Wesołego Poświętach, wszyscy moi kochani!

Postarałam się jako tako i oto przed wami nowiutki rodzialik prosto z piekarni. ;)

Kto czekał na Cate-ten się doczekał, kto lubi niespodzianki i TID, też powinien być happy ^^

Tu powinny być odpowiedzi na komentarze, ale...

Uno-nie chce mi się ich pisać i nie wiedziałabym co napisać. Komu odpowiedziałam, temu odpowiedziałam, komu nie, temu nie, przepraszam bardzo :( Mogę jedynie napisać, że strasznie jesteście wszyscy kochani i tak dalej. :*

Dos-Patrz punkt wyżej, bo miałam rozdzielić na dwa, ale mi nie wyszło. :/

Rozdział ten... Hmm... Może nie od razu dedykuję, ale..

Yohao, My Beautiful Dream, macie czego chciałyście!

No i tyle.

Z racji tego, że bardzo mało prawdopodobne jest, żebym wyrobiła się do Sylwestra z rozdziałem ósmym, nawet gdyby mnie krzyżowali (czego, mam nadzieję, nie zrobią) życzę wam:

-wejścia w Nowy Rok z tym co dla was piękne i ważne (jest to powód, dla którego o północy w Sylwestra trzymam w rękach laptopa)

-spełnienia marzeń

-wytrwania w postanowieniach noworocznych

-wspaniałych ludzi i równie wspaniałych książek

-Maleca! (ale to oczywiste)

-i żebyście przejęli świat. To miłe, optymistyczne i zawsze na miejscu :D

Enjoy!


Rozdział 7. Dzień Szósty. Chyba miłość.

Magnus nienawidził wczesnych pobudek.

Wczesna pobudka oznaczała zazwyczaj konieczność wczesnego wstawania, co z kolei oznaczało durne programy w telewizji i radiu, harmider za oknem, jaki wytwarzali podążających do pracy ludzie, a, przede wszystkim, nieziemskie zmęczenie kogoś kto spał od trzeciej do cholernej siódmej i miał ochotę spać jeszcze bardzo długo.

Więc kiedy Magnus otworzył oczy i ujrzał za oknem typową poranną mgiełkę zwiastującą, że bliżej godzinie do nocy niż południa, miał ochotę zakopać się z powrotem w kołdrze i zasnąć.

Uniemożliwił mu to Alec.

Chłopak leżał, z głową w zagłębieniu ramienia Bane'a, wczepiając się rękami w jego barki, jak kot noszony na rękach.

Magnus przyjrzał mu się z uśmiechem.

Czy było na świecie coś bardziej uroczego niż Alec Lightwood, zwłaszcza Alec Lightwood który spał? W jego łóżku? Przytulony do jego ramienia? Po seksie z nim?

Alec poruszył się przez sen i wymamrotawszy coś co brzmiało mniej więcej jak "armia żelek" wtulił mocniej w Magnusa.

Bane roześmiał się sennie, sam do siebie i pogładził chłopaka po włosach.

Kiedy wieczorem wrócił do domu, ledwo trzymając się na nogach, miar naprawdę ambitny zamiar położenia się spać.

Ale pierwszą rzeczą jaką zobaczył, był, leżący u niego w łóżku, Alec.

Twarz miał wtuloną w poduszkę, zamknięte oczy, lekko otwarte usta i był zdecydowanie najsłodszą rzeczą jaką Magnus kiedykolwiek widział.

Naprawdę uwielbiał tego chłopaka. Bardziej niż był skłonny to przyznać.

Chciał iść się wykąpać, więc wyciągnął jakieś spodnie i koszulkę w których sypiał i już w łazience zorientował się, że nie wziął t-shirtu.

Ale gdy wrócił do pokoju, koszulkę, przez sen, przytulił jak misia Alec i Manus nie miał serca mu jej zabierać. Wyglądał zbyt uroczo.

i było to bardzo pochlebne, że przytulał się do jego koszulki, chcąc poczuć jego zapach.

To było niespodziewanie słodkie i niespodziewanie seksowne.

Jak Alec.

W wyniku czego, Bane założył z powrotem koszulę i wsunął się pod kołdrę, obok Aleca, starając się za wszelką cenę nie obudzić chłopaka. Gdyby się obudził, zapewne ciekłby, zaczął przepraszać i zostawił go samego, ze świadomością, ze tu był, ale już go nie ma.

A manus chciał, żeby tu był.

Długo nie myślał o tym, że może cieszyć się z towarzystwa innych osób niż najbliżsi przyjaciele. Długo nie sądził, że kiedykolwiek będzie to możliwe.

Ale było. Jakby część jego serca odpowiedzialna za miłość się odblokowała.

Zaraz, zaraz...

Miłość?

Magnus zamarł, z dłonią dwa milimetry nad miękkimi włosami Aleca i spojrzał tępo w sufit.

Miłość. Powiedział to.

Miłość.

Czyli kochał Aleca. Tak, kochał go.

Poczuł jak jakiś niesamowity ciężar spada mu z serca, dy odważył się o tym pomyśleć, gdy odważył się wypowiedzieć te słowa.

Co prawda nie na głos, ale jednak.

-Kocham cię, Alec-szepnął do siebie, zbyt cicho by on sam to usłyszał. Przyspieszone bicie serca skutecznie to zagłuszało.

Czuł tylko jak wargi układając się w te trzy słowa tak, jakby ich przeznaczeniem było je wypowiadać.

-Kocham cię, Alexandrze-powtórzył, znowu gładząc chłopaka po włosach-Kocham cię.

To było takie dziwne, mówić "kocham cię" śpiącej osobie, nie chcąc, by to słyszała po przecież...

Dużo było słów, które można było po tym "przecież" wstawić.

Nie znali się dobrze. To po pierwsze.

Byli z dwóch innych światów i Magnus doskonale to wiedział. To po drugie.

I po trzecie-znali się niecały tydzień.

Czy w jeden tydzień można się w kimś zakochać?

Nie można... Prawda?

Westchnął ciężko, wiedząc jak bardzo jest to niemożliwe i żałosne, jak bardzo rodem z książek i to takich badziewnych, bo był pewien, ze ani Tessa, ani Will, nigdy by takiej historii nie spisali.

Ale kiedy wplątał palce we włosy Aleca i słyszał bcie jego serca, czuł, że ta historia może i jest niemożliwa i żałosna, ale też słodka i niesamowita.

I przede wszystkim-jego.

-Magnus, wstawaj...-usłyszał nagle i odwrócił się, żeby zobaczyć stojącą w drzwiach Tessę.

-Cii...-szepnął przykładając palec do ust.

Tessa spojrzała na niego, a potem zobaczyła Aleca, śpiącego i owiniętego kołdrą i chaotycznie rozrzucone na podłodze ubrania.

