ROZDZIAŁ SIÓDMY: MISJA MOODY'EGO
Patrząc wstecz na wypadki poprzedniego dnia Harry rozumiał wprawdzie, że atak śmierciożerców nie mógł umknąć reszcie czarodziejskiej społeczności, ale i tak przeżył szok, gdy zszedł rano na śniadanie i napotkał egzemplarz „Proroka Codziennego" porzucony na stole. Jego własna twarz spoglądała na niego z fotografii umieszczonej tuż pod wielkim nagłówkiem „Potter celem zmasowanego ataku śmierciożerców?"
Harry opadł na krzesło obok Ginny, podniósł gazetę i przeczytał artykuł na pierwszej stronie.
Niepotwierdzone źródła donoszą, że Harry Potter był podobno celem zuchwałej napaści śmierciożerców, która miała miejsce wczoraj na ulicach mugolskiego Londynu. Aurorzy Ministerstwa walczyli z dwudziestoma napastnikami, z czego ostatecznie pojmano ośmiu. Mówi się, że siedemnastoletni Potter zabił prowodyra bandy, Reginalda McFarlane'a, od dawna służącego Temu-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.
Miejsce pobytu Pottera pozostaje tajemnicą od chwili, gdy opuścił Hogwart na koniec roku szkolnego, niebawem po Zwycięstwie w Hogsmeade...
Harry cisnął gazetę w kąt.
- Wspaniale! Teraz już cały świat wie, że zabiłem śmierciożercę!
- Wiesz, nikt cię za to nie wini - skomentował Ron, wskazując widelcem w kierunku porzuconego „Proroka". - Według tej gazety jesteś cholernym bohaterem.
- Nie czuję się jak bohater.
Ron wymienił z Ginny i Hermioną niepewne spojrzenia.
- Harry, o McFarlane'ie jest cały artykuł - zaczęła Ginny. - Był łajdakiem pod każdym względem, dlatego nawet jeśli nie walczyłbyś w obronie życia, to i tak można by powiedzieć, że oddałeś światu przysługę. Nie masz powodu, by się obwiniać!
Chłopak obdarzył ją uśmiechem.
- Wiem, ale jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłem. Poza tym wiesz, że zawsze nienawidziłem czytać o sobie w gazetach.
- Znasz przecież tych dziennikarzy - wtrąciła Hermiona z rozdrażnieniem. - Chwycą się każdej okazji, żeby pisać o tobie.
- Lepiej się ciesz, że nie wyniuchali, gdzie teraz mieszkasz - dorzucił Ron. - Nie miałbyś chwili spokoju. Tropiliby cię dzień i noc, żebyś tylko udzielił wywiadu.
Harry zaśmiał się.
- To chyba już wolę walczyć ze śmierciożercami.
o0o0o0o
Gryfon najedzony i pocieszony rozmową z przyjaciółmi skierował się na górę. W holu wejściowym spotkał Moody'ego.
- Tu jesteś, Potter - powiedział auror. - Muszę z tobą pogadać. Sam na sam.
Harry był zaskoczony prośbą, zwłaszcza że Moody raczej go dotąd ignorował. Zaciekawiony chłopak kiwnął głową, dając znak przyjaciołom, by poszli na górę bez niego. Auror zaczekał, dopóki nie znikli na pierwszym piętrze, po czym rozejrzał się badawczo, jakby sprawdzając, czy nikt ich nie śledzi.
- Nie mogę rozmawiać zbyt długo – zastrzegł się Harry. - Profesor Snape na mnie czeka.
- Snape'a nie ma - odrzekł Moody. - Dumbledore zlecił mu robotę do wykonania.
Harry zmarszczył brwi. Rozmawiał przecież z nauczycielem ledwie kilka godzin wcześniej i ten nie napomknął ani słowem, że go nie będzie. W zasadzie to nawet podkreślił, że Harry ma się stawić na lekcji. Mogło to jedynie oznaczać, że Snape został wezwany niespodziewanie. Chłopak zastanawiał się czy to dobry znak, czy wręcz przeciwnie.
Moody zerknął przez ramię ostatni raz, kierując Harry'ego w stronę biblioteki.
- Tutaj.
Gryfon wszedł do środka, a Moody zamknął za nim drzwi.
- O czym więc chciał pan ze mną mówić? - zapytał Harry.
- Słyszałem, że chcesz zostać aurorem.
- Zgadza się.
- Uważasz, że wiesz, co się z tym wiąże?
Harry naburmuszył się.
- Tak. Myślę, że wiem. Stałem twarzą w twarz z Voldemortem i jego śmierciożercami częściej niż niejeden auror.
Moody zarechotał.
- Potter, nie mówiłem, że jesteś tchórzem. Masz jaja; wiem o tym. Cholernie dobrze walczysz. Wczoraj poradziłeś sobie doskonale. Jednak żeby zostać aurorem, trzeba czegoś więcej. Auror musi przede wszystkim przestrzegać prawa, a ty masz skłonność do łamania zasad.
Moody oskarżycielsko wycelował palec w chłopaka.
- Pytam cię, Potter. Czy potrafisz przedłożyć prawo nad swoje własne zdanie, nad osobiste uczucia?
- Ja... No pewnie, że tak - odparł Harry, zaskoczony zaciętością starego aurora.
- Jesteś pewien? Bo jeśli nie, to będzie z ciebie więcej szkody niż pożytku.
- Jestem pewien - odrzekł Gryfon stanowczo.
Moody prychnął.
- Od ostatniego tygodnia czerwca zginęło pięciu śmierciożerców.
Uniósł prawą dłoń, rozstawiając palce.
- Pięciu. Każdy w podejrzanych okolicznościach. Pierwszego znaleziono martwego na Nokturnie. Zdarza się często, ale nie śmierciożercom. Wszyscy trzymają się od nich z daleka, bo nikt nie chce się narazić Sam-Wiesz-Komu. Tydzień później znaleźliśmy martwego mężczyznę w jego mieszkaniu. Badanie jego różdżki udowodniło, że sam rzucił na siebie zaklęcie. Ministerstwo uznało to za samobójstwo. Dwa tygodnie temu zginął kolejny. Wpadł pod pędzący motocykl i zginął na miejscu. Dwóch aurorów przebranych za mugolskich policjantów przesłuchało motocyklistę i paru innych świadków. Wszyscy zeznali, że kierowca nie jest winien, gdyż ofiara wypadku pojawiła się na środku jezdni dosłownie znikąd. Ministerstwo stwierdziło, że to wypadek przy teleportacji.
