A/N: Dziękuję Jod za jej niezastąpione zmagania z brakami w logice.

Gwoli ścisłości: ten tekst ma być bardzo "angielski". W Anglii naprawdę pije się z reguły herbatę z mlekiem, stąd Snape podkreśla, że chce czarną. I sprawę horkruksów postaram się wyjaśnić lepiej przy następnej okazji.


Rozdział VI

- Nie rozumiem! No, nie rozumiem i już! – dalsza część wypowiedzi nie chciała przejść mu przez gardło. Lupin z niepokojem przyglądał się, jak Harry krąży po kuchence, wymachując rękoma, i czuł coś na kształt satysfakcji, że pomyślał o zaklęciach uciszających.

- Harry, to dość zawiłe…

- Więc mi wyjaśnij. Jak? Jak!

Jak Lily mogła pokochać tego śmierciojada? Jak taka ciepła, dobra osoba mogła w ogóle spojrzeć na wyrzutka cuchnącego eliksirami, Ślizgona, nienawidzącego mugolaków… W porządku, wyrzutka jeszcze zrozumiem, ale Ślizgona?...

Kolejne kilka kroków. Harry z trudem powstrzymał się od złapania za szklanki stojące na suszarce i ciśnięcia nimi w furii o ścianę. Remus, spokojny jak zawsze, wyjątkowo go irytował.

- Ty nie wiedziałeś? – zapytał były nauczyciel, kiedy Harry przerwał swoją tyradę, by zaczerpnąć oddechu.

Chłopak pokręcił głową.

- Wiem, że moja mama litowała się nad nim, kiedy obrywał od Huncwotów – tak było mu łatwiej myśleć o niezbyt chwalebnych czynach swojego ojca i jego przyjaciół; jakby wtedy były to inne osoby. – Ale zakochała się? Na gacie Merlina, to niedorzeczne! CO ona w nim widziała?

- Dam ci dobrą radę. Nie próbuj zrozumieć kobiet. – Remus uśmiechnął się smutno.

Harry jeszcze przez chwilę dyszał ciężko, ale już dochodził do siebie. Całą siłą woli udało mu się odepchnąć obrazy przyprawiające go o mdłości – roześmianą Lily, trzymającą Snape'a za rękę, a nawet jeszcze gorsze. Usiłując zająć czymś myśli, przesuwał wzrokiem po bardzo typowych szafkach z ciemnobrązowego drewna i podobnych blatach, jasnych kafelkach z wymalowanymi kwiatami w odcieniach sepii… Wilkołak przyglądał się chłopakowi w zamyśleniu.

W końcu dołączyli do nich Ron i Hermiona. Dziewczyna opadła na krzesło i streściła dalszą część przesłuchania.

- Wszystko to jest takie naciągane – skomentował Ron. – Ta opowieść o zdemaskowaniu, o szczytnych celach, tak jakby wiedział, co chcemy usłyszeć.

- Ale Veritaserum… - zaczął bez przekonania Lupin.

- Talentu do eliksirów draniowi nie można odmówić – mruknął Harry. – Mógł zażyć antidotum.

- Eliksir przeciwny – poprawiła odruchowo Hermiona, jak zawsze w takich sytuacjach wywołując niezręczną ciszę. – Antidotum podaje się po zażyciu eliksiru, eliksir przeciwny przed, by zneutralizował… A zresztą, nieważne.

- Więc co robimy? – powiedział wreszcie Ron.

- Cholera, chłopie, jesteś mistrzem szkoły w szachach, może byś ruszył głową, co? – Harry ze złością uderzył ręką w polerowany blat. Zabolało.

- Przecież myślę, wyluzuj. Ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy.

- A z tych mniej sensownych pomysłów?

- Nie wiem… Remusie, jak dużo jest tu miejsca?

- Trzy sypialnie na górze, a dlaczego pytasz?

- Bo nie zamierzam dzielić pokoju z tym dupkiem. – Po chwili namysłu kontynuował. – Słuchajcie, nie widzę innego wyjścia. Musi tu zostać, bo inaczej wyśpiewa Voldemortowi wszystko o tym mieszkaniu. A wydaje mi się to niezłą kryjówką.

