Witam! Bardzo dziękuję za komentarze i zachęcam do zostawiania kolejnych! Ostatnio mam sporo nauki, ale będę starała się byście nie musieli czekać baaaardzo długo na kolejny rozdział. Pozdrawiam i życzę miłej lektury! :)
- Nie mogę oddychać!
Livia sapnęła głośno. Nienawidziła gorsetów, nie mogła w nich swobodnie się poruszać. Trzy służki sumiennie odziewały ją w długą, powiewną suknię w kolorze miodu, ściskały i upinały, zarzucały fantazyjnie kolejne warstwy gładkiej tkaniny. Głowa pulsowała jej lekkim, ale irytująco nieustającym bólem, zwłaszcza po porannej wizycie Earla Eamona, którego zdecydowano się w końcu wpuścić do jej komnaty.
- Przepraszam, ale nie można inaczej, pani!- drobne dłonie nie drżały już aż tak bardzo. Elfki przekonały się, że nie muszą niczego obawiać się ze strony Bohaterki, była łagodna i zawsze bardzo uprzejma. Nigdy na nic nie narzekała, nie zwracała się do nich w formie rozkazów i nakazów, wygłaszała jedynie prośby. Kilka razy zostawiła dla nich jakieś łakocie, podstępem podkradzione z kuchni, choć wiedziała, że wystarczyło skinienie aby dostała co tylko zapragnie. Takie niewinne podkradanie słodyczy pozwalało jej jednak trochę oderwać się od pompatycznego przepychu, którego z każdym dniem miała coraz bardziej dosyć.
Kiedy skończyły, stanęły przed nią w rządku i przyglądały się jej jak rzeźbiarz wyszukujący niedociągnięć i błędów w swoim dziele. Nie wyglądały na usatysfakcjonowane. Na ich krytycznych obliczach malowało się niezadowolenie.
- To takie nie w twoim stylu, pani.- Skrzywiła się ciemnoskóra kobieta z taśmą mierniczą przewieszoną przez ramię i przeczesała palcami burzę ciemnych loków. Była to jedna z krawcowych sprowadzonych przez Anorę, nazywała się Cynthia i pochodziła z Nevarry. W sumie przyszła królowa zaprosiła na zamek aż cztery krawcowe, ale jej suknię ślubną szyła artystka z Val Royeaux, wybrana w drodze konkursu na najpiękniejszy projekt... Już sam tytuł wydawał się niedorzeczny, nie była zwyczajną krawcową, była artystką sukna. Livia mogła się tylko domyślać jakie dzieło stworzy kobieta, która w swoim życiu szyła dla orlesiańskiej szlachty, odziewała kobiety, które dobierały sukienki pod kolor maski, a pantofle pod kolor pomadki do ust. W głębi serca czuła lęk przed ujrzeniem Anory na ślubnym kobiercu. Nie chodziło o zwyczajną niechęć, bo to oczywiste, że nie miała ochoty oglądać całego tego cyrku z Alistairem w roli głównej. Chodziło o strach przed miażdżącym poczuciem porażki. Anora miała wszystko czego nie miała Livia. Szlachetną urodę, piękne rysy, złociste włosy, wyprostowaną, monarszą postawę trenowaną od dziecka, nienaganne maniery i zawsze wiedziała jak rozmawiać z ludem. Livia mogła się założyć, że ta kobieta nigdy nie miała tremy przed publicznymi wystąpieniami...
Ach, zupełnie by zapomniała... Przede wszystkim była człowiekiem. Do tego szlachcianką. Jakim cudem Livia mogłaby konkurować z kimś takim? Miała jedynie nadzieję, że jej suknia będzie tak orlesiańska jak tylko się da- śmieszna i niewygodna.
- Spróbujemy inaczej, pozwolisz, pani?
Elfka skinęła głową, patrząc nieprzytomnie przed siebie, zamyślona i przerażona perspektywą wieczoru, do którego przygotowywał się cały zamek, a w szczególności król i królowa...
Posłusznie podnosiła i opuszczała ręce, prostowała się i unosiła wysoko głowę, a wiśniowy materiał ciasno otulał jej szczupłe ciało. Czarne dłonie zwinnie przycinały i układały materiał, nożyczki dotknęły lekko jej uda, gdy rozcięły sukienkę wzdłuż lewej nogi. Rękawy ciężko opadły na podłogę pozostawiając jej opalone ramiona odkryte, poczuła także, że ma nagie plecy. Nitka błyskawicznie pojawiała się we wszystkich niezbędnych miejscach.
