Harry zamknął się w swoim dormitorium, ignorując zaskoczone spojrzenia. Słyszał jak Ales kilkanaście minut później wyszedł z ich Wieży, ale nie mógł zdobyć się na to, by go pożegnać. Zbyt wielki mętlik w jego głowie sparaliżował go do reszty.

Nigdy nie zastanawiał się głębiej nad tym kto mógłby mu się podobać. Przez chwilę był zauroczony Cho, ale okazało się to totalną pomyłką. Krukonka, podobnie jak wszystkie inne dziewczęta w Hogwarcie, widziała w nim wyłącznie Zbawiciela Czarodziejskiego Świata, a przynajmniej miał taką nadzieję, biorąc pod uwagę wydarzenia podczas Turnieju Trójmagicznego, których nie miał ochoty z nikim wspominać.

Przez ostatnie miesiące w zasadzie nie zastanawiał się nad niczym, co nie dotyczyło bezpośrednio czy pośrednio wojny. Jego przyszłość, teraźniejszość, a nawet przeszłość naznaczone były piętnem Voldemorta, więc nic dziwnego, że przez większość czasu skupiał się wyłącznie na tym. Spotkania Zakonu, ustąpienie Dumbledore'a, przybycie Prince'ów, a nawet nauka w szkole – wszystko to kręciło się wokół działań wojennych.
Świadomość, że musi ukrywać przed przyjaciółmi bardzo wiele, wcale nie pomagała. Nawet nie próbował umawiać się z kimkolwiek, wiedząc, że zapewne nie wytrzymałby presji kolejnych sekretów. Nie mógł pozwolić sobie na posiadanie kogoś, kto patrzyłby mu na ręce i wypytywał gdzie wychodzi wieczorami, bądź w weekendy. Ron i Hermiona byli tak zajęci sobą, że przeważnie nie zauważali jego zniknięć czy dziwnego zachowania.

Zresztą przyzwyczaili się do jego milczenia w niektórych kwestiach, więc nawet nadmiernie nie wypytywali o nic, licząc, że sam do nich przyjdzie, gdy będzie to konieczne.

Świadomie odrzucał pewną część ich przyjaźni, wychodząc z założenia, iż tak musi być. Zbyt wiele zmieniło się po śmierci Cedrika, powrocie Voldemorta i w chwili, gdy włączono go w zebrania Zakonu Feniksa. Nie chciał narażać więcej osób, niż było to konieczne.
Teraz jednak, gdy słowa Lavender przebrzmiały w jego głowie i pytanie Claudii wróciło do niego jak bumerang, oddałby wszystko za rozmowę z przyjaciółmi.

ooo

Poranek w Hogwarcie należał do najgłośniejszych części dnia. Uczniowie, dopiero wybudzeni i pełni energii, zajmowali korytarze, pędzili gdzie popadnie, plotkowali, narzekali, śmiali się i dzielili pomysłami na przyszłe godziny. Znużenie przychodziło dopiero w okolicy obiadu, gdy zmęczeni po zajęciach, dostrzegali urok w ciszy, która pomagała im się skupić. Co innego później. Odprężeni i wypełnieni nadzieją na przyjemne spędzenie wieczoru, ponownie odzyskiwali energię do życia.

Ales z łatwością wpasował się w rytm dnia. Poranki spędzał sprawdzając prace i planując przy śniadaniu przyszłe doświadczenia, starając się trzymać jak najdalej od zbyt głośnych uczniów. Obiady spędzał w Wielkiej Sali, a później odprowadzał Claudię na zajęcia. Wieczory nieodmiennie należały do rodziców i ojca, który na nowo próbował nawiązać jakiś kontakt z dziećmi.

Odkąd Severus zobaczył znamienny tatuaż na jego dłoni, Ales miał wrażenie, że każdą chwilą próbuje mu zrekompensować stracone dni i rozmowy. Późne popołudnia spędzali razem w laboratorium, wspólnie warząc i dyskutując na temat eliksirów, i choć matka chciała uczestniczyć w ich rozmowach, ojcu zawsze udawało się jej to wyperswadować.

- Jak idą prace? – spytał Severus kolejnego już wieczora, gdy pochylali się nad kociołkiem pełnym bulgocącej brązowej mazi.