- Chwila moment, czytałem o nim w „Proroku" - przerwał Harry, marszcząc brwi w wyrazie skupienia. - Nazywał się Vincent Howard.
- Zgadza się, Potter. Niewielu ludzi wyłowiłoby tę informację z powodzi wiadomości. Żadnemu z tych zabójstw nie poświęcono dłuższej wzmianki, wierz mi.
- No bo po co? To tylko przypadkowe zgony. Niewiele miały wspólnego z wojną czy Voldemortem. Zabójca tego śmierciożercy na Nokturnie pewnie nie wiedział, kim on jest. Nikt się z tym przecież nie obnosi, racja? Samobójstwa też się zdarzają, tak samo wypadki przy teleportacji.
- Zatem wierzysz, że to wszystko przypadek?
Harry wzruszył ramionami.
- A co innego?
Moody zacisnął usta i przespacerował się wzdłuż biblioteki.
- No to jesteś w dobranym towarzystwie. Tak się składa, że większość moich kolegów i ludzi z ministerstwa myśli tak samo, jak ty. I tak samo jak ty się mylą. Możecie przymknąć na to oczy, ale ja nie wierzę w przypadki i ani przez chwilę nie sądziłem, że te zgony się ze sobą nie wiążą. Uważam, że ci ludzie zostali zamordowani.
Harry gapił się na Moody'ego z konsternacją.
- Żartuje pan.
- Dwa dni temu zginęło dwóch kolejnych. Wdali się w bójkę i pozabijali - tak to przynajmniej wyglądało. Jednak gdybyś miał więcej doświadczenia w walce i zobaczył ich stan, wiedziałbyś, że to było niemożliwe.
Gryfon zmarszczył brwi. Przyznawał wprawdzie, że prawdopodobieństwo pozabijania się nawzajem w bójce jest dosyć niskie, a pięć zgonów wśród śmierciożerców mogło wydawać się podejrzane, ale...
- Ja nie widzę, jak te wypadki mogą być ze sobą powiązane, nie mówiąc już o zabójstwie.
- Znane ci są efekty Imperiusa, czyż nie?
Harry kiwnął potakująco głową.
- Taki właśnie jest powód przynależności tego zaklęcia do kategorii Niewybaczalnych. Możesz zmusić kogoś, by walczył na śmierć i życie, by zabił przyjaciela, deportował się prosto pod nadjeżdżający samochód, a nawet zwrócił na siebie różdżkę. I dopóki nie złapią cię na gorącym uczynku, nie można udowodnić, że to ty jesteś winien.
Chłopak zadygotał.
- Uważa pan więc, że ktoś użył Imperiusa, by zamordować tych śmierciożerców?
- Zgadza się, i nawet kogoś podejrzewam.
- Kogo?
- Snape'a.
Harry'emu opadła szczęka. Gapił się na aurora z niedowierzaniem.
- No chyba pan zwariował.
- Doprawdy? Snape z pewnością ma motyw.
- On nie jest mordercą!
- Naprawdę? Jesteś pewien?
Harry niespokojnie przestąpił z nogi na nogę i postanowił zboczyć z niebezpiecznego tematu.
- Niech pan posłucha - powiedział spokojnym, rozsądnym tonem. - Nie wie pan na pewno, czy te zgony to morderstwa, a nawet jeśli, to Snape nie może być za nie odpowiedzialny. Do końca semestru był w Hogwarcie, a potem tutaj.
- Chłopcze, na brodę Merlina! Rusz trochę mózgownicą! Snape musiał tylko wyjść za próg i mógł teleportować się dokądkolwiek, ot tak! - Moody strzelił palcami. - I godzinę później leżałby już w swoim łóżku, a nikt by nic nie wiedział. Sądząc po tych zabójstwach, sprawca jest ekspertem w dziedzinie zarówno czarnej magii, jak i potajemnych działań. Poza tym przychodzi mi na myśl niewielu podejrzanych, którzy obraliby sobie za cel akurat śmierciożerców.
Harry spojrzał w bok. Bardzo nie chciał przyznawać Moody'emu racji, ale rozumowanie aurora nie było pozbawione podstaw. Poza tym Gryfon sam wiedział lepiej niż ktokolwiek inny o nocnych wycieczkach Snape'a. Czy mężczyzna naprawdę wychodził, żeby zabijać? Myśl, że Snape w ciągu dnia uczył go eliksirów, a w nocy mordował ludzi, wydawała się groteskowa. Samo przypuszczenie doprowadzało Harry'ego do mdłości.
- Czemu mi pan to mówi? - zapytał.
- Bo potrzebuję twojej pomocy.
- Mojej pomocy? - zdziwił się chłopak. - A w czym?
- Snape uczy cię eliksirów, czyż nie?
- Owszem - potwierdził Harry, kiwając głową i zastanawiając się, jakie to ma znaczenie.
- Sądzę więc, że spędzacie razem sporo czasu.
- W istocie - odparł Gryfon wymijająco, kiedy w jego umyśle zakiełkowało niejasne podejrzenie, że wie, dokąd go zaprowadzi cały tok rozmowy.
- Jak się wam układa?
Chłopak zgrzytnął zębami.
- Nawet, nawet.
Moody kiwnął głową, najwidoczniej usatysfakcjonowany.
- To dobrze.
- Chyba nie spodziewa się pan, że będę go szpiegował?
- Ależ tak. Mam dowód rzeczowy zebrany na miejscu przestępstwa. Potrzebuję tylko coś do porównania, coś należącego do Snape'a - włosy, paznokcie, kilka kropel krwi.
Harry wpatrywał się w Moody'ego wytrzeszczonymi oczami.
- Że co?
- Przecież to nie będzie trudne - skwitował auror, machając lekceważąco ręką.
- Nie zrobię tego! Nie będę się zaczajał, próbując zebrać dowody przeciw niemu!
- Czemu nie?
- Bo... - Harry zawahał się, nie umiejąc ubrać w słowa tego, co chciał powiedzieć. - Bo jest moim nauczycielem.