- Ostatni szlif...- zaintonowała dźwięcznie Cynthia i przyłożyła do jej talii szeroki, skórzany pas imitujący gorset, wiązany z tyłu rzemieniem. Na jej nadgarstek niespodziewanie wsunęła się złota bransoleta, na szyi zawisnął ciężki, czerwony kamień.
- To prezent od banna Teagana, posłaniec przyniósł dziś rano.
Spojrzała w dół na klejnot spoczywający między jej małymi, ale ładnymi piersiami. Wzięła go w palce i uśmiechnęła się pod nosem.
- Jest piękny, będę musiała mu podziękować.
Piękny, ale niepraktyczny- dodała w myślach.
Nigdy nie nosiła dużo biżuterii. Przez jakiś czas na jej palcu spoczywała obrączka po jej niedoszłym mężu, w hołdzie za jego poświęcenie, za to, że oddał za nią życie, choć znali się tak krótko. Ostatnimi czasy jednakże nie miała czasu zaprzątać sobie głowy świecidełkami. Co nie oznaczało, że nie doceniała piękna ręcznie wykonywanej biżuterii i drogocennych kamieni.
Młoda, długowłosa elfka zaczęła rozczesywać jej włosy, a następnie splotła je w jakieś luźne upięcie, którego nie mogła dostrzec, gdyż wszystkie lustra znajdowały się teraz za jej plecami. Trwało to jeszcze kilka minut zanim usłyszała...
- Możesz się już odwrócić, pani.
Odwróciła się. Zamrugała kilka razy, dotknęła dłonią swojego policzka.
Nie mogła rozpoznać kobiety, którą ujrzała w lustrze. Jej skóra lśniła, usta były naturalnie zaróżowione jak po zjedzeniu malin, a noga dyskretnie wyglądająca zza rozcięcia spódnicy była smukła i opalona. Włosy miała uniesione, kilka drobnych warkoczyków oplatało luźny kok spoczywający na jej karku, subtelnie eksponując jej spiczaste uszy, a dwa kosmyki, pozostawione z przodu twarzy, miękko układały się na piersiach. Jedyną rysą na jej obliczu była podłużna blizna na lewym policzku, z którą Wynne chyba zapomniała się rozprawić. Skoro tak, pomyślała, chyba nie będę już zaprzątać jej tym głowy. Stwierdziła, że jej nie przeszkadza. Poza tym będzie jej przypominać, że powinna być ostrożniejsza.
- Jesteś gotowa, pani.- Cynthia ukłoniła się, z satysfakcją dostrzegając podziw i oniemiałą minę Livii. Służki patrzyły na nią jak urzeczone.
- Dziękuję. Ta suknia jest naprawdę piękna.- Uśmiechnęła się promiennie. Przesunęła dłońmi po gładkim materiale, a następnie oparła je w talii na skórzanym pasie.- Jesteś mistrzynią w swoim fachu.
Czarnoskóra kobieta roześmiała się perliście, ukłoniła się jeszcze raz i opuściła komnatę. Elfki nerwowo przestępowały z nogi na nogę, gdzieś z oddali dochodziły odgłosy śmiechów, muzyki i podniesionych głosów.
- Pani, już czas- oznajmiła jedna ze służących. Livia spojrzała przez okno na zachodzące różową łuną słońce i zadrżała. Mam zejść na dół? Do tych wszystkich nieznajomych ludzi, którzy będą za mną wodzić wzrokiem? Mam, co gorsza, rozmawiać z nimi, odpowiadać na pytania i przyjmować gratulacje?!
Przez chwilę rozważała możliwości ucieczki, po szybkim rzucie okiem na komnatę dostrzegła co najmniej siedem, ale nie sądziła, że da radę je wykorzystać w długiej, obcisłej sukni. Poza tym czuła, że jeszcze czegoś jej brakuje...
- Gwardia honorowa czeka przed drzwiami. Ma rozkaz odeskortować cię na salę.
Jeszcze to, no jasne! Stanowczo za mało szumu było ostatnimi czasy wokół mojej osoby!- pomyślała z ironią.
- Poczekajcie na mnie przed drzwiami, dobrze? Muszę jeszcze... coś... zrobić...- nie wpadła na żadną dobrą wymówkę, aby choć przez chwilę mogła zostać sama w pokoju, i przeklęła się za to w myślach. Starzeję się.
