Tej ciszy, panującej w głębokich lochach i starych jaskiniach Ereboru, nie dało się już znieść. Echo niosło odgłosy kroków na tysiąc stóp w górę i w dół kamiennych hal, wymuszało rozmowy prowadzone szeptem, powodowało, że włoski na karku Bilba same się podnosiły za każdym razem, gdy któryś z krasnoludów potrącił kamyczek lub zaklął zbyt głośno na chłód starych murów.
Nie dało się już znieść zimna, wgryzającego się w odsłonięte dłonie i stopy; hobbit kładł się spać skulony pod kocem, jak najbliżej któregoś z krasnoludów, ale i tak budził się ze zdrętwiałym karkiem, nie czując palców u nóg. Nie pomagał ani rozpalany każdej nocy ogień ani ciepłe ubrania, którymi pożegnano ich w Mieście na Jeziorze.
Miał już dość narzekania krasnoludów, zgromadzonych w jednej z mniejszych, łatwiejszych do ogrzania sal na wyższym poziomie. Kompania spędzała wieczory siedząc ciasno jeden tuż obok drugiego, przy trzaskającym ogniu, popijając znalezione w spiżarniach stare wino, zrzędząc na ciszę, zimno i - z niejakim wstydem, wyrzutami sumienia i nerwowymi zerknięciami przez ramię – na Thorina.
Bilbo obserwował go uważnie, od chwili, gdy zgładzono smoka – w ciągu tych ledwie paru dni zauważył, jak prawie z godziny na godzinę, z minuty na minutę ciemnieje spojrzenie Thorina, garbią się jego ramiona, policzki bledną. Działo się coś złego; wszyscy to wyczuwali, napięcie się zwiększało, jakby góra usiłowała powoli zmiażdżyć ich w swoim wnętrzu. Bilbo nie mógł tego znieść.
- To Arcyklejnot – orzekł Balin pewnego wieczoru, gdy jak zwykle kompania kuliła się dokoła ogniska w żałosnej próbie zachowania ciepła. Głębokie lochy i stare jaskinie przygnębiały ich wszystkich.
Thorina z nimi nie było; od paru dni prawie nie dawał znaku życia; gdyby Balin nie zmuszał go do jedzenia, pewnie nie jadłby wcale. Bilbo mógł się założyć, że krasnolud także nie sypia. Przechadzał się tylko wśród stosów mieniących się monet, zgarbiony i powłóczący nogami, ze wzrokiem przeczesującym posadzkę u jego stóp – sprawiał wrażenie osoby poszukującej czegoś, co bezpowrotnie utraciła, ale nie potrafi się z tym pogodzić.
- To on go wyniszcza – dodał Balin, gdy krasnoludy i Bilbo uniosły na niego wzrok, smutne, zmęczone spojrzenia strudzonych wędrowców, którzy nie mają ani chwili wytchnienia. – Widziałem to już wcześniej… To samo spojrzenie… Ten kamień wyniszcza jego myśli; zatruwa Thorina. Zło krąży w jego żyłach jak trucizna.
Bilbo spojrzał w bok; w mrok gromadzący się poza kręgiem światła ognia z ogniska. Odwracając twarz od żaru, poczuł na policzkach chłodny powiew, pachnący zimą, niepokojący i nęcący jednocześnie. Zapragnął wyjść na zewnątrz, na pogruchotane balkony dawnych królów Ereboru; słuchanie przygnębiającej mowy Balina wzmagało tylko jego niepokój.
Wstał więc i wymknął się po cichu, niezauważony przez żadnego z krasnoludów; stąpał na palcach idąc przez ciemne korytarze, nie chciał bowiem obudzić strasznego echa, brzmiącego jak człapanie bosych stóp; jakby jakieś stworzenie śledziło go, skryte gdzieś w cieniach. To nieodmiennie przypominało mu o Gollumie; zaciskał wtedy dłoń na Pierścieniu.