Podstawa eliksiru była już gotowa, ale prawdę powiedziawszy Ales nie miał pojęcia co powinien zrobić teraz. Od pewnego czasu pracował już nad przyspieszeniem wytwarzanie eliksiru tojadowego, odkąd Fenrir zaczął atakować i pozostawiać przy życiu swoje ofiary. Zapotrzebowanie na tego typu specyfiki rosło z każdą pełnią, więc niemal wszyscy adepci sztuki ważenia powoli zaczynali kierować swoje myśli w tamtą stronę.

- Coś przegapiłem – odparł niechętnie, jak każdy nienawidząc, gdy musiał przyznać się chociaż do częściowej porażki.

- Hogwart może nie posiadać zbyt świeżych składników. Moglibyśmy zrobić zakupy podczas weekendowego wypadu do Hogsmeade – zaczął jego ojciec i Ales uśmiechnął się pod nosem.

- Wiesz, że nie powinienem się na to zgodzić. Gildia byłaby wstrząśnięta moją niedyskrecją – zażartował nie mogąc się powstrzymać.

Severus spojrzał na niego krzywo i pokręcił głową.

- Matce zależy, żebyście z Claudią zaprosili znajomych na domową kolacje w naszych komnatach – przypomniał zmieniając temat, gdy Ales rozpoczął właśnie mieszanie wywaru zgodnie ze wskazówkami zegara.

ooo

Harry nie bardzo wiedział, co teraz powinien zrobić. Z jednej strony zdawał sobie sprawę, że w zasadzie nic się nie zmieniło. Nie dla niego. Czy był gejem czy nie – czy ta świadomość w końcu do niego dotarła – pozostawał taki sam.

Wiedział, że Claudia musiała do tego dojść. Pytała przecież czy wchodził od zawsze do dormitoriów dziewcząt. Nie przypominał sobie co prawda czy kiedykolwiek odwiedzali Hermionę, ale teraz wiedział na pewno, że nie. Ron na pewno był zainteresowany dziewczętami i nawet głośno to ogłaszał. W tej kwestii nie było żadnych wątpliwości.

Ales siedział zaraz obok niego starając się wyczarować z pióra coś żywego. Nie szło mu to zbyt dobrze, ale ewidentnie wraz z każdymi zajęciami się poprawiał. Program Durmstrangu w dziedzinie transmutacji musiał być poważnie okrojony. Ales jednak w końcu jeszcze niedawno nazwał go szkołą dla Śmierciożerców, więc Harry tak właściwie nie chciał nawet zbyt dokładnie dowiadywać się jakie przedmioty chłopak wybrał. Z drugiej strony Claudia przecież uczęszczała do tej samej placówki, więc zawsze pozostawało to dziwne wrażenie, że Prince/owi stanowili naprawdę dziwną mieszankę osobowości. Siostra Alesa bowiem była po prostu urocza i od progu skradła serce Hagrida, który od tej pory prowadził dla niej dodatkowe wykłady o jednorożcach w formie zajęć poza programowych.

Ales natomiast miał wokół siebie tą lekką aurę niebezpieczeństwa. Coś co jednocześnie sprawiało, że Harry czuł po plecach przelatujące mu ciarki, a z drugiej… Ales nie wydawał się niebezpieczny i groźny sam w sobie. Jakby dopiero sprowokowany stanowił zagrożenie, o czym świadczyły poprzednie spotkania Zakonu Feniksa.

Było wiele rzeczy, których Harry nie rozumiał. Jak rytuał, o którym mówił Snape wcześniej. Znalazł wzmianki o nim w Dziale Ksiąg Zakazanych i nie miał ochoty nawet sobie o tym przypominać. Złożyć w ofierze bowiem powinno się kogoś, kogo kocha się najbardziej na świecie. Wyjaśniało to dlaczego Barwinich pomimo dobrego przygotowania – nie był w stanie pokonać Alesa. I chyba tylko dzięki temu chłopak uniknął śmierci, odbijając jedno z zaklęć. Magia musiała się rozproszyć. Moody mówił o tym później z Tonks, tłumacząc jej same podstawy. Ales instynktownie wyciągnął nie tyle życie z Barwwinicha co samą magię, przez co tamten i tak zginął.