Na szczęście elfki nie protestowały i grzecznie wymknęły się z pokoju. Kiedy tylko zatrzasnęły się za nimi drzwi, Livia szybko dopadła do kufra, który znajdował się w nogach łóżka i wyciągnęła z niego swoje sztylety. Zmarszczyła brwi kiedy podchodząc do lustra próbowała znaleźć najlepsze miejsce aby je niepostrzeżenie ze sobą przemycić. Nigdzie nie pasowały. Były za duże aby schować je pod spódnicę, a przecież nie mogła wejść na ceremonię z bronią na plecach...
- Masz, spróbuj czegoś mniejszego. Równie ostre i precyzyjne, a można nimi walczyć zarówno w zwarciu jak i z dystansu. No i łatwo schowasz je w cholewę czy przyczepisz na pasku do uda. Idealne!
Livia podskoczyła przerażona i odwróciła się błyskawicznie celując sztyletami w kierunku, z którego dobiegł ją głos.
- Zevran! Jak ty tu wszedłeś?!
Antiviańczyk popatrzył na nią z politowaniem i rozbawiony pokiwał głową.
- Dla mnie otwarty na oścież balkon to jak wykrzyczane zaproszenie do środka, słodka Strażniczko.- zaśmiał się rozbawiony i wręczył jej zawinięte w szmatkę noże do rzucania. Przyjęła je ze złością.
Tak, była zła. Znowu nic nie ostrzegło jej o jego obecności, nawet najdrobniejszy szelest. Złościła się na niego, choć tak naprawdę była zła na siebie. Myślała, że jej zmysły są bardziej wyostrzone, w końcu potrafiła usłyszeć zwierzynę zanim ktokolwiek był w stanie ją dostrzec, a później zakraść się do niej i zabić tak szybko, że ta nawet nie wiedziała, iż umiera.
- Gdyby wszystkie elfickie boginie wyglądały jak ty, może byłbym bardziej religijny- powiedział niskim, mruczącym tonem, kładąc się na jej łóżku z rękami pod głową i uśmieszkiem na ustach. Obserwował każdy jej ruch kiedy ze zmarszczonymi brwiami zapinała pas na prawym udzie, kuląc się tak, by nie zobaczył zbyt wiele.
Prychnęła jak kotka, ale nie potrafiła udawać, że jego komentarz jej nie rozbawił. I może też trochę przyjemnie połechtał...
- Dlaczego nie jesteś jeszcze na sali? Dlaczego zamiast tego włamujesz się do najwyższej komnaty zamku, wzniesionego ze śliskiego kamienia?
Wzruszył ramionami z miną niewiniątka.
- Nie chcę umniejszać swoim niezwykłym umiejętnościom i schlebia mi, że wierzysz, iż wspiąłem się gołymi rękami po pionowej ścianie, ale...- westchnął teatralnie.- Zdradzę ci, że na korytarzu prowadzącym do twojej komnaty jest okienko, a za nim pięknie pomyślany szeroki gzyms połączony z twoim balkonem!
Livia zaśmiała się szczerze i przygładziła sukienkę. Była gotowa, a nerwy, które czuła jeszcze kilka minut temu zniknęły gdzieś zaraz po pojawieniu się elfa. Spojrzała na niego, tym razem uważniej. Dopiero teraz dostrzegła, że on również był odświętnie ubrany, ale dużo mniej oficjalnie niż ona. Miał na sobie piękną, lekką zbroję, dopasowaną idealnie do jego smukłej sylwetki. Była mniej zabudowana niż ta, którą nosił do walki i cała ze świetnej, błyszczącej skóry. Nawet ona czuła jej zapach, więc on zapewne musiał być wniebowzięty.
- Przed wejściem stoi moja obstawa- wyznała z grymasem na twarzy i przewróciła oczami.- Muszę iść.
- Ten gzyms jest naprawdę szeroki- odpowiedział jakby od niechcenia bawiąc się swoim cienkim warkoczykiem. Spojrzał na nią figlarnie spod rzęs.
Zamyśliła się na moment, przygryzła wargę. Spojrzała na balkon, potem na drzwi i z powrotem na balkon...
Na jej usta wypełznął szalony uśmieszek.
- Szybko, zanim zaczną coś podejrzewać. I zanim się rozmyślę.