Przez wyrwę w murze wyszedł na półkę skalną, która kiedyś, dawno temu, musiała być balkonem. Gdy przymknął oczy, mógł sobie wyobrazić młodego Thorina, stojącego obok swego ojca i spoglądającego z góry na królestwo, którym kiedyś będzie władał.
Jakie musiał mieć nadzieje, jakie ambicje, pomyślał Bilbo. Ilu rzeczy oczekiwał… Wszystko poszło z dymem. Kiedyś młody dumny książę snuje się teraz po swoim dawnym pałacu, odziany w potargany płaszcz i przekrzywioną koronę; wygląd jak duch, nawiedzający miejsce, w którym pogrzebano jego serce.
Oparł się o strzaskaną jakąś niewiarygodną siłą barierkę i odetchnął zimnym, czystym, górskim powietrzem. Zawsze lubił pagórki w Shire; góry zaś pokochał. Gdyby nie okoliczności, pewnie nie mógłby się napatrzyć na ich poszarpane szczyty wznoszące się dokoła niego, wielkie i majestatyczne, przytłaczające swym ogromem.
Ale teraz, na tle granatowego nieba, ich czarne, postrzępione sylwetki wydawały się być czymś na kształt milczących strażników – obserwujących, czekających, by w odpowiedniej chwili zdusić go i zmiażdżyć i na zawsze pochować w czeluściach tej przeklętej góry.
- Nie powinniśmy byli tu przychodzić – wyszeptał w zimną noc. Z jego ust wydobył się kłąb pary, przypominający fajkowy dym.
Na wspomnienie ukochanej fajeczki, pozostawionej gdzieś w Bag End, nagły żal i tęsknota ścisnęła jego serce. Przez szaleństwo Thorina jeszcze długi, długi czas nie zobaczy ani swojej norki, ani fajki, ani porzuconej chusteczki do nosa. Nie to było jednak najgorsze – znacznie poważniejsze wydawały się pozostałe skutki smoczej choroby Thorina. W końcu wisiała teraz nad nimi groźba wojny, Bilbo mógł też wyczuć w napiętej atmosferze panującej wśród krasnoludów, że cała kompania zastanawia się gorączkowo, jak przerwać obłęd Thorina. Trzeba to było zrobić jak najszybciej, zanim stanie się coś nieodwracalnego.
Palce Bilba zgrabiały z zimna, stopy też, ale nie był w stanie przemóc się i powrócić do ponurych krasnoludów, śpiewających swoje smutne, groźne pieśni i dyskutujących o Thorinie i Arcyklejnocie. Pytali Balina, czy sądzi, że kamień ostudzi gniew Thorina. Bilbo domyślał się odpowiedzi, choć nigdy nie padła – stary krasnolud zawsze uciekał wzrokiem, mruczał coś niezrozumiałego. Teraz pewnie też poruszyli ten temat. Bilbo nie miał ochoty ich słuchać. Za każdym razem, gdy ktoś mówił: „Arcyklejnot wyzwoli Thorina" hobbit czuł niemiły ucisk w żołądku. Był zdrajcą.
Jednak Bilbo w głębi ducha podejrzewał, że teraz najważniejsze jest nie znalezienie klejnotu – ale trzymanie go z dala od Thorina. Na każde wspomnienie kamienia w oczach krasnoluda budził się dziwny, przerażający głód, coś zwierzęcego, niepasującego do Thorina.
Kazał im przeszukiwać komnaty, wypełnione złotem i skarbami, piętrzącymi się pod ścianami. Ich stosy były wyższe niż niektóre drzewa w Shire; tak szerokie, że Bilbo potrzebował kilku minut, aby je obejść. I ciągnęły się kilometrami pustych sal, w których mieszkały tylko cienie i kurz.
Thorin przemierzał swój dawny pałac, dając im znaki nerwowymi ruchami; po jego zniecierpliwieniu Bilbo domyślał się, że z irytacją patrzy na ich przerwy na posiłki, odpoczynek czy sen. Najchętniej zagoniłby ich do niekończących się poszukiwań, choćby mieli w ich czasie padać ze zmęczenia.