Jej oczy zrobiły się ogromne i przerażone.

-Magnus, co ty...

-Cicho-powtórzył Bane-Obudzisz go.

I spojrzał na Aleca z takim uczuciem w oczach, że Tessę aż zatkało ze wzruszenia.


-Przespałeś się z nim!-Tessa ruszyła na niego z miną rozwścieczonego chihuahua'y.

To nie było zabawne. Chihuahua'y potrafiły być zabójcze. Kiedyś, w Los Angeles jeden z takich piesków boleśnie go pogryzł i podarł mu spodnie.

Magnus cofnął się o krok, ale Tessa nadal szła w jego kierunku.

-Pieprzyłeś się z nim w moim domu-warknęła-W moim łóżku.

-No nie przesadzaj, nie w twoim.-powiedział Bane, ale zaraz potem się zamknął, bo Tessa obrzuciła go spojrzeniem na widok którego każdy by się zawstydził.

-Poza tym, mówiłam ci, że ten dzieciak to nie jest...

-Tessie...

-...ktoś na jedną noc. I, że...

-Tessie...

-...jeśli ośmielisz się go skrzywdzić to...

-Thereso!

Tessa umilkła i spojrzała na Bane'a, nadal wrogo, ale teraz też zaskoczona.

-Co?

Magnus spuścił wzrok i... czyżby Tessa naprawdę zobaczyła, że uszy mu poróżowiały?

-Tessie... Ja go chyba kocham.

Tessa zamarła na moment, a potem, zupełnie nagle go spoliczkowała.

-Ała-syknął-Za co to było?

-Za to chyba-mruknęła-A teraz przydaj się do czegoś i pomóż mi zrobić kanapki.

Bane powlókł się za przyjaciółką jak zbolały pies.

-Naprawdę, Magnus, rozumiem. Tylko, że...-mówiła Tessa, podając Magnusowi gotowe kanapki, które on wkładał do torebek śniadaniowych

-Że co?

-Zaskoczyłeś mnie-powiedziała z zadziwiającą prostotą, odwracając się do niego-Jesteś Magnusem Bane'em, prawda?

-A czy to mnie z czegoś wyklucza?-spytał cicho, patrząc sennie na trzymane w dłoni ciastko.

-Niby nie-Tessa zręsznie wskoczyła na blat i zmierzyła Magnusa uważnym spojrzeniem-Ale to i tak dziwne.

-Co jest takie dziwne?-warknął Bane-Czy nie mogę po prostu się cieszyć z bycia szczęśliwym? Nie mogę chcieć zrozumienia, sympatii, czegokolwiek? Nie mogę chcieć zrobić czegoś, czegoś, o czym słuchasz i chce ci się rzygać tęczą? Nie mogę chcieć być blisko z kimś, kto sprawia, że tak jest? Z kimś, kto jest najcudowniejszą rzeczą jaka mnie spotkała? Nie mogę się po prostu za...

-Ekhm, przepraszam-Tessa i Magnus równocześnie odwrócili się do drzwi, w których stał wyraźnie spłoszony Alec, z rumieńcem na policzkach. Rzucił Magnusowi szybkie, niepewne spojrzenie, zrobił się jeszcze bardziej czerwony, po czym skierował wzrok na Tessę-Chyba musimy już jechać.

-A, tak, jasne-Tessa zgarnęła sprzed nosa Bane'a torebki z lunchem i ruszyła do wyjścia.

-Magnus nas nie zawiezie?-spytał nieśmiało, zatrzymując Tessę w drzwiach.

Obrzuciła chłopaka bacznym spojrzeniem, w wyniku czego zrobił się równie czerwony, jak jeżdżące po mieście autobusy.

Spuścił wzrok. Wiedział, że wiedziała.

-Niestety nie może.-powiedziała cicho-Jedzie się spotkać ze znajomymi, obgadać pewną ważną sprawę.

-Aha-Alec kiwnął ze zrozumieniem głową, ale w jego oczach było widać żal-No cóż...

-Pozdrów Cate-rzuciła tylko Tessa, po czym szarpnęła Aleca za ramię i wyciągnęła go z domu, nim on, albo Magnus zdołali się chociaż słowem odezwać.

A Bane został przy kuchennym stole, z nożem w ręce, patrząc tęsknie na oddalającą się, przygarbioną sylwetkę chłopaka.


-Przespałeś się z nim!-usłyszał Magnus, zamiast powitania.

-Co?-zapytał, nie za bardzo wiedzieć jak zareagować-Jak... Co ty... Skąd ty...

Jasne, rozmawiał z Catariną wczoraj, zanim pojechał do Ragnora, ale nawet ona nie była w stanie tak przewidywać...

Cate się roześmiała.

-Nie miałam pojęcia-przyznała-Po prostu postanowiłam, ze jak przyjdę, to będzie pierwsza rzecz, którą powiem... Ale widzę, ze miałam rację.

Manus wybuchnął śmiechem i chwycił rączkę walizki Cate. Była to mała, lekka walizeczka, typowa dla kogoś, kto w podróż zabiera tylko to co najpotrzebniejsze. Mała,plastikowa, niebieska.

Typowa dla Cate.

Dziewczyna westchnęła ciężko, zapinając guziki swetra. W Londynie było o wiele za chłodno jak na połowę czerwca.

Ruszyli w stronę wyjścia, pogrążeni w rozmowie o niczym. Cate jakiś czas wcześniej wyjechała do Detroit zajmować się chorymi w upadłym mieście i Magnus rzadko miewał okazję, by z nią porozmawiać twarzą w twarz.

I rzecz jasna nie chciał jej przeszkadzać. Ratowanie życia to była krucjata Cate. Nikt nie miał prawa jej tego zabierać.

Dlatego Magnus był do tego stopnia zaskoczony jej przyjazdem. Najwidoczniej jednak uznała, ze należy chronić ludzkość przed Magnusem i Ragnorem, bo przystała na ich pomysł i porzuciła Detroit.

Znaczy miało to też związek z tym, jacy ludzie z nią pracowali, ale Catarina wolała trzymać się pierwszej wersji.

-No to jak było?-zapytała w końcu, kiedy wydostali się z lotniska i ruszyli w kierunku samochodu Magnusa.

-Co masz na myśli?-spytał Bane

Catarina wywróciła oczami.

-Przyznałeś się. Teraz proszę o szczegóły.

-Cate, błagam cię-mruknął Magnus-

-Przyjaciele tak robią-powiedziała Cate, zakłądając ręce na piersi. Chciała, żeby Bane się przed nią otworzył. Naprawdę tego chciała.

-Osiemdziesiąt cztery-powiedział cierpko i ostatnie kilka kroków do auta pokonał niemal biegiem, wrzucając walizkę Cate do bagażnika.