Zerwał się zachwycony z łóżka i zaśmiał się cicho. Razem wybiegli na obszerny, kamienny balkon. Livia jedną ręką trzymała dół sukni, a drugą podała Zevranowi pozwalając sobie pomóc z wejściem na marmurową półkę. Zwinnie posuwała się w stronę okienka, uważając z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej, czując życiodajną adrenalinę pulsującą w żyłach, z przyjemnym dreszczykiem spoglądając w dół, ciesząc się, że zamiast butów na obcasie, dostała skromne sandałki ze skóry, wiązane wokół kostki. Było naprawdę wysoko.
- Bogowie, co ja wyprawiam!- zaśmiała się głośno i postąpiła kolejny krok.
Zevran szedł obok, patrząc na nią z uśmiechem, z takim luzem jakby szedł po podłodze.
- Łamiesz zasady. Jakie to uczucie?
Spojrzała na niego z otwartymi ustami i wysoko uniesionymi brwiami.
- Ty się mnie o to pytasz?!- z kolejnym wybuchem śmiechu wskoczyła przez okno do środka i pognała w stronę schodów. Słyszała ledwo słyszalne kroki tuż za swoimi plecami. Nie miała pojęcia jakim cudem potrafił poruszać się tak cicho i zwinnie, ale oprócz nabytych z czasem i wysiłkiem umiejętności musiał posiadać też wrodzony talent. Przytrzymała dłonią spódnicę gdy zaczęła zbiegać w dół spiralnymi stopniami, z nieznikającym uśmiechem na ustach, z rozwianymi włosami. Uznała to za wyścig i miała zamiar wygrać, ale Zevran oczywiście nie grał czysto...
- Hej!- krzyknęła ze śmiechem odbijającym się echem od kamiennych ścian, gdy minął ją szybko zjeżdżając po lśniącej poręczy.
- Będę czekał na dole, Strażniczko!- zarechotał zadowolony z siebie i puścił jej oko.
Rzeczywiście czekał. Kiedy ujrzała go, krótko po tym jak jego stopy spoczęły na równej ziemi, stała nieco wyżej, górując nad nim jak bogini piękna, z rumieńcem na twarzy, ustami rozchylonymi z lekkiego zmęczenia, z kosmykiem włosów opadającym na oko i uśmiechem rozjaśniającym przestrzeń w okół niej. Sama nie wiedziała czemu nie dołączyła do niego od razu. Może dlatego, że uderzyła ją świadomość tego co czekało ją tego wieczora, a może dlatego, że Zevran wyglądał jak z innego świata, otulony poświatą wpadającą przez kolorowy witraż... Nie była pewna, ale to drugie zrobiło na niej wrażenie, które ją samą zaskoczyło tak bardzo, że aż opuściła wzrok.
- Mogę?- zapytał miękko, a gdy uniosła na niego spojrzenie dostrzegła wyciągniętą w swoim kierunku rękę. Stał tak majestatycznie jakby od dziecka wpajał dworską etykietę, pochylał się lekko w przód z jedną nogą nieznacznie wysuniętą, lewą rękę trzymając za plecami.
Skinęła głową z nieśmiałym uśmiechem i podała swą dłoń. Z gracją pokonała ostatnich kilka stopni i stanęła wyprostowana przed Elfem, przyglądając mu się uważnie z zainteresowaniem. Delikatnie przesunął kciukiem po jej policzku, po rozcięciu, które powstało na jego oczach.
- Troszkę się potargałaś, Bohaterko Fereldenu. Kiedy przejdziemy przez te ogromne, warte pewnie więcej niż cały mój dobytek, drzwi, będą cię widziały wszystkie najważniejsze persony z Thedas- mówiąc to poprawiał jej z uśmieszkiem włosy.
- Mam gdzieś najważniejsze persony z Thedas i to czy im się spodobam, czy nie- odparła cedząc słowa przez zęby, starając się nie zwracać uwagi na ciepło, które zalało jej ciało pod dotykiem smukłych palców.
- Czy się spodobasz? Spodobać to się może nowa królowa, chociaż nie wszystkim i nie bezwarunkowo, to pewne...- Chwycił ją za gładkie, szczupłe ramiona i wbił spojrzenie zielonych tęczówek w jej własne błękitne. Ostro wciągnęła powietrze.- Ty powalisz ich na kolana, każdego z osobna, bez wyjątku. Jesteś niezwykła, urzekająca, przepiękna... Rozumiesz?
