Naiwna, młoda, ślepa. Tak wiele krzywdzących słów. Zdrajca, morderca, kłamca. Etykietki powtarzane dzień po dniu. Czy jakiekolwiek zaprzeczenie cokolwiek zmieni? Kogoś ocali? Obrona prawdy zawsze jest trudna, a wciąż zastanawiam się, dlaczego akurat tę dwójkę to spotyka. Tyle już musieli przetrwać, może to jedno im odpuśćmy.


Zerwała się z posłania z ciężkim oddechem i strachem dławiącym gardło. Ciemności nocy nie pomagały się uspokoić, łzy nie przestawały płynąć, cała się trzęsła. Zignorowała przy tym głos Yukikaze uparcie powtarzający, że to tylko sen, że to już minęło i teraz wszystko jest w porządku.

Mijały minuty, a w Corrie nadal się kotłowało. A wszystko przez to wspomnienie. Już dawno do niej nie wracała ta scena, choć przecież przez tyle lat miała ją wciąż przed oczami. Pamiętała każdy szczegół tamtego dnia, kiedy jej nowonarodzone serce zostało rozdarte na płonące strzępy. Zimne, martwe ciało Kiry leżące na gruzach, plama krwi pod nim nabierająca coraz ciemniejszej barwy, tamto przerażenie, że jest już za późno, by mu pomóc. I klęczący przy nim Ichimaru w białej szacie zbryzganej czerwienią. Nienawiść, bo nie zrobił nic, żeby go ocalić.

Poczuła się bardzo samotna. Już rzadko to do niej wracało, ale za każdym razem mogła liczyć na Shuuheia. Był przy niej, otulał ramionami, ocierał łzy. Przy nim łatwiej było się uspokoić, ponownie zapaść w sen, poczuć się bezpiecznie. Tak bardzo jej teraz tego brakowało. Ze wszystkim została kompletnie sama. Nie było nikogo, kto mógłby ją wspomóc, przez co czuła się otępiała i niezdolna do jakichkolwiek decyzji.

Nigdy nie zastanawiała się, jakby było bez Shuuheia u jej boku. Nie pamiętała już dni, zanim zaczęli wypełniać je swoją obecnością, to przecież było tak dawno. Zawsze mogła do niego pójść i się pożalić, obudzić go w środku nocy, żeby tylko odwrócić uwagę od przykrych spraw, odgonić smutki śmiechem i wygłupami. Wyglądało na to, że stali się nierozłączni, choć nie miała pojęcia, kiedy to się stało. Był dla niej tak ważny, że teraz czuła bolesną pustkę. Tęskniła za nim. Za jego obecnością, wspólnie spędzanym czasem, jego marudzeniem, śmiechem, pocałunkami na pożegnanie. Za leniwymi porankami, nim zorientują się, że jest już późno, ukradzionymi chwilami w czasie służby, długimi, namiętnymi wieczorami. Za każdym najdrobniejszym szczegółem, który wypełniał ich wspólne życie.

Teraz była sama. Z obciążającymi Shuuheia zarzutami, stojącym w miejscu śledztwem, litością wszystkich dookoła. Z ciążą, z której cieszyłaby się bardziej, gdyby mogła się z nim podzielić tą informacją. Z codziennością znów szarą i nieprzyjemną, do której nie chciała wychodzić z bezpiecznych czterech ścian. Z obowiązkami, które ktoś przecież musi wykonywać. Ze strachem i niepewnością, które doprowadzały do rozpadu jej serce.

Wyszła do ogrodu, mając nadzieję, że chociaż tak trochę się uspokoi. Noc była ciepła i gwiaździsta, dookoła trwała niczym niezmącona cisza. Seireitei spało, tylko warty czuwały, choć z każdą godziną były mniej czujne, jakby nikt nie wierzył, że morderca tylko czeka, aż Gotei 13 opuści gardę.

Podciągnęła do siebie nogi i oparła brodę o kolana. Myślami powędrowała do Kiry. Zastanawiała się, co on by zrobił na jej miejscu. Czy walczyłby o dobre imię Shuuheia? Czy bardziej poczułby się zdradzony? Nie była pewna. Gdyby żył, ich życie wyglądałoby całkiem inaczej, może nigdy nie związałaby się z Hisagim. Kochała przecież Kirę, choć uświadomiła sobie to zbyt późno. Czy gdyby to Kira wtedy przeżył, przeszłaby całą tę drogę? Nie była pewna.

