Jestem człowiekiem, na którym polega niemal cała czarodziejska Anglia i to zobowiązuje. Do tej pory robiłem wszystko, co było w mojej mocy. Och, właściwie chyba uosabiałem mędrca naszych czasów. Dałem im to, w co chcieli uwierzyć: przywódcę, nieskończenie mądrego i wiecznego. Bo chociaż na świecie nadal żyje Nicolas Flamel, mój nieśmiertelny przyjaciel, i chociaż ziemia pełna jest wróżbitów i prawdziwych proroków, ludziom chyba łatwiej było uwierzyć po prostu w dobrotliwego staruszka, który rozegra wojnę tak czysto i gładko jak partię szachów przy popołudniowej herbatce.
Myślałem, że w ten sposób odpokutuję wszystko, co zżerało mnie od środka przez tyle, tyle lat. Więc opiekowałem się dziećmi, dzieliłem się z nimi wiedzą, dawałem im rady. Z czasem wchodziłem wyżej na drabinę hierarchii, ale po drugiej stronie to samo robił Tom. Obydwoje toczyliśmy swój własny wyścig - on pragnął zawsze być przed czasem, ja pragnąłem jedynie dać sobie radę ze wszystkim, nim czas nadejdzie.
A potem rozpoczął wojnę. Więc wziąłem sprawy w swoje ręce i to w tamtym momencie moje życie stało się czymś więcej niż pokutą. Ono właściwie przeobraziło się w cel samo w sobie, ale czy ktokolwiek zrozumie to gadanie zmęczonego starca? Wszystko zostało poświęcone Sprawie. Wmawiałem sobie, że tym razem robię to dla dobra całego świata. Kierowałem ludźmi, ba, sterowałem nimi, tak samo jak robił to Tom, a nawet jeszcze zgrabniej, bo po cichu. Nikt nigdy się nie zorientował (Nawet ja, nawet ja tak długo nie miałem pojęcia, co robię…). Och, oni sami tego pragnęli. Zresztą, co miałem im do zaoferowania? To, co zrobiliby sami, tylko, że ja dawałem im współpracę Zakonu. Niektórych było mi żal. Taki Severus, na przykład. Kiedyś byłem zupełnie taki jak on, zupełnie taki. Ale moja pozycja zobowiązywała coraz bardziej i nie mogłem się cofnąć, nie mogłem zrobić nic, co podkopałoby ten autorytet.
Więc brnąłem w to dalej. Nawet kiedy Tom zniknął, wiedziałem, że to nie koniec. Dlatego czekałem, umacniałem swoją pozycję, pomagałem tym, którym należało i potępiałem tych, którzy zasłużyli. A potem, gdy nadszedł czas, dałem im Harry'ego, dałem im Wybrańca, dałem im nadzieję. Łyknęli wszystko, bo co mieli robić? Wierzyli w każde słowo. Byłem taki dobry w tą szaloną grę, że uwierzyłem sam sobie. Wmówiłem sobie, że i dla mnie jest nadzieja, tak jak i oni widzą ją w tym małym chłopcu z niefortunną przeszłością.
Teraz okazuje się, że pośród całego tego splendoru, całej ufności we mnie pokładanej, nie ma dla mnie ratunku.
Cały ten wyścig, wszystkie gierki mniejsze i większe prowadziły mnie tutaj.
Na Wieżę Astronomiczną.
Zastanawiam się tylko, kto z tej trójki będzie szybszy: Severus, Harry, czy Bella? Bo Dracona nie biorę pod uwagę. Ma w oczach coś, co miała Ariana, gdy schodziłem do piwnicy z Gellertem. Ma w oczach strach.
Tak bardzo chciałbym się bać.