Harry skrzywił się. Zostać tu, wspaniale.

- Więc sugerujesz, że mamy mieszkać z nim pod jednym dachem? – upewnił się Lupin.

Ron podrapał się po piegowatym nosie.

- Uhm. Też mi się to nie podoba, ale nie możemy pozwolić, by miał jakikolwiek kontakt z zewnętrznym światem. Z kimkolwiek. I na Regulusa też wolałbym uważać.

- Myślicie, że powinniśmy powiedzieć Regulusowi, co wiemy o horkruksach? – zapytała Hermiona. – Może tak zyskalibyśmy jego… nie wiem, zaufanie?

- I zdradzilibyśmy Voldemortowi, że znamy jego sekret – dodał ironicznie Ron.

- Mówiłam ci już przecież, on nie mógłby służyć Voldemortowi po tym, jak ten uznał go za zdrajcę.

- Jest szalony, skąd możesz wiedzieć, co mógłby zrobić?

- O kim mówicie?

Natychmiast odwrócili się w stronę drzwi, gdzie stali dwaj Ślizgoni. Najbardziej frustrujące było to, że Mysikrólik zadał pytanie tonem wyrażającym uprzejme zainteresowanie, jakby nie zdawał sobie sprawy, że to o nim mówili.

- Nieważne – burknął Ron. – Snape, jak zdołasz nas przekonać, że będziesz tu grzecznie siedział i warzył eliksiry, a nie trucizny?

- Złożę przysięgę?

- Niezłomną? – Weasley wyglądał nawet na zdziwionego.

- Rozumiem, że bez tego się nie obejdzie. – Snape westchnął teatralnie. – Przysiągłem już chronić syna Lily, więc dopóki ta przysięga nie będzie się kłóciła z tamtą, nie widzę przeszkód.

Ron porozumiał się wzrokiem z pozostałymi.

- Veritaserum jeszcze działa? – zapytał Harry.

- Powinno jeszcze przez jakiś kwadrans przynajmniej – orzekł Lupin. – Choć jego działanie będzie stopniowo słabło.

- Hmm… sprawdźmy – mruknął Ron. – Jesteś Śmierciożercą? – Snape momentalnie napiął mięśnie, by powstrzymać jęk bólu. Jednak działanie serum rzeczywiście słabło, co Mistrz eliksirów przyjął z ulgą. – Chyba działa.

- Ron! – jęknęła Hermiona. – Dobra, Harry, o co chcesz go zapytać?

- Jak dokładnie Voldemort dowiedział się, że jesteś zdrajcą? Opisz od momentu, kiedy spostrzegł, że jesteśmy na Grimmauld Place.

- Mogę… pokazać wam wspomnienia? Serum przestaje działać.

Tak, Severusie, czołgaj się, liż im buty. Zdrajca i szpieg to właśnie powinien robić najlepiej. A ty właśnie jesteś zdrajcą i szpiegiem, czyż nie?

Lupin popatrzył pytająco na Rona.

- Podrobione wspomnienia łatwo rozpoznać – dorzucił Harry.

- Niech będzie – skapitulował w końcu rudzielec.

Mysikrólik zgodził się polecieć do domu Blacków po myślodsiewnię i przy okazji sprawdzić, czy śmierciożercy go obserwują. Tymczasem Snape przestąpił niepewnie z nogi na nogę.

- Mogę wiedzieć, co mu jest? – zapytał wreszcie.

- Regulusowi? – upewnił się Lupin. – Liczyłem, że to ty nam powiesz. Sądziłem, że byliście przyjaciółmi.

- Nawzajem, Lupin. Nie miałem z nim kontaktu od jego domniemanej śmierci.

- Nikt nie miał.

- Jest nieco zdezorientowany, profesorze – odpowiedziała mu Hermiona. – Chyba sądzi, że wciąż jest 1979. Harry'ego uważa za Jamesa, jego ojca, i nie chce przyjąć do wiadomości śmierci Syriusza. Zaakceptował jakoś to, że Dumbledore nie żyje.