Catarina zatrzymała się n moment, jakby piorun ją strzelił, a potem podbiegła do samochodu.

-Tego nie było osiemdziesiąt trzy?-zapytała

Magnus spojrzał na nią nierozumnie.

-Co?

-"Osiemdziesiąt trzy sposoby przespania się z kimś według Magnusa Bane'a"-przypomniała mu Catarina.-Na pewno tak to szło.

Magnus pokręcił z rozbawieniem głową i otworzył Cate drzwi. Dziewczyna usiadła, nadal pogrążona w rozmyślaniach, czekając, aż Bane usiądzie na miejscu kierowcy.

-Czemu Osiemdziesiąt Cztery? Co było Numerem Osiemdziesiąt Cztery?-zapytała zniecierpliwiona i Magnus nagle wybuchnął śmiechem.

-O co ci chodzi?-zapytała Cate, wyraźnie obrażona

-Nic... Nie było Numeru Osiemdziesiąt Cztery.

-Ale powiedziałeś...

-Nie było. Ale jest-uśmiechnął się Bane i przekręcił kluczyk w stacyjce.

Cate uniosła brwi.

-No i co nim jest? Scharakteryzuj.

-Alec Lightwood.


-Przespałeś się z nim-powiedział Woolsey, gdy tylko przywitał się z Magnusem i Cate, całując oboje dwukrotnie w oba policzki.

Nikogo nie dziwiło, że pojechali do Woolsey'a. Miał największe, najlepiej usytuowane mieszkanie i- w odróżnieniu od Ragnora-lubił swoje mieszkanie.

Fell sam uciekał z Kensington kiedy mógł i zapraszanie tam gości było ostatnią rzeczą jaką chciał.

Magnus westchnął.

-Nie, żeby mnie to dziwiło, ale, doprawdy, Bane, mogłeś się podzielić.

Magnus prychnął, a w drzwiach obok niego przepchało się kilku mężczyzn w roboczych strojach.

-To nie tak jak myślicie-powiedział Woolsey, zapraszając ich gestem do środka-Kupiłem fortepian i ktoś musiał go wnieść.

-Fortepian?-upewniła się Catarina-Ty umiesz grać?

-Ale kto powiedział, że on ma służyć do grania?

Cate najpierw otworzyła usta, potem zrobiła się czerwona, a na końcu wydukała:

-Zniszczyłeś moją czystą, nieskalaną niczym wyobraźnię.

-Zawsze do usług.-Scott uśmiechnął się diabelsko-właźcie.

Cate ruszyła szybko, ledwo racząc Woolsey'a spojrzeniem. Magnus chciał iść za nią, ale Scott przytrzymał go za ramię.

-Co jest?-spytał Bane, patrząc na Woolsey'a niepewnie. Zielone oczy Scotta były niecodziennie smutne.

-Kiedy przyjedzie Fell?-spytał

Magnus uniósł brwi. Zatrzymywał go tylko po to, żeby o to spytać?

-Za pół godziny? Miał się jeszcze spotkać z Raphaelem, zanim wyjedzie do Liverpoolu, czemu... Aaa...-załapał i spojrzał na przyjaciela spod przymkniętych powiek-Troszczysz się o Santiago?

-Oj, tam zaraz troszczę-Woolsey, o dziwo spuścił wzrok. I czy to co Magnus widział na jego twarzy było śladem rumieńca?-Żal mi dzieciaka...

-Mhm-zdawkowa odpowiedź Bane'a, sprawiła, że zielone oczy spojrzały na niego z urazą. Niepisana umowa mówiła, że kiedy udzielasz lakonicznych odpowiedzi, znaczy, że bierzesz rozmowę na bardzo poważnie.

-Co mhm? Co ty sobie wyobrażasz, Bane?-Woolsey prawie warczał

-No właśnie nic-przyznał Magnus-Gdyby chodziło o kogoś innego, byłbym pewien, że się zakochałeś.

-Uważasz, że ja nie potrafię się zakochać, czy nie da się zakochać w Raphaelu?-zapytał Scott,a na chwilę w jego oczach znów zapaliło się światełko wiecznej, niezaspokojone ciekawości

-Oba-odparł Bane i wszedł do środka


-Przespałeś się z nim!

-Cholera jasna, Ragnor, czwarty raz to dzisiaj słyszę! Starczy!-warknął Bane

-Ale przespałeś się z nim!-powiedział Fell, uczepiając się ramienia przyjaciela i ruszając z nim do windy. Magnus nie miał pojęcia, czemu Woolsey wymyślił sobie, żeby to on szedł zabrać Ragnora z dołu.

-Tak-mruknął Magnus, wciskając przycisk-Skąd wiesz?

-Widać-prosta odpowiedź przyjaciela, sprawiła, ze Magnus zmarł.

-Że co?

Ragnor parsknął śmiechem.

-Znam cię lepiej niż samego siebie, Bane. Emanujesz dzisiaj radością. Wyglądasz jakbyś nażarł sę ekstazy przy śniadaniu.

-Serio?-spytał Magnus przeczesując nerwowo włosy

Ragnor pokiwał głową.

-Nie ma się czego wstydzić-dodał po chwili-Ja nie będę oczekiwał, że mi to opiszesz. Tylko się cieszę.

Magnus poczuł jak jego kark staje się gorący. Potarł go z zakłopotaniem.

-Mhm.

Przyjaciel zbliżył się do niego i znienacka przytulił. Zapewne zazwyczaj, kiedy dwóch facetów przytula sę do siebie w windzie ma to jakiś podtekst, ale tu nie miało.

To był Ragnor. Ragnor, który przytulał sam z siebie raz na sto lat, ale nikt nie przytulał tak epicko jak on.

Winda zahamowała na sześćdziesiątym piętrze i Ragnor próbował się odsunąć, ale Bane ani myślał go puszczać. Więc, z Magnusem obejmującym go w pasie, przypominając krzyżówkę kaczki i pingwina, Fell ruszył do drzwi, w których opierał się, odczytując coś na telefonie, Scott.

-Cześć, Ragnor, co chcesz do jedzenia?-spytał na wstępie Woolsey, całkowicie ignorując dziwną konfiguracje w której przyjaciele weszli do jego mieszkania. Z drugiej strony... To był Woolsey. Jego pewnie nie ruszyłoby, gdyby przyszli tutaj w sukniach z gorsetem. Chyba, że ubraliby beże. Obydwóm było okropnie w beżach.

-Jeśli mam być szczery zjadłbym sobie nadziewane papryczki, ale z tego co pamiętam, nie jesteś dżinem-powiedział, a Magnus,wtulając twarz w łopatki Fella wymamrotał coś co brzmiało jak:

-Popieram.