Bilbo odetchnął głębiej, wspominając rozpacz, którą widział w oczach Thorina za każdym razem, gdy słyszał z ust któregoś z krasnoludów: nie ma go, nie znaleźliśmy, to na nic. Thorin cierpiał niemal fizyczny ból, a Bilbo był przyczyną tego cierpienia.
- Tak jest dla niego lepiej - powiedział do siebie cicho. Wsunął dłoń pod kurtkę i musnął palcami gładką powierzchnię Arcyklejnotu. – Thorin nie może go dostać.
Odepchnął się od barierki, potarł o siebie dłonie, by przywrócić czucie w palcach i powoli ruszył z powrotem do sali, w której zgromadziła się kompania. Stąpał ostrożnie, by nie obudzić echa. Droga z powrotem prowadziła korytarzem przylegającym do zewnętrznych murów; w ścianie po lewej ręce hobbita wybito wąskie, przypominające otwory dla kuszników okna, przez które wpadał słaby księżycowy blask. Tańczyły w nim drobinki kurzu, wzniecone krokami Bilba.
Coś poruszyło się wśród cieni po jego prawej ręce. Odruchowo skoczył w drugą stronę, jednocześnie wsuwając dłoń do kieszeni, by sięgnąć po pierścień. Druga ręka powędrowała ku rękojeści Żądełka. Trafiła w pustkę; mieczyk musiał zostać przy posłaniu.
Z mroku wyłoniła się postać, odziana w potargany płaszcz, nieco przerażająca, lecz znajoma. Bilbo poczuł ulgę rozlewającą się po jego ciele jak ciepło herbaty – kojącą, spowalniającą rozszalałe nagłą paniką serce.
- Thorinie! – wykrzyknął zduszonym głosem.
Jedno spojrzenie na twarz krasnoluda wystarczyło, by serce znów zaczęło szybciej bić, a strach znów się obudził. Oczy Thorina wyrażały potworne zmęczenie. Bilbo z rozpaczą pomyślał, że teraz jak nigdy dotąd potrzebują Gandalfa obok – jego porady i stanowczości. Czarodziej wiedziałby, jak pomóc Thorinowi i zrobiłby wszystko, co byłoby potrzebne. Hobbit zaś nie potrafił się do tego zmusić i wciąż walczył z sumieniem.
- Bilbo. Co tutaj robisz? – Thorin wydawał się być nieobecny; jednak gdy spojrzał na Bilba jego twarz jakby nieco pojaśniała. Może też był już zmęczony ciszą i chłodem, a ujrzenie kogoś sprawiło mu ulgę. Za długo siedział sam, unikany przez swoich towarzyszy, toczony chorobą. Bilbo spróbował się uśmiechnąć, ale czuł się jak kłamca, zdrajca.
- Przeszedłem się przewietrzyć – odpowiedział. – Nie mogłem już wysiedzieć z resztą… Nieważne. Co ty tutaj robisz?
Nie doczekał się odpowiedzi, Thorin odwrócił się i podszedł do okna, przysuwając twarz do otworu, wystawiając ją do chłodnego wiatru. Blask jasnego, sierpowatego księżyca odbijał się w jego oczach, czyniąc je jeszcze bledszymi. Naprawdę przypominał ducha, od lat błąkającego się po tych korytarzach, wyniszczonego przez samotność. Bilbo odczekał chwilę, wsłuchując się w jedyny dźwięk, jaki im towarzyszył – przyspieszone bicie własnego serca. Thorin jednak milczał, sprawiał wrażenie, jakby zupełnie zapomniał o hobbicie. Ten więc odchrząknął i zapytał z wahaniem:
- Nie wrócisz do nas?
Czekał, ale Thorin wciąż milczał.
- Thorinie?
- Oni niedługo nadejdą – powiedział nagle Thorin, tak cicho, jakby obawiał się echa. Jego głos zabrzmiał głucho i groźnie; Bilbo przełknął ślinę. – Musimy znaleźć Arcyklejnot zanim mieszkańcy Miasta zjawią się u bram Ereboru, domagając się bogactw, które im się nie należą… Nie dostaną niczego. Niczego, panie Baggins. Tylko moje przekleństwa. Jutro zaczniemy umacniać bramę.
