Na swoim miejscu


Harry obserwował ruch na peronie dziewięć i trzy czwarte. Matki ściskały po raz ostatni mocno przestraszone pierwszaki. Ludzie przepychali się z bagażami i tobołkami. Dźwięki pośpiesznych kroków, ptaków zamkniętych w metalowych klatkach, rozmów i przekrzykiwań, mieszały się ze sobą, tworząc jeden wielki zgiełk.

Patrzył na to wszystko z wręcz przygniatającą nostalgią. Pamiętał, gdy po raz pierwszy zjawił się na magicznym peronie. Nieco zlękniony całą gamą nowych dźwięków, zapachów i obrazów, a jednocześnie zafascynowany i podniecony każdym z tych szczegółów. Pamiętał także momenty, w których po raz pierwszy zjawiły się na nim jego własne dzieci, a nawet wnuki. A o to ponownie siedzi w przedziale pociągu zmierzającego do Hogwartu, opiera głowę o chłodną szybę, a co najważniejsze – znowu ma jedenaście lat. Wydawało mu się to czystym i najbardziej niewiarygodnym na świecie absurdem.

Ktoś rozsunął drzwi do przedziału.

– Wszędzie cię szukałem! – powiedział Draco.

Zaraz po tym, nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. Wtaszczył za sobą pokaźny kufer, więc Harry mógł jedynie pomóc mu położyć go na półce. Zdawał sobie sprawę z tego, że obecność chłopca w przedziale może zrazić Rona, a tym bardziej Hermionę, z którymi pragnął ponownie się zaprzyjaźnić. Jednak teraz było już za późno: wszystko, co mu pozostało, to wyproszenie chłopca, a tego nie był w stanie zrobić.

– Czy dzisiaj miało padać? – spytał.

Za oknami pociągu ponownie zaczęło mżyć, niebo przybrało barwę kostek chodnika, a powietrze wydawało się ciężkie i chłodne. Nie potrafił jednoznacznie przypomnieć sobie tego, czy za pierwszym razem padało, co z każdą chwilą niepokoiło go coraz bardziej. Fakt, że pamięć podsuwała mu raczej wspomnienie słonecznego dnia, jedynie pogłębiał to uczucie.

– Co to za pytanie? – odpowiedział Draco. – Zamiast pytać o pogodę, powinieneś wykazać jakiś entuzjazm z powodu mojej obecności.

Harry mimowolnie parsknął śmiechem. Jasnowłosy chłopiec naprawdę był w stanie sprawić, że na moment zapominało się o problemach. A może było już tak ze wszystkimi dziećmi. Oczywiście, o ile one same nie były źródłem czyiś problemów.

– Wystarczy, że ty wykazujesz go w nadmiarze. „Wszędzie cię szukałem". Dziecko, ile to przedziałów zdążyłeś zwiedzić, nim wreszcie mnie odnalazłeś?

– Prorok Codzienny zapowiadał tygodniowe ulewy i burze… dziecko – powiedział Draco, nieurażony.

– Ach – mruknął Harry. Pociąg ruszył. Obserwował ze zmarszczonym czołem znikający za oknem peron. – To naprawdę dziwne.

– Co jest dziwne? – zapytał Draco.

– Nic. Po prostu wydawało mi się, że w tym tygodniu miało być wyjątkowo gorąco.

– Co to za kruk? – Draco nachylił się ku klatce z Huginem i uważnie mu się przyjrzał. Ptak obrzucił go przelotnym, niechętnym spojrzeniem, po czym ponownie skupił się na kroplach deszczu uderzających w szybę. – Rany, ale wielkie draństwo.

– Nazywa się Hugin – powiedział Harry. – Choć fakt, określenie draństwo wydaje się bardziej do niego pasować niż jego imię.

Gdy wybrał Hugina, pomimo wiedzy o jego trudnym usposobieniu, nie spodziewał się dokonać w nim nagłej i niesamowitej przemiany. Jednocześnie nie przypuszczał, że ptak będzie aż tak trudny w obyciu. Nie potrafił zliczyć tego, ile razy nieomal stracił palca, próbując chociażby przyjacielsko pogładzić jego czarne pióra.

– Och. – Draco sprawiał wrażenie szczerze zainteresowanego. – A czy on w ogóle dostarcza listy? Nie słyszałem nigdy o pocztowych krukach.

– Dostarcza – odrzekł ostrożnie Harry i posłał krukowi znaczące spojrzenie. – Teoretycznie, bo chwilowo mam z nim pewne… problemy wychowawcze.