Podniósł się nieco i owinął przyjaciela nogami w pasie

-Magnus, zgłupiałeś?!-tylko tyle zdołał wyrzucić z siebie Ragnor, zanim oboje nie wylądowali na plecach.

-Przepraszam, ze przeszkadzam, ale słyszałam coś o nadziewanych papryczkach-odezwała się ze śmiechem Catarina

-Cate!-Ragnor zerwał się gwałtownie z podłogi, z trudem wyplątując z kończyn Bane'a, szybko otrzepując ubranie-Jak miło cię widzieć!

-Chodź tu świrze-roześmiała się dziewczyna i porwała przyjaciela w objęcia, czochrając mu jasną czuprynę i składając na jego zaczerwienionych policzkach pocałunki-Nadal bawisz się w niańkę Magnusa?

-Jak widać na załączonym obrazku-wymamrotał Bane, któremu Woolsey pomógł podnieś się z podłogi-Wybaczcie, ze wam przerwę tę romantyczną scenę powitania, ale te papryczki brzmiały interesująco. a my mamy chyba coś do obgadania

-Jasne, wybacz-Ragnor wyraźnie się zmieszał i puścił Cate, cały czerwony-To o czym my...

-Papryczki-powiedział znienacka Woolsey, chowając telefon do kieszeni-Jedzenie jest priorytetem, dal naszych śmiertelnych ciał.

Po czym ruszył w stronę niebezpiecznie białego i błyszczącego pomieszczenia, które śmiało podawać się za kuchnię.

Cate ruszyła za nim, a Ragno z Magnusem w pewnej odległości, jak zwykle przekomarzając się i wyzywając o wszystkiego co mogli wymyślić.

-Nizina intelektualna.

-Góra debilizmu.

-Bane, zamknij się, bo zaniżasz IQ całej ulicy.

-A ty byś mógł chociaż wymyślić coś własnego.

-Gej.

-Nerd.

-Świr.

-Sztywniak.

-Karzeł.

-Imiesłów przysłówkowy!

I w tym momencie nagle wybuchnęli śmiechem i zaczęli pokładać się po wypolerowanych blatach.

-Wypad z mojej kuchni!-warknęła Cate, chwytając obu za szmaty i wyrzucając za drzwi a po chwili to samo robiąc z oniemiałym Woolsey'em

-Catarino... To jest moje mieszkanie-zaprotestował nieśmiało Scott, a Magnusowi zachciało się śmiać. Cate była jedyną osobą, przy której Woolsey Scott mógł stracić pewność siebie.

-Ale ty tą kuchnię, bądźmy szczerzy, wykorzystujesz tylko dla zaspokojenia swoich fantazji na temat fartuszków i seksu na blacie kuchennym. Więc może chociaż raz, to gniazdo rozwiązłości zostanie wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem! Wypad!

Woolsey, Magnus i Ragnor potulnie zwiesili ramiona i wyszli z kuchni.

-Ona jest straszna-powiedział cicho Fell, siadając wygodnie w fotelu-Woolsey, masz moje cygara?

Scott sięgnął na oślep na półkę i rzucił mu pudełko, a sam wyjął z kieszonki paczkę tytoniu i zaczął nabijać fajkę.

-Jak wy możecie to palić-mruknął Magnus, biorąc papierosa między zęby-To cholernie drogie-dodał, wskazując podbródkiem na cygaro Ragnora, podpalając.

-Mam pieniądze-Fell wzruszył ramionami, rozkładając się wygodniej w fotelu

-Na twoim miejscu wydawałbym je na coś innego.

Ragnor się roześmiał.

-Ty lubisz porshe panamera i drogie ubrania. Ja kubańskie cygara. Możemy spędzać majątek na czym chcemy.

Magnus się roześmiał. Brakowało mu przyjaciół.

Brakował mu Woolsey'a z dziwnym poczuciem humoru i podobieństwem niemal we wszystkim.

Brakowało mu widywanej coraz rzadziej Cate, jej determinacji i spokoju.

A przede wszystkim brakowało mu jego drugiej, lepszej duszy, Ragnora, jego ciętości i spostrzegawczości. Jego unikania kłopotów i braku jakiegokolwiek wyczucia stylu.

A przede wszystkim brakowało mu Londynu.

Wiedział, że to jego wina. Wiedział, ze gdyby był lepszy, silniejszy to nie załamałby się po zdradzie Camille, że zostałby tutaj, nawet poszedł na ich ślub, cieszył się szczęściem.

Nieraz tak robił.

Ale... Wtedy nie potrafił.

-Woolsey, masz coś do picia?

Scott skinął głową w kierunku barku. Manus trochę niechętnie wstał i ruszył w kierunku przeszklonej szafki.

-Kiedy Will wraca?-zagaił Woolsey

-Nie mam pojęcia-przyznał-Za parę dni. A co?

-Muszę coś z nim obgadać.

-Możesz zadzwonić do Tessy-wtrącił Ragnor, a Woolsey ledwo dostrzegalnie się skrzywił.

-Ona mnie nie znosi.-powiedział

-Macie konflikt interesów-powiedział Bane, odchodząc od barku z butelką whisky-I charakterów.

-I grup krwi-dołączył się do wymienianki Woolsey-I dlatego nie możemy ze sobą...

-O co właściwie chodzi?-dopytywał Ragnor

-O "Instytut"-odparł Scott-Magnus, mi też nalej. Wymyślili sobie jakiś czas temu, że napiszą powieść z wiktoriańskiej Anglii i potrzebowali porady sepcjalisty.

-Jesteś idealny-powiedział Ragnor-Ty nie tylko się na tym znasz. Ty sprawiasz wrażenie kogoś z tamtej epoki.

Woolsey się roześmiał.

-Dziękuję za to idealny, paprotko.

Ragnor zaczerwienił się z wściekłości.

-Co wy macie z tymi paprociami, szczawiami, szpinakami, brukselką... Czy ja wyglądam na warzywo?

-Zaraz, Ragnor, po pierwsze, nigdy nie nazwałem cię brukselką-zaczął Magnus, nieco obrażonym tonem-Po drugie, paproć to nie warzywo...

-Zamknij się-warknął Fell-Jak będę chciał wiedzieć jak wielkim jestem debilem jestem to spojrzę n wyniki moich egzaminów.

Magnus postawił przed Ragnorem szklankę pełną whisky i pocałował go w policzek.

-I tak cię kocham.

Fell mimowolnie się zaczerwienił.

-Ja ciebie też.

-Proszę nie uprawiać na mojej kanapie seksu bez mojej wiedzy-powiedział Woolsey z uśmiechem obserwując dwójkę przed nim.

-A twoją wiedzą?-zapytał Magnus, który nagle znalazł się na kolanach Ragnora, który usiłował go zepchnąć.