Za nim też wciąż tęskniła, choć nie tak bardzo jak jeszcze parę lat temu. Tak wiele ją nauczył, zaakceptował ją bez zbędnych pytań, dał poczucie bezpieczeństwa. To dzięki niemu narodziło się jej serce, nauczył ją kochać. Sprawił, że stała się kompletna. Nie miała pewności, czy pochwalałby ten związek, pewnie by jednak nie oponował. Już taki był, że na pierwszym miejscu stawiał innych, o siebie, swój interes nie był skory walczyć, choć to raczej kwestia jego słabej samooceny.

– To piękna noc na spacer. – Usłyszała. – Nie uważasz, Shiroyama-san?

Drgnęła niespokojnie. Z mroku wyłoniła się sylwetka Ichimaru w brązowej yukacie i narzuconym, nieco jaśniejszym tylko, haori. Jego twarz jak zwykle zdobił niepokojący uśmiech, który w blasku gwiazd zdawał się upiorny.

– Sądziłam, że już dawno śpisz, kapitanie – odparła, mając nadzieję, że w ciemności nie widać, że płakała. – Albo spędzasz ten czas w towarzystwie Rangiku.

– Rangiku śpi – odpowiedział Gin. – Nie masz ochoty na przechadzkę, Shiroyama-san?

Spojrzała na niego nieco podejrzliwie. Normalny kapitan zapytałby, co tu robi o tej porze, po czym posłałby ją z powrotem do łóżka, a ten? Chociaż to było bardzo w jego stylu.

– Nie wypada mi spacerować w obecności swojego dowódcy w piżamie – odparła, chcąc się wymigać od pomysłu.

– O tej porze i tak nikt nas nie przydybie. – Ichimaru uśmiechnął się psotliwie. – Chyba nie sprawisz mi tej przykrości i nie odmówisz, Shiroyama-san?

Westchnęła. Powinna go zignorować, wrócić do siebie i zamknąć drzwi werandy, kończąc to dziwne spotkanie. Trzymanie go na dystans chroniło ją, obiecała sobie, że nie da się wciągnąć w żadną głupią grę, bo przecież Ichimaru był niebezpieczny i destrukcyjny. A jednak w tej chwili tak bardzo pragnęła czyjejś obecności obok, że uśmiechnęła się do niego i podniosła z miejsca.

– Jest zbyt piękna noc, by robić przykrość innym, kapitanie.

Wsunęła na nogi sandały i podążyła za Ichimaru do bramy ogrodu, a potem poza teren baraków Trójki. Warta nie zwróciła na nich uwagi, a jeśli nawet, woleli się nie odzywać. To nie była ich sprawa, co w środku nocy robią kapitan i vice-kapitan.

Ichimaru zrównał krok z Corrie, ściągnął haori i zarzucił je na ramiona kobiety. Było ciepłe i miłe w dotyku. Shiroyama poczuła się nieco lepiej, choć żadne z nich nie wypowiedziało słowa. Szli nieśpiesznie, trochę jakby na oślep po pustych o tej porze uliczkach Seireitei. Gdy wstanie słońce, wróci gwar codzienności, shinigami będą pędzić do swoich spraw, pozdrawiając się krótko. Niektórzy przystaną na najświeższe plotki, może umówią się na obiad bądź drinka. Znów będzie tak samo jak zwykle, codzienność shinigami.

Corrie zerknęła na idącego obok Ichimaru. Rzadko mogła przyglądać się jego profilowi, choć i tak dostrzegała lisi uśmiech, który rzadko schodził z twarzy jej kapitana. To było trochę dziwne iść z nim ramię w ramię. Jako jego zastępca zwykle trzymała się krok za nim, widywała jego plecy, gdy szli gdzieś razem. Nawet teraz potrafiła je sobie wyobrazić. Chodziła za tym mężczyzną, którego nie darzyła zaufaniem ani przyjaźnią. Mimo to czuła się zobowiązana do lojalności, a nawet czuła wobec niego pewną dozę szacunku. Małą w porównaniu z innymi vice-kapitanami, ale od początku byli dziwną parą. Jakby zupełnie niedobraną, przypadkową. Jak nieśmieszny żart.