Gdy drzwi przedziału ponownie się rozsunęły, a zaraz po tym do pomieszczenia zajrzała rudowłosa głowa Rona, Harry miał ochotę wstrzymać oddech. Draco obrzucił chłopca oceniającym spojrzeniem. Wystarczyło, że to zaledwie musnęło brązowy sweter z pomarańczowym haftem, wykonany przez panią Weasley, a na jego twarzy pojawiła się dawno zapomniana przez Harry'ego mieszanka obrzydzenia i pogardy.

– Mogę? Wszystkie przedziały są już zajęte – powiedział nieśmiało Ron.

Draco nie zdążył nawet otworzyć ust, by mu odmówić.

– Jasne. Wchodź – odparł zachęcająco Harry. Jednocześnie posłał Draco spojrzenie, które jednoznacznie ucinało wszystkie ewentualne protesty lub złośliwości.

– Dzięki. – Ron uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.

Nie czekając, aż chłopiec o to poprosi, pomógł mu położyć wytarty bagaż na półce. Pomyślał, że fakt nieskomentowania przez dziedzica Malfoyów stanu, w którym ten się znajdował, sam w sobie stanowił już całkiem spore osiągnięcie.

– Ron Weasley – przedstawił się Ron. Najpierw wyciągnął dłoń w kierunku znajdującego się bliżej Draco. Chłopiec zawahał się na dwie sekundy, jednak zaraz po tym potrząsnął nią nieznacznie, z obojętną miną.

– Draco Malfoy.

– Harry Potter – odpowiedział Harry, gdy nadeszła jego kolei na przedstawienie się.

– Rany! Ten Harry Potter? – niemal wykrzyknął.

Draco wydawał się nieco urażony tym, że wymówieniu jego nazwiska nie towarzyszył nawet ułamek podobnego entuzjazmu. Nie potrafił jednak nie parsknąć śmiechem, gdy Ron – widząc bliznę po morderczym zaklęciu – wyglądał tak, jakby zobaczył ducha samego Salazara Slytherina.

Jedenastolatkowie rozpoczęli kolejną rundę w magiczne szachy. Gdy Harry obserwował rozłożoną pomiędzy nimi planszę i walczące co ruch figury, pomyślał, że być może wcale nie popełnił błędu, mimowolnie zacieśniając więź z jasnowłosym chłopcem. Draco zaczął coraz częściej zwracać się do Rona niemal jak do niego samego – bez uprzedzeń, a momentami nawet z (dość niechętnym) podziwem dla jego umiejętności. Zaś sam Ron nie komentował w żaden sposób nazwiska Draco (które musiało padać w jego rodzinie przynajmniej dwa razy w tygodniu, w akompaniamencie wyjątkowo nieprzyjemnych epitetów). Nie zachowywał się też nieuprzejmie, a po prostu przyjaźnie.

Harry nie pragnął niczego innego tak bardzo jak ponownie zyskać Rona i Hermionę. Jednocześnie, obserwując bladą twarz dziedzica Malfoyów, mieszankę wyniosłości i złośliwości od czasu do czasu tańczącą na jego ustach, która tak bardzo przypominała mu Albusa, przemknęło mu przez myśl, że być może jest w stanie mu pomóc. Nie wiedział, na ile było to spowodowane upatrywaniem w nim swojego syna, a na ile zrozumieniem popełnionych przez Draco błędów, które przyszło dopiero po niemal dwudziestu latach, ale sądził, że przyjaźń z osobami pokroju dwójki jego najlepszych przyjaciół byłaby w stanie wykrystalizować z niego wszystko, co najlepsze.

Z drugiej strony Harry wiedział jednak, jak nierealny byłby to plan. On zostanie Gryfonem, a Draco Ślizgonem. Rodzicami Draco wciąż będą Lucjusz oraz Narcyza, a osobami, które podzielą z nim dormitorium Blaise Zabini, Gregory Goyle i Vincent Crabbe.

Być może czasem, nawet pomimo posiadania niemal i boskiej wiedzy, nie da się uratować niektórych osób. Harry'ego zasmuciła ta myśl.

Drzwi przedziału rozsunęły się, po czym stanęła w nich Hermiona. Harry patrzył na nią przez chwilę niczym oniemiały. Było to wyjątkowo dziwne uczucie – patrzeć na swoich przyjaciół młodszych o kilkadziesiąt lat, będących jeszcze niczego nieświadomymi dziećmi.

Kilka kosmyków jej włosów o karmelowej barwie podskoczyło, gdy zatrzymała na nim swoje spojrzenie.

– Przyszłam tylko powiedzieć, że powinniście się przebrać. Za niecałe pięć minut będziemy na miejscu. – Mówiąc to, patrzyła wyłącznie na niego, jakby doskonale zdając sobie sprawę z tego, kim był.