- Doprawdy, Potter! Chyba stać cię na lepszą wymówkę?
Gryfon sztyletował aurora wzrokiem.
- Jeśli będzie pan miał krew czy coś, użyje pan Zaklęcia Tropiciela?
Moody potrząsnął głową.
- To sprytny czar, ale zbyt prosty. Nie przebije się przez ochronne zaklęcia tego domu.
Auror zakreślił ręką koło i kontynuował:
- Poza tym można go zablokować innym czarem śledzącym. Próbowałem rzucić to zaklęcie, kiedy tu byłem tydzień temu, ale nie działało. Najwidoczniej Snape przedsięwziął jakieś środki ostrożności.
- A może to nie ta osoba?
- Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.
Harry zagryzł wargę.
- Próbował pan namówić Remusa, zgadza się? - zapytał podejrzliwie. Teraz już całkowicie wyjaśnił się sens podsłuchanej niegdyś rozmowy. Moody nie chciał, żeby Remus szpiegował Harry'ego. Od samego początku chodziło o Snape'a. - On odmówił, więc ja mam to zrobić?
- Lupin nie jest aurorem i nie ma takich aspiracji. A ty? Chcesz być aurorem czy nie?
- Pewnie, że chcę!
- No to zacznij myśleć i zachowywać się jak auror. Pracujesz na rzecz sprawiedliwości i nie wolno ci przymykać oczu na zbrodnię, nawet jeśli ofiara w pełni zasłużyła na to, co ją spotkało i nawet jeśli sprawca jest twoim nauczycielem. Powiedziałeś mi przed chwilą, że przedłożysz prawo nad swoje własne zdanie i osobiste uczucia. Podtrzymujesz to?
- Tak - odparł Harry żałośnie.
- Posłuchaj, Potter. Jeśli Snape popełnia morderstwa, trzeba go powstrzymać. A jeśli nie, to nic się nie stanie. Ty możesz go oczyścić z zarzutów.
Harry nie potrafił znaleźć argumentów. Może warto było udowodnić, że Snape był niewinny? Chyba nikomu by to nie zaszkodziło? Chłopak już wcześniej wiedział, że czasem aurorzy muszą robić przykre rzeczy w imię sprawiedliwości. Przygryzł usta i kiwnął niechętnie głową.
- Zgoda, spróbuję.
- Słuszna decyzja - potwierdził Moody, klepiąc Gryfona po ramieniu. - Upewnij się, że nikt nie wie o tym, co robisz. Nie chcemy, żeby Snape coś zwęszył. Rozumiesz?
- Tak - odparł Harry z grymasem.
Auror otworzył drzwi i uważnie rozejrzał się po holu. Potem spojrzał w tył, na Harry'ego.
- Postępujesz słusznie, Potter - upewnił chłopaka i pokuśtykał w kierunku wyjścia.
Harry obserwował go i próbował przekonać sam siebie, że auror miał rację. Nie mógł jednak przestać zadawać sobie pytania, czemu, skoro postępował słusznie, czuł się tak paskudnie?
o0o0o0o
Następnego ranka Harry szybko przejrzał „Proroka", zastanawiając się, czy ktoś z ludzi, którzy zmarli poprzedniego dnia, mógł być śmierciożercą. Wydawało mu się, że nie. Gazeta wspominała o dwóch czarodziejach i czarownicy. Wszyscy byli w podeszłym wieku i najwyraźniej zmarli z przyczyn naturalnych. Każdemu poświęcono krótką, ale pochlebną notkę.
Harry odłożył gazetę z ulgą i podniósł grzankę do ust, kiedy Snape wkroczył do kuchni i zajął swoje zwykłe miejsce przy drugim końcu stołu. Przerzucał pożółkłe strony jakiejś książki i jak zawsze nie zwracał uwagi na nikogo. Tymczasem Harry nie mógł oderwać od niego wzroku. Nie potrafił zapomnieć o podejrzeniach Moody'ego i stwierdził, że po raz pierwszy w życiu wolałby pozostawać w błogiej nieświadomości. Przez większą część nocy Harry przeleżał bezsennie, walcząc ze zgrozą ogarniającą go na myśl, że może właśnie gdzieś tam w mieście Snape kogoś morduje, a z drugiej strony zastanawiając się, czy jest w stanie dotrzymać obietnicy, że pomoże złapać nauczyciela na gorącym uczynku.
Harry oczywiście zdawał sobie sprawę, że Snape jest zdolny do morderstwa. Chłopak przecież o mały włos nie został świadkiem, jak nauczyciel zabija sześciu sługusów Voldemorta, którzy zaatakowali ich po drodze z pogrzebu pani Weasley. Musiał to zrobić, żeby jego rola podwójnego agenta pozostała w ukryciu. Jednak była różnica między tym a polowaniem na śmierciożerców nie stanowiących aktualnie żadnego zagrożenia; taka różnica między jak między zabijaniem wrogów na wojnie i morderstwem z zimną krwią.
Harry poczuł szturchnięcie w żebra i rozejrzał się. Ginny wpatrywała się w niego pytająco.
- Co jest? - zapytała szeptem, wskazując oczami Snape'a.
- Nic - odparł Harry nonszalancko, ale Ginny nie wyglądała na przekonaną.
- To co dzisiaj robimy? - zapytał Ron. - Szachy? Eksplodujący Dureń?
- Musisz skończyć pracę domową - wtrąciła Hermiona. - Nawet jeszcze nie zacząłeś pisać wypracowania dla profesor Sprout.
Ron zlekceważył ją i zwrócił się w stronę Harry'ego.
- Dostałem wczoraj najnowszy magazyn o quidditchu.
- Pan Potter ma dzisiaj do odrobienia lekcję eliksirów z czwartku - odezwał się Snape tak nagle, że wszyscy podskoczyli. Nauczyciel zerknął na Harry'ego z uśmieszkiem. - Sądzę, Potter, że o tym nie zapomniałeś?
Harry rzecz jasna zapomniał, ale nie zamierzał się do tego przyznawać.
- Oczywiście, że nie.
- Zatem spotykamy się w pracowni za dziesięć minut - oznajmił Snape, podniósł się i wyszedł.