- I po co mu to mówisz? – syknął Ron.

- Ma prawo wiedzieć.

- Dziękuję, panno Granger.

Znów poruszył się niespokojnie. Był Ślizgonem – wężem, nie myszą zapędzoną w kąt. Jednak czuł się jak mysz. W dodatku jasne wnętrze bardzo mugolskiego domu Lupina nieco go… irytowało.

- Macie ochotę na herbatę? – zapytał Lupin, włączając elektryczny czajnik.

Przyjaciele pokiwali głowami. Snape się zawahał.

- Severusie?

- Tak, poproszę. Czarna, bez cukru.

Myśl, że zamieszka w tym domu z tymi och, jak dobrymi pieskami Dumbledore'a, przyprawiała go o mdłości. On do nich nie należał. On nie mógł być zamknięty. Ale, cholera, miał inne wyjście?

- Nie wiem, co planujesz, Snape, ale nie uciekniesz nieuzbrojony, więc nawet nie próbuj – zadrwił Ron.

- Zapomina pan, że nie należałem do Gryffindoru; pokazy głupoty to nie moja działka – sparował, lecz wszedł do kuchni i oparł się plecami o szafkę. Popijając mocny napar, udało mu się nawet zapomnieć na chwilę o dość niewygodnej dla niego sytuacji.

Niezłomna Przysięga, wspaniale. Choć w tej chwili był gotów zrobić prawie wszystko, by przekonać do siebie Gryfonów i Remusa, nie uśmiechało mu się to ani trochę. Dobrze, że z poprzedniej zdołał się wywiązać. Po namyśle jednak uznał, że lepsza śmierć przez Przysięgę niż z rąk Czarnego Pana, któremu zostawił całkiem spory zapas Płynnego Cruciatusa.

Wreszcie wrócił Mysikrólik. Wyjął z kieszeni pomniejszoną myślodsiewnię, postawił ją na stole i sprawił, że wróciła do zwykłych rozmiarów, po czym przysiadł na stołku przy szafce i zaczął wydobywać z kieszeni zadziwiające ilości z pozoru niezapisanych kartek. Snape przez chwilę wpatrywał się w falującą powierzchnię wypełniającego misę płynu.

Potter podał mu różdżkę, sycząc cicho „nie radzę próbować żadnych sztuczek". Fakt, nawet on nie dałby rady czterem czarodziejom, którzy kierowali na niego swoje różdżki. Z westchnieniem rezygnacji przytknął produkt Oliwandera do swojej skroni. Srebrna nić wspomnienia powoli opadła do misy.

Wspomnienie:

Przed kamienicą na Grimmauld Square pojawia się chmura czarnego dymu, po chwili wyłania się z niej sam Lord Voldemort. Wokół niego aportują się śmierciożercy, chyba cały Wewnętrzny Krąg. Choć maski uniemożliwiają rozpoznanie większości twarzy, Snape'a wyróżniają przetłuszczone włosy. Trzyma się z tyłu, jakby gotowy był do ucieczki.

- Nasz skrzat domowy poinformował mnie, że w tym domu ukrywa się sam Harry Potter. – Bellatriks przerywa, by zaśmiać się szaleńczo. – Nie macie nic do zameldowania, gołąbki? – pyta dwóch śmierciożerców, którzy czekali na nich na placu.

- Widzieliśmy kogoś, Panie. – Jeden z nich gnie się w ukłonie. – Widzieliśmy, jak ktoś aportuje się na ganek, po czym szybko znika za drzwiami.

Czerwone oczy przypatrują mu się intensywnie. Nie poinformował go o tym. Zaniedbał swój obowiązek.

- I widzieliśmy jeszcze coś – dorzuca drugi w formie usprawiedliwienia.

- Tak? – Wzrok Czarnego Pana zwraca się ku niemu.

- Patronusa. W oknie. To była łania.

- Łania?