-Rozważę taką ewentualność.

Magnus roześmiał się, a po chwili zaklął z bólu, kiedy Ragnorowi udało się wreszcie zepchnąć go ze swoich kolan.

Rozsiadł się wygodnie na podłodze, popijając whisky. Obserwował butelkę, dziwnie pewny, że za chwilę poziom cieszy w magiczny sposób znacznie się obniży.

-Co wy właściwie macie zamiar robić z tą firmą?-spytał Woolsey przechylając z zaciekawieniem głowę. Była to podobno cecha geniuszy, ale Scott naprawdę wyglądał wtedy jak pies gapiący się na kiełbasę.

-Zajmujemy się wszystkim, co umiemy. Doradztwem prawnym. Negocjacjami. Projektowaniem. Organizacją imprez. Korepetycjami. Medycyną. W sumie wszystkim-powiedział Magnus.

-Mamy wszechstronne zdolności-przyznał Fell z fałszywą skromnością-Jedyne, czego nie mamy, to nazwa.

-Proponowałem "Pomocną dłoń", ale uznali, że jest zbyt dwuznaczne, a my nie zakładamy burdelu-powiedział Magnus z smutną miną.-Nie rozumiem ich.

Woolsey roześmiał się, szczerze rozbawiony.

-A co myślicie o... Czarownikach?

-Co?-spytała Cate, która właśnie wróciła z całym telerzem nadziewanych papryk.

-Catie, kocham cię-powiedział Ragnor, odbierając posiłek-A rozmawiamy o nazwie naszej firmy.

-Czarownicy-powtórzył Woolsey-Pomagacie w sumie we wszystkim, jak te wiedźmy w baśniach i babki-zielarki. No i otacza was taka aura niezależności i indywidualizmu. Pasuje jak ulał.

-Czarownicy-powtórzyła Cate-Ale to takie krótkie.

-Wysocy Czarownicy-rzucił Magnus w przestrzeń-Wysocy Czarownicy Nowego Jorku i Londynu. To jest świetne!

Scott uśmiechnął się pod nosem i nalał sobie whisky.

-Wiem. Ale... Wiem o propozycji założenie oddziału w Paryżu.

Cate spojrzała na niego nieprzytomnie.

-I kto miałby się tym zająć? Znamy go?

-Tak-mruknął Scott, nagle biorąc pozostałe kieliszki i do niech też nalewając whisky-Ale chciała znać wasze zdanie. Zwłaszcza twoje-dodał, patrząc na Magnusa i podając mu kieliszek.

-Kto to?-powtórzył pytanie Catariny Ragnor

-Państwo Ralf i Camille Scott-odpowiedział i zgodnie z jego przewidywaniem, Ragnor i Catarina równocześnie spojrzeli na Magnusa i jednym haustem wypili zawartość kieliszków.

Bane nie zrobił nic. Siedział nadal z kieliszkiem w ręce, ale przez głowę przeleciała mu cała tragiczna historia.

Piękna blondynka na wystaiwe w 02, ubrana najbardziej uroczo, seksownie i nieprofesjonalnie jak tylko można. Parę godzin rozmów. Coś co skoczyło się... przyjaźnią?

Cichy szloch i gorące łzy, kiedy szeptała "Ralf nie żyje". Jej drżące ciało, namiętność. Wdzięczność. Przywiązania. Coś, co można było pomylić z miłością.

A potem bezlitosna zdrada, bo przecież "nie możemy się trzymać na smyczy". I serce pękające na kawałki.

Potem się od niej oddalił. Nie rozmawiali ze sobą. Nie spotykali się.

O tym, że Ralf żyje, tylko został porwany i niemal zabity przez idealistów w Syrii, dowiedział się od Woolsey'a.

To wtedy wyjechał na dobre.

Porzucając Londyn i mając nadzieję, że w innym świecie będzie lepiej.

Uniósł kieliszek do ust i wychylił jednym haustem.

Spojrzał na zaniepokojone twarze przyjaciół. Wiedział co myśleli, ale Bane nie chciał, żeby uczucia sprawiły, że źle ocenił sytuację. Nigdy tego nie chciał.

-Sądzę że twój brat i bratowa znają się na interesach-powiedział-Jestem na tak.

Odstawił kieliszek z głośnym hukiem, podkreślając swoje słowa.

-Popieram-dodała Cate, odstawiając swój i oboje spojrzeli na Ragnora.

Catarina wiedziała, że Rgnor nienawidził Camille bardziej niż ona, ponadto dłużej chował urazy i był o wiele bardziej mściwy.

Ale Fell tylko podniósł wzrok na Magnusa, uśmiechnął się lekko i odstawił i swój kieliszek, z równą dynamiką i mocą co pozostała dwójka.

-Trzy razy tak-powiedział.

-Świetnie-Woolsey był wyraźnie zadowolony-Napiszę do Ralfa wieczorem. A teraz bardzo chętnie poczęstuję się tą papryczką.

Nikogo nie zdziwiła ta zmiana tematu. Była najlepszym dowodem tego, jak bardzo zależało im na Magnusie i jak bardzo pamiętali o jego miłości do Camille.

-Wiem co myślicie-powiedział Bane znad papryki-Ale naprawdę, życzę Camille jak najlepiej. Mam swoje szczęście, niech ona ma swoje.

Zabrał się za paprykę z większą energią.

-Alec jest lepszym człowiekiem od niej-dokończył swój wywód-I powiem wam, że...

-Nie kończ!-warknął Ragnor-Przypominam, że ja...

-Nie lubię facetów, bo ktoś w tym gronie musi!-dokończyli chórem Cate i Magnus, a Woolsey zaniósł się śmiechem.

Po chwili śmiali się całą czwórką, tak, że prawdopodobne Shard zaczął się trząść.


Alec: Mark, potrzebuję pomocy.

Mark: Lord Blackthorn melduje się na rozkaz. Czego potrzebujesz księżniczko?

Alec: Czemu mnie tak nazywasz?

Mark: Bo to zabawne? Powinieneś wyluzować. Nikt nie rodzi się sztywniakiem.

Alec: Mhm.

Mark: Hej, no, nie obrażaj się

Mark: Nie jesteś zły prawda?

Mark: Alec...

Mark: Rozumiem. Nic nie mówimy, bo jesteśmy jak Wolverine i Magneto, i

wyjaśnienia zakłóciłyby nasze wibracje

Alec: Blackthorn!

Mark: Co?

Alec:Rozpraszasz mnie!

Mark: Przepraszam. To ty napisałeś. Uznałem, że czegoś chcesz

Alec: Bo chcę

Mark: Czego?

Alec: Czekaj

Mark: Na co?