Cała Hermiona, pomyślał Harry. Miała przy tym nieco wyniosłą postawę, lekko zadartą głowę i przemądrzały wyraz ust, a sam ton jej głosu mówił o tym, co myśli o wszystkich jedenastoletnich chłopcach. Harry kochał Hermionę całym swoim sercem, jednak musiał przyznać – kobieta miała naprawdę wyjątkowe szczęście, że w Hogwarcie natrafiła na niego i Rona. Nie był pewien, czy zawiązałaby podczas swoich szkolnych lat inną, równie trwałą przyjaźń, bowiem dzieci nie przepadały, nie przepadają i nigdy nie będą przepadać za rozkazującymi im dziewczynkami.

Draco podniósł głowę znad planszy i posłał jej jedno z tych spojrzeń, które zwiastowały jakiś nieprzychylny komentarz, toteż Harry pośpiesznie go uprzedził:

– Okej.

– Okej – powtórzyła, patrząc na niego. Zaraz po tym spojrzała na planszę szachów. Ewidentnie ją zainteresowała. Hetman Rona atakował właśnie wieżę Draco. Ta, jak na z góry przegraną, była wyjątkowo zaciekła. (Na co wskazywał pół tuzina jej niewypowiedzianych przekleństw). – Ach, gracie w magiczne szachy. Czytałam o nich w książce o Hogwarcie. Trzydzieści lat temu organizowano w nim coroczne turnieje szachowe. Trwały równy tydzień i stanowiły prawdziwą sensację. Pisywał o nich nawet Prorok Codzienny.

– Nie różnią się niczym od niemagicznych szachów – powiedział Harry.

– Wiem – odparła, nieznacznie wzruszając ramionami. – Ale magiczne szachy wydają się znacznie bardziej interesujące. Zachowują się tak, jakby posiadały własną wolę przetrwania.

Ron przewrócił oczami. Draco wyglądał tak, jakby sam miał ochotę to zrobić, jednak najwidoczniej jedenastolatkom z rodu Malfoyów nie wypadało podobne zachowanie.

– Jesteś Harry Potter, tak? – dodała po chwili. Jej orzechowe spojrzenie wydawało się przeszywać go na wskroś.

Skinął głową.

– A ty Hermiona Granger. – Posłał jej krzywy uśmieszek, gdy lekko zmarszczyła nos.

– Nie przedstawiałam się.

– Nie musiałaś – powiedział Harry.

– Niektórych wyprzedza zła sława – wtrącił Draco.

Ron parsknął pod nosem.

– Ignoruj go – odpowiedział Harry. – Cierpi na nieuleczalne draństwo.

– Od razu tam draństwo…

– Zapomniałeś o narcyzmie – dodał Ron.

– Właśnie – przytaknął Harry. Wskazał na Rona i Draco. – A to Ron Weasley i Draco Malfoy. Ron jest cholernie dobry w szachach. A Draco… – urwał, robiąc nieco zafrasowaną minę. – W czym ty jesteś dobry, Draco?

– Uwziąłeś się na mnie dzisiaj, co? – powiedział Draco, przybierając urażony ton głosu. Zdradził go jednak drgający kącik ust.

Ron i Hermiona parsknęli.

Czuł się wyjątkowo zdenerwowany, stojąc pośród grupki pierwszaków. Nie miało to żadnego związku z samym przydziałem – był pewien, że ponownie trafi do Gryffindoru – ale niepokoił go fakt, że Tiara Przydziału będzie w stanie przeniknąć wszystkie jego wspomnienia i myśli. Wiedział, że tą obowiązuje milczenie, jednakże może istniała jakaś luka wobec przypadków takich jak on?

– Co, zdenerwowany, Potter? – spytał Draco.

– Ani trochę – powiedział.

– Na pewno trafisz do Slytherinu – odparł Ron pocieszającym tonem, jak i również z wyczuwalnym przekąsem.

– Kto powiedział, że chciałbym tam trafić?

– A nie chciałbyś? – wtrącił Draco. W jego głosie pobrzmiewało niedowierzanie. – Potter, żartowałeś sobie wtedy z tym Gryffindorem, tak? Na Merlina, powiedz, że tak.

– Gryffindor jest w porządku – odrzekł Harry. Rona wydawała się zadowalać ta odpowiedź. Czego nie można było powiedzieć o Draco. – Tak jak każdy inny dom.

Spojrzenie Harry'ego padło na profesorski stół i siedzącego niemal przy samym jego końcu profesora Quirrella. Mężczyzna sprawiał wrażenie zupełnie nim niezainteresowanego, jednak była to jedynie jedna z jego gier: Harry przyłapał go na przyglądaniu mu się. Zaniepokoiło go to, jak bardzo bolała jego blizna, paląc niczym filiżanka z dopiero co zaparzoną herbatą.

Zastanawiał się, w jaki sposób Riddle odbierał jego ból. Czy ten sprawiał mu przyjemność? Sama myśl o sprawianiu Voldemortowi jakiejkolwiek przyjemności napawała go obrzydzeniem tak wielkim, że coś w jego żołądku mimowolnie spazmatycznie się poskręcało i zacisnęło.