- O nie…

Potwór okrutnie powoli obraca się w stronę Snape'a

- CONFUNDO – ryczy Mistrz Eliksirów i w następnej chwili się deportuje.

- No, tak, Voldemort raczej nie lubi obrywać Confundusem w tę swoją wężowatą twarz – mruknął Harry.

- Harry, naprawdę nie sądzę, że powinniśmy mu ufać mimo wszystko – zaczął Lupin.

Chłopak westchnął, odwracając się ku niemu.

- Snape jest Ślizgonem. Nie zdradzi, dopóki nie będzie miał ku temu powodu. A powodem, by nie zdradzić, będzie to, że Voldemort nie przyjmuje zdrajców z otwartymi ramionami. Poza tym, jako Ślizgon będzie chciał zostać po jednej stronie barykady, która zapewni mu w pewnym sensie ochronę. Miotanie się w ogniu krzyżowym będzie mu bardzo nie na rękę.

Snape musiał niechętnie przytaknąć.

- Naprawdę chcesz zaryzykować? – zapytał wilkołak. To było zbyt absurdalne, zdecydowanie zbyt absurdalne.

- Jeśli nie będziesz miał nic przeciwko. To twój dom.

- Harry, mój dom jest twoim domem, wiesz przecież.

- Zatem w porządku.

- Jeszcze jedno – wtrąciła się Hermiona. – Wspomniał pan, że Regulus podsunął panu cel tuż przed aportacją. Jak?

- Żeby się aportować, trzeba się skupić na wyglądzie miejsca, gdzie chce się wylądować – zaczął niepewnie Mistrz Eliksirów. – Trzeba je sobie bardzo dokładnie wyobrazić.

- Odpuść sobie, Snape – warknął Ron. – Umiemy się aportować.

- Tuż przed aportacją zobaczyłem w myślach fasadę tego domu – kontynuował Snape, niezrażony uwagą rudzielca. –Regulus potrafił skontaktować się ze mną telepatycznie, gdyż ćwiczyliśmy wspólnie legilimencję i oklumencję. Nie wiem jednak, jak tego dokonał bez kontaktu wzrokowego. Owszem, mam pewne teorie, ale nie zamierzam tu teraz wyjaśniać zasad magii umysłu, gdyż mija się to z celem. – Spojrzał drwiąco na Pottera.

- Chce pan przez to powiedzieć, że pan nie wie, gdzie się znajduje? – zapytała Hermiona.

- Nie wiem, panno Granger. Domyślam się, że gdzieś w Londynie, lecz to miasto nie jest zbyt dobrze mi znane od mugolskiej strony.

Dziewczyna wymieniła znaczące spojrzenia z pozostałymi.

- Dobra, Snape. – Harry zmierzwił sobie włosy. – Złożysz Niezłomną Przysięgę, że będziesz pomagał mi pokonać Voldemorta, będziesz warzył nam przydatne eliksiry do granic swoich umiejętności, nie otrujesz nas i nie zdradzisz nas już nigdy więcej. W zamian za to będziesz mógł się tu ukrywać i żyć w jako takim spokoju.

Snape zastanowił się przez chwilę.

- Nie.

- Więc słucham propozycji.

- Mogę przysiąc, że będę warzył przydatne wam eliksiry, w tym tojadowy dla Lupina, nie będę nijak nastawał na wasze życie czy zdrowie i dołożę starań, by pomóc wam pokonać Voldemorta.

- Niech będzie. – Harry skinął głową. – Remusie, mógłbyś?

Potter i Snape stanęli naprzeciwko siebie. W oczach Mistrza Eliksirów wciąż kryła się pogarda. W spojrzeniu chłopaka nie było niczego. Snape spodziewał się nienawiści, może obrzydzenia, a spotkał się z pustką, nawet nie z niechęcią. Jakby stary, znienawidzony belfer nic go nie obchodził. Powoli przyklęknął przed Ostatnią-Nadzieją-Czarodziejskiego-Świata-(Niech-Ją-Licho-Porwie). Dopiero to wywołało jakąś reakcję na twarzy chłopaka – uśmiechnął się lekko, lecz trudno to było nazwać złośliwością czy satysfakcją. Snape musiał z przykrością stwierdzić, że Narcyza lepiej wyglądała z tej perspektywy niż Potter. Chłopak pierwszy wyciągnął do niego rękę. Wzdrygnął się lekko, gdy ich dłonie się złączyły.

