Obudziłem się o czwartej nad ranem zlany potem i niemiłosiernie przestraszony. Ostatnio coraz częściej męczą mnie koszmary. Rozejrzałem się po pokoju i z ulgą stwierdziłem, że nie obudziłem Brian'a. Zrobiło mi się gorąco, więc zdjąłem koszulkę i rzuciłem na krzesło stojące przy biurku. Zauważyłem, że podczas snu pewnie się szamotałem, bo pościel razem z poduszką leżała na podłodze. Mój zaspany mózg obliczył, że spałem cztery godziny. Gdyby nie ten cholerny śmierdziel, który wysłał mnie o jedenastej w nocy do sklepu całodobowego po jego ulubiony bekon i colę, to pewnie nie byłbym teraz tak bardzo zmęczony. Podświadomie czułem, że dzisiaj już nie zasnę. Jak najciszej wciągnąłem poduszkę na łóżko i przez pół godziny próbowałem zasnąć. Zmęczenie jednak wzięło górę i w końcu odpłynąłem w objęcia Morfeusza.


- Percy. Percy - usłyszałem szept nad swoim uchem. Potwornie nie chciało mi się wstawać. Prawdę mówiąc codziennie z rana byłem trochę nieobecny, ale dzisiaj osiągnęło do najwyższy poziom.

- Zaraz - odpowiedziałem trochę niewyraźnie, ale poczułem trochę silniejsze szarpanie za ramię.

- Percy, wstawaj! Już późno! - Brian ponownie zaczął skakać przy moim łóżku. Mój brat z rana był moim przeciwieństwem. Codziennie budził się pełen energii, która dosłownie go rozsadzała. Spałem z nim już przez pięć lat w jednym pokoju, a nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Czasami myślę, że to on ma ADHD, a nie ja.

- Dopiero szósta - powiedziałem siadając na łóżku i zerkając na zegarek stojący na parapecie. Przetarłem oczy dłonią i ponownie rozejrzałem się po pokoju. Przez szparę w drzwiach do pomieszczenia wpadało światło, więc domyśliłem się, że Gabe pewnie już wstał, albo po prostu wczoraj zostawił zapaloną lampę.

- Jesteś głodny? - zapytałem brata, na co on odpowiedział skinieniem głowy. Podszedłem do szafki wyciągnąłem z niej jakieś ubrania Brian'a i pomogłem mu się ubrać. Sam narzuciłem na siebie wytarte jeansy oraz ciemnoniebieską koszulkę.

- Chodź - powiedziałem do małego i pchnąłem drzwi naszego pokoju. Zauważyłem, że w kuchni pali się światło, a na podłodze w przedpokoju leży pusta puszka po piwie. W mieszkaniu było chłodno, a do tego okno nad stołem kuchennym było otwarte. Poczułem jednak ulgę, gdy nie zastałem Gabe'a w pomieszczeniu. Po prostu zapomniał zgasić światła.

- Siadaj, zaraz ci coś zrobię. I proszę, bądź cicho - szepnąłem do brata, a sam zacząłem mocować się z zardzewiałymi zawiasami okna. Po kilku minutach wreszcie udało mi się je zamknąć.

- Chcesz kanapkę? - zapytałem Brian'a, jednak ten zaprzeczył zdecydowanym ruchem głowy. Nie miałem zamiaru robić mu jakiegoś skomplikowanego śniadania, więc włączyłem gaz i zacząłem smażyć jajecznicę. Gdy nakładałem na talerze jedzenie dla mnie i dla brata usłyszałem szamotanie się za drzwiami. Po chwili w kuchni pojawił się mój ojczym.

- Dla mnie z bekonem - powiedział na powitanie i rozsiadł się na krześle. W dłoni trzymał zapalonego papierosa i co kilka sekund podnosił go do ust, żeby wypuścić kłębek szarego, śmierdzącego dymu. Nigdy nie trzymał się zasady "nie palimy w mieszkaniu". Ja już się przyzwyczaiłem, ale małemu to chyba szkodziło. Gdy podszedłem do lodówki po bekon Gabe z całych sił dmuchnął dymem prosto w twarz Brian'a, który natychmiast zasłonił usta ręką i zaczął kaszlać.