Przez myśl przeszło jej pytanie, jak się czuł Kira, gdy szedł za Ichimaru. Z pewnością całkiem inaczej niż ona. Dla niego jego dowódca był wzorem, kimś, kto go ocalił, gdy był jeszcze w Akademii. Dla udowodnienia swojej lojalności był w stanie bez pytania o słuszność wykonać każdy rozkaz, choć to czasami kończyło się naprawdę nieprzyjemnie. Jednak dla tego człowieka, tak niegodnego w jej oczach, poświęcił życie, stając pomiędzy nim a Aizenem, choć nie miał żadnych szans.

– Kapitanie – odezwała się cicho.

– Tak, Shiroyama-san?

– Zastanawiam się... Myślisz czasami o tamtym dniu w Karakurze? O tamtej bitwie?

Gin spojrzał na nią kątem oka nieco zaskoczony tym pytaniem. Zawsze trzymała go na dystans, nie rozmawiała z nim o osobistych sprawach, a gdy próbował zagadywać, unosiła się gniewem. Mógł się tylko domyślać, co jej chodzi po głowie, zresztą zwykle prosił Rangiku, żeby z nią porozmawiała, bo jej Corrie ufała. Zresztą wątpił, czy cokolwiek by się zmieniło w ich stosunkach, gdyby powiedział jej, jak bardzo żałuje, że to się wtedy tak potoczyło. Nic go przecież nie usprawiedliwiało.

Corrie poczuła, że się czerwieni. Nie miała pojęcia, co ją napadło, żeby zadawać mu takie pytanie. Przecież to było głupie, powinna trzymać się dystansu. Przecież on to może wykorzystać przeciwko niej, gdy tylko będzie mu to pasować. Naprawdę musi pokazywać mu, że jest słaba i bezbronna?

– Cieszę się, że próbujesz mi ufać, Shiroyama-san – odezwał się w końcu Gin. – To, co się wtedy stało... Nie mam prawa prosić cię o wybaczenie, bo tego się wybaczyć nie da. Jednak zrobię, co w mojej mocy, aby to się nie powtórzyło nigdy więcej.

Rzadko używał tak poważnego tonu głosu, co sprawiło, że Corrie spojrzała na niego uważniej. Nie odpowiedziała jednak. Nie była pewna, jakie słowa byłyby właściwe, a nie chciała niszczyć tej nitki porozumienia, jaka się pomiędzy nimi wytworzyła. Nie dzisiaj, gdy tak bardzo potrzebowała obecności drugiego człowieka. I choć nie zastąpił jej Shuuheia, to dzięki niemu uspokoiła się po tym koszmarze, który znów ją nawiedził.

W milczeniu wrócili do baraków Trójki. Gin odprowadził ją pod same drzwi jej mieszkania. Gdy chciała ściągnąć i oddać mu haori, powstrzymał ją gestem.

– Powinnaś o siebie dbać, Shiroyama-san. Nie tylko dla siebie – powiedział. – Noc jeszcze chwilę potrwa, więc spróbuj zasnąć.

Chwilę później zniknął w mroku, pozostawiając swoją zastępczynię przy drzwiach. Obeszła budynki i przez ogród wróciła do siebie, przypominając sobie, że kiedyś też Ichimaru zostawił jej swoje haori, lecz wtedy była zimna noc, a ona tonęła w rozpaczy po utraconej miłości. Dziś jednak zasypiała z poczuciem, że ten wyszczerzony lis stoi po jej stronie, choć to pewnie głupie ufać mu w tej sprawie. Mimo to dzięki niemu zasnęła spokojnie i spała aż do rana.

Kolejne dni były słoneczne i ciepłe, choć Corrie nie potrafiła się nimi cieszyć. Ichimaru ograniczył jej obowiązki, więc niewiele miała do roboty. Co prawda Oficerowie trochę się dziwili, kiedy kapitan oznajmił im, że od teraz do odwołania to na ich głowach są wszelkie treningi, ale nikt nie oponował z rozkazami. W końcu informacja o ciąży wciąż była niejawna, a zanim będzie cokolwiek widać, minie jeszcze trochę czasu. Przynajmniej nie musiała mierzyć się z jeszcze bardziej współczującymi spojrzeniami. To by ją chyba całkiem dobiło.