- Dupek! - wykrzyknął Ron z oburzeniem. - A ja myślałem, że da ci chwilę wytchnienia po tym, co przeszedłeś.
- Daj spokój, Ron - wtrąciła Ginny z udawaną powagą. - Snape najwyraźniej tak polubił towarzystwo Harry'ego, że dzień bez niego uważa za stracony.
Gryfon, słysząc to, przewrócił oczami.
- Jaka szkoda, że nie odwzajemniam tego uczucia. Lepiej jednak tam pójdę, żeby nie dawać mu powodu do przedłużania tego o kolejny dzień.
Skierował się do pracowni szczerze pragnąc, żeby móc być gdziekolwiek indziej. Panicznie bał się nie tyle samej lekcji, co przebywania w jednym pomieszczeniu z człowiekiem, który mógł okazać się mordercą. Nagle w głowie Harry'ego rozbrzmiały słowa Snape'a, które ten wypowiedział ostatniej nocy:
Morderstwo to samolubny, niczym nieuzasadniony postępek, zrodzony przez najmroczniejsze pragnienia zabójcy. Nie jesteś mordercą, Potter, i bez względu na to, jak wiele razy możesz być zmuszany zabijać, nigdy nim nie zostaniesz. Znam twój umysł dostatecznie dobrze, by to wiedzieć.
Dla Harry'ego słowa te oznaczały tylko tyle, że Snape wypowiadał się jak osoba doskonale zorientowana we wszystkich aspektach popełniania morderstwa. Chłopak za wszelką cenę próbował odpędzić tę myśl, kiedy przekraczał próg pracowni i zasiadał za stołem. Tymczasem Mistrz Eliksirów zaczął wykład, zanim Harry zdążył usiąść.
- Istnieje wiele eliksirów, których skutki, gdyby były spowodowane przez zaklęcia, zaliczono by do czarnej magii - zaczął Snape. - Najoczywistszym przykładem są trucizny. Wprawdzie nie wszystkie są śmiertelne, za to każda z nich wywiera niepożądane działanie na tych, którzy je zażyli.
Harry na pół świadomie przebiegł w myślach listę zamordowanych śmierciożerców. Wprawdzie żadnego z nich nie otruto, ale nie świadczyło to o winie bądź niewinności Snape'a.
- Jednakowoż o wiele bardziej zdradzieckie są liczne eliksiry usidlające umysł - kontynuował nauczyciel. - Najbardziej znane są eliksiry miłosne. Podczas gdy większość z nich to głównie efekt myślenia życzeniowego lub bajki staruszek, istnieje kilka mikstur, które są w stanie zawrócić komuś w głowie. Najgroźniejszym eliksirem pozwalającym kompletnie omotać ofiarę jest Wywar Imperius. Działa on podobnie jak klątwa, poddając wolę ofiary rozkazom warzyciela. Jednak w przeciwieństwie do klątwy, eliksiru nie można zwalczyć. Kiedy dostanie się do krwiobiegu, osoba poddana jego wpływowi jest bezsilna przez jedną godzinę, chyba że zostanie zaaplikowane antidotum. Pokrewna kategoria eliksirów to te zmieniające nastrój...
Harry nie słyszał już dalszego ciągu. Opowieść o Wywarze Imperius doskonale pasowała do całej sprawy z morderstwami śmierciożerców. Eliksir nie był wprawdzie tak poręczny jak klątwa, lecz chłopak był pewien, że Snape byłby z pewnością w stanie wmanewrować każdą ofiarę tak, żeby go zażyła.
- Potter, czy ty słuchasz?
Harry zerknął na nauczyciela ze zmieszaniem.
- Przepraszam pana.
Snape spochmurniał.
- Jako że widocznie nie potrzebujesz żadnych instrukcji, zostawiam cię, żebyś mógł sam uwarzyć antidotum na Płynną Melancholię - warknął.
Nauczyciel odwrócił się i odszedł do swojego stołu, gdzie zajął się bulgocącym w kociołku eliksirem. Harry zerknął do swojego pustego kociołka i na rządek ingrediencji, ale przez cały czas nie mógł się powstrzymać od zerkania kątem oka na Snape'a. Gryfon zastanawiał się nad tym, co by się stało, gdyby to Mistrz Eliksirów okazał się sprawcą tych wszystkich zabójstw. Z pewnością straciłby pracę. Czy zesłano by go do Azkabanu? Jeśli tak, co stałoby się z Zakonem i jego wysiłkami, by przeciwstawić się Voldemortowi?
- Potter, nigdy tego nie skończysz, jeśli będziesz tracił czas obserwując mnie - skomentował Snape z irytacją, skrobiąc coś w notesie.
Harry drgnął i odwrócił wzrok, jednak po chwili zerknął na nauczyciela bojaźliwie. Mężczyzna wpatrywał się w niego niecierpliwie.
- O co chodzi?
- Nic - odparł chłopak szybko. Zawahał się przez chwilę, zanim kontynuował: - Tak się tylko zastanawiałem... powiedział pan, że wiele eliksirów działa podobnie jak czarna magia; trucizny i tak dalej. Czy to znaczy, że tylko czarnoksiężnik może ich używać?
Snape wyglądał na zmieszanego i zaskoczonego faktem, że Harry zainteresował się lekcją na tyle, że zadał pytanie.
- Potter, eliksiry nie są jak zaklęcia. Tutaj nie trzeba mieć złowrogich zamiarów ani podczas przygotowania, ani podczas użycia. Dlatego każda osoba z należytą znajomością rzeczy jest w stanie uwarzyć i zastosować taki eliksir.
- Jest w stanie, ale czy by to zrobiła?
Nauczyciel wzruszył ramionami i odwrócił się do kociołka.
- Ludzie imają się różnych środków, zwłaszcza w tarapatach.
- A pan by użył tego eliksiru?
Snape popatrzył na Gryfona ostro. Oczy mu rozbłysły, a potem zwęziły się podejrzliwie. Harry starał się robić jak najbardziej beznamiętną minę i zmuszał się, by nie odwracać wzroku, ale na wszelki wypadek oklumował swój umysł z całą siłą. Wreszcie mężczyzna się odezwał.
- W pewnych okolicznościach tak, użyłbym go.
Harry poczuł się, jakby podłoga uciekła mu spod stóp.