Lupin stanął nad nimi i przytknął różdżkę do ich rąk, po czym dał znak Harry'emu, że jest gotów.

- Czy ty, Severusie Snape'ie – zaczął chłopak – przysięgasz przygotowywać przydatne nam eliksiry?

- Przysięgam.

Chłopak odetchnął z wyraźną ulgą. Pierwszy języczek ognia oplótł ich dłonie.

- Czy ty, Severusie Snape'ie przysięgasz nie nastawać na życie żadnej z osób zgromadzonych w tym pomieszczeniu ani nie dążyć do uszczerbku na jej zdrowiu?

- Przysięgam.

Kolejny język ognia wystrzelił z różdżki Lupina.

- Czy ty, Severusie Snape'ie, przysięgasz dołożyć starań, by pomóc nam pokonać Voldemorta?

- Przysięgam.

Ostatni język ognia oplótł ich dłonie. Przysięga została złożona. Snape westchnął ciężko, rozmyślając nad swoim dalszym losem.

- Co dalej? – Ron przerwał nieprzyjemną ciszę.

Harry rozejrzał się po pomieszczeniu. Lupin właśnie dopijał herbatę, Hermiona siedziała, niemrawo otaczając kubek dłońmi. Snape wstał i znów oparł się o szafkę, a Regulus…

- Mysikróliku, wszystko w porządku? – zapytał, zerkając na mamroczącego do siebie czarodzieja.

- W domu zostawiłem sporą część notatek. W dodatku Remus obiecał skontaktować mnie z Profesor McGonagall.

- Chyba tak czy siak powinienem się do niej udać. – Lupin odstawił kubek do zlewu. – Poinformować ją o zaistniałej sytuacji.

- Zaczekaj – powstrzymał go Harry. – Jesteś pewien, że to rozsądne?

- Co, mówienie jej o Severusie i Regulusie? Zamierzam poinformować tylko ją. Z pewnością uszanuje twoje decyzje. Zresztą, Mysikrólik słusznie przypomina, że chce się z nią spotkać.

- Regulus był śmierciożercą. Jeśli włączy jakiś alarm w szkole, zaraz wszyscy się o nim dowiedzą.

- Zapewniam cię, Potter, że sam Znak nie włączy alarmu – mruknął Snape, dopijając herbatę. Prawa ręka nadal go mrowiła z powodu przysięgi. – Przez prawie dwadzieścia lat jakoś nic się nie działo, gdy chodziłem po zamku.

- Mimo wszystko wolę nie ryzykować, że ktoś dowie się o Regulusie. – Po chwili dodał ciszej – albo że jemu coś strzeli do głowy.

- Ale pozwolicie mi wrócić po resztę notatek?

- A czego te notatki dotyczą?

- Nie powiem!

Harry westchnął. Był zmęczony, rozkojarzony i ogólnie nie czuł się dobrze. I z pewnością nie miał nastroju na zajmowanie się wariatem ani kołowanie wokół sprawy. Westchnął ponownie i zapytał:

- Regulusie, co wiesz o horkruksach?

Twarz czarodzieja najpierw ukazała wielkie zdumienie, potem wykwitł na niej promienny uśmiech. Po chwili zdołał się opanować.

- Dlaczego pytasz? – Jego głos mimo wszystko zdradzał niezdrowe, obsesyjne zainteresowanie.

Harry bez słowa wyciągnął spod koszuli fałszywy medalion. Wiedział, że Black był szukającym, jednak szybkość, z jaką chwycił świecidełko, była naprawdę imponująca. Pochylił się do przodu, kiedy mężczyzna przyciągnął go ku sobie.

- Wewnątrz znaleźliśmy liścik podpisany „R. A. B.", Regulusie Arcturusie Blacku – odparł chłopak, wyrywając mu wisior.