- Zjesz w pokoju - westchnąłem i zabrałem jego talerz ze stołu. Wyszedłem z kuchni czując na plecach pełen nienawiści wzrok Gabe'a, a Brian nadal kaszląc poczłapał za mną.

Gdy wróciłem do kuchni zobaczyłem, że śmierdziel zdążył już pochłonąć jajecznicę z mojego talerza.

- Dawaj szczylu. Póki twojej zakichanej matki nie ma w domu masz robić co ci każę. Darmozjad cholerny. Myślisz, że z mojej pensji będę cię utrzymywać? - warknął, a ja z całych sił musiałem się powstrzymywać, żeby mu nie odpyskować. Ale nie mogłem tego pozostawić bez odpowiedzi.

- Mama pracuje, nie musisz mnie utrzymywać.

- Tak? O no proszę, wszechwiedzący Perseusz o czymś nie wie. Twoją matkę wywalili z roboty już miesiąc temu - parsknął i założył nogi na stół.

- Co? - zapytałem zupełnie zbity z tropu. Jak to? I nic mi nie powiedziała?

- Co co? Lepiej smaż już te jedzenie, bo głodny nie jestem sobą.

- To zjedz Snickersa - wymamrotałem bezdźwięcznie i odszedłem od stołu. Po minucie przez Gabe'm stał parujący talerz pełen smażonego boczku i jajek.

- A... dlaczego ją wyrzucili? - zapytałem niepewnie siadając jak najdalej od niego.

- Nie twój interes śmieciu. Zjeżdżaj. Chyba, że chcesz dostać w mordę - warknął biorąc do ręki widelec i zatapiając go w parującym jedzeniu. Też byłem głodny, ale nie chciałem narażać się Gabe'owi, więc posłusznie wyszedłem z kuchni. Gdy wszedłem do pokoju Brian siedział na łóżku i bawił się swoimi maskotkami. Odruchowo zerknąłem na zegarek. Było pół do siódmej. O dziewiątej miałem przyjść do szpitala po mamę, a o dwunastej przylatywała Annabeth. Tak szczerze to powinienem być dzisiaj w szkole, ale postanowiłem, że ten tydzień już sobie odpuszczę. W poniedziałek może ta sytuacja jakoś się uspokoi.

- Co robisz? - spytałem brata siadając na parapecie okna i opierając głowę o szybę. O tej porze ruch na ulicy nigdy nie był zbyt duży, ale dostrzegłem kilka osób opatulonych w grube, puchowe kurtki idących przez pokryte białym puchem chodniki. Zauważyłem też, że zaczął padać śnieg.

- Pobawisz się ze mną? - zapytał Brian podając mi do ręki swojego ulubionego misia. Zielony królik patrzył za mnie swoimi pomalowanymi na czarno oczami. Jedno ucho miał naderwane, a brak jednej łapy nadrabiał długimi na dziesięć centymetrów wąsami. Nie stać nas było na różnorodne zabawki dla małego, więc musiał się zadowolić tymi, które ma po mnie oraz kilkoma pluszakami, które dostawał na każde urodziny.

- Jasne - odpowiedziałem bratu i leniwie zszedłem z parapetu. Nie miałem zbytnio nastroju do zabawy z Brian'em, ale nie mogę mu ciągle odmawiać. Ktoś tu się musi nim zajmować.

- Uważaj - zachichotał mały i rzucił we mnie miśkiem. Mimowolnie się uśmiechnąłem i zrobiłem to samo. Po chwili obrzucaliśmy się pluszakami, a ja na moment zapomniałem o problemach.


- Cześć - powiedziałem do mamy trzymając Brian'a za rękę i wchodząc do sali szpitalnej. Mama siedziała już w pełni ubrana na łóżku i lekko się uśmiechała.

- Cześć synki - odpowiedziała wstając z łóżka szpitalnego. - Mówiłam już z lekarzem. Wszystko ustalone.

Wiedziałem, że chodzi o leczenie. Jednak mały jeszcze nie wiedział, że nasze życie trochę się zmieni. Tak, "trochę".