Był tak zamyślony, że przegapił przydział Hermiony (ponownie trafiła do Gryffindoru), a nawet wyczytanie Draco. Tiara, jak za pierwszym razem, nie zastanawiała się zbyt długo nad wyborem domu.

– SLYTHERIN! – huknęła, a przy stole Ślizgonów rozległy się gromkie oklaski.

– Tak myślałem – powiedział do niego Ron.

– Ron Weasley! – zawołała po chwili Minerwa McGonagall.

– Powodzenia. – Harry uśmiechnął się do niego nieznacznie, po czym klepnął w plecy.

– Dzięki – odparł Ron. Przed wejściem na podest dodał jeszcze: – Słuchaj… nie jestem aż tak uprzedzony do Ślizgonów. Przynajmniej dopóki oni nie są do mnie uprzedzeni.

Harry miał ochotę przewrócić oczami. Nie wiedział, dlaczego Ron i Draco uparli się, że trafi do Slytherinu. Nagini, śpiąca od początku podróży w jednym z jego bagaży, również była podobnego zdania.

Ron podszedł do stołka, po czym wicedyrektorka nałożyła na jego głowę Tiarę Przydziału. Kapelusz mamrotał przez chwilę pod nosem, w akompaniamencie cichych odpowiedzi chłopca, po czym zawołał:

– SLYTHERIN!

W Wielkiej Sali na krótką chwilę zapanowała całkowita cisza. Nawet samo grono pedagogiczne wydawało się zszokowane, a już z całą pewnością zaskoczone werdyktem artefaktu. Albus Dumbledore wyglądał na rozbawionego. Minerwa McGonagall na niedowierzającą. A Severus Snape… cóż, na bardzo zniesmaczonego. Zaraz po tym od strony Ślizgonów rozległy się gromkie oklaski. Niezależnie od tego, jakiego statusu lub majętności byłby nowy nabytek domu Slytherina, jego domownicy nigdy nie pozwalali na otwarte dostrzeżenie istniejących podziałów.

Ron odszukał go spojrzeniem w tłumie nieprzydzielonych pierwszaków, jakby szukając wsparcia. Harry skinął głową, dając mu do zrozumienia, że jest w porządku, po czym chłopiec skierował się w kierunku stołu węży.

W rzeczywistości nic nie było w porządku. Ron – ten odważny i absolutnie nieślizgoński Ron, z którym przyjaźnił się całe życie, na dodatek z rodziny wielopokoleniowych Gryfonów – trafił do Slytherinu. A wszystko to dlatego, że spędził czas w przedziale wspólnie z nim i Draco. Wydawało mu się, że na moment utracił zdolność oddychania. Po raz kolejny potwierdziło się to, ile ogromnych zmian są w stanie wprowadzić odstępstwa w niewielkich wyborach.

– Harry Potter! – powiedziała wicedyrektorka.

Wielka Sala zaczęła wrzeć. Uczniowie siedzący najbliżej drzwi próbowali go dostrzec, wychylając się i wyciągając ze swoich miejsc. Z każdej strony dochodziły do niego szepty, z których mógł wyraźnie wychwycić swoje imię i nazwisko. Już zapomniał, że „jego sława" przeżywała dwa najgorsze okresy (sam Gilderoy Lockhart nazwałby je zapewne złotymi czasami lub też okresami rozkwitu) – w pierwszej klasie, gdy dopiero co pojawił się w świecie czarodziejów, oraz tuż po pokonaniu Voldemorta.

Usiadł na stołku, wciąż z sercem wyrywającym się z klatki piersiowej, a Minerwa McGonagall włożyła mu na głowę Tiarę przydziału. Artefakt zaraz po tym wydał z siebie nieokreślony dźwięk, który zakończył się ciszą wydającą się przeciągać całymi kwadransami.

– Mężczyzna, który poznał Śmierć – powiedziała wreszcie Tiara. – Który zafascynował go sobą i dostał od niego kolejną szansę jako jedna z niewielu osób w historii ludzkości. Nie sądziłam, że kiedykolwiek spotkam kogoś takiego jak ty.

– Jak na podobne słowa brzmisz wyjątkowo oschle – pomyślał.

– Być może nie jestem Śmiercią, ale tak jak on jestem w stanie zajrzeć do najgłębszego i najciemniejszego zakamarka twojego umysłu. Jedno przeniknięcie do niego pozwala mi na poznanie wszystkich twoich pragnień, uczuć, słabości i wspomnień.

