Tym razem nieco więcej emocji i relacji. Nawiązuję do innego swojego tekstu, Marzenia i rzeczywistość, który jest łatką do odcinka "The empty hearse"
Gdyby to tylko od niego zależało, najchętniej jego noga nigdy nie przestąpiłaby tego progu. John może uważał, że takie oddanie powinno schlebiać Sherlockowi, ale cały ten fanklub był raczej żałosny i pretensjonalny. Detektywowi wystarczył rzut oka na pokój podczas pierwszej wizyty, by umieścić grupę gdzieś pomiędzy histerycznymi nastoletnimi fankami a kółkiem wzajemnej adoracji. A już pomysły i teorie co do jego przeżycia, którymi zasypali go z wręcz chorobliwym entuzjazmem, były jeden bardziej kretyński od drugiego. Sherlock był nawet zaskoczony, że nikt nie wplątał w to ufo, czarodziejów czy innych nadprzyrodzonych mocy z co bardziej popularnych światów fantasy. Ale, tak po prawdzie, czego innego mógł się spodziewać, gdy założycielem był Anderson? Pardon, Philip, poprawił się w myślach Sherlock z niesmakiem, bowiem Anderson usilnie nalegał na to za każdym niefortunnym spotkaniem. Były policjant nieustannie zwracał się do Sherlocka po imieniu, a robił to z taką radością i dumą ze znajomości, że Holmes niemal tęsknił do wyzwisk od świrów. Sam nie wiedział, co gorsze – technik-idiota, bezpodstawnie podważający każde jego słowo, czy nieco schizofreniczny fan ze ślepym uwielbieniem w oczach. John w przypływie humoru zasugerował kiedyś, by Sherlock dostarczył swojemu fanklubowi plik zdjęć z autografem. Wprawdzie istniała niewielka szansa, że całe to towarzystwo zeszłoby ze szczęścia, ale po rozważeniu za i przeciw Sherlock nie zdecydował się tego sprawdzać.
Irytujący czy nie, członkowie klubu okazywali się przydatni, zwłaszcza, gdy chodziło o sprawdzenie czegoś wirtualnie, a nie w terenie, do czego nadal niezastąpiona była sieć bezdomnych. Dlatego Sherlock wybrał się do Andersona, gdy tylko ból głowy zmniejszył się do akceptowalnego poziomu. Niewiele nakłamał Johnowi, gdy udawał kompletnie rozbitego. Stłuczone kolano prosiło się o odpoczynek i sprawiło, że nieco się namęczył, nim udało mu się przełożyć spodnie na czyste.
Drzwi były otwarte, więc detektyw wparował prosto do saloniku, w którym prócz Andersona zastał jeszcze cztery osoby z fanklubu. Z imienia rozpoznawał jedynie Marthę, żonę Philipa, która z całego towarzystwa zdawała się mieć najwięcej oleju w głowie.
– Sherlock! – rozpromienił się Anderson na jego widok.
– Wy wszyscy, wynocha – warknął detektyw, machając ręką na resztę. – Musimy porozmawiać.
– M-możesz mówić przy nich – zaprotestował słabo Anderson.
– Nie, nie mogę – uciął Sherlock. – Wynocha, już.
Martha zagarnęła towarzystwo i wyszła, zamykając drzwi za sobą. Anderson również wstał z fotela przy biurku.
– Gadaj – wysyczał wściekle Sherlock, ledwie zostali sami. Był zmęczony i nie miał ochoty bawić się w subtelności.
– Sherlock, ale co... O co chodzi? – wyjąkał zaskoczony Anderson.
– Mój brat został porwany, próbowano nas wyeliminować. – Głos Sherlocka przeszedł niemal do krzyku. Zaraz jednak uspokoił się trochę, nachylił ku Andersonowi i ciągnął zwodniczo łagodnym tonem, ociekającym jadem. – Naprawdę uważałeś, że się nie zorientuję? Umawiam się z Mycroftem w twojej obecności, a on pół godziny później zostaje porwany. Sądziłeś, że tego nie spostrzegę?
Anderson zbladł jak ściana, cofnąłby się, ale zawadził o krzesło. Ręce mu drżały.
– S-Sherlock, ty, ty chyba nie sądzisz, że ja mógłbym...
Sherlock wyprostował się i cofnął, a jego twarz wypogodziła się.
– Oczywiście, że nie sądzę, byś stał za tym wszystkim. Jesteś na to za głupi – rzucił pogardliwym tonem. – To, co chcę wiedzieć, to komu napomknąłeś o planach, jakie układałem w twojej nieszczęsnej obecności.