- Idziemy? - zapytałem starając się uśmiechać. Jednak chyba nie za dobrze mi to wychodziło.

- Tak, tylko odbiorę wypis - mama poczochrała Brian'a po włosach i posłała mi przelotny uśmiech.

Pięć minut później we trójkę wychodziliśmy ze szpitala. Wcześniej przyniosłem dla mamy z domu jej zimowe palto, buty, szalik i czapkę. Przez pół drogi milczeliśmy. Gdy przechodziliśmy przez Central Park mama zatrzymała mnie i powiedziała do małego, żeby ulepił dla niej bałwanka. Oczywiście mój brat gdy tylko to usłyszał podbiegł do zaspy śnieżnej i zaczął lepić kulki. Obserwowałem go kątem oka, ale on nie oddalał się dalej niż pięć metrów od nas. Mama usiadła na ławce stojącej pod drzewem, a ja po chwili zrobiłem to samo.

- Przepraszam cię Percy - wyszeptała kładąc mi rękę na ramieniu. W kąciku jej oka dostrzegłem łzę, której nawet nie próbowała ukryć.

- Nie masz za co - odpowiedziałem.

- Mam. Na prawdę, strasznie cię przepraszam. Ja... ja wiem co czułeś, kiedy znalazłeś mnie nieprzytomną w mieszkaniu - wzdrygnąłem się na wspomnienie tamtego dnia. Nadal mam przed oczami bezwładne ciało kobiety, która mnie wychowała leżące na podłodze w kuchni. Strąciłem z ramienia jej dłoń, którą potem schowałem w swoją.

- Mną się nie przejmuj. Na prawdę, potrafię sam się sobą zająć. Ale jest jedna sprawa, o której musimy pogadać.

- Jaka? - zapytała niepewnie.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że straciłaś pracę? Przecież nie musiałaś tego ukrywać.

- Gabe ci powiedział - parsknęła i wyrwała swoją dłoń z mojego uścisku. Odwróciła wzrok i udawała, że obserwuje Brian'a, który nieudolnie próbował toczyć wielką śniegową kulę.

- Spójrz na mnie - powiedziałem, jednak nie doczekałem się żadnej reakcji.

- Ej - ponownie się odezwałem i siłą zmusiłem ją do odwrócenia się w moją stronę. - Mieliśmy umowę.

- Wiem Percy, ale... nie, nie,... to wszystko moja wina - miała zaczerwienione oczy i wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.

- Damy sobie radę. Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem, ale... serio, wszystko się ułoży - sam nie wierzyłem we własne słowa, ale jakoś nie umiałem powiedzieć nic innego.

- Chodźmy już do domu. Nie chcę, żebyście mi tu zamarzli - na jej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech, a ja udałem, że nie zauważyłem gdy wierzchem rękawiczki otarła łzę spływającą jej po policzku.

- A, mam do ciebie prośbę - powiedziałem, gdy byliśmy już prawie pod domem.

- Jaką?

- Mogę dzisiaj wyjść na kilka godzin? Ojciec Annabeth przyleciał na wykład do Nowego Jorku, a ona zabrała się razem z nim.

- Randka? - zaśmiała się moja mama, a podskakujący u jej boku Brian spojrzał na mnie zaciekawiony.

- No... eh, no dobra. Tak, randka - przyznałem lekko się rumieniąc. Zupełnie zapomniałem, że ona nie wie, że mam dziewczynę.

- No proszę. To kiedy poznam przyszłą synową? - może nie chciałem zaczynać takiej rozmowy, ale cieszyłem się, że przynajmniej zmieniliśmy temat na jakiś weselszy.

- Mamo... - westchnąłem i przewróciłem oczami.

- Dobrze, dobrze. Dam ci dziesięć dolarów, nie więcej.

- Co?

- Mój mały, roztrzepany synek. Chyba nie spędzicie całego dnia w parku? Gorąca czekolada nie byłaby takim złym pomysłem.

- Więc mogę iśc? - zapytałem zadowolony. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu tak się z czegoś cieszyłem. Yup, super uczucie.

- Nie pytaj się głupio, bo mogę się rozmyślić.

