- Jest tyle rzeczy, które chciałbym ci pokazać! Moi rodzice zawsze uwielbiali podróżować, często zabierali nas ze sobą… Podobno poznali się podczas jednej z takich podroży.

- Mnie chyba też poznałeś będąc na takiej wycieczce?

- Och tak, ale za to ty zbierałaś pokrzywę. Niezbyt romantycznie.

- Ale za to jak oryginalnie.

Siedzieli w jej mieszkaniu, pakując torbę podróżną. Planowali podróż w niezamieszkane tereny Valinoru, brzegiem morza, za górami Pelori albo do lasów Oromego. Makalaure chciał wyrwać się z miasta, nie przejmować się niczym chociaż przez jakiś czas. W prawdzie jego bracia pogodzili się już z ojcem, więc atmosfera w domu była mniej napięta, jednak nie dało się tego powiedzieć o sytuacji politycznej. Zdawało mu się nawet czasem, że ludzie szeptali za jego plecami, i milkli, gdy tylko się odwrócił. Król wciąż powtarzał, że wszystko samo się uspokoi, a plotki ucichną, jednak Makalaure w to nie wierzył.

- Makalaure? - Głos Laimisse wyrwał go z zamyślenia. - Znowu się martwisz?

- Cieszę się, że wyjeżdżamy – odpowiedział po chwili – ale jednocześnie… czuję się jakbym uciekał…

- Twoja obecność tutaj na nic się nie przyda – powiedziała, przytulając się do niego – ale, jeśli chcesz, możemy zostać.

- Jedźmy – Spojrzał na nią w zamyśleniu. - Masz rację, nic tutaj nie pomogę.

Morska bryza rozwiewała jej włosy, w powietrzu było czuć sól. Tak dawno nie widziała oceanu i nigdy w tak odludnym miejscu - w zasięgu wzroku nie było żadnego statku, czy choćby łodzi, a jedynymi żywymi istotami, które mogli widzieć były krzyczące nad ich głowami morskie ptaki.

- Czuje się tu taką przestrzeń i wolność. Jakbyśmy byli sami na świecie.

Szum oceanu był tak głośny, że musiała niemal krzyczeć.

- Pomyśl, że być może nikt nigdy nie stanął na tym wybrzeżu, nie patrzył na ocean z miejsca, w którym my teraz stoimy.

Podeszli bliżej wody, a Makalaure zanurzył w niej dłoń. Góry Pelori niemal zupełnie odcinały ten fragment wybrzeża od stałego lądu, tak, że dochodziły tam tylko pojedyncze strugi światła. Nad głowami mieli rozgwieżdżone niebo, a pod stopami biały piasek.

- Mógłbym tak iść brzegiem oceanu w nieskończoność.

- I chcesz się ograniczyć do spaceru? A może lepiej się wykąpiemy?

Byli w drodze już od dłuższego czasu. I wcale im to nie przeszkadzało. Cieszyli się, że wreszcie mogli być sami, nie martwić się o nic i nie dbać o nikogo. Nawet w Valinorze rzadko się to zdarzało.

Właśnie jedli kolacje, upieczonego nad ogniskiem królika, gdy Makalaure usłyszał szelest łamany gałęzi. W tej okolicy raczej nie powinni spotkać żadnych innych elfów, ale zwierzę raczej nie podeszłoby tak blisko do ogniska... Po chwili jednak spomiędzy drzew wyłonił się wysoki, rudowłosy mężczyzna.

- Maitimo? Co ty tutaj robisz?

Jego brat zdawał się być bardzo zmartwiony. Wydawało się, że jechał tutaj w wielkim pośpiechu – zarówno on jak i jego koń zdawali się być bardzo zmęczeni.

- Musisz wracać, Makalaure. Jest źle…

- Ale co się stało? Usiądź z nami, na pewno jesteś zmęczony. Jeden dzień niczego nie zmieni…

- Mogę zostawić was samych – powiedziała Laimisse, widząc niezdecydowanie elfa.

- To nie będzie koniecznie. Wszyscy i tak już o tym wiedzą.

- O czym? Skoro to żadna tajemnica dlaczego po prostu tego nie powiesz?

- Bo nie jest mi łatwo o tym mówić. I wciąż nie mogę w to uwierzyć. – Maitimo usiadł przy ognisku, przymykając na chwilę oczy, jakby chciał zebrać siły przed tym co miał powiedzieć. - Nasz ojciec groził Nolofinwemu mieczem na stopniach pałacu w Tirionie.

- Co?

- Wszyscy to widzieli, jest masa świadków. Niedługo ma się odbyć proces w Kręgu Przeznaczenia. My też mamy zeznawać.