- Thorinie, proszę… Nie chcesz przecież wojny, prawda? Odzyskałeś Erebor. Odpuść.
Thorin pokiwał w zamyśleniu głową i odwrócił się do Bilba.
- Odpuścić – powtórzył. – Nasze dziedzictwo? Nasze królestwo?
Postąpił krok w stronę Bilba i hobbit odruchowo cofnął się. Oczy Thorina, czający się w nich mrok i szaleństwo, napawały go strachem. Krasnolud stał teraz tyłem do okna, jego twarz była zryta cieniami, zaś głos, niski i cichy, jak dudnienie bębnów z serca góry, zawierał w sobie jakąś groźbę.
Thorin wpatrywał się w hobbita i Bilbo nagle poczuł pewność, że krasnolud zaraz go uderzy, albo co gorsza wygna go precz, odeśle do domu, do Shire, żegnając go kopniakami i przekleństwami. Przez chwilę tak się hobbitowi wydawało, gdy patrzył w ukryte w cieniach oczy Thorina, który zaciskał wściekle pięści i oddychał szybko, jakby z trudem się powstrzymywał od chwycenia Bilba za kark i potrząśnięcia nim jak szczurem.
- Naszą ojczyznę? – dopytywał się Thorin. – Mam odpuścić? Ponownie?
- Ja nie wiem. – Głos Bilba drżał. – Nie chcę tylko wojny. Nie chcę, żeby z tobą było… To Arcyklejnot. To wszystko przez Arcyklejnot. On ci nie da wytchnienia, Thorinie. Daj spokój. Przestań go szukać, wróć do kompanii, nie zamęczaj się.
- Muszę myśleć o przyszłości mojego ludu – odparł szorstko Thorin. – Nie spędzę kolejnego roku w strachu o pobratymców. Nie odpuszczę, rozumiesz to?
- Ja też się boję, Thorinie, to nie jest żaden wstyd – powiedział łagodnie Bilbo.
Thorin chwycił hobbita za poły kurtki. Stopy Bilba oderwały się od ziemi, gdy został dźwignięty w powietrze i pchnięty na ścianę. Uderzenie plecami o kamienny mur sprawiło, że Bilbo sapnął, zaskoczony agresją i brutalnością ataku. Jęknął głucho, a Thorin przysunął się do niego. Prawie stykali się nosami.
- A co ty wiesz o strachu? – zapytał Thorin ochrypłym od wściekłości głosem. – Myślisz, że to, co teraz czujesz, to strach? Myślisz, że to, co czułeś zaglądając śmierci w oczy, to był strach? Bardzo mało wiesz, hobbicie.
Puścił Bilba, który osunął się na ziemię i skulił u jego stóp, spoglądając na krasnoluda z przerażeniem i zdumieniem, gdy ten pogardliwym gestem otarł dłonie o kubrak, jakby chciał pozbyć się kalającego je zapachu hobbita. Spojrzenie Bilba musiało wydać się Thorinowi nagie i bezbronne, bo tak właśnie czuł się Bilbo – nagi, bezbronny i bezradny w obliczu czegoś przerażającego.
- Nie masz żadnego pojęcia o strachu, panie Baggins – dodał Thorin. Mówił już tak spokojnie, jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło. – Strach czujesz dopiero wtedy, gdy patrzysz w oczy śmierci, która przyszła po tysiące twoich rodaków, których obiecałeś ocalić. To jest strach.