– I co też takiego zobaczyłaś w najciemniejszych zakamarkach mojego umysłu? Jestem kimś innym, niż sądzę, że jestem? – sarknął. Naprawdę chciał mieć to już po prostu za sobą. Nie podobał mu się i niepokoił go ton Tiary: w żaden sposób nie przypominał tamtego, którym przydzielała go za pierwszym razem. Teraźniejszy był wyjątkowo oschły i zdystansowany, niemal niechętny. – Sądząc po twoim tonie, można pomyśleć, że wykazuję zadatki na Czarnego Pana.

– Jesteś nikim. – Każda komórka jego ciała wydawała się znieruchomieć pod wpływem tych krótkich słów. – Nigdy nie wiedziałeś, kim jesteś. Teraz, po przeżyciu jednego życia i rozpoczęciu kolejnego, również tego nie wiesz, a ja nie jestem w stanie odpowiedzieć na zadane przez ciebie pytanie, bowiem nawet dno twojego umysłu obfituje w te same kłamstwa i niewiedzę. Nie masz prawdziwych pragnień. Twoje uczucia są zakłamane, a wspomnienia zniekształcone. Poniosłeś klęskę jako mąż i ojciec, a jednak, pomimo tego wszystkiego, sądzisz, że właśnie to najbardziej ci się udało! Sądzisz, że wychowałeś swoje dzieci, że stworzyłeś je takimi, jakimi były, gdy w rzeczywistości zawiodłeś. Zawiodłeś swoje dzieci i żonę. Byłeś jedynie dobry w walce – prychnęła. – W niej nie musiałeś udawać lub określać samego siebie. Nie musiałeś czuć i myśleć. Ach, czy to nie właśnie to, co uwielbiałeś najbardziej w całym swoim poprzednim życiu? Pościgi w ciemnych i podmokłych lasach za przerażonymi byłymi Śmierciożercami? Czy to właśnie nie wtedy czułeś, że naprawdę żyjesz? Nie czułeś tego jedynie podczas takich chwil?

Prychnął. W ustach czuł posmak goryczy i żółci, a jego krew wydawała się na moment przemienić we wściekle bulgoczący olej. W ostatnim czasie jedynie śmierć Dudleya zdenerwowała go w równie nieopisanym stopniu.

– Zakłamane? Zniekształcone? – syknął. – Złym ojcem i mężem? A co ty możesz o tym wszystkim wiedzieć? Jesteś jedynie pieprzonym kapeluszem. Przedmiotem, który nie ma nawet uczuć, w które tak bardzo lubisz wnikać i które tak bardzo lubisz oceniać. Nigdy nie wyjrzałaś poza mury Hogwartu. Nigdy nie miałaś rodziny. Nigdy na twoich barkach nie spoczywał los tysięcy ludzi.

Tiara wydała z siebie dźwięk irytacji.

– To, kim jestem, pomaga mi być obiektywną.

– Dobre sobie. Niemal martwy przedmiot, który ocenia żywych ludzi. Pieprz się.

– Nie mam zamiaru przeciągać tej rozmowy. Odpowiedziałam jedynie na twoje pytanie. Moja odpowiedź może ci pomóc. Równie dobrze możesz wcale z niej nie skorzystać. Jestem tylko przedmiotem, czyż nie? To nie ja będę ponosiła skutki twoich przyszłych decyzji, choćby i miały stoczyć czarodziejski świat – odpowiedziała. – I nie mam zamiaru mówić Albusowi o twojej wiedzy. Możesz spać spokojnie. Jeżeli potrafisz to jeszcze robić.

– Więc gdzie trafiam? – spytał beznamiętnie.

– Tam, gdzie powinieneś za pierwszym razem, Harry Potterze – powiedziała Tiara. Zaraz po tym huknęła na całą salę: – SLYTHERIN!

Wielka Sala początkowo pogrążyła się w martwej ciszy, po czym od strony Ślizgonów rozległy się gromkie brawa. Jeszcze głośniejsze niż w przypadku Draco Malfoya.

Było źle. Naprawdę źle.

– Bardzo dobrze, że Tiara wybiła ci z głowy te gryfońskie bzdury, Potter – powiedział do niego Draco. Z zadowoloną miną upił kilka łyków pomarańczowego soku. – Wyglądało to tak, jakbyście się kłócili. Na dodatek wstałeś ze stołka całkowicie wściekły. O co poszło?

– Nieważne – mruknął Harry, rozrywając palcami wypieczony tost.

Od południa nie miał nic w ustach, a jednak po przydziale stracił wszelki apetyt. Biorąc pod uwagę to, że znalazł się w Slytherinie wspólnie z Ronem, mogło być znacznie gorzej – ale i tak cała ta sytuacja przypominała jedną wielką zamieć. Rozmowa z Tiarą i jej słowa, które nie dawały mu spokoju, boleśnie odbijając się od siebie w jego umyśle. Przydział do Domu Węży. A na dodatek fakt, że Hermiona znalazła się całkowicie sama w Gryffindorze. Czuł, że grunt coraz bardziej zaczynał osuwać mu się spod stóp.