Makalaure przyglądał się przez chwile Maitimo, jakby nie zrozumiał do końca jego słów. Dobrze wiedział jak Feanaro reagował na swojego brata, ale to… To było zwyczajnym szaleństwem. Ich ojciec zawsze był porywczy, ale ostatnio stracił wszelkie zahamowania. Gdy kazał im wykuwać miecze i uczyć się walczyć myślał, że to tylko kolejny, nieszkodliwy przejaw jego paranoi. Z resztą, traktowali to po prostu jako rozrywkę i sportowe zmagania, nie myśląc, że kiedykolwiek będą walczyć z czymś więcej niż niebezpiecznym zwierzęciem. Ale grozić własnemu bratu? To po prostu nie mieściło się w głowie.

Postanowili wyruszyć następnego ranka. Makalaure długo leżał, wpatrując się w niebo i nie mogąc zasnąć. Oczywistym było, że teraz co by się nie stało, musieli poprzeć ojca. On zrobiłby dla nich to samo, i nawet jeśli postąpił źle i nierozsądnie, nie mogli się teraz od niego odsunąć. A do tego dochodził jeszcze proces. Najbliższe tygodnie zdawały się nie nieść ze sobą nic dobrego.

Wyruszyli o świcie, mieli zamiar jeszcze dziś dotrzeć do domu. Laimisse rozstała się z nimi tuż przed bramą ich posiadłości, udając w stronę Tirionu.

Mimo później pory, wokół domu panowało wyraźne poruszenie. Elfowie pakowali różne rzeczy na wóz, inni porządkowali podwórze, a niektórzy po prostu stali i dyskutowali głośno. Wokół panował chaos.

W domu, dla odmiany, panowała cisza. Wydawało się to tak nienaturalne, że czuł się jakby śnił. Żadnych śmiechów, rozmów, czy dźwięków muzyki, którymi zwykle rozbrzmiewał dom, nawet ostatnio, kiedy coraz częściej wyjeżdżali szukając niezależności. Makalaure spojrzał pytająco na starszego brata, ale on też wyglądał na zaniepokojonego.

Feanaro był w swoim gabinecie. Siedział bez ruchu z głową wspartą na ramionach tak, że włosy zupełnie zasłaniały mu twarz. Nawet na nich nie spojrzał do czasu aż Maitimo zapukał we framugę.

Gdy tu wchodzili, wydawało się, że ich ojciec jest po prostu zatopiony w głębokich rozmyślaniach, tak jak często mu się to zdarzało, teraz jednak Makalaure zauważył, że starszy elf jest zrozpaczony. Czy Valarowie już zdążyli nałożyć na niego jakiś straszny wyrok, a teraz zostało już tylko oczekiwać na karę? Niemożliwe, im nigdy nie śpieszyło się do niczego…

- Co się stało? Czy Valarowie wydali wyrok?

Feanaro pokręcił powoli głową.

- Wasza matka… Nerdanela odeszła.

- Jak to? Co masz na myśli?

- Odeszła. Powiedziała… Powiedziała, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego i wyjechała…

Nie pamiętał już kiedy ostatnio widział go takim. Kolejna awantura i gniewne słowa byłyby lepsze, niż jego smutek, niż siedzenie tutaj bez woli do walki.

- Mama cię kocha, na pewno wróci – powiedział bez przekonania. Bo nawet jeśli Nerdanela wciąż go kochała, to już od dawna była bardzo zmęczona. Zmęczona ciągłym obsesjami Feanara, jego gniewem i nieobliczalnością.

- Nie wróci, Kanofinwe - powiedział, pewnie i spokojnie. Jego twarz się wygładziła, zdawało się, jakby cały smutek minął, ale Makalaure wiedział, że to tylko maska. - I niech nie wraca! Co jest warta kobieta, która zostawia mnie, kiedy potrzebuje jej najbardziej?!

- Tato…

Feanaro spojrzał na nich gniewnie. W jego wzroku był płomień, a w gestach pojawiło się zdecydowanie.

- Nie wspominajcie przy mnie jej imienia! Nie chcę nic o niej słyszeć! A teraz zostawcie mnie samego.

Nie śmieli sprzeciwiać się jego słowom. Z resztą, cóż mogli rzec? Jakkolwiek zrozumiała nie wydawałaby się decyzja Nerdaneli, ich ojcu nie można było odmówić racji. I nawet jeśli wszystkie kłopoty sam na siebie sprowadził, Makalaure nie chciał sobie nawet wyobrażać, jak on musiał się teraz czuć.