- Zatem mówi pan, że cel uświęca środki?
- Mówię, że aurorom wolno w imieniu prawa używać Niewybaczalnych. Eliksiry nie są gorsze pod tym względem.
- Jednak skoro używamy takiej samej strategii jak przeciwnicy, czy nie stawia to nas na równi z nimi? Jeśli zdecydowalibyśmy użyć wszelkich możliwych środków, by osiągnąć cel, jak możemy twierdzić, że jesteśmy lepsi od tych, przeciw którym walczymy?
Harry umilkł. Snape tymczasem stał wciąż bez ruchu z tą samą nic nie zdradzającą miną jaką miał dwie noce temu, gdy chłopak nazwał go ekspertem od poczucia winy.
- Zważywszy, że niejeden uznałby szpiegostwo za mniej niż honorowe, powiedziałbym, że odpowiedź na to pytanie zależy w dużej mierze od osoby, która na nie odpowiada - odparł Snape tonem wybitnie neutralnym. - Każdy sytuacja jest wyjątkowa, dlatego generalizowanie nic tutaj nie da. Chyba że masz coś konkretnego na myśli?
Gryfon czuł, że zaschło mu w ustach.
- Nie - wyszeptał, nie podnosząc wzroku.
- Zatem sugeruję, byś skupił się na swojej pracy - skwitował Snape i zajął się swoim kociołkiem. Harry nie odważył się spojrzeć na nauczyciela ponownie i zrobił to samo.
o0o0o0o
Mistrz Eliksirów dorzucił do kociołka kilka włosów jednorożca i zerknął na Pottera. Przez ostatnie piętnaście minut chłopak nie zajmował się niczym poza pracą i najwidoczniej starał się nie zwracać na siebie żadnej uwagi. Snape uśmiechnął się krzywo. Niezależnie od faktu, że Potter był teraz kompetentnym oklumentą, wciąż nie nauczył się ukrywać uczuć. Jak na dłoni było widać, że targają nim spore emocje.
Snape nie potrzebował jakichkolwiek wskazówek, by zgadnąć, co dzieje się w umyśle chłopaka. Po tym, jak Gryfon dociął mu ostatnio na temat poczucia winy, teraz zaczął wytykać jego niedoskonałe standardy moralne. Sprawa była jasna jak słońce - ostatnie wypadki w Londynie zmusiły Pottera do głębszego przemyślenia kwestii uczynków, które mógł przebaczyć sobie i innym, szczególnie zaś swojemu nauczycielowi.
Niezależnie od kierunku, jaki obrały te przemyślenia, opinia Pottera o nim była kryształowo przejrzysta. Mieszanina zgrozy i wstrętu odbijająca się w tych zielonych oczach za każdym razem, gdy chłopak na niego patrzył, nie pozostawiała miejsca na wątpliwości. Ponieważ Snape nie zrobił mu nic, co mogłoby spowodować taką reakcję, nasuwał się tylko jeden wniosek: Potter przemyślał ponownie sprawę naiwnego rozgrzeszenia, którego tak pochopnie udzielił swojemu nauczycielowi półtora miesiąca temu, i całkowicie zmienił zdanie.
Najwyższy czas.
Niektórych rzeczy nie można było wybaczyć, a przynajmniej nie tak łatwo i bez reszty, jak Potter udawał, że można. Mistrz Eliksirów był świadom, że ta farsa nie potrwa długo i odczuwał ulgę na myśl, że chłopak wreszcie poszedł po rozum do głowy. W ciągu ostatniego miesiąca trzymanie go na dystans stało się naprawdę męczące.
Przez pierwsze dwa tygodnie wakacji Gryfon nieustannie próbował wciągać nauczyciela w rozmowę, kierowany mylnym przekonaniem, że poza szkołą uda mu się nawiązać z nim bliższą i bardziej osobistą więź. Jednak po paru tygodniach lodowatego chłodu ze strony Snape'a chłopak zdaje się w końcu zrozumiał, że ten niespecjalnie ma na takową bliskość ochotę. Niestety, sprawa nie stała się przez to łatwiejsza, gdyż Potter przestał wprawdzie go zaczepiać, natomiast zaczął się dąsać, co było chyba jeszcze gorsze. Rozczarowanie chłopaka było doskonale widoczne, czego Lupin nie omieszkał Snape'owi wytknąć, co doprowadziło tego ostatniego do furii.
Jego zadaniem było ochronić Pottera ze względu na jego istotną rolę w przyszłym zwycięstwie nad Czarnym Panem. Dla Snape'a tylko to się liczyło, więc był z chłopakiem szczery na tyle, na ile mógł. Zrobiłby wszystko, co w jego mocy, żeby ujrzeć kiedyś upadek wroga - nawet zniósłby towarzystwo Pottera, ale nie zamierzał się z nim zaprzyjaźniać. Obiecał sobie, że nigdy do tego nie dojdzie. Sama myśl o tym była absurdalna! Od dnia, kiedy został zmuszony obnażyć swoją duszę przed chłopakiem, niewiele było rzeczy, których chciał uniknąć bardziej niż bliższa relacja z Harrym Potterem. Czy Gryfon był naprawdę tak tępy, że nic z tego nie pojmował?
Mistrz Eliksirów zerknął na swojego ucznia i gorzki uśmiech wypłynął mu na usta. Zdaje się, że jednak Potter pojął w końcu przesłanie. Nagle zaczął sprawiać wrażenie, że czuje się w towarzystwie nauczyciela tak samo nieswojo, jak Snape w jego obecności. Dziwna nietowarzyskość chłopaka bardzo odpowiadała nauczycielowi. Im większy był między nimi dystans, tym lepiej Snape mógł się skupić na ich wspólnym celu - pokonaniu Czarnego Pana. Uśmiechając się do siebie pod nosem, Mistrz Eliksirów odwrócił się do swojego kociołka, czując się swobodnie po raz pierwszy od Zwycięstwa w Hogsmeade.
o0o0o0o
Kolejne dni stały się dla Harry'ego najgorszą udręką, jakiej kiedykolwiek doświadczył w domu przy Grimmauld Place. Po pierwsze, jak się okazało, niełatwo było zebrać dowody, których żądał Moody. Snape utrzymywał pracownię i składzik w idealnym porządku. Nie znalazłoby się tam nawet większego kłębka kurzu, nie wspominając już o krwi, włosach czy kawałkach paznokci. Poza tym Mistrz Eliksirów nie zostawiał nigdzie swoich osobistych rzeczy, nie wieszał nawet swojej peleryny w holu. Każdy najmniejszy drobiazg trzymał w sypialni lub w gabinecie, zamkniętym na cztery spusty i z pewnością doskonale strzeżonym. Najwidoczniej Snape nie ufał nikomu nawet tutaj, w kwaterze głównej Zakonu Feniksa.