– Ron, jak to możliwe, że trafiłeś do Slytherinu? – spytał. – Nie zrozum tego źle, ale naprawdę sądziłem, że trafisz do Gryffindoru.

Kilka głów zwróciło się w kierunku Rona. Chłopiec nakładał na talerz kolejną tłustą kiełbaskę, a po jego brodzie i palcach ściekały krople tłuszczu. Cały dom Salazara Slytherina był równie mocno zmieszany i wciąż niedowierzający wobec jego przydziału.

– Nie wiem – odparł Ron, nieznacznie wzruszając ramionami. – Sam sądziłem, że trafię do Gryffindoru.

Harry odłożył tost na talerz. Ponownie pomyślał, że przydział Rona musiał mieć jakiś związek z tym, że jego przyjaciel (a raczej przyszły przyjaciel) był przekonany o tym, że on sam trafi do Slytherinu. Prawdopodobnie, przesiadując wspólnie z nim i Draco w jednym przedziale, zapragnął się w jakiś sposób do nich upodobnić. Wiedział, że w Ronie od zawsze tliło się podobne pragnienie bycia bardziej widocznym i wartościowszym. Nie uważał zresztą by było to czymś złym – w jego poprzednim życiu wielokrotnie popychało go do aktów odwagi, na które w innych przypadkach być może by się nie zdobył.

– Bardziej interesuje mnie twój przydział, Harry – odezwał się ktoś siedzący naprzeciwko niego. Podniósł wzrok na chłopaka, którego wargi układały się w nieznaczny uśmiech. W tym nie było niczego wesołego lub przyjaznego, bardziej przypominał grymas lub ostrzeżenie. – Złoty chłopiec w Slytherinie. Naprawdę interesujące.

Stalowoszare oczy, nieprzyjemnie przywodzące na myśl topielca wyłowionego z rzeki, nie spuszczały z niego swojego spojrzenia. Harry zastanawiał się, czy kiedyś już się spotkali. Po krótkiej chwili doszedł jednak do wniosku, że nie. Spojrzenie Ślizgona stanowiło łatwo zapadający w pamięć kontrast z jego intensywnie brązowymi włosami, a wyraz ust był nader charakterystyczny. Wydawał się mieć szesnaście, góra siedemnaście lat.

– A co w tym takiego interesującego? – spytał oschle.

Chłopak wyglądał przez dwie sekundy na zaskoczonego tonem jego głosu. Draco zaś na nim zaniepokojonego. Nawet Ron przestał pochłaniać swoje tłuste kiełbaski, śledząc rozwój rozmowy i wymianę spojrzeń, jak zresztą połowa stołu Ślizgonów.

– Pokonałeś jednego ze znamienitszych członków tego domu.

Harry mimowolnie prychnął.

– W waszym domu wystarczy być mordercą, by w przyszłości zostać określanym mianem „znamienitego"? Ile osób muszę zabić, by zostać tutaj okryty wieczną chwałą?

– Chłopcze, pamiętaj, że w tym domu obowiązują zasady. Każdy ma swoje miejsce, które zna, i własne zasady, których przestrzega – powiedział smarkacz, uśmiechając się szerzej. – Mam nadzieję, że następnym razem okażesz się bardziej uprzejmy. W innym wypadku twój pobyt w naszym domu może stać się nieco uciążliwy.

– Grozisz mi? – zapytał Harry. Jego wargi ułożyły się w ironiczny grymas: zapomniał, że teraz jest zaledwie dzieckiem, a groźby nastolatka wydały mu się absurdalnie śmieszne.

– Sam to powiedziałeś. Weź to sobie do serca, Harry, dla swojego dobra – odpowiedział chłopak. Zaraz po tym, bez jakichkolwiek dodatkowych słów, wstał. W ślad za nim podążyło dwóch innych Ślizgonów.

Harry'emu przemknęło przez myśl, że ten musi być w Slytherinie kimś pokroju Draco za pięć lat. Powędrowało za nim tuzina dziewczęcych spojrzeń, a jego „przyjaciele" wydawali się cokolwiek służalczy.

Kilku Ślizgonów zaczęło mówić o czymś cicho, posyłając mu nieprzyjemne lub jawnie wrogie spojrzenia. Zauważył, że grono pedagogiczne, siedzące najbliżej ich stołu, również musiało przysłuchiwać się tej krótkiej wymianie zdań. Severus Snape wyglądał na czymś zdenerwowanego.

– Kto to był, do diabła? – spytał szeptem Ron.