Harry nie potrafił sobie wyobrazić zdrady tego rzędu. Nie przez kogoś kogo kochałby tak mocno. Ales jednak wciąż wyglądał na nieporuszonego, jakby nie spodziewał się od życia czegoś innego. I może faktycznie też tak było. Jako syn Snape'a musiał spotykać się z naprawdę złymi ludźmi, jakkolwiek mocno nie protestował, gdy jego ojca nazywano Śmierciożercą.

Ten jedyny raz, gdy maska Alesa opadła, był dziwny. Chłopak miotał się i Harry chyba po raz pierwszy dostrzegł, że między nimi nie było znowu tak dużej różnicy wieku.

Oczywiście Ales był pełnoletni, ale wciąż pozostawał nastolatkiem, który został zamknięty w świecie dorosłych. Uczęszczał na te same zebrania co Harry i wydawał się równie ostrożny w wydawaniu opinii. Może wychodziło to z tego, że nie chciał zdradzić zbyt wielu tajemnic rodziny, a może z niepewności, którą Harry sam co dnia odczuwał.

Ron i Hermiona już od dawna mieli inne problemy, bardziej związane ze szkołą i egzaminami, które ich czekały. Karierą, którą chcieli zdobyć.

- O czym myślisz, Harry Potterze? – spytał Ales szeptem.

- Dlaczego zawsze mówisz do mnie pełnym imieniem i nazwiskiem? – zaciekawił się Harry.
Ales uśmiechnął się krzywo i przez tę krótką chwilę przypominał Snape'a. Młodszego i przystojniejszego, ale zawsze Snape'a, co stanowiło naprawdę dziwną kombinację. Może wyjaśniało też jakim cudem Mistrzowi Eliksirów udało się poślubić tak piękną kobietę.

- Dlaczego nie miałbym? – odbił piłeczkę Ales.

- Ślizgoni – mruknął Harry nim zdążył się powstrzymać i chłopak popatrzył na niego ostrzej.

- Nie jestem Ślizgonem – odparł Ales z dziwnym spokojem w głosie.

- Nie zostałeś przydzielony – przypomniał mu Harry, marszcząc brwi. – Ale byłbyś Ślizgonem – zadecydował, bo nagle wydało mu się to całkiem logiczne. – Ale ty o tym wiesz i nie chciałeś być w tym Domu – ciągnął dalej, orientując się, że spojrzenie Alesa twardnieje. – Dlatego nie wziąłeś udziału w Ceremonii Przydziału. Slytherin to taki mniejszy Durmstrang – zakończył.

Ales zmarszczył brwi i coś nieprzyjemnego pojawiło się w jego wzroku.

- O czym myślisz, Harry Potterze? – spytał ponownie i Harry'emu wydawałoby się to śmieszne, gdyby nie całkiem poważny ton głosu chłopaka.

Prawdę powiedziawszy sam nie wiedział. Gdzieś tam majaczyło jeszcze tyle niewiadomych, ale czuł, że jest na dobrej drodze. Do danego Domu należało się nie poprzez przydział, ale zachowanie.

- Chyba obaj jesteśmy Ślizgonami – stwierdził półgłosem, zerkając czy Ron wciąż dręczy swoje miotające się po blacie ławki pióro.

Tylko Hermiona wykonała zadanie, ale wciąż doprowadzała do mistrzostwa już i tak wyćwiczone zaklęcie. Jeden ruch nadgarstkiem w tę czy ową stronę tylko dla niej zdawał się robić różnicę. McGonagall już teraz wyglądała na zadowoloną.

Ales tymczasem zamrugał, jakby tej odpowiedzi się akurat nie spodziewał i posłał mu kolejny z całej gamy swoich krzywych uśmieszków.

- Możliwe – odparł krótko chłopak, wracając do swojego piórka, któremu po chwili wyrosły jaszczurcze kończyny.

ooo

Obserwowanie Harry'ego Pottera stało się dla niego pewnego rodzaju hobby. Gryfon czasami zadawał naprawdę dziwne pytania i Ales był pewien, że chłopak plątał się po szkolnych korytarzach w całkiem określonym celu. Nigdy nie udało mu się dokładnie przyłapać Harry'ego w bibliotece, ale intuicja podpowiadała mu, że Dział Ksiąg Zakazanych o wiele za łatwo wpuszczał intruzów do środka. Sama świadomość tego, że Gryfon ma dostęp do całej gamy eliksirów i zaklęć, które nie tylko były niebezpieczne dla chłopaka, ale przede wszystkim źle użyte mogły doprowadzić do poważnych uszkodzeń szkoły, wcale nie była miła. Z tajemnicami wiązanymi zawsze jednak było tak, że domagając się odpowiedzi od Harry'ego zdradziłby i samego siebie. A nie miał pewności czy Zakon na tę chwilę przestał się nim interesować.