Po drugie, kolejną udręką były lekcje eliksirów. Już wcześniej dość przykre, teraz stały się niemal nie do zniesienia. Harry ledwo mógł się skoncentrować w obecności nauczyciela i cierpiały na tym jego wyniki. Jednak to nie błędnie uwarzone eliksiry były największym zmartwieniem chłopaka. Było nim zachowanie Snape'a.
Być może Gryfon popadał w paranoję z powodu nieczystego sumienia, ale wciąż mu się zdawało, że nauczyciel coś podejrzewa. Harry wiedział, że Snape nie stosował legilimencji, a jednak mężczyzna uśmiechał się pod nosem w taki sposób, jakby przejrzał ucznia na wylot i doskonale wiedział, jaki spisek zawiązano przeciw niemu. Nie wydawał się jednak w ogóle przejmować i to najbardziej podsycało niepokój Harry'ego. Snape sprawiał wrażenie, że jest zadowolony. Czyżby był tak pewny, że nie da się udowodnić jego winy? A może czerpał sadystyczną satysfakcję z obserwowania, jak chłopak aż się skręca na jego zajęciach?
Gryfon zmusił się, żeby odsunąć te myśli. Wziął poranne wydanie „Proroka" do ręki, zamierzając przejrzeć nekrologi. Nagle jego uwagę zwrócił krótki artykuł u dołu strony.
Śmierciożerca ofiarą mugolskich bandytów.
W dniu wczorajszym w godzinach późnowieczornych Ofelia Brosnan (42 l.), od dawna poszukiwana przez Ministerstwo Magii, niezwykłym, jak się zdaje, zrządzeniem opatrzności została zadźgana nożem w jednym z zaułków na East End w Londynie. Sprawcami byli prawdopodobnie mugolscy rabusie. Ciało zostało znalezione przez mugoli jeszcze przed przybyciem aurorów i sprawą zajmowała się policja, dlatego też nie są znane dokładne szczegóły. Nie było żadnych świadków. Aurorzy zdołali jedynie ustalić, że Brosnan została pchnięta nożem w serce i obrabowana, aczkolwiek nie wiadomo, na co przydały się złodziejom galeony, sykle i knuty...
Harry wpatrywał się w artykuł. Bardzo chciał wierzyć, że to mugole napadli Ofelię Brosnan, ale coś w głębi duszy mówiło mu, że to nieprawda. Pasowało to aż nazbyt dobrze do pozostałych historii: niezwykły przypadek, zbyt dziwny, jeśli brało się pod uwagę fakt, że był to szósty śmierciożerca, który poniósł śmierć w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.
- Harry, co tam czytasz? - zapytała Ginny, zaglądając mu przez ramię.
- Nic - odparł zbyt szybko i zamknął gazetę.
Dziewczyna patrzyła na niego z niedowierzaniem. Odwróciła wzrok, słysząc skrzypnięcie otwieranych kuchennych drzwi i zrobiła zaskoczoną, ale uradowaną minę.
- Tata!
Wstała, żeby przywitać się z ojcem, który wszedł właśnie do kuchni w towarzystwie Lupina i Tonks. Harry, Hermiona i Ron też wstali ze swoich miejsc. Pan Weasley przytulił córkę mocno, uścisnął też Hermionę. Rona i Harry'ego poklepał po ramieniu.
- Tato, co ty tu robisz? - zapytał Ron. - Myślałem, że siedzisz w ministerstwie.
- Siedzę, ale musiałem spotkać się z Remusem. Pomyślałem więc sobie, że wpadnę was wszystkich odwiedzić.
- Arturze, zapraszamy na śniadanie.
Lupin wskazał na stół i wszyscy usiedli. Pan Weasley wysączył łyk herbaty i zwrócił się do Harry'ego. Uśmiechał się, ale brwi miał zmarszczone w wyrazie niepokoju.
- Jak tam, Harry, wszystko w porządku?
- Tak, proszę pana. Wszystko gra.
- Narobiłeś ostatnio niezłego zamieszania w ministerstwie.
Chłopak poczuł, że się czerwieni. Dokuczała mu świadomość, że po raz kolejny był odpowiedzialny za wystawienie Rona i Ginny na niebezpieczeństwo.
- Przepraszam. Powinienem był wiedzieć...
- Ale Harry, ja cię nie obwiniam - przerwał pan Weasley niecierpliwym gestem. - Przecież to nie twoja wina. Musisz jednak zrozumieć, że niektórzy ludzie w ministerstwie - wpływowi ludzie - stali się przez to dość drażliwi.
- Co masz na myśli? - wtrącił Ron.
- Uważają, że Harry jest zagrożeniem - powiedział Lupin bez ogródek. - A takie wypadki jak ten ostatni tylko wzmacniają to przekonanie.
Pan Weasley westchnął.
- Tak, Ian Day wpadł w szał.
- Kto? - spytał Ron.
- Szef Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego.
Ginny zmarszczyła brwi.
- Nigdy nie słyszałam o istnieniu takiego departamentu.
- Nie sądzę, byś słyszała - odrzekł pan Weasley. - Został stworzony rok temu w celu rozpoznawania zagrożeń bezpieczeństwa publicznego i lepszej koordynacji działań obronnych związanych z powrotem Sami-Wiecie-Kogo. Na początku działał sprawnie, teraz jednak zaczęli przekraczać swoje uprawnienia, zwłaszcza od kiedy posadzili Daya na stołku. Wtyka nos wszędzie, gdzie tylko może, nawet do Urzędu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli.