Alec: Myślę

Mark: Co robisz? ;)

Alec: Tego, czego ty nie zwykłeś

Mark: Cham :P

Alec: Jesteś w stanie spotkać się ze mną?

Mark: To propozycja? ;)

Alec: Boże, jesteś tak strasznie podobny do Jace'a... Możesz się przez najbliższą godzinę dostać do Natural History Museum?

Mark: Każesz mi jechać do Kensington? Mam zerwać się ze szkoły, bo jakiś koleś prosi mnie, żebym się z nim spotkał?

Alec: Nie musisz przyjeżdżać. Przepraszam.

Mark:Boże, ileż kropek nienawiści. Jaja sobie robię. Jasne, że przyjadę.

Alec: Serio? :D

Mark: Jasne. Mam spotkać się z fajnym facetem, albo pisać klasówkę z matmy. Wygrałeś. :P

Alec: Dziękuję.

Mark: Nie ma za co. Będzie, jak przyjadę. Dozo.

Alec: Dzięki :*

Mark: Ileż miłości... ^^


Alec siedział w muzealnej kafejce i czytał fanfiction o Gwiezdnych wojnach, usiłując jakoś zabić czas oczekiwania na Marka.

Co prawda nadal był trochę zaniepokojony. To, że Mark pocałował go na skwerze było nieco stresujące i zastanawiające. Nie potrafił zrozumieć czemu to zrobił.

Ale jakkolwiek go to niepokoiło, chciał z nim porozmawiać. Musiał z kimś porozmawiać, a był dziwnie pewny, ze Mark jest osobą, która najlepiej zrozumie co ma na myśli.

Chyba nigdy nie spotkał nikogo, z kim tak dobrze by się rozumiał. Pewnych rzeczy nie musiał mówić, a Mark je wiedział. Był do niego tak strasznie podobny... I tyle razy lepszy, pewniejszy siebie, zabawniejszy...

Podskoczył na krześle, gdy ktoś znienacka chwycił go za ramiona.

-Hejo!-Mark uśmiechnął się i usiadł naprzeciw niego, wbijając różnokolorowe spojrzenie w jego oczy.

Miał na sobie mundurek-białą koszulę, ciemnoczerwoną marynarkę i czarne spodnie. Krawat miał ciasno zawiązany, ale na nogach miał swoje czerwone trampki.

-Cześć-powiedział Alec, patrząc na chłopaka z uśmiechem-Dzięki, ze przyjechałeś.

Blackthorn wzruszył tylko ramionami:

-Nie ma za co.-nagle stracił pewną siebie pozę, rozejrzał się konspiracyjnie i nachylił go Aleca nad stołem-O co chodzi?

Alec uśmiechnął się zakłopotany, wyłączył telefon i załamał dłonie.

Siedzieli chwilę w milczeniu, tylko mierząc się spojrzeniami: niebieskim-zakłopotanym i niepewnym i różnokolorowym-zatroskanym.

-Alec, możesz mi zaufać, wiesz?-rzucił Mark-Wiem, że ledwo mnie znasz, że nie dałem ci za dużo powodów, ale...

-Przespałem się z Magnusem-przerwał mu Alec

Mark zakrztusił się własną śliną.

Kiedy pokonał nagły i niespodziewany atak kaszlu, który przywołał do ich stolika spojrzenia połowy kafejki, wydusił:

-Yyy... Gratulacje?

Alec spłonął rumieńcem. No faktycznie. Czego mógł się spodziewać? Nikt nie miał takiego podejścia jak on. Wszyscy potrafili żyć normalnie, traktując seks jako część życia, a nie coś...

-Czemu mówisz to akurat mi?-spytał Mark, trąc nerwowo policzki na które wypływał rumieniec.-Masz przecież swoje rodzeństwo... Są ci bliscy, nie? Dużo bardziej niż ja.

-No tak-Alec spuścił wzrok-Tylko że... Ja miałem nadzieję, że ty mnie zrozumiesz.

Mark uśmiechnął się kpiarsko, a potem nagle spoważniał.

-Pierwszy raz-uświadomił sobie, i dłońmi zaciśniętymi w pięści rąbnął w blat.

-Ciszej-syknął Alec, cały czerwony.

-Ale serio?-spytał Mark ogromnymi z przejęcia oczami-Serio? Osiemnaście lat? Gdzieś ty się uchowal?

-Wiedziałem, że będziesz się nabijał-mruknął Alec, wstając

-Nie sądziłem, że tacy ludzie jeszcze są-dokończył swoją myśl Mark

Alec zatrzymał się w pół ruchu.

-Co?

-Nie sądziłem, że są jeszcze tacy ludzie-powtórzył chłopak, czochrając sobie włosy-Którzy nie traktują seksu jak zabawy.

Alec w szoku usiadł z powrotem na krześle.

-Nie jestem takim typem faceta-powiedział cicho-Jestem... Trochę sztywny, ale...

-Nie jesteś-przerwał mu z uśmiechem Mark

Alec spłonął rumieńcem.

-Tylko, że to co się wydarzyło wygląda jakbym...

-Wyjechał na wakacje, żeby stracić dziewictwo-dokończył Mark-Owszem.

Alec nerwowo zatarł dłonie.

-No... Tak-wymamrotał niepewnie-Właśnie dlatego chciałem...

-Pogadać-Mark uśmiechnął się uspokajająco-Nie ma sprawy.

Alec uśmiechnął się z ulgą, a potem nagle wybuchnął śmiechem, tak samo jak Mark. Siedzieli na przeciwko siebie i zaśmiewali się z całych sił.

Kiedy w końcu się uspokoili, Alec zmierzył Marka podejrzliwym wzrokiem.

-Mark... Mogę ci zadać pytanie?

-Właśnie to zrobiłeś-Blackthorn się roześmiał-Jasne.

-Czy ty jesteś... No...

-Adama Lamberta z łóżka bym nie wyrzucił, ale nie, nie jestem gejem-powiedział, szeroko się uśmiechając i odchylając na krześle.

-Tam nie był Mick Jagger?-spytał Alec

-Być może-potwierdził Mark-I Mick nadal jest genialny, ale ma siedemdziesiąt jeden lat, a ja nie jestem getrofilem.


Drzwi huknęły, a chwilę potem rozległ się tupot butów.

-Jesteśmy!-zawołał Jace i ruszył do góry, zdejmując po drodze plecak.

Tessa wychyliła się z kuchni. Miała poczochrane włosy i twarz zaczerwienioną od gorąca gotowanego obiadu.

-Słychać!-odkrzyknęła i z uśmiechem obserwowała jak Jace się cofnął.

Podszedł do drzwi kuchni i-ku zaskoczeniu Tessy-pocałował ją na powitanie w policzek.

To było zbyt poufałe, strasznie zaskakujące i dziwnie słodkie. Tessa nie wiedziała co z tym zrobić, więc tylko się uśmiechnęła.