– Vincent Byrne – powiedział ponurym tonem Draco. – Wielkie dzięki, Potter. Wystarczył ci jeden posiłek, by zrobić z nas pieprzonych wrogów publicznych.

– Kto taki? – odpowiedział Harry. (Przy okazji ignorując tak wściekłe przekleństwo z ust jedenastolatka).

Miał wrażenie, że obiło mu się o uszu to nazwisko, jednak nie miał najmniejszego pojęcia, kiedy miało to swoje miejsce. Żaden Byrne nie wydawał mu się wysoko postawionym lub wyjątkowo majętnym Śmierciożercą.

– Edgar Byrne – wyjaśnił Draco – jest prezesem największego magicznego banku we Francji. Wszędzie ma plecy, a na dodatek krążą pogłoski, że podziela poglądy Sam–Wiesz–Kogo, choć nigdy nie został Śmierciożercą, bo to jeden z tych narcystycznych dupków, którzy w życiu nie uznaliby kogoś nad sobą.

Harry zmarszczył brwi. Edgar Byrne. I nagle wszystko stało się jasne.

Słyszał o mężczyźnie, jednak nie w temacie bankowości lub rządów, a… śmierci jego syna. „Tragedia w rodzinie Byrne'ów" – głosiły kiedyś brukowce, gdy naprawdę miał jedenaście lat. (Być może tak dobrze zapamiętał ten nagłówek, bowiem jedna z gazet pokusiła się o dramatyczne zdjęcie basenu Byrne'ów, o zmierzchu i z wodą spuszczoną co do ostatniej kropli. Jakby było to ponure miejsce dopiero co dokonanej zbrodni, a nie przyjęcia z hektolitrami szampana z bąbelkami i przekąsek wartych tyle co tuziny wyprawek do Hogwartu). Smarkacz upił się podczas jednej z wakacyjnych i mocno zakrapianych imprez, które organizował pod nieobecność matki, brytyjskiej czarownicy, po czym utopił się w przydomowym basenie.

Nic dziwnego, że nie pamiętał go ani z Hogwartu, ani tym bardziej z późniejszych lat.

– Aha – odparł Harry. – On jest tutaj – chrząknął nieznacznie – jakąś gwiazdą, tak?

– Prefektem – powiedział Draco, patrząc na niego wilkiem. Ściszył ton głos niemal do zdenerwowanego szeptu: – I przewodniczącym pewnej organizacji działającej w podziemiu Hogwartu.

– Chyba masz dar ściągania na siebie kłopotów, stary – rzekł Ron pocieszająco.

Cóż, w obliczu ponownego odrodzenia się w ciele dziecka i wszystkich towarzyszących temu komplikacji jeden smark, z aspiracjami na kolejnego Czarnego Pana, który za niecały rok i tak miał się utopić we własnym basenie, nie wydawał się żadną wielką sprawą. Teoretycznie.

Gdy pół godziny później Vincent Byrne wraz z inną Ślizgonką zaprowadził pierwszaków do ich dormitoriów, Harry nie wykazał nawet jakiegokolwiek zdziwienia wobec hasła do Pokoju Wspólnego: „Dziedzic". Był więcej niż tylko przekonany, że następnym będzie „czysta krew" i tym podobne słowa podkreślające wyższość Slytherinu nad innymi domami.

Nie potrafił jednak nie przyznać, że Pokój Wspólny zrobił na nim jeszcze większe wrażenie niż za pierwszym razem. (Podczas gdy wtargnął kiedyś do niego z Hermioną i Ronem). Jak na pomieszczenie stanowiące loch to sprawiało niezwykle przytulne wrażenie, ale jednocześnie w zupełnie inny sposób niż główny pokój Gryfonów.

Z lamp sączyło się zielonkawe światło, a we wnętrzu bogato rzeźbionego kominka tańczyły płomienie ognia. Fotele i krzesła wydawały się antykami kosztującymi fortunę, ale jednocześnie – sądząc po sposobie, w jaki siedziało na nich kilku uczniów – musiały być wyjątkowo wygodne. Zaś tłem dla Pokoju Wspólnego był uspokajający dźwięk wody z jeziora przypominający szum strumienia zza skrawka lasu, które się nad nim znajdowało.

Harry czuł, że było to całkowicie niesolidarne stwierdzenie, jednakże – będąc już dorosłym – wystrój domu Slytherina odpowiadał mu znacznie bardziej niż Gryffindora: cichy i tajemniczy, bez wszystkich tych krzykliwych barw i wiecznie unoszących się gdzieś podejrzanych zapachów spalenizny. (Szczególnie intensywnych w towarzystwie nastoletnich Freda i George'a, uwielbiających wszelkie fajerwerki i zimne ognie).

Ale może tak było po prostu lepiej. W gnieździe węży nie musiał oglądać wszystkich tych twarzy, które darzył sympatią, a które w czasie ostatecznej wojny zamieniły się w zastygłe maski bólu i przerażenia.