Z braku zajęcia ponownie przejrzała materiały ze śledztwa, które zebrała wspólnie z Ichimaru przez ostatni miesiąc. Znała je na pamięć, ale miała nadzieję, że znajdzie jakiś ślad, który pozwoli im pójść dalej. Przecież coś musi być – ta rozpaczliwa nadzieja trzymała ją jeszcze w całości, choć każdego dnia było trudniej.

Coś w tym wszystkim nie grało. Łatwo było założyć, że morderca był na tyle pewny siebie, że pozwolił świadkowi uciec, a do tego zostawił jeszcze ślady. Naprawdę popełniłby oba błędy w tym samym czasie? To by było chyba zbyt proste.

Odłożyła dokumenty i skierowała się do wyjścia. Ichimaru jak zwykle nie było, trening przeprowadzał właśnie Trzeci Oficer, więc w sumie miała trochę wolnego, a siedzenie w biurze i myślenie o tym wszystkim doprowadzało ją do szaleństwa.

Nie zwracała uwagi na spojrzenia i szepty mijanych shinigamich, odpowiadała jedynie na pozdrowienia, gdy szła do Szóstego Oddziału. Ostatnim razem nie miała szczęścia, Renji wiecznie był zbyt zajęty, żeby z nią dłużej porozmawiać, ale nie zamierzała odpuścić. Zresztą był jedyną osobą, do której mogła się z tym zwrócić. Do Dziewiątki nawet się nie zbliżała po ostatnim spięciu z Mugurumą. Zresztą podejrzewała, że za sam pomysł oberwałoby jej się od Ichimaru. W końcu nerwy w jej stanie nie były pożądane.

Obecność Renjiego wyczuła w okolicach biura Szóstki i to tam skierowała swe kroki. Miała nadzieję, że tym razem nie wymyśli sobie jakiejś głupiej wymówki, żeby tylko przed nią uciec. W końcu byli przyjaciółmi, a przyjaciele powinni sobie pomagać.

Kapitana Kuchiki nie było, Abarai za to siedział w ogrodzie i czytał raporty, co nie zdarzało mu się często.

– Czyżby jakaś nowa tradycja Szóstego Oddziału? – zapytała, zwracając na siebie jego uwagę.

– Yo, Corrie. Co cię sprowadza?

– Przyjaciela nie można odwiedzić? – Uśmiechnęła się niewinnie. – Chyba że już nie jesteśmy przyjaciółmi.

– No wiesz – prychnął. – Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?

– Rzadko mnie ostatnio odwiedzasz? – zasugerowała.

– Kapitan Hitsugaya miał rację, kiedy mówił, że zbyt dużo czasu spędzasz w towarzystwie kapitana Ichimaru – mruknął.

– W końcu to mój dowódca. – Wzruszyła ramionami. – Ale rzeczywiście dawno się nie widzieliśmy.

Renji podrapał się po karku. Wiedział przecież, że przyjaciółka potrzebuje ich wsparcia po tym, co się wydarzyło. Znał smak zdrady i nigdy jej tego nie życzył, akurat ona szczególnie na to nie zasługiwała.

– Rzadko się ostatnio pojawiasz u Rangiku-san – odparł. – A mnie raczej nie wypadało do ciebie zaglądać.

– Przez sprawę mordercy? – zapytała.

– Jakby nie było, śledztwo nie zostanie zamknięte, dopóki nie schwytamy sprawcy – odpowiedział powoli, ważąc uważnie słowa.

– Wierzysz, że to Shuuhei? – Spojrzała na niego kątem oka.

– Nie jest ważne, w co wierzę, ważne, co mówią dowody – stwierdził. – To słowa kapitana.

– Więc co? Chcecie go znaleźć i zabić, tak? – warknęła. – Bez żadnej możliwości obrony.

– Pomogłaś mu uciec – przypomniał. – Co to mówi o całej sprawie?

– Wyrok zapadł w momencie aresztowania – mruknęła. – Nie rób ze mnie idiotki. Raz podjęta decyzja Rady 46 nie może być cofnięta.

– Więc wiesz, że to odwlekanie nikomu nie sprzyja.

Corrie poczuła się, jakby Abarai właśnie ją spoliczkował. Przełknęła jednak łzy, podniosła się i złapała go za kosode.