Uśmiechnąłem się pod nosem otwierając drzwi kamienicy. Weszliśmy zmarźnięci na klatkę schodową i od razu ruszyliśmy na czwarte piętro.


Z perspektywy Annabeth

Gdy tylko wysiadłam z samolotu od razu napisałam SMSa do Percy'ego. Tata popatrzył na mnie pobłażliwie i lekko pokręcił głową z dezaprobatą.

- No co? - zapytałam zdziwiona. Nie mogłam się na niego gniewać. Już nie mogłam się doczekać spotkania z Glonomóżdżkiem.

- Nic nic. Zaniesiemy bagaże do hotelu i masz czas do dziewiątej wieczór. Później zawiadomię policję i zaczną cię szukać - zaśmiał się wyciągając rączkę podręcznej, brązowej walizki i ruszył w kierunku wyjścia. Po schowaniu telefonu do kieszeni czym prędzej pobiegłam za nim.

- A w związku z tym, że nie znasz Nowego Jorku, a co dopiero Manhattanu, to ten twój romeo ma cię odebrać spod hotelu - zakomunikował.

- Ale tato...wyuczyłam się na pamięć mapy Manhattanu, a spod hotelu do Upper East Side jest dużo ponad półtora kilometra. A z resztą umówiliśmy się, że spotkamy... - zaczęłam podawać sensowne argumenty, ale mój ojciec momentalnie przerwał mój monolog.

- Bez dyskusji. To, że jesteś córką Ateny nie oznacza, że znasz to miejsce na wylot.

Czy mu się wydaje, że pozjadał wszystkie rozumy? Dogadaliśmy się wcześniej z Percym, że spotkamy się w Central Parku, obok fontanny. Przestudiowałam mapę Manhattanu z dziesięć razy i jestem pewna, że nie zabłądzę. I nie jest to spowodowane tym, że moją matką jest bogini mądrości. Ale nie dyskutowałam dłużej, ponieważ wiedziałam, że tym razem nie wygram. Co jak co, ale mój tata umiał być przekonujący i konsekwentny. Nie odzywałam się przez całą podróż taksówką po Manhattanie.

A dokładnie w jakim hotelem jesteście? - tak brzmiała wiadomość od Percy'ego, gdy w skrócie opowiedziałam mu o tym, co zarządził mój tata. Nie mogę się do niczego przyczepić, ale umiejętność pisania SMSów przez Glonomóżdżka jeszcze nie jest w pełni rozwinięta. Ale przynajmniej wiedziałam o co mu chodzi.

Hotel Rosemetra na 38 Alei - odpisałam i zaczęłam z zaciekawieniem oglądać budynki przewijające się za oknem samochodu. O bogowie, miałam jeszcze tyle roboty z projektowaniem Olimpu. Mimo, że czasami było to męczące, ale zdecydowanie trafiło mi się moje wymarzone zajęcie! Nie mogę się doczekać, gdy pokażę Percy'emu moje plany i szkice. Ciekawe czy mu się spodobają?

Aha, dobra Będę o pierwszej Pa - odczytałam kolejny SMS i schowałam telefon do kieszeni. Muszę kiedyś porządnie uściskać Toma, syna Hefajstosa. Serio, korzystanie z telefonu i nieprzyciąganie potworów to marzenie każdego herosa.

- Ej, śpiąca królewno. Jesteśmy - z zamyślenia wyrwał mnie mój tata, który otworzył drzwi po mojej stronie i czekał, aż wysiądę z taksówki. Po chwili otwierałam już drzwi naszego pokoju hotelowego. Cztery gwiazdki, to musi być coś.


- Tato, na prawdę możesz już iść - powiedziałam zdenerwowana stojąc pod hotelem. Chciałam w samotności poczekać na Percy'ego, ale oczywiście mój ojciec postanowił, że postoi razem ze mną. Spojrzałam na zegarek, który zapięłam na mojej lewej ręce. Było pięć po pierwszej, a jego wciąż nie było. Dobra, bez paniki. To tylko pięć minut spóźnienia.

- Spóźnia się - tata dosłownie wyjął mi to z ust. Odetchnęłam z ulgą, gdy o pierwszej siedem ujrzałam dobrze znaną czarną czuprynę wśród wielu nowojorczyków.