Cholerny Dumbledore upewnił się zresztą, żeby patrzono na jego ręce, więc nawet korzystać z laboratorium po zajęciach musiał z innymi uczniami. Jakby ktokolwiek z tej hałastry miał jakiekolwiek pojęcie o zaawansowanych eliksirach i metodach ich ważenia.
Gdyby od początku wiedział jak sytuacja będzie wyglądać, zabrałby ich rodzinę do Stanów nie kłopocząc się nawet prawe dotyczącym niezarejestrowanych podróży transoceanicznych. Magia, którą jeszcze wtedy posiadał, umożliwiłaby mu podróż w jedną stronę i może nawet przesłanie wiadomości do ojca.

Tymczasem Potter coraz bardziej go fascynował. Zauważył już wcześniej, że chłopak prócz sztandarowych gryfońskich cech, miał w sobie równie dużo ze Ślizgona. Nie był jakoś wyjątkowo inteligentny, ale radził sobie, a to przy tym obciążeniu, któremu go poddawano codziennie, było naprawdę ważne. Sam miał problemy od pierwszego roku w szkole, bo Durmstrang wymagał od niego pilnowania się na każdym kroku. To też zaważyło na przedmiotach, które wybrał i odosobnieniu, na które całkiem świadomie się skazał już od drugiego roku.

W eliksirach było coś szczerego. Nieuczciwość i nieuctwo było karane. Wybuchy w laboratoriach największych adeptów tej sztuki zdarzały się częściej niż ludziom się wydawało i Ales był pewien, że jego ojciec wysadził więcej niż jedną pracownię. Dlatego laboratoria znajdowały się zawsze w podziemiach, a mistrzowie pracowali co najwyżej w obecności swoich czeladników. Chodziło przede wszystkim o bezpieczeństwo i Dumbledore zdawał się tego kompletnie nie pojmować.

Eksperymentów na tą skalę z salą pełną uczniów po prostu nie można było prowadzić.

- Jakiś problem? – spytał jego ojciec niby mimochodem.

- Zaczynam zajęcia za trzy dni – odparł szybko, przycierając twarz dłonią.

- Nie wpuszczaj do środka żadnego z Puchonów i Gryfonów – poradził mu ojciec bez mrugnięcia okiem.

- Granger z Gryffindoru wydaje się jedyną na tyle zorientowaną w eliksirach, żeby wykonać poprawnie polecenia – wtrącił szybko.

- Brak jej finezji – stwierdził jego ojciec.

- Nie mówię, że nadawałaby się na czeladnika – uściślił Ales. – Wykonuje polecenia.

- Ale za nią podąży Weasley i Potter, a obaj są chodzącą katastrofą – oznajmił mu ojciec.

Ales przygryzł wnętrze policzka i zmarszczył brwi.

- Potter chodzi co kilka nocy do Działu Ksiąg Zakazanych – powiedział w końcu, decydując, że w zasadzie, jeśli ktoś miałby coś z tym zrobić to jego ojciec.

Gdyby regularny profesor przyłapał na tym Gryfona, konsekwencje byłyby ogromne, ale wiele by to ułatwiło. Nie przepadał za chowaniem się za szatę tatusia, ale po raz pierwszy miał szanse skorzystać z realnej pomocy i nie zamierzał z tego rezygnować tylko przez całkiem niepotrzebną dumę.

- Sprawdzał rytuał Sanaro – odparł jego ojciec, kompletnie go zaskakując.

- Śledzisz Pottera? – zdziwił się.

- To ja zakładałem zaklęcie zamknięcia na Dział Ksiąg Zakazanych – przyznał jego ojciec.

- Wejście tam jest banalnie proste – odparł po dłuższej chwili, nie bardzo wiedząc o co w tym wszystkim chodzi.