-Dzień dobry-powiedział Jace-W czym mogę pomóc?

Alec obserwował brata z przejścia, nadal objuczony zakupami Isabelle. Jego siotra wraz z Lewisem byli w ogrodzie mizdrząc się do siebie tak, że się niedobrze robiło, ale Alec im nie przeszkadzał.

Simon był pierwszym od dawna chłopakiem, którego Alec tolerował.

A tolerował każdego, kto nie sprawiał wrażenia, że chce Izzy wykorzystać i jest nic nie wartym gnojkiem.

Alec miał zaskakująco niskie wymagania co do potencjalnych szwagrów.

Albo po prostu bardzo duży zakres tolerancji.

Bo lubić, to-dotychczas-nie lubił żadnego faceta, który chociaż zbliżył się do Izzy.

Stał tak, rozmyślając, kiedy nagle ktoś chwycił go za rękę i pociągnął w bliżej nieokreślonym kierunku.

W końcu, kiedy trzasnął głową o sufit, uświadomił sobie, że chodzi o skrytkę pod schodami, a na przeciwko niego stoi Magnus.

-Wróciłeś-powiedział ochryple Bane, obserwując badawczo jego twarz, jakby szukał w niej czegokolwiek.

Alec zmieszał się i spuścił wzrok.

-Wróciłem-odparł.

Magnus ujął go pod brodę i zmusił do spojrzenia sobie w oczy.

-Tęskniłem-szepnął Bane, a końcówka słowa rozmyła się w pocałunku.

Alec westchnął. To było takie... niesamowite.

Cokolwiek nie myślał, jakkolwiek się nie bał, ciało pamiętało.

Pamiętało noc. Pamiętało, że w jakiś sposób Magnus jest jego, a on Magnusa.

Przylgnął do niego mocniej i westchnął miękko, kiedy Bane pchnął go delikatnie na ścianę.

Całowali się jeszcze chwilę, aż Magnus odsunął się od niego, musząc nabrać powietrza.

-Ja za tobą też-wyszeptał Alec i pociągnął Magnusa do następnego pocałunku.

Naprawdę za nim tęsknił. Gdyby tak nie było, nie prosiłby Marka, żeby się z nim spotkał, nie miałby kłopotów ze skupieniem uwagi, czy czymkolwiek innym.

A miał.

Łaknął obecności Magnusa, jak kania dżdżu. Niefortunne porównanie, ale to było pierwsze co przyszło mu do głowy.

Kiedy się od siebie oderwali, Alec podniósł na Magnusa wielkie, błyszczące oczy.

-Miłe powitanie-szepnął

Bane roześmiał się i przybliżył do Aleca, wpychając chłopaka w ścianę. Nie pocałował go, nie zrobił nic, po prostu zbliżył się tak bardzo, że bardziej nie mógł i z tej pozycji obserwował jak Alecowi przyspiesza oddech.

-Miło, że ci się podobało.

Alec zachichotał i wtulił głowę w pierś Magnusa.

Bane uśmiechnął się lekko i przygarnął chłopaka do siebie, wtulając twarz we włosy pachnące szarym mydłem.

-Alec..-szepnął pytająco

-Hm?

-Nie żałujesz?-zapytał cicho, owiewając oddechem ucho Aleca

-Czego?-Alec mówił zaskakująco spokojnie, a ich rozmów była tak słodka, że Magnusowi ścisnęło się serce.

-Tego co jest między nami.

Alec gwałtownie się wyprostował i spojrzał na Magnusa.

-Między nami? Masz na myśli to, co wydarzyło się wczoraj?-głos Aleca drżał, gdy próbował podtrzymać w nim prześmiewczą nutę. Magnusowi się to nie podobało. Ta nuta.

Alec nie powinien chcieć niczego spłycać, by być akceptowanym. Powinien być taki jaki był, bo właśnie takiego go Magnus ko...

-Nie.-powiedział Bane- Mam na myśli to, co działo się od początku tygodnia a wczorajsze wydarzenie było tego zwieńczeniem. Chyba, że koniecznie chcesz rozmawiać o naszym seksie, bo w takim razie musisz wiedzieć, że...

-Zamknij się!-warknął Alec, wyciągając przed siebie rękę.-Proszę, nie mówmy o tym!

Magnus uśmiechnął się ciepło.

-Zgrywanie twardziela raczej ci nie wychodzi.

Alec spłonął rumieńcem, a Magnus roześmiał się.

-Czyli nie żałujesz?-dopytywał się

-Czego miałbym żałować-szepnął chłopak-To ty jedynie mógłbyś...

Brwi Bane'a powędrowały do góry.

-Nie żałuję. Nigdy bym tego nie zrobił. To był... No cóż...

Obserwował twarz Aleca, któa przyjmowała kolejne odcienie różu i czerwieni. Nachylił się do ucha Aleca i szepnął.

-Najlepszy seks świata.

Poczuł jak Alec zesztywniał, jakby ktoś go zmienił w słup soli i gdyby nie słyszał przyspieszonego bicia jego serca, a gorąco z jego twarzy nie uderzyło w policzki Magnusa, byłby pewien, że zmienił się w posąg.

Ten moment, kiedy Alec stał jak zaczerwieniony posąg, a Magnus pochylał nad nim z pełnym rozczulenia uśmiechem, wybrała sobie Tessa, (która uznała, że zostawienie tej dwójki samej sobie na niewielkiej przestrzeni, jest zbyt ryzykowne) żeby wtargnąć chamsko i bez pukania.

Zresztą kto słyszał o tym, żeby pukać do własnej komórki pod schodami?

W każdym razie Tessa trafiła na coś, na co żadną miarą nie spodziewała się trafić, czyli na słodką, rzewną scenkę, która u każdej normalnej osoby poruszyłaby do głębi serce.

Ale Tessa była wytrzymała.

-Bane, mam do ciebie sprawę-powiedziała, opierając się o framugę i obserwując, jak Alec, cały czerwony, usiłuje odsunąć się od Magnusa.

Jednak Bane mu na to nie pozwolił. Przyciągnął chłopaka do siebie, objął w pasie i oparł podbródek na jego ramieniu.

-Słucham-mruknął

Tessa przez chwilę rozważała możliwość wyjścia i zostawienia ich samym sobie. Ideę tą popierało zawstydzone spojrzenie Aleca, a także fakt, że Tessa ogólnie była osobą taktowną i dobrze wychowaną.

Przeciw, jednak stanęło bezczelne spojrzenie Bane'a.

A Tessa zawsze była w stanie zrobić wszystko, by twarz przyjaciela tej bezczelności pozbawić.