- Dzień dobry panie Chase - powiedział Percy, gdy dotarł już pod hotel. Miał na sobie jeansy, czarne buty oraz granatową kurtkę.

- To pa tato. Idziemy - podeszłam do mojego chłopaka i stanęłam obok niego. Tata sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale na do widzenia machnął ręką i życzył nam udanej zabawy. Było mi trochę wstyd za niego, ale gdy tylko znikł w drzwiach hotelu od razu zarzuciłam ręce na szyję Percy'ego. Chciałam go pocałować, jednak zamarłam, gdy przyjrzałam się jego twarzy.

- Co jest Mądralińska? - zapytał zaczepnie syn Posejdona. Musiałam mieć na prawdę głupią minę, ponieważ dość dziwnie mi się przyglądał. Na jego prawym policzku dostrzegłam trochę przyblakłą już, ale nadal mocno widoczną, poszarpaną bliznę.

- Skąd to masz? - dotknęłam palcami jego policzka i przejechałam wzdłuż białej linii.

- A... to nic takiego - odpowiedział Percy. Tak, nic takiego! A jak mu tak zostanie do końca życia?

- Próbowałeś przemyć nektarem? Coś cię zaatakowało? To ten lew nemejski? - zalałam go gradem pytań, jednak on tylko uciszył mnie kładąc palec na moich ustach i zaczął mi po kolei wszystko tłumaczyć.

- Ann, jestem herosem, mnie zawsze będzie coś atakowało. Kiedyś zniknie, serio - powiedział i powstrzymał moje dalsze pytania namiętnym pocałunkiem. Ależ za tym tęskniłam! Całowanie poduszki to nie to samo!

- Idziemy do ciebie? - zapytałam.

- Yyy... nie. Zabieram cię na miasto.

- Dlaczego? Nigdy nie byłam u ciebie w domu. Chętnie spotkam Brian'a, dawno go nie widziałam. Mógłbyś też przedstawić mnie dla Gabe'a. Ty znasz już Louis.

Trochę zawahał się przed odpowiedzią. Jakby nie wiedział co powiedzieć.

- A nie wystarczam ci ja? - zrobił minę smutnego psiaka i spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. O bogowie, jak ja kocham jego oczy. Dałam mu lekkiego kuksańca w bok, po czym oboje roześmieliśmy się głośno. Nawet nie zauważyłam, kiedy przeszliśmy już jakieś dwie ulice.

- Wystarczasz mi w zupełności - odpowiedziałam.

Po chwili weszliśmy do jakiejś kafejki, a Percy zamówił przy kasie dwie gorące czekolady. Kilka minut później siedzieliśmy na ławce w Central Parku rozmawiając, śmiejąc się i popijając ciepły napój z papierowych kubków.

- Jak idzie projektowanie Olimpu? - zapytał, gdy skończyliśmy już temat narzekania na różne idiotyzmy bogów. W większości Zeusa, Apolla i Afrodyty. Zaczęłam mu opowiadać o projektach posągów, tronów, planach sali tronowej, kolumn i o wszystkim związanym z architekturą pałacu bogów.

- Cześć Percy - nagle odwróciłam głowę w stronę głosu dochodzącego ze ścieżki. Obok nas przechodziła ładna, szczupła brunetka w żółtym, trochę przydużym płaszczu zimowym i niebieskich nausznikach.

- Hej Lily - odpowiedział syn Posejdona i uśmiechnął się w stronę dziewczyny, która odwzajemniła gest i zamaszystym ruchem oddaliła się do nas.

- Kto to? - zapytałam zdziwiona.

- Lily, koleżanka ze szkoły. Nie znasz.

Ta, koleżanka... Co ja wygaduję! Przecież wiem, że Percy ma przyjaciół w szkole i ma prawo zadawać się z innymi dziewczynami. Annabeth, uspokuj się. Glonomóżdżek jest tylko twój. Nikogo innego. Twój! Znaczy się mój!