- Znaleźliście go! Wiecie! – Mysikrólik był uradowany jak małe dziecko. – Znacie tajemnicę Czarnego Pana!

- Więc nad tym pracujesz? – zapytał Remus, lecz Harry odezwał się, zanim Regulus zdążył odpowiedzieć.

- Tak, znamy. To ty napisałeś ten liścik? – Chłopak wyjął z medalionu karteczkę.

- Tak. Tak! Odkryłem sekret Czarnego Pana, przechytrzyłem go. – Regulus był najwyraźniej bardzo dumny i zadowolony z siebie.

- Gdzie w takim razie jest prawdziwy horkruks?

Z wahaniem mężczyzna rozpiął kołnierzyk szaty i wyłowił spod koszuli identyczny wisior. Harry wyciągnął po niego rękę, lecz Mysikrólik natychmiast szarpnął się do tyłu.

- Zniszczyłeś go? – wypalił Ron.

- Nie… Nie mogłem.

- Dobra, a jak w ogóle zniszczyć horkruksy? – Weasley rozejrzał się po twarzach wszystkich obecnych.

Hermiona sięgnęła do kieszeni po zmniejszony notatnik i długopis.

- Mysikróliku?

- Potrzebna jest broń, która unicestwia duszę. – Regulus wzruszył ramionami, jakby to było coś najbardziej oczywistego. Po czym wrócił do szeleszczenia przyniesionymi kartkami. Kiedy nie odzywał się przez dłuższy czas, Hermiona go ponagliła.

- Masz na myśli zaklęcie?

- Nie… Niekoniecznie. Stara czarodziejska broń była tak zaczarowana, wiecie, miecz Gryffindora, sztylety Slytherina. – Wziął jedną kartkę i stuknął w nią dwukrotnie palcem. Natychmiast pojawiły się na niej równe linijki drobnego pisma. – I myślę, że niektóre stworzenia też mają taką moc. Smoczy ogień, jad bazyliszka.

- No, tak, kłem bazyliszka zniszczyłem dziennik – mruknął Harry, zaglądając Hermionie przez ramię. Dziewczyna jasno i czytelnie zaczęła notować wszystkie wymieniane pomysły.

Mysikrólik skinął głową i kontynuował.

- Ale zaklęcia też mogą być. Tylko… sporo zabija ciało, ale nie niszczy duszy. Avada Kedavra powinna zdać egzamin?

- Powinna? Nie wiesz? – zdziwił się Harry.

- Uważa się, że niszczy zarówno ciało, jak i duszę, przez co jest niewybaczalna. Ale jeśli Czarny Pan użył jej do tworzenia horkruksów, musi chyba wyzwalać duszę, by ten, kto rzucił zaklęcie, mógł jej użyć.

- To… nieco komplikuje sprawę – skomentował Ron, który nawet nie udawał, że nadąża za jego wywodem.

- A inne zaklęcia? – Hermiona zmarszczyła czoło, kreśląc coś zawzięcie.

- Jest parę. Deanima niszczy duszę bez zabijania ciała, Ignis Inferialis działa jak smoczy ogień…

- To czarna magia!

- Hmm… raczej tak. – Trudno było powiedzieć, czy Regulus rzeczywiście się nad tym zastanawia, czy tylko udaje.

- Raczej? To są jedne z najczarniejszych zaklęć, jakie wynaleziono.

- Są skuteczne. – Mysikrólik wzruszył ramionami.

- Są ZŁE.

- Panno Granger, magia nigdy nie jest zła sama w sobie – odezwał się Snape, odstawiając kubek do zlewu. – Nawet czarna magia. To ludzie przeważnie ją wykorzystują do złych celów.

- Ale te zaklęcia są zakazane.

- Ponieważ najczęstsze ich zastosowanie jest złe.

- Czytałam, że te zaklęcia zostawiają skazę na duszy.

- Domyślam się, że taka grzeczna Gryfonka jak ty, Panno Granger, nie czytała jednak żadnych badań prowadzonych przez czarodziejów uważanych za „czarnych", prawda?