– Och... O mój Boże! – Głos Andersona był niebezpiecznie wysoki. Mężczyzna rzucił się do komputera i odpalił pocztę.
– Wytłumacz – zażądał detektyw. Pochylił się nad biurkiem, opierając o blat.
– Bo my... Mamy grupę mailingową. To znaczy, w klubie. Rozsyłamy sobie ważne dla nas informacje... – Anderson otworzył odpowiednie okienko, a Sherlock nie był w stanie powstrzymać zirytowanego prychnięcia, gdy zobaczył nazwę. „Przyboczni Detektywa w Czapce", naprawdę? To brzmiało jak te wszystkie durne artykuły w szmatławcach, ale czegóż mógł się spodziewać?
– Co sobie rozsyłacie? – wycedził pytanie detektyw, siłą woli powstrzymując się, by nie wyjść z trzaskaniem drzwiami, i przygotowując się mentalnie na sporą dawkę idiotyzmów. Anderson nie zawiódł go w tej kwestii.
– Och, mnóstwo rzeczy – odparł z nutką dumy w głosie. – Linki do artykułów, skany z gazet, szczegóły dotyczące twoich śledztw... Jak ktoś ma czas, to także stara się zbierać poszlaki i próbuje na własną rękę rozwiązywać zagadki.
– A ty dzisiaj opisałeś wszystkim ze szczegółami nasze poranne spotkanie i moje rozmowy telefoniczne – dopowiedział z rezygnacją Sherlock, przeleciawszy wzrokiem przez otwartą wiadomość. Oczywiście, Anderson musiał się wszystkim pochwalić, że z samego rana przekazał Sherlockowi informacje o furgonetce morderców pani Hudson, a zakończył tę wiadomość optymistycznym stwierdzeniem, że teraz śledztwo prowadzić będą obaj Holmesowie, jako że Sherlock miał się spotkać w tej sprawie z bratem. Więcej zachęty porywacz nie potrzebował, skonstatował Sherlock. O ile jednak on miał ochotę jęknąć, widząc grafomanię Andersona, tak reszta fanklubu zdawała się nie mieć nic przeciwko wątpliwym walorom językowym. Z dziesięć osób odpisało, dziękując za relację i prosząc o więcej, a przynajmniej tyle samo wyraziło swój żal, że nie było świadkami tamtej porannej rozmowy. Widząc to, Sherlock obiecał sobie solennie, że więcej się tu nie pojawi, chyba że będzie miał nóż na gardle.
– Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że przekazując tak ważne szczegóły sporej liczbie osób doprowadziłeś do poinformowania osoby, która stoi za tym wszystkim? – Sherlock nawet nie podnosił głosu, Anderson i tak miękł w oczach, przytłoczony samą świadomością.
– Ale Sherlocku, ja to niespecjalnie... Co mam zrobić?
– Wyślij mi informacje o wszystkich członkach tego twojego klubu. Nazwiska, zawody, cokolwiek wiesz. Zdjęcia, jeśli masz – zażądał Sherlock.
– Zdjęć mam całkiem sporo, chcesz...?
– Nie teraz. – Detektyw odruchowo przeczesał palcami włosy i skrzywił się, gdy przypadkiem przejechał po przyschniętym rozcięciu. – Wyślij mi wszystko, zobaczę w domu.
xxx
Nim Molly skończyła pracę, na dworze było już ciemno, a w dodatku sypał mokry śniegodeszcz, zachęcający do przyspieszenia kroku, by jak najprędzej znaleźć się z powrotem w ciepłym mieszkaniu. Patolog jednak, zamiast jechać swoim srebrnym citroenem prosto do domu, skierowała się w stronę Baker Street. Przez większość dnia była poza wydarzeniami, więc o niczym nie wiedziała. Dopiero godzinę temu John zadzwonił do niej i powiedział o porannym wybuchu, porwaniu Mycrofta, gorączkowych poszukiwaniach i tym koszmarnym momencie, gdy myśleli, że starszy Holmes nie żyje. Molly nie powiedziała tego głośno, ale gdy usłyszała, że ktoś zdołał uprowadzić brata Sherlocka, poczuła lodowate stróżki strachu spływające po karku. Dlatego gdy John zakończył relację informacją, że odwieźli Sherlocka do domu, bo się źle czuł, Molly postanowiła zajechać do niego w drodze powrotnej, choćby po to, by upewnić się, że wszystko było w porządku i uspokoić się trochę.