Pomyślał, że na swój sposób jednak tutaj pasował.

– Śpisz? – wyszeptała Nagini.

– Tak – odpowiedział. Przekręcił się na drugi bok. Wbił spojrzenie w nieprzeniknioną ciemność zasłony otaczającej jego łóżko. Wsłuchiwał się w śpiące i spokojne oddechy Draco i Rona. Próbował zasnąć, ale pomimo dotkliwego zmęczenia nie potrafił zmrużyć oka.

Jesteś nikim.

Teraz, po przeżyciu jednego życia i rozpoczęciu kolejnego, również tego nie wiesz, a ja nie jestem w stanie odpowiedzieć na twoje pytanie, bowiem nawet dno twojego umysłu obfituje w te same kłamstwa i niewiedzę.

Poniosłeś klęskę jako mąż i ojciec.

Skoro uważał, że to kłamstwa, dlaczego słowa Tiary nie dawały mu spokoju?

Nagle zaczął wszystko to roztrząsać: swoje stare życie i pragnienia. Jak mógł być nikim? I dlaczego miałby ponieść klęskę jako ojciec? Nie podważał klęski w roli męża – wiedział, że w niej zawinił. Jednocześnie w roli żony zawiniła także i Ginny. Czy to nie usprawiedliwiało jego oschłości wobec kobiety?

– Wydajesz się niezadowolony. Dlaczego? – spytała Nagini gdzieś zza jego pleców. – Trafiłeś do domu Toma. Niemal mogę go tu wyczuć, jakby wciąż żyła tutaj jego dusza. W ścianach i w powietrzu. Czy nie tego właśnie chciałeś?

Harry pomyślał z przekąsem, że gdzieś w Hogwarcie faktycznie żył „Tom". I to dosłownie.

– Nie jestem niezadowolony.

– Smutny? – powiedziała.

– Nie. Słuchaj… – urwał i zamknął oczy. – Tiara powiedziała mi coś, czego nie potrafię zrozumieć.

– Co takiego? – drążyła, pełznąc w górę jego pleców. Zatrzymała się tuż nad karkiem.

– Zasugerowała, że prawda wygląda inaczej niż to, jak ją widzę.

– Nie istnieje jedna prawda – odparła filozoficznie Nagini. – Skoro każdy wierzy w inną prawdę, w jaki sposób można stwierdzić, że czyjaś prawda jest bardziej prawdziwa od innej lub najprawdziwsza ze wszystkich prawd?

– Czy to słowa Toma? – Zabrzmiał wyjątkowo sucho.

– Nie – powiedziała, kładąc trójkąty łeb na jego szyi. Mały i przyjemny w dotyku. Zdziwiło go to, że podobna forma bliskości nie sprawiła, że miał ochotę go z siebie strącić. – Moje. Skoro uważasz, że prawda wygląda inaczej, dlaczego się tym przejmujesz?

– To wszystko… – westchnął. Nie miał pojęcia, dlaczego rozmawia o tym z wężem, a na dodatek z towarzyszką samego Czarnego Pana. Zaraz po tym odpowiedział: – Chyba nie wiem już, jak wygląda prawda. Może naprawdę nie mam swojej.

– Tom by ci ją wskazał – wyszeptała Nagini. – Nikt inny nie posiada podobnego daru wzbudzania najgłębiej skrytych pragnień.

– Och, tak? – spytał, teraz już z pewnym sarkazmem. Choćby i za sto dopiero co wybitych galeonów nie byłby w stanie wyobrazić sobie Toma Riddle'a wzbudzającego „najgłębiej skryte pragnienia". Być może pragnienia czynienia zła i tym podobne, ale wszelkie inne? Definitywnie nie. – A kto wskazał mu prawdę? Ludzie nie rodzą się chyba o tak niezachwianym poczuciu samego siebie i celu.

Nagini wydała z siebie coś, co do złudzenia przypominało cichy śmiech.

– Rodzą się. Wszyscy się takimi rodzą. To po prostu świat ich zmienia, narzuca role i oczekuje określonych zachowań. Ludzie wchodzą w nie niczym w przebrania i żyją w nich tak długo, aż pewnego dnia sami przestają wiedzieć o tym, co się pod nimi kryje. Tom zawsze pozostawał sobą. Niezależnie od ilości przebrań i narzucanych mu ról, wiedział, co się pod nimi znajdowało.

Harry'emu przemknęło przez myśl, że musi tkwić w tym jakaś prawda. Odczuł niechętną zazdrość wobec Toma Riddle'a, na wskroś złego i przegniłego, a jednak tak doskonale zdającego sobie sprawę z tego, kim naprawdę był.

On sam coraz częściej tego nie wiedział.