- Aha. Mam nadzieję, że w tej szkole wytrzymasz przynajmniej dwa lata - zaśmiałam się, jednak on już tego nie odwzajemnił. Upił tylko łyk ze swojego kubka i niewyraźnie powiedział 'może'. Na Styks, czy ja zawsze muszę coś palnąć? Tak się akurat składa, że Percy prawie co roku zmieniał szkołę, ponieważ z poprzedniej go wyrzucali. Szkoda mi go czasami było. Też miałam dyslekcję, ale w porównaniu do niego dostawałam przeważnie trójki, czwórki i piątki. Może nie była to rewelacja, ale na koniec roku zawsze miałam świadectwo z wyróżnieniem.

- Jak tam mama? - postanowiłam niezręcznie zmienić temat. Co mi dzisiaj jest? Przecież wiedziałam, że nie lubi rozmawiać o swojej rodzinie.

- Dzisiaj wyszła ze szpitala - westchnął i po chwili kontynuował dalej. - Ma guza mózgu. Lekarz powiedział, że może z tego wyjść, ale... wiesz...

Wyczułam, że to dla niego trudny temat. Rzadko zdarzało mi się kogoś pocieszać, a co dopiero "stawiać na nogi". Rozmawiałam na ten temat z Louis i powiedziała, żebym po prostu starała się zachowywać normalnie. Serio nie zazdrościłam mu jego sytuacji. Próbowałam sobie wyobrazić, gdyby zachorował mój tata lub macocha.

- Nie smuć się, wszystko będzie okay - próbowałam coś powiedzieć, jednak nie wyszło mi to za dobrze. Z radością zauważyłam na twarzy Percy'ego cień uśmiechu. Syn Posejdona objął mnie ramieniem, a ja oparłam głowę na jego kurtce.

- Tak...okay. Nie gadajmy teraz o mnie, mów co u ciebie - zmienił temat i zaczął bawić się moimi włosami, które wystawały spod czapki.

- Niedawno wprowadziliśmy się do mieszkania, już jest prawie w całości urządzone. Hmm... nie wiem co więcej mogłabym opowiadać - westchnęłam.

- Mam lepszy pomysł - zaśmiał się łobuziersko Percy i nachylił się nade mną. Zanim zdążyłam zareagować zaczął mnie całować.

- Ludzie będą się gapić... - powiedziałam lekko go od siebie odpychając.

- No to co? I tak ciebie nie znają, więc nie masz się czym martwić.

Zachichotałam i usiadłam mojemu chłopakowi na kolana. Jakaś starsza pani przechodząca obok warknęła coś o miejscu publicznym, ale udaliśmy, że tego nie słyszeliśmy. Byliśmy młodzi, zakochani. Zwykłe nastolatki. Pomijając to, że oczywiście jesteśmy półbogami. Ale to nie ma teraz znaczenia.

- To co Glonomóżdżku, idziemy na spacer? - zapytałam.

- W takim razie prowadź - zaśmiał się i wstał z ławki.

- Nie znam drogi.

- Tak, jasne. Ale jestem pewny, że mapę Manhattanu znasz na pamięć.

Czasami mam wrażenie, że czyta mi w myślach. Na Hadesa, ale on mnie dobrze zna!


OoO

Dobra, którki romansik był, ale się zmył xD Wiem, że rozdział nie jest jakiś wybitny, ale uznałam, że trochę urozmaicenia się przyda. Więc nie bijcie za perspektywę Annabeth, ponieważ zdaję sobie sprawę, że wyszło ciut za słodko. A wiecie, ja nie lubię jak jest słodko xD

Niezapominajka - Dziękuję za komentarz *.* Cieszę się, że Ci się podoba. Ten rozdział był trochę inny niż poprzednie, ale mam nadzieję, że również przypadł Ci do gustu.

Nie wiem kiedy pojawi się następny rozdział. Przyznam się, że nawet nie wiem co w nim napisać. Ale nie martwicie się, na 100% będę kontynuować "Oczy Koloru Morza". Tak więc rozdział pojawi się najpewniej jeszcze w te wakacje, lub na początku września. Okay, to teraz na tyle :D Zachęcam jeszcze raz do zostawiania po sobie komentarzy. Będę zadowolona też z krytyki, jeżeli znaleźliście jakieś błędy.