O dziwo udało jej się zaparkować niemal pod drzwiami, więc tylko przebiegła pod dach, nie chcąc narzucać kaptura na głowę. Zadzwoniła, ale zaraz skarciła się w duchu za taką nielogiczność. Sherlock mógł spać, a ona chciała go jedynie zobaczyć, no i miała przecież klucze. Otworzyła sobie drzwi i weszła na piętro.
– Sherlock? – zawołała cicho, ale pokój był pusty, tak samo jak kuchnia. Pewnie faktycznie śpi, pomyślała Molly i przeszła po cichu korytarzem, by zajrzeć do sypialni. Spotkało ją niemiłe rozczarowanie, już drugie tego dnia.
Pokój był pusty, a łóżko nie nosiło śladów niedawnego użytkowania, jedynie na podłodze przy szafie leżały przykurzone, podarte spodnie. Molly wróciła spiesznie do salonu, tylko po to, by upewnić się, że nigdzie nie było płaszcza detektywa. A przecież John wyraźnie mówił, że Sherlock miał migrenę, więc z wszelkim prawdopodobieństwem powinien właśnie usiłować spać. Tymczasem wyglądało na to, że w ogóle nie było go w domu.
Pytanie brzmiało, gdzie był. I gdziekolwiek to było, czy był tam z własnej woli, czy pod przymusem. Molly bardzo się starała nie dopuszczać do siebie myśli, że teraz ktoś dorwał drugiego Holmesa. Siląc się na spokój, zadzwoniła do Sherlocka, a gdy to nie poskutkowało, wysłała smsa, a potem zawiadomiła Johna. Doktor klął na czym świat stoi, ale nie miał pojęcia, gdzie mógłby być Sherlock. Zasugerował tylko Molly, by wracała do siebie, bo sam także nie wiedział, co mogliby zrobić. Sherlock raczej się nie chował, więc sprawdzanie jego kryjówek mijało się z celem. Patolog nie widziała innego wyjścia, więc niechętnie wróciła do samochodu, bezskutecznie próbując się nie denerwować.
Molly weszła do mieszkania i w pierwszym momencie chciała się błyskawicznie cofnąć, zobaczywszy światło w salonie. Była pewna, że rano nie zostawiła nic włączonego. Zanim jednak zamknęła drzwi, dostrzegła znajomy płaszcz na wieszaku. Ktoś tu się prosił o kłopoty...
– Ach, Molly – przywitał ją Sherlock, do reszty rozwiewając wątpliwości.
Patolog odetchnęła głębiej kilka razy i zdjęła buty i kurtkę, zanim weszła do pokoju. Powinna była się tego spodziewać...
Sherlock półleżał dość teatralnie rozwalony na kanapie, z laptopem na brzuchu. Na stoliku obok stał talerz z resztkami jedzenia na wynos i kubek herbaty.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko – odezwał się detektyw, niedbale wskazując woreczek na kolanie, służący za okład, który Molly rozpoznała jako mrożoną włoszczyznę. – U mnie nie było dosłownie nic, no i... O co chodzi? – spytał skonfundowany, widząc spojrzenie, jakim obdarzała go Molly.
– Co zrobiłeś z telefonem? – zapytała tylko patolog. – John powiedział mi, co się dzisiaj działo, a co ominął, to dowiedziałam się od Grega. Jak myślisz, co sobie pomyślałam, jak...
– Byłaś na Baker Street, no tak – wciął się Sherlock. – Mój telefon jest wyciszony do zera, tam, gdzie byłem, wolałem nie prowadzić więcej żadnych rozmów.
– I nie raczyłeś potem włączyć dźwięku – dopowiedziała sobie Molly. – Gdzie byłeś? I dlaczego najwyraźniej znowu wszystkim kłamałeś? Dlaczego? – W głosie kobiety było więcej żalu niż złości.
Sherlock usiadł gwałtownie, zrzucając przy okazji mrożonkę.
– Dlaczego wracałaś sama? – zapytał, zmieniając temat. – Lestrade wysłał do ciebie kogoś z policji, żebyś nie była sama, mieli cię dyskretnie chronić. Czemu nie jechałaś do domu razem z nimi?
– Co? Och, nie wiedziałam... – Molly nie spytała głośno, skąd wiedział, że jechała autem, ale Sherlock nawet nie pytany pofatygował się z wyjaśnieniem.