- Próbował przejąć kontrolę nad Biurem Aurorów - włączyła się Tonks z niespotykaną u niej powagą. - Chce, żebyśmy mu podlegali, by mógł „lepiej koordynować działania obronne". Stek bzdur. Zależy mu tylko na władzy, którą mu dałoby mu zwierzchnictwo nad aurorami. Nasz szef z nim walczy, ale Day jest cwany i wie, którą strunę trącić, żeby wszyscy tańczyli, jak im zagra.
- Teraz zaś zwrócił uwagę na ciebie - dodał pan Weasley, patrząc na Harry'ego znacząco.
- Dlaczego?
- Pewnie dlatego, że wszyscy uważają cię za klucz do zwycięstwa nad Voldemortem - odrzekł Remus, uśmiechając się krzywo. - Każdy, kto pożąda władzy, będzie się tobą interesował.
- Czy to on postanowił, że przez całe lato mam nigdzie nie wychodzić? - domyślił się Harry.
Pan Weasley kiwnął głową.
- Zgadza się, ale musisz zrozumieć, że dla ciebie i dla nas leży na szali coś więcej niż chwilowe niedogodności. Po ataku w Londynie Day stwierdził otwarcie, że powinieneś się znaleźć w odpowiednim miejscu pod odpowiednią strażą.
- Co? - wykrzyknęła Ginny. - Chce aresztować Harry'ego?
- Nie mogą tego zrobić - powiedziała Hermiona z mocą. - Harry nie zrobił nic złego.
Pan Weasley sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego. Uniósł dłoń, uciszając protesty.
- W zasadzie Day już prawie osiągnął swój cel - powiedział. - Dlatego, Harry, musisz być bardzo ostrożny. W tej chwili wprawdzie większość ludzi w ministerstwie, w rękach których leżą decyzje, nie bierze poronionych pomysłów Daya na poważnie. Niebawem wracasz do Hogwartu i wszyscy sądzą, że tam będziesz bezpieczny. Wystarczy jednak kolejna taka awantura w miejscu publicznym, Merlinie broń w szkole, i będzie katastrofa. Nie wolno ci dać im pretekstu do wystąpienia przeciw tobie.
Wszyscy zgodnie spojrzeli na Gryfona. Ten zerknął na nich i wzruszył ramionami.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy.
- Tylko tyle masz do powiedzenia? - zapytała Hermiona chłodno, wciąż rozzłoszczona.
- Co więcej mam powiedzieć? - odpalił Harry. - Zrobię wszystko, by nie narazić się na atak Voldemorta lub śmierciożerców gdzieś na ulicy, ale nie mogę dać stuprocentowej gwarancji, że do tego nie dojdzie. Nie schowam się w jaskini. Jest wojna, a ja mam w niej do odegrania swoją rolę. Nie pozwolę, żeby Voldemort mnie powstrzymał, tak samo jak nie pozwolę, by terroryzował mnie jakiś idiota z ministerstwa.
Chłopak spojrzał na pana Weasleya.
- Dziękuję panu za ostrzeżenie. Doceniam to.
- Cieszę się - odparł Artur. - A teraz muszę już iść.
Wysączył resztkę herbaty, pocałował Ginny w czoło i skinął głową wszystkim pozostałym, zanim wyszedł.
- Zupełnie jakbyśmy nie mieli dość kłopotów - zrzędził Ron. - Ci w ministerstwie chyba powariowali.
- Voldemort zasiał wśród ludzi niewyobrażalną panikę - odparł Remus, potrząsając smutno głową. - Sądzę jednak, Harry, że w tym momencie możesz nie przejmować się Dayem. Dumbledore ma w ministerstwie spotkania co tydzień i już zadba o to, żeby Day nie przegadał tych, co myślą rozsądniej.
- To wspaniale. Mam już zbyt wiele rzeczy na głowie - skwitował Harry, zerkając na zegar. - Na przykład zajęcia z eliksirów.
Wepchnął połowę tosta do ust i wybiegł z kuchni. W holu zatrzymał go Moody. Złapał Harry'ego za ramię i bez słowa popchnął w kierunku jadalni, zamykając za nim drzwi.
- I co, Potter?
Gryfon nie był zadowolony z tego spotkania.
- Nic. Nie znalazłem nic z tego, o co pan prosił.
Moody popatrzył na niego chmurnie.
- Potter, musisz to zrobić. Ostatniej nocy znowu zginął śmierciożerca.
- Wiem, czytałem gazetę! Ale wie pan, włosy, krew i paznokcie nie leżą sobie ot tak dookoła czekając, aż ktoś podniesie je z podłogi! Co pan sobie wyobraża, że utnę mu kosmyk włosów, jak odwróci się plecami?
Moody skrzywił się i burknął pod nosem, niechętnie przyznając chłopakowi rację. Nadzieja Harry'ego, że auror może zrezygnuje, okazała się jednak płonna.
- Musisz więc sprawdzić jego sypialnię.
- Mam włamać się do jego sypialni? - powtórzył Harry, wlepiając w mężczyznę niedowierzające spojrzenie. - Jeszcze mi życie miłe!
- Posłuchaj. Snape nigdy nikomu nie mówi, gdzie i kiedy spotyka się ze śmierciożercami. Wiemy jednak, że kontaktuje się z nimi co najmniej raz w tygodniu. Mimo wszystko udało mi się dowiedzieć, że dzisiaj w nocy ma coś w planach. Powinno go nie być w domu przez co najmniej godzinę.
Gryfon sceptycznie zmarszczył brwi.
- A niby skąd pan to wie?
Uśmiech zadowolenia wykrzywił zniekształconą twarz aurora.
- Nawet Snape nie może utrzymać w sekrecie wszystkiego co robi. Musisz tylko baczyć, kiedy opuści dom. Powinieneś mieć aż nadto czasu, żeby znaleźć to, czego nam trzeba.
- Pod warunkiem, że nie rzucił jakichś paskudnych czarów ochronnych, od których posiwieją mi włosy albo cały pokryję się bąblami. Jak to wytłumaczę?
- Nie łam sobie nad tym głowy. Znam się co nieco na ochronie. Idź na lekcję i upewnij się, że Snape będzie zajęty, a ja tymczasem zerknę na drzwi do jego kwatery. Dam ci później znać, jakie nałożył zaklęcia i jak je ominąć. No i pamiętaj, Potter - przede wszystkim stała czujność.