Jego ojciec przewrócił oczami.

- Gdyby zamek był dobry, zawsze znalazłby się lepszy sposób na niego. Klątwa na klamce pozwala mi zweryfikować każdego, kto wchodzi do środka. Nie chodzi o to, kto się włamuje, ale po co – wyjaśnił i Ales nie mógł przyznać mu racji. – A te dwie księgi, które wygrzebałeś wczoraj, są w mojej pracowni. Mamy kopie od lat. Nie daj się złapać Potterowi na myszkowaniu po szkole. Możesz zająć moje laboratorium, jeśli nad czymś pracujesz – dodał jego ojciec całkiem poważnie.

ooo

Harry nie do końca był pewien dlaczego Claudia patrzy na niego z tą dziwną intensywnością. Gryfonka siedziała kilka metrów od niego i nie spuszczała go z oka, jakby chciała poznać każdy z jego sekretów. Dziewczęta z jej roku chichotały wokół, więc Harry po prostu zignorował sytuację wychodząc z założenia, że zapewne jest to jedna z tych dziwnych gier, które urządzały pierwszaki. Draco Malfoy dostał niecały tydzień temu list miłosny od jednej z czerwieniących się Puchonek, która zresztą uciekła zaraz po tym jak rzuciła kopertę na jego talerz.

Jakkolwiek komicznie to nie wyglądało, Harry naprawdę nie dziwił się jej. Malfoy wyglądał, jakby miał na niej wypróbować jakąś klątwę tnącą.

Prawie zatem sam podjął się ucieczki, gdy Claudia w końcu wstała ze swojego miejsca i podeszła do niego zdecydowanie.

- Co robisz w tę sobotę? – spytała pozornie niewinnie.

- Wiesz, że pierwszoroczni nie chodzą do Hogsmeade? – spytał ostrożnie w zamian, a dziewczynka przewróciła tylko oczami, w czym tak bardzo przypominała brata.

- Nie wybieram się do wioski. Poza tym Ales przynosi mi już słodycze z Miodowego Królestwa. Tam nie ma nic ciekawego dla dziewczynek w naszym wieku. Poza tym umówiłam się z Hagridem – oznajmiła mu.

To wiele wyjaśniało.

- Chcesz, żebym poszedł z tobą? – upewnił się.

Wiedział, że Claudia przychodziła do chatki Hagrida każdego wieczoru, ale możliwe, że półolbrzym stęsknił się i za nim. Poczuł wyrzuty sumienia, że podrzucił mu Gryfonkę zamiast samemu odwiedzać go w każdej wolnej chwili.

- Moja mama robi rodzinną kolację i chciałam cię zaprosić – powiedziała jednak Claudia, kompletnie go zaskakując.

Mieli jedynie takie szczęście, że Ron zajęty był zbyt swoimi tostami, by słyszeć cokolwiek. Inaczej na pewno dostałby zawału albo udławiłby się. Tak czy siak Weasleya czekała bolesna śmierć. A Harry nie czuł się w tej chwili wcale lepiej.

Co prawda odkąd tylko Prince'owie pojawili się w Hogwarcie jego spotkania ze Snape'em spadły do koniecznego minimum na zebraniach Zakonu, ale wciąż nie przepadał za mężczyzną. Prawdę powiedziawszy nadal się go z Ronem bali. Może i okazał się draniem z sercem, ochraniającym swoją rodzinę przez tak wiele lat, ale wciąż był draniem i nic tego nie zmieniał. I wszystkim wiadomym było, że nie znosił Harry'ego.

- Twoja mama robi rodzinną kolację – powtórzył, mając nadzieję, że niedosłyszał.

Claudia wyglądała na zniecierpliwioną.

- Chciała, żebym zaprosiła jakiegoś swojego przyjaciela. Nigdy nie mogłam tego zrobić, bo sam rozumiesz – powiedziała dziewczynka, przygryzając wargi i Harry ponownie przypomniał sobie co o ich życiu w Durmstrangu wymknęło się Alesowi.

I naprawdę miał ochotę przekląć swoje wyrzuty sumienia.

- Pomyślałam, że jesteśmy przyjaciółmi – zakończyła jeszcze mniej pewnie i Harry wbił sobie paznokcie w dłoń.

