – zaoferował, słysząc z daleka, jak Gabriel chwali się pojemnością swojego ciągnika.

Przez następną godzinę stos snopków powiększył się znacząco, i chociaż Gabriel przejechał już prawie całe skoszone pole, ilość rozrzuconych po nim kostek słomy wciąż zmuszała do pracy. W pewnym momencie Dean zauważył, że Balthazar niesie równocześnie dwie kostki, i prychnął pod nosem. Co za bufon.

Niosąc swój snopek w stronę wciąż rosnącej sterty, Dean starał się zignorować mijających go Casa i Balthazara, pogrążonych w rozmowie i roześmianych. Phi. Co to są dwie kostki. Ten angielski osioł robił to na pewno tylko dla tego, żeby móc spędzić więcej czasu na obijaniu się i zagadywaniu Castiela.

Dean niedbale odrzucił swojego snopka, za co stojący obok Lucifer obrzucił go surowym spojrzeniem i za pomocą wideł zaczął wyrównywać stosik. Ignorując go, Dean szybkim krokiem wrócił na środek pola, po czym ułożył trzy kostki słomy jedna na drugiej, przykucnął i podniósł je, chwiejąc się lekko i krzywiąc pod wpływem niespodziewanego ciężaru. Bagaż zasłaniał mu całą widoczność, co może było mu na rękę, bo przynajmniej nikt nie widział wyrazu jego twarzy, kiedy przygryzał wargę, starając się iść po jak najprostszej linii i nie zgubić po drodze żadnego ze snopków. Mimo to raz po raz starał się zerkać bokiem, upewniając się, że zmierza w dobrym kierunku. Dostrzegł stojącego z boku Balthazara, który gapił się na niego ostentacyjnie z uniesionymi brwiami. Nigdzie nie widział Casa, pozwolił więc sobie posłać Balthazarowi wyniosłe spojrzenie, a chwilę później poczuł, że traci grunt pod nogami i poleciał do przodu, lądując twarzą w kłującej słomie i przekoziołkowując przez rozrzucone snopki.

Usłyszał jakiś okrzyk, który zmieszał się z jego własnym głośnym jękiem i przekleństwem, a potem czyjeś ręce złapały go za ramię i pomogły podnieść się do pozycji siedzącej.

- Dean, nic ci się nie stało? – zapytał Cas, przyklękując przed nim i nie spuszczając z niego wzroku.

Dean gapił się na niego przez chwilę, czując, że twarz mu płonie. Prawy bark, na który upadł, pulsował mu nieco, a na policzkach i czole wciąż czuł ostre źdźbła słomy, które z pewnością zostawiły swój ślad.

- Chyba nie – stęknął, przecierając twarz dłońmi i unikając wzroku Casa.

- Nie powinieneś nosić aż tyle – upomniał go Cas i Dean poczuł jego dłoń na swoim ramieniu.

- Mhm – wymamrotał Dean z zażenowaniem. – Chciałem trochę przyspieszyć robotę.

Ku jego zaskoczeniu, Castiel zaśmiał się cicho. Dean podniósł na niego wzrok, otwierając szerzej oczy, pewny, że Cas naśmiewa się z niego.

- Nie ma takiej potrzeby, Dean – powiedział Cas miękkim głosem, posyłając mu ciepłe spojrzenie. Wyciągnął rękę i przeczesał palcami włosy Deana, delikatnie wytrzepując z nich resztki słomy. Dean zaczerwienił się aż po czubki uszu, ale nie opuścił wzroku. – Uważaj na siebie, dobrze? – Kiedy Dean bez słowa skinął głową, Castiel przysunął się nagle bliżej, z jedną dłonią opartą na ziemi tuż obok, a drugą opierając na barku Deana, w miejscu, gdzie kończyła się jego koszulka i rozpoczynała naga skóra, po czym szepnął mu do ucha konspiracyjnym tonem: - I nie daj się sprowokować Balthazarowi.

Dean był pewny, że jego twarz wciąż przypomina kolorem dojrzałego pomidora, nawet kiedy Cas wstał i oddalił się, by kontynuować pracę, lecz mimo to nie mógł powstrzymać się od rzucenia Balthazarowi spojrzenia pełnego dumy i wyższości.

#

A/N: Szczerze mówiąc to smutno mi, że Balthy jest taki niemiły, lubię go, nie chciałam, żeby taki mi wyszedł ;) A w następnym rozdziale zapraszam na dożynki :D

PS Wybaczcie za to, co Gabe wyprawiał w tym rozdziale. Zostałam zainspirowana (i zmuszona!) przez przyjaciółkę-muzę i nie dałaby mi spokoju, gdybym nie napisała jej tych kilku scen ;)