– Masz zsiniałe palce – powiedział. – Zapomniałaś rękawiczek, a ponieważ się denerwowałaś, mocno zaciskałaś palce na kierownicy. Gdybyś jechała radiowozem, schowałabyś ręce do rękawów lub do kieszeni. No i odkładałaś przed chwilą na szafkę w korytarzu dwa komplety kluczy – od domu i od samochodu.
– Byli dyskretni, nie zauważyłam ich... – odparła Molly. – Ale nie zmieniaj tematu, nie o to pytałam. Czemu znowu coś udawałeś?
– Musiałem się pozbyć towarzystwa brata, jeszcze by się uparł, żeby mi towarzyszyć – wzdrygnął się Sherlock. – Chciałem, żeby Mary wróciła do domu. A John... Boże, jego zachowanie jest nie do zniesienia! – zirytował się. – Nadal obchodzi się ze mną jak z jajkiem, a że jeszcze dostał dzisiaj trochę powodów do wyimaginowanych zmartwień, doprowadzał mnie do szału swoim doktorowaniem. Uznałem, że da mi spokój, jak przyznam, że źle się czuję i pójdę spać. Zadziałało idealnie.
– A dobrze się czujesz? – spytała Molly znienacka, zamiast dalej robić mu wyrzuty. Sherlock poderwał głowę i spojrzał na nią niemal jadowicie.
– W przeciągu ostatniej doby miałem wyjechać i nie wrócić, pani Hudson została zamordowana, wyleciałem w powietrze, myślałem, że Mycroft zginął, po czym mało nie straciłem i jego, i Grega, a John pozwolił Mary wejść do podminowanego budynku! W fanklubie Andersona jest jakiś psychiczny fan, który usiłuje naśladować Moriarty'ego i zmusza mnie do gry o stanowczo zbyt wysoką stawkę! – wyrzucił z siebie Sherlock. Poderwał się z kanapy i zaczął wędrować po pokoju, niemal rozdeptując zapomnianą mrożonkę. Podszedł do Molly i stanął tuż przed nią. – A ja wciąż nie mogę pracować tak efektywnie, jak bym chciał. Więc. Jak. Sądzisz? – wycedził pytanie.
Molly stanęła przed nim i chwyciła go za ramiona, powstrzymując nerwowy spacer. Sherlock spojrzał na nią, nieco zdziwiony, ale nie odsunął się.
– Myślę, że nic nie jest w porządku – odparła. – I że powinieneś odpocząć. Nie – zastrzegła, widząc, że detektyw chce zaprotestować. – Nie protestuj. Sam przyznajesz, że nie jesteś w formie i źle się czujesz, bo sądzę, że przedtem wcale nie musiałeś kłamać Johnowi.
– To jeszcze nie oznacza, że chcę i mogę sobie pozwolić na odpoczynek – zauważył sztywno Sherlock, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie ma ochoty drążyć tego tematu.
– Ale jesteś skłonny to zauważać. – Molly uśmiechnęła się lekko, to i tak był postęp po poprzednich ekscesach. – Usiądź, poszukam czegoś na to kolano, bo samą mrożonką nie pomożesz – dorzuciła. Dopiero wtedy zorientowała się, że cały czas trzymała dłonie na ramionach Sherlocka, niekoniecznie pozwalając mu wykonać swoją prośbę. Detektyw rozwiązał ten problem, nim zdążyła się speszyć, po prostu uwalniając się z jej luźnego uścisku.
xxx
Stał przy umywalce, zastanawiając się, co właściwie powinien zrobić. Nie miał ochoty wracać do łóżka i znów oglądać przekroju przez koszmary ostatnich dwóch dni, choć logicznie wiedział, że to tylko jego lęki podsuwane przez podświadomość. Ale nawet on nie mógł tego kontrolować.
Sytuacja nie była nowa. Ile razy w przeciągu ostatniego roku stał tak nocą i rozważał, czy nie znajdzie sobie lepszego zajęcia niż sen? Gdy jeszcze usłyszał ruch w sypialni, a chwilę później odgłos bosych kroków zmierzających w stronę łazienki, nie mógł się oprzeć skojarzeniom...
...
Łudził się, że światło pomoże. W końcu był w domu, bezpieczny, wrócił przecież na Baker Street... I jeszcze myślał, głupi, że zmęczenie wystarczy. Tymczasem ledwie przysnął, niespokojny sen przeniósł go prosto do brudnej celi, gdzie oprawca o twarzy Johna mścił się za kłamstwa i dwuletnią nieobecność. Koszmar rychło wygnał go z wygodnego łóżka, bo przeważyło poczucie, że leżąc jest jeszcze bardziej bezbronny.