- Jest jeszcze Wywar Żywej Śmierci – przerwał im Regulus. – Stąd zaczerpnął nazwę. Niszczy duszę, nie ciało. Działanie podobne do pocałunku dementora; ofiara teoretycznie żyje, ale nie ma duszy.

- Myślę, że wciąż pamiętam, jak go uwarzyć – mruknął Harry.

- Radziłbym ci zostawić to komuś bardziej doświadczonemu, Potter.

- Wywar Żywej Śmierci wydaje się najbezpieczniejszy i najłatwiejszy do pozyskania – odezwała się nieśmiało Hermiona. Harry parsknął cicho. – Nie może być tak niebezpieczny, skoro warzyliśmy go w szkole.

- Panno Granger, to, co warzyliście na szóstym roku, jest zaledwie bazą poprawnego wywaru, który, to prawda, nie jest to aż tak niebezpieczny; jedna kropla dodana do trzech galonów napoju pozbawiłaby duszy każdego, kto wypiłby choć łyk. Ćwierć płynnej uncji rozpylona w Wielkiej Sali Hogwartu otrułaby całą szkołę. Nadal pani uważa, że jest to najbezpieczniejsza opcja?

- Aha. Nie.

- Mam nadzieję. Inaczej całkowicie straciłbym wiarę w rozsądek Gryfonów.

- Severusie, wystarczy – westchnął Remus.

- James, wspomniałeś o dzienniku… – Regulus zwrócił się do Harry'ego. – To jest jeden z horkruksów? Jest ich siedem, prawda?

- Skąd to wiesz?

- Wyczytałem w pamięci Slughorna, mniejsza z tym. Sądziłem, że będą przedmiotami związanymi z Założycielami, ale dziennik…?

Hermiona notowała wszystko skrupulatnie.

- Domyślam się, że to był pierwszy horkruks, jaki Voldemort stworzył. Przez śmierć Jęczącej Marty, wiesz, tego ducha z łazienki dziewczyn – wyjaśnił Harry.

- Aha.

Harry wyczuł, że Regulus znów usiłuje czytać mu w myślach, jednak nie napierał, kiedy chłopak stanowczo go odepchnął.

- W każdym razie, ten jest już zniszczony. Podobnie jak pierścień Gauntów.

- …co?

- Tom Marvolo Riddle, znany jako Lord Voldemort pochodził z rodu Gauntów, wywodzących się od Salazara Slytherina – tłumaczył cierpliwie chłopak.

Oczy Regulusa rozszerzyły się w zdumieniu.

- Nie miałem o tym pojęcia. – Z kieszeni wydobył samonapełniające się pióro i zaczął notować na wyścigi z Hermioną.

- Zaskoczę cię, jeśli powiem, że Voldemort jest pół krwi? Jego matka wyszła za mugola.

- Jak zniszczono pierścień? – Hermiona sprowadziła rozmowę na właściwe tory.

- Dumbledore rozłupał go mieczem Gryffindora.

Zapisała coś szybko.

- Więc znamy trzy horkruksy, dwa są zniszczone, jeden posiadamy my… Co z pozostałymi?

- Przedmioty związane z Założycielami – odparł natychmiast Regulus, wyciągając kolejną kartkę, na której ukazała się jakaś lista.

- To znaczy?

- Z Gryffindorem łączy się miecz. Jest w gablocie w gabinecie dyrektora Hogwartu. – Harry bezmyślnie patrzył, jak Hermiona notuje kolejne wiadomości.

- Z Helgą Hufflepuff jest zawsze wiązana czarka, a z Roweną Ravenclaw diadem. Mam kilka teorii, gdzie mogą być ukryte. – Regulus potarł dłonią czoło.

- To daje sześć. A siódmy? – Hermiona podniosła wzrok znad swoich notatek.

Remus przeszedł na korytarz i sięgnął po klucze do domu.

- Wy zastanawiajcie się dalej, a ja pójdę po coś na lunch.