Widziała ogień w jego oczach, czuła jego zapach. Gdy palce przesunęły się wzdłuż jej ramion, by chwycić ją za dłonie, nie mogła powstrzymać cichego westchnienia. Klatka piersiowa ciężko podnosiła się i opadała, serce chciało wybić sobie siłą drogę na zewnątrz. Była w szoku. Była wstrząśnięta. Była zaintrygowana.
Była podniecona.
Jego usta były tak blisko jej własnych, że niemalże czuła na nich ciepły oddech. Ciężki, intensywny aromat skóry przyjemnie ją odurzał i hipnotyzował. Cała w rozkosznych dreszczach wstrzymała oddech kiedy zmrużył oczy, mocniej ścisnął jej dłonie...
I odsunął się. Stanął krok dalej, na odległość ręki, cały czas zamykając jednak jej palce w swoich.
Zrobiło jej się zimno i samotnie, poczuła ukłucie żalu w obliczu tak nagłej separacji.
Oblała się rumieńcem wstydu, jak mała, głupia dziewczynka.
- Może powinnaś wejść sama? Albo poczekać na swoją, ekhem, gwardię honorową?
Prychnęła wzruszając ramionami, spoglądając gdzieś w bok. Desperacko chciała dodać sobie nonszalancji, choć cały czas była wewnętrznie rozedrgana. Co jest, czego się spodziewałaś?! Chyba nie liczyłaś na to, że cię pocałuje, bo i po co ci to? Jeszcze ci mało po tym co wycierpiałaś?! Co JESZCZE przyjdzie ci wycierpieć za dosłownie kilka minut?!- krzyczała na siebie w środku.
- Przejmujesz się tym jak pojawię się na sali? Może powinnam wjechać na koniu? Albo spuścić się na linie z żyrandola?
Roześmiał się, szczerze i głośno, zabijając całą niezręczność jaka jeszcze chwilę temu przygniatała ją do ziemi.
- Jesteś niesamowita!- wyznał, ocierając niewidzialną łezkę rozbawienia, a po chwili spoważniał i skinął na nią głową.- Czy zrobisz mi ten zaszczyt, Livio, i pozwolisz mi towarzyszyć sobie w drodze na Wielką Salę i do swego miejsca?
Dygnęła elegancko i uśmiechnęła się, już nieco swobodniej.
- Z przyjemnością- odparła i z całych sił starała się ukryć wrażenie, jakie wywarł na niej dźwięk swego imienia wypowiedzianego jego ustami. Nie robił tego często. Właściwie to słyszała jak zwrócił się do niej po imieniu jeszcze tylko podczas ostatniej bitwy, gdy ostrzegał ją przed niebezpieczeństwem...
Miała tremę gdy podeszli do wielkich drzwi prowadzących do miejsca gdzie tworzyć się będzie nowa historia Fereldenu, gdzie na tronie zasiądzie nowy król, Szary Strażnik, a do tego człowiek, który pomógł odsunąć od całego Thedas zagładę...
Strażnicy otworzyli wrota, Livia mocniej zacisnęła dłoń Zevrana w poszukiwaniu otuchy. Pomieszczenie było wypełnione po brzegi, z każdej strony widać było szczęśliwe podekscytowane twarze, kolorowe, bogato zdobione stroje, w tle słychać było cichą pieśń, dźwięki lutni, zagłuszane przez radosne śmiechy i rozmowy. W centralnej części stał przystrojony na biało ołtarz, a przy nim duchowny z książką w dłoni i nieobecnym, wesołym wyrazem twarzy.
- Szara Strażniczka, Bohaterka Fereldenu oraz Pogromczyni Plagi Livia Mahariel oraz jeden z jej towarzyszy Zevran Aranai!
Podskoczyła, przerażona donośnym głosem herolda, który pojawił się obok niej znikąd, wrzeszcząc tak głośno, że pewnie i ludzie tłoczący się od kilku godzin przed zamkiem go usłyszeli.
Zapadła cisza, wypełniona tylko głośnymi westchnieniami i tłumionymi słowami zachwytu. Po kilku sekundach całą salę wypełniły gromkie oklaski i wiwaty, jeszcze później zaczęli skandować jej imię.
- Chyba nici z dyskretnego wejścia- wyszeptał Zevran wprost do jej ucha i obejmując ją delikatnie w talii poprowadził wzdłuż alei, wyłożonej czerwonym dywanem.