Sherlock stał w łazience i patrzył tępo w płynący strumień zimnej wody. Przepłukałby twarz, ale ręce trzymał kurczowo zaciśnięte na krawędziach umywalki, żeby się nie przewrócić, tak dygotał. Od samych wspomnień Serbii i snu sprzed chwili robiło mu się niedobrze, a promieniujący od boku aż na plecy ból tylko potęgował to wrażenie. Gdzieś głębiej Sherlock był świadom, że gdy się uspokoi, przestanie tak urażać żebra, ale obecnie obawiał się, że jeśli spowolni oddech, to się udusi. Łapał spazmatycznie powietrze, słysząc głównie szum własnej krwi w uszach. Nie mógł się pozbyć wrażenia, że zaraz znów ktoś go skuje i uderzy rurą.
Schody zaskrzypiały i Sherlock gotów był rzucić się do ucieczki, choćby oknem, gdy usłyszał znajomy głos.
– Co tu taka iluminacja? Sherlocku?
Detektyw nie był w stanie się ruszyć, choć wiedział, że pani Hudson zaraz wejdzie do łazienki i zobaczy go w samych spodniach, z torsem pokrytym bandażami. Miała się przecież o tym nie dowiedzieć...
– Sherlocku, co tu się... Och. – Starsza pani stanęła w drzwiach i zmartwiała. – Mój Boże, dziecko! – westchnęła i podeszła bliżej. Gdyby nie to, że mówiła, cały czas przypominając Sherlockowi, że to przyjaciel, z całą pewnością wycofałby się i próbowałby uciekać, wciąż niezbyt pewny, co jest jawą, a co tylko snem. Widział, że podchodzi, ale i tak podskoczył, gdy ciepłe dłonie pani Hudson znalazły się na jego lodowatych.
– Co się stało, Sherlocku? – zagaiła z troską pani Hudson. Jej pozorny spokój przerastał detektywa, który jedynie pokręcił głową, nie mogąc wykrztusić słowa. – Dobrze, nie mów nic, nie trzeba teraz.
Nie trzeba ani teraz, ani nigdy później, chciał powiedzieć Sherlock, ale głos nadal odmawiał mu posłuszeństwa. Obecność pani Hudson działała uspokajająco, powoli przestawał się trząść.
– Sherlocku, puść umywalkę – mówiła dalej starsza pani. Sherlock usłuchał; jak w półśnie przepłukał w końcu twarz i wstrząsnął się, tym razem z chłodu. – Dobrze, chodź do sypialni, zadzwonię do Johna.
– Nie! – zaprotestował żywo Sherlock. – John nie wie i ma nie wiedzieć.
– Ciebie powinien obejrzeć lekarz – stwierdziła stanowczo pani Hudson.
– Mam lekarza – mruknął detektyw. – Przyjdzie jutro, tylko teraz...
– Dobrze, dobrze. Zaczekaj chwilkę. – Pani Hudson wyszła z łazienki, by zaraz wrócić z jednym z kuchennych krzeseł. Postawiła je z łoskotem, a Sherlock nie mógł nic poradzić na to, że odruchowo odsunął się trochę.
– Przepraszam... Siadaj, spokojnie.
Pod wpływem jej ciepłego głosu Sherlock wybudził się na tyle, by mieć pewność, że nikt go nie uderzy. Usiadł okrakiem i oparł ręce na oparciu, by pani Hudson miała swobodny dostęp do jego pleców. W tej chwili było mu zupełnie obojętne, co zobaczy; skoro Mycroft mógł go oglądać w takim stanie, to jego nie-gospodyni również.
Pani Hudson stanęła za nim i sięgnęła, by zdjąć bandaże u góry, o których Sherlock wiedział, że przesiąkły krwią po... spotkaniu z Johnem, ale zawahała się skonsternowana. Zajrzała do szafki w rogu, najwyraźniej szukając czegoś, z czego mogłaby zrobić świeże opatrunki.
– Poczekaj tu na mnie, zejdę do siebie po apteczkę – powiedziała w końcu, nie znalazłszy niczego w łazience Sherlocka.
– Nie trzeba. Torba przy łóżku – mruknął Sherlock. – Maść w białym, trzy tabletki z żółtego. – Gdyby było trzeba, podałby pani Hudson pełne nazwy, ale tak będzie jej prościej znaleźć, a poza tym w ten sposób określał leki doktor Harris, tak jakby uważał Sherlocka za niezdolnego do zapamiętania paru nazw.