– Ty dla Rukii wyzwałeś na pojedynek swojego kapitana – syknęła mu prosto w twarz. – Chociaż też nic nie można było dla niej zrobić. Dlaczego mnie odmawiasz nadziei i nie chcesz pomóc przyjaciołom?

Renji odwrócił spojrzenie. Doskonale pamiętał tamten czas, gdy Rukia została uwięziona i oczekiwała na egzekucję. Był bezsilny, nie mógł nic zrobić, żeby ją ocalić, a jednak w desperacji podążył tą samą ścieżką co Ichigo.

– Teraz jest inaczej – powiedział. – Doszło do serii morderstw, rozumiesz?

– Nie jestem ignorantką, Renji, ale wiem, że niepodważalne dowody mogą wszystko zmienić. Pomóż mi, przecież wiesz, że to nie on.

– Masz tego absolutną pewność? – zapytał. – Przecież nie masz ani jednego dowodu na jego niewinność.

– A jak silne są dowody, które ty masz? – odparła.

– Wiesz, że nie powinienem cię w to wprowadzać. Oboje będziemy mieć kłopoty.

– Więc nie są aż tak twarde – stwierdziła, opierając dłonie na biodrach. – A ty na to pozwalasz.

Renji skrzywił się, uświadamiając sobie, że właśnie dał się złapać w pułapkę. Corrie doskonale wiedziała, co chce osiągnąć i jakim kosztem.

– Nic cię nie powstrzyma, co? – zapytał.

– Chcę tylko poznać prawdę i ocalić ukochanego.

– A co jeśli to on? Brałaś to pod uwagę w ogóle?

– Jeśli Shuuhei mnie wykorzystał i zabił tych shinigamich, sama go zabiję – odparła. – Ale wątpię, żeby tak to wyglądało. Znasz go.

Renji miał ochotę powiedzieć, że Aizena też znał, ale powstrzymał się. Tak samo zostawił dla siebie deklarację, że skopie Hisagiemu tyłek za to, że Corrie musiała za niego nadstawiać karku.

– Przeciw Hisagiemu świadczy zeznanie świadka, który widział kogoś w pobliżu miejsca zbrodni, kogo rozpoznał jako Hisagiego. Było ciemno, więc stuprocentowej pewności nie ma, ale większość cech świadczy przeciwko niemu. Do tego na miejscu ostatniego morderstwa znaleźliśmy ślady reiatsu Hisagiego, zanim dotarła do nas Dziewiątka. Tu akurat nie ma wątpliwości. No i ucieczka, po której morderstwa ustały. Radzie 46 to wystarcza.

– Sprawdziliście, dokąd prowadzi ten ślad reiatsu? – zapytała.

– Nie było go nigdzie dookoła. Tylko w tym jednym miejscu. Wszyscy byliśmy zdziwieni.

– A możliwość, że zostało to podstawione?

Renji nie odpowiedział. Sam miał wątpliwości, ale takie rzeczy były raczej w gestii kapitana. On się nie nadawał do zagadek.

– Renji, czy ta próbka mogła zostać podrzucona?

– Skoro nigdzie dookoła nie znaleźliśmy śladów, jest taka możliwość – przyznał. – Ale to wciąż za mało, żeby oczyścić go z zarzutów. Myślisz, że dlaczego został aresztowany? Chcieliśmy go przesłuchać, ale się wtrąciłaś.

– Więc to moja wina, że go ścigacie? – Uniosła brew. – Gdybym tego nie zrobiła, byłby już martwy.

Odwróciła się, żeby odejść, ale Renji złapał ją za nadgarstek. Spojrzała na niego ze złością.

– Nie rób nic głupiego, Corrie. Nie chcę, żeby spotkała cię krzywda z powodu tego śledztwa. Następnym razem kapitan Ichimaru może nie zdążyć cię ocalić.

– Wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić te rady? – syknęła.

– Po prostu uważaj. Ktokolwiek go wrobił, jest niebezpieczny i nie da się tak po prostu zdemaskować.

– Nie jestem idiotką.

– Corrie, ja po prostu nie chcę stracić kolejnego przyjaciela.

Wyrwała dłoń i odeszła. Renji westchnął. Właśnie dlatego nie chciał z nią rozmawiać na ten temat, teraz mógł mieć tylko nadzieję, że nie sprowadził na nią niebezpieczeństwa swoim gadulstwem.