-Odebrałbyś Cecy z dworca?-zapytała

-Traktujesz mnie jak darmowego szofera-wymruczał Magnus w szyję Aleca-Więc Cecily przyjeżdża?

-Właśnie się dowiedziałam-Tessa wzruszyła ramionami-Will dzwonił i powiedział, że przyjedzie. Proszę, Magnus...

-Czemu sama nie pojedziesz?-warknął Bane, wysyłając rozkoszne wibracje po szyi chłopaka, którego nadal nie puszczał

-Bo ty w przeciwieństwie do mnie, lubisz jeździć samochodem-powiedziała-Przepraszam, jeśli cię wykorzystuję, ale proszę...

-Dobrze-Magnus minimalnie odsunął się od Aleca i wziął go za rękę-Kotku, jedziemy na King's Cross.


-Czy oni zawsze wszędzie się za tobą włóczą?-mruknął Magnus, nachylając się do ucha Aleca.

Chłopak kiwnął głową, podobnie jak Magnus kierując spojrzenie na swoje młodsze rodzeństwo, jednak-w przeciwieństwie do Bane'a-wyglądał bardziej na rozbawionego niż złego.

-Zdarza im się-powiedział, kładąc głowę na ramieniu Bane'a.

Magnus spojrzał na niego mile zaskoczony. Wiedział jak bardzo Alec nie lubi publicznego okazywania uczuć, ale odkąd opuścili dom Herondale'ów, cały czas był bardzo blisko niego, kiedy mógł, chwytał go za rękę, albo opierał się na jego ramieniu, albo robił cokolwiek innego, co było tak słodkie, że Magnus był wdzięczny, że nie jest diabetykiem.

Jace i Isabelle szli parę kroków przed nimi, pogrążeni w rozmowie i zaskakująco rzadko oglądali się za siebie.

Tymczasem Magnus i Alec, trzymając się za ręce, przebijali się przez tłumy na ósmym peronie na King's Cross, czekając na przyjazd pociągu z Cardiff.

Z tego co zdołał wydusić z Magnusa czułymi słówkami, Alec dowiedział się, że Cecily była młodszą siostrą Williama Herondale'a.

Według Bane'a, była strasznie podobna do brata i "albo się z Izzy pokochają, albo skoczą sobie do gardeł".

Alec nie mógł się doczekać, żeby ją poznać.

Magnus oparł się plecami o ścianę i przyciągnął do siebie Aleca.

Stali tak, obserwując tory, a mijający ludzie odpowiadali w imieniu torów. Mniej lub bardziej niesympatycznie.

Ale to się nie liczyło. Co się mogło liczyć dla Magnusa Bane'a, gdy trzymał w ramionach miłość swojego życia?

Nawet jeśli brzmiało to tak pompatycznie?

Zaciągnął się zapachem włosów Aleca, jak dymem papierosowym. Zaczynał się od tego uzależniać i to bardziej niż od nikotyny, co było nieco przerażające.

Rozmyślania Magnusa przerwał głośny dźwięk, zwiastujący przyjazd pociągu. Zauważył, że młodzi Lightwoodowie przepychają się przez tłum w ich kierunku, najwidoczniej nie chcąc tego robić, kiedy wszyscy pasażerowie pociągu wysiądą.

Magnus spokojnie sięgnął do kieszeni, wyciągnął papierosy i zapalił.

Dym poleciał nad głową Aleca, tworząc piękne, tajemnicze kształty i chłopak podążał za nimi wzrokiem, aż kompletnie nie rozpłynęły się w gęstym powietrzu dworca.

Odwrócił się nieznacznie, obserwując przez chwilę jak Magnus pali.

-Chcesz?-spytał Bane, wyciągając w jego kierunku papierosa.

Alec zaczerwienił się i spuścił wzrok.

-Nie...

Zamiast tego, chwycił dłoń Magnusa i-pozwalając, żeby z wypalającego się papierosa posypał się żar i popiół-pocałował go.

Pocałował go, przy swojej siostrze i bracie i przy setce innych, kompletnie obcych ludzi na King's Cross.

-Bane, mógłbyś wywiesić transparent Cecily Herondale, a nie zaczynać grę wstępną w miejscach publicznych-odezwał sie znajomy głos.

Alec oderwał się od Magnusa, a Bane z dumą spojrzał na stojącą dwa kroki od niech dziewczynę.

Cecily schudła. I to niebezpiecznie schudła. Ubrania-które sam z Tessą kupował jej parę miesięcy temu-wisiały na niej jak worki, ale i tak wyglądała niesamowicie w skórzanych spodniach, białych martensach i ciemnofioletowej koszulce z twarzą Adama Lamberta.

Obcięła też włosy. Pamiętał jej gęste, czarne fale, które teraz sięgały ledwie połowy szyi.

Stała przed nimi, z szerokim uśmiechem i błyszczącymi oczami i Magnus nagle bardzo zatęsknił za Willem.

Przyjaciel był z nimi w większości dziwnych momentów jego życia, w wielu sprawach go wspierał, a teraz, kiedy działa się najważniejsza rzecz, jego jak na złość nie było.

Cholerny Herondale.

-To nie ja-powiedział, zamiast powitania-To mój chłopak.

Te słowa wyszły z jego ust nim zdążył je powstrzymać i trochę się zawstydził. Ale potem spojrzał na Aleca, który zerknął na niego z nadzieją w niebieskich oczach, z rumieńcem i niepewnym uśmiechem i uznał, że nie żałuje niczego.

-To może znajdźcie sobie jakiś pokój?-zasugerowała-Albo łazienkę? Na upartego może być nawet ustronne miejsce w parku?

Alec zrobił się wściekle czerwony, ale Magnus nie miał zamiaru się z nią kłócić.

-Oczywiście, kochanie, twoje życzenie moim rozkazem-rzucił jej kluczyki od auta-Wiesz jak dojechać.

Po czym chwyciwszy Aleca za rękę rzucił się ku wyjściu z dworca.

I-trzymając się za ręce i śmiejąc do rozpuku z bezcennych min Cecily, Jace'a i Isabelle-wybiegli.

Prosto w deszcz.


I dobrnęliśmy do końca.

Przyznam, że jestem nieco przerażona ilością alkoholu i tytoniu w tym opowiadaniu... Święty Boromirze, ja was deprawuję!

Ponadto, wiem, że pojawienie się kolejnej postaci to ciutkę masakra, ale Cecily zjawiła się tu tylko po to, żeby mieć koszulkę z Lambertem i pogadać sobie z Izzy (w następnym rozdziale, jakby coś)

Dajcie znać jak bardzo jest źle (wiem, że jest. To jest Malec, a oni ze sobą gadają tyle co nic. Jestem do dupy shipperką :( )

Jeszcze raz:

Szczęśliwego Nowego Jorku!

kokosz