Moody otworzył drzwi i przeszukał wzrokiem wnętrze holu, po czym skinął na Harry'ego. Ten wyszedł zupełnie sfrustrowany. Im wyżej jednak wspinał się po schodach, tym bardziej złość na Moody'ego przeradzała się w strach przed spotkaniem ze Snape'em. Rozmyślania o zabójstwie Brosnan wywołały w Harrym wspomnienie krwawej śmierci McFarlane'a. Czy Brosnan też wykrwawiła się doszczętnie w jakimś londyńskim zaułku? Czy Snape zaskoczył ją w ciemności i zamordował, czy rzucił na nią Imperiusa, żeby ją sobie podporządkować? A może kazał jej, żeby sama to zrobiła? Ta myśl spowodowała, że Harry zadrżał. Było mu niedobrze, zarazem jednak budziło się w nim inne uczucie, przezwyciężające nawet zgrozę. Był to gniew.
Co Snape sobie w ogóle wyobrażał? Czy już kompletnie zwariował? Czy naprawdę nie mieli już dość kłopotów, że narażał bezpieczeństwo Zakonu, wdając się w coś tak bezmyślnego i niedorzecznego? Gryfon lepiej niż ktokolwiek inny zdawał sobie sprawę z tego, co nauczyciel przecierpiał z rąk sługusów Voldemorta, ale morderstwo z zemsty nie było dobrym rozwiązaniem! Z każdym kolejnym pokonywanym stopniem w Harrym narastała furia, mimo że nie zdawał sobie z tego sprawy. Denerwował go też fakt, że nie mógł przeprowadzić z Mistrzem Eliksirów bezpośredniej konfrontacji. Dopóki co Harry widział tylko dwa wyjścia z całej sytuacji: albo Snape zginie z rąk tych, których szpiegował, albo zamkną go w więzieniu za mordowanie ich.
Cóż, widocznie woli dać się zabić lub zamknąć w więzieniu, byle tylko mi nie pomóc, pomyślał Harry z goryczą.
Stanął przed drzwiami pracowni i wziął głęboki oddech. Moody potrzebował czasu, by obejrzeć drzwi do kwater Mistrza Eliksirów, więc Harry nie mógł pozwolić, by nauczyciel zaczął coś podejrzewać. Nagle poraziła chłopaka groteskowa myśl, że do oszukiwania Snape'a używał teraz tych samych umiejętności, których wcześniej się od niego wyuczył. Z trudem odparł nagły atak poczucia winy i potrząsnął niecierpliwie głową. Mistrz Eliksirów też wszystkich okłamywał, a był winien znacznie gorszych rzeczy niż Harry. Poza tym auror nie powinien pozwolić, by emocje zaćmiły w nim poczucie obowiązku. Były to słowa Moody'ego, a on chyba wiedział, co mówi. Czepiając się tej jednej myśli, Gryfon wszedł do pracowni.
o0o0o0o
Lekcja przebiegła lepiej, niż Harry się spodziewał. Snape zaczynał właśnie warzyć comiesięczną porcję Eliksiru Tojadowego, a poza tym sporządzał jeszcze jakieś inne mikstury. Niewiele więc uwagi poświęcał uczniowi. Powiedział tylko parę zdań o eliksirze, który Gryfon miał przygotować, i pozostawił go w spokoju. W efekcie nastrój chłopaka znacznie się poprawił. Po zajęciach Harry zszedł na dół i zauważył, że Moody czai się w bibliotece udając, że szuka czegoś na półce z książkami. Auror był sam, więc Harry rozejrzał się i upewnił, że nikt go nie widzi, po czym wszedł do biblioteki.
- Może pomóc szukać? - zapytał z lekkim uśmieszkiem.
- Pewnie - odparł Moody i podał Gryfonowi książkę. - Zerknij, czy znajdziesz tam coś o ochronie przed atakiem olbrzymów.
Harry przejrzał książkę i znalazł kawałek pergaminu z listą czarów i ich przeciwzaklęć wypisanych obok zaskakująco regularnym charakterem pisma. Chłopak przyjrzał się jej i wsunął do kieszeni.
- Przykro mi, nic tu nie ma.
- Szkoda.
Moody zaczął odkładać książki na regał i Harry zrobił to samo.
- Co mam z tym zrobić, jak już znajdę? - spytał cicho.
- Po prostu trzymaj przy sobie. Jutro wieczorem przyjdę i to zabiorę. Nie zapomnij rzucić zaklęć ochronnych ponownie, bo Snape się zorientuje, że ktoś wchodził do jego sypialni.
Chłopak przewrócił oczami.
- Proszę mi wierzyć, nie zapomnę. Nie chcę, żeby się dowiedział...
Głos zamarł mu w krtani. Tymczasem stary auror zaczął odwracać się w kierunku wyjścia, ale Harry złapał go za ramię.
- Co się z nim stanie?
Moody zawahał się i Gryfon po raz pierwszy zobaczył błysk współczucia w jego zdrowym oku.
- To już sprawa ministerstwa – odrzekł auror miękko.
- Ale przecież musi pan wiedzieć.
- Ministerstwo jest ostatnio nieprzewidywalne. Nie powinniśmy zapuszczać się w gąszcz domysłów, jaki będzie werdykt. Mamy za zadanie zapobiegać zbrodniom, nie ferować wyroki. Skup się na robocie, Potter.
Harry kiwnął żałośnie głową, a Moody poklepał go po ramieniu.
- Powodzenia.
Auror wyszedł, a Gryfon opadł na sofę. Ogarniał go ten sam niepokój co tamtego dnia, kiedy obiecał Moody'emu pomoc w szpiegowaniu Snape'a. Harry nie mógł przestać myśleć o tym, co stanie się z nauczycielem. Po tym, co sam przeszedł w trybikach urzędniczej sprawiedliwości, nigdy nie miał zbyt wiele zaufania do ministerstwa, a po ostrzeżeniu pana Weasleya resztki owego zaufania uleciały bezpowrotnie. Zastanawiający był też komentarz Moody'ego o „nieprzewidywalności" ministerstwa...
Chłopak westchnął z irytacją. Nie mógł martwić się o wszystko i wszystkich. Wiem, że pomagając Moody'emu postępuję słusznie, powtarzał sobie, ale wcale nie czuł się do końca przekonany.