- Jasne, że jesteśmy – powiedział w końcu z mocą.

- To świetnie! – ucieszyła się i jej twarz natychmiast rozświetlił uśmiech. – Pójdziemy razem z dormitorium – dodała. – To do soboty! – zaćwierkała, odwracając się na pięcie.

ooo

Laboratorium ojca wymagało przemeblowania. Trucizny, którymi się zajmował Severus nie stanowiły dla niego tajemnicy, chociaż nie często dzielili się wynikami swojej pracy. Dział jednak, którym interesował się Ales stanowił całkiem odrębną część warzenia mikstur, a to wiązało się z wymianą kociołków na płaskodenne, a przede wszystkim chyba nagromadzenie nowych, świeżych składników, które umożliwiłyby mu przechowywanie eliksirów dłużej. Niektóre bowiem były tylko pewnymi etapami w warzeniu i po przeleżeniu pewnego okresu czasu miały być ponownie użyte.

Nigdy nie przepadał za bardzo za proszeniem skrzatów o pomoc, ale ingerencja tych pedantycznych stworzeń okazała się konieczna, gdy tylko zmierzył się z ilością buteleczek z Eliksirami Przeciwbólowymi, które jego ojciec uwarzył chyba z myślą o nadciągającym oblężeniu szkoły. Voldemort nie był wciąż gotowy do ataku na Hogwart. Nie po tym jak zaatakował Durmstrang i tylko dzięki szpiegom wewnątrz był stanie dostać się do środka. Alesa do tej pory intrygowało to czy celem była sama szkoła, która przecież już i tak częściowo współpracowała z Czarnym Panem czy plotka, jakby Durmstrang ukrywał coś więcej niż wiedzę za swoimi murami.

W tej chwili nie miało to znaczenia, bo schronienia udzielał im Hogwart i tym razem byli lepiej przygotowani niż poprzednio.

- Ales! – krzyknęła jego matka z salonu, prawie doprowadzając do tego, że upuścił sobie lewitowany z trudem stół na stopę.

- Za chwilę! – warknął, stawiając mebel pod ścianą.

Drzwi otworzyły się z nie całkiem cichym zgrzytem, więc upewnił się, że to na pewno jego matka stoi w progu. Komnaty rodziców były zabezpieczone równie mocno jak te jego, ale na przezorności jeszcze nikt nie stracił.

- Czyli faktycznie zamierza wziąć urlop? – spytała jego matka z satysfakcją.

- Na to wygląda, ale nie liczyłbym, że to potrwa długo – odparł szybko, wiedząc, że nie ma sensu wchodzić w środek ciągnącej się od lat kłótni.

Branie którejkolwiek ze stron mogło skończyć się katastrofą. Jego ojciec już po pierwszej wojnie obiecał, że będą odtąd mieszkali razem i dopiero niedawno naprawdę dotrzymał słowa. Jeśli uwięzienie w kolejnym zamku można było tak nazwać. Okoliczności tego wymagały i oczywiście w pełni to rozumieli, ale w powietrzu wciąż unosiła się gorycz decyzji, które ich rzuciły ponownie do magicznej części Wielkiej Brytanii.

- Czy twój gość jest wegetarianinem albo ma jakieś alergie? – spytała jego matka, a Ale nie do końca zrozumiał.

- Mój kto? – zdziwił się.

- Chcę poznać waszych kolegów – przypomniała mu matka boleśnie. – Zapomniałeś – dodała.

- Nie zapomniałem – skłamał szybko. – Po prostu nie pytam ludzi o takie rzeczy – ciągnął dalej i machnął różdżką parę razy formując w myślach wiadomość. – Zadowolona? – spytał.

- Byłeś u niego w pokoju i pozwolił ci rzucić czar komunikacji? – zainteresowała się jego matka i Ales wiedział, że popełnił błąd.

Nie było bardziej spostrzegawczej kobiety niż Alessa. Nawet ojciec go przed nią przestrzegał.

- Mamo, po prostu młodzież się teraz w ten sposób porozumiewa – wyjaśnił z naciskiem.

Prychnęła wychodząc.

- Jasne, skarbie. Skoro tak twierdzisz – zawołała jeszcze, wiedząc, że za chwilę i tak nie dosłyszy jego odpowiedzi, jeśli jakakolwiek nastąpi.