Twarz miał nieprzeniknioną, a jego oczach Bilbo nie zobaczył gniewu, tylko zmęczenie. I to wywołało w hobbicie kolejny szok. Znienacka spostrzegł, że Thorin był ledwie strzępkiem tego, czego Bilbo lękał się jeszcze chwilę temu – nie był już wielkim, oszalałym królem; zaś w sercu Bilba nie było już strachu, wezbrała w nim za to głęboka litość i żal. Bilbo nagle zobaczył w Thorinie kogoś podobnego do Golluma – pokraczny, wyniszczony, ogarnięty obsesją cień dawnego dumnego krasnoluda. Wspomniał oczy Golluma, rozżarzone głodem, i ten obraz przyprawił hobbita o ciarki na plecach, bo gdy Thorin mówił o Arcyklejnocie, w oczach miał taki sam głód.
Thorin pokręcił głową i ruszył korytarzem w kierunku ziejącego czernią otworu drzwi. Nie wyglądał jak król; wyglądał jak żebrak. Echo kroków krasnoluda opadło na hobbita zagłuszając nawet dudnienie jego serca. Nie chciało się ono uspokoić.
Thorin zwariował, tłukło się mu po głowie. Ach, gdyby tylko Gandalf tu był! Czarodziej na pewno znalazłby jakąś radę, zdjąłby z barków Bilba ciężar zdrady i oszustwa. Na pewno też zgodziłby się, że Arcyklejnot nie może wpaść w ręce Thorina, bo tylko podsyciłby jego szaleństwo.
Ale Gandalfa nie było i Thorin oddalał się, niknąc w mroku. Nagle Bilbo odniósł wrażenie, że jeśli teraz nie zatrzyma krasnoluda, to już nigdy nie będzie miał sposobności, by z nim porozmawiać w samotności, szczerze. Dlatego mimo strachu, krzyknął w stronę pleców Thorina:
- Wszyscy chcemy dla ciebie tylko dobrego, wiesz?
Thorin zatrzymał się, więc Bilbo szybko się podniósł i postąpił w jego kierunku parę niepewnych, bezszelestnych kroków. Zatrzymał się jednak, nieco się obawiając stojącego nadal nieruchomo krasnoluda.
- Wierzę, że jesteś lepszy niż to, Thorinie. Za to nie wierzę, że to ty kierowałeś swoją ręką, gdy ją na mnie podnosiłeś. Coś przemawiało poprzez ciebie i musisz to zwalczyć. Nie życzę ci źle, Thorinie. Ale to nie jest krasnolud, którego…
Thorin spojrzał na niego przez ramię. Jego czarna, zgarbiona postać wydawała się być obca, bezruch budził dreszcze, nieprzyjemne skojarzenia z posągiem jakiegoś dawno pogrzebanego króla.
- Którego co? – zapytał głuchym głosem.
Jego głos dobiegał do hobbita jakby z oddali, zza grubej zasłony; Bilbo poczuł zawroty głowy i nagłą, przemożną ochotę, by sięgnąć dłonią do kieszeni, wsadzić Pierścień na palec i zniknąć sprzed oczu Thorina. Poruszył niespokojnie dłońmi. Thorin patrzył mu prosto w oczy, uważnie i gniewnie, jakby chciał pokazać, że hobbit nie ma wyboru, musi odpowiedzieć.
- Krasnolud, któremu ufałem – odparł Bilbo. – Którego szanowałem. Za którym mógłbym podążyć wszędzie. Takiego Thorina Dębową Tarczę poznałem i to on stał się moim… przyjacielem. Był dzielny i lojalny, a nade wszystko cenił sobie honor. Nie poświęciłby nigdy własnej rodziny dla złota. To był król, którego wszyscy kochali, za którym poszli w smoczy ogień, na szaloną wyprawę bez żadnych szans powodzenia. Ale teraz… już go nie ma.
Thorin wpatrywał się w niego płonącym gniewem wzrokiem; Bilbo czuł ten gniew choć nie widział jego twarzy. Milczenie trwało, ciężkie niczym kir.
- Powiedz coś – poprosił Bilbo. – Przerażasz mnie.
- Dziękuję, za twoją troskę – odparł cicho Thorin. – Przyjacielu.
Bilbo zmusił się do uśmiechu. Nieszczerość tych słów zabolała bardziej niż gdyby Thorin go uderzył.