Maść z antybiotykiem powinna zapobiec ewentualnym szkodom, jakich narobił, a tabletki... wprawdzie powinien wziąć dwie, nie trzy, i dopiero za dwie godziny po tym koktajlu, który zafundował sobie po południu, ale obecnie aż go mdliło, więc uznał, że zasługuje.
Mycroft się mylił, pani Hudson wcale nie wpadła w histerię. Sherlock oparł łokcie o umywalkę i położył brodę na rękach, tak że cały czas widział starszą panią w lustrze. Gdy zdjęła ostatnie opatrunki i przyjrzała się wszystkim obrażeniom, na jej twarzy malowała się przede wszystkim zgroza, połączona z troską i złością. Pozostała jednak spokojna, bardziej spokojna, niż pewnie byłby John, gdyby...
Sherlock syknął i skurczył się, uciekając tak przed dotykiem pani Hudson, jak przed własnymi myślami, które zaczęły zjeżdżać na niebezpieczny tor. To, jak zareagowałby John, nie powinno go w ogóle obchodzić, bo John tego nie zobaczy i nie będzie reagować. A Sherlock, jeśli chciał pozostać przy zdrowych zmysłach, powinien wybić sobie takie rozmyślanie z głowy.
– Nie możesz się tak uchylać, jeśli mam ci pomóc – zauważyła pani Hudson. – Jeszcze ci zrobię krzywdę przez przypadek.
– Nie będę. – Sherlock sięgnął po pudełko z tabletkami i połknął trzy bez popijania. W razie czego dużej krzywdy sobie tym nie zrobi.
Wbrew zapewnieniu, gdy dostrzegł w lustrze zbliżającą się dłoń, odchylił głowę i wpił palce w rand umywalki, tak samo jak chwilę wcześniej. Pani Hudson udała, że tego nie widzi, i matczynym gestem przeczesała palcami jego wilgotne loki.
...
– ...Sherlock?
– Nie, pani Hudson, nie bę... – zaczął odpowiadać Sherlock, ale urwał, gdy w lustrzanym odbiciu dostrzegł Molly stojącą w wejściu. Jej mina uświadomiła mu, jaki błąd zrobił. Ale wrażenie było tak silne...
Molly poczuła się, jakby ktoś ją uderzył. To, że Sherlock właśnie nazwał ją panią Hudson w odpowiedzi na własne myśli, było przerażające i kobieta nawet nie próbowała powstrzymać cisnących się do oczu łez. Trzymała się jakoś przez cały dzień w pracy, a potem denerwowała się brakiem kontaktu z Sherlockiem, więc wieczorem świadomość, że jest obok, wystarczyła jej, by jakoś utrzymać emocje w ryzach. Teraz, rozespana, w dodatku widząc, jak smętnie wygląda Sherlock, nie umiała nad sobą panować.
– Molly, nie... – jęknął Sherlock, widząc, że kobieta bezsilnym gestem ociera oczy. – Nie to chciałem... – dodał drętwo, nie mając większego pojęcia, jak miałby naprawić pomyłkę, która właśnie zmieniała Molly Hooper w fontannę łez. Patolog nie ruszyła się z miejsca, jedynie spazmatycznie wciągała powietrze i bezskutecznie próbowała się opanować. Jednocześnie blokowała Sherlockowi wyjście, więc nie mógł jej pozwolić wypłakać się w samotności... Mimo to spróbował przejść obok niej, ale wtedy Molly objęła go bez żadnego ostrzeżenia.
Sherlock zesztywniał. Przemknęło mu przez głowę, że powinien się już do tego przyzwyczaić, w końcu nie był to pierwszy raz w przeciągu ostatnich dwóch dni, kiedy Molly tak się do niego przytulała, ale też tym razem nie był na to przygotowany. Dopiero po chwili niezdarnie odwzajemnił uścisk, krzywiąc się na ból, który przeszył kolano, gdy je obciążył. Opuchlizna niewiele zeszła, najpewniej przez forsowanie nogi przez cały dzień, nim znalazła się chwila na zrobienie okładu. Sherlock starał się nie zwracać na to uwagi, zwłaszcza teraz, kiedy noc znów sprawiała, że czuł się bezbronny. Nienawidził tego poczucia bezsilności i braku kontroli, gdy kolejny koszmar wyrywał go ze snu z bijącym sercem i pozostawiał po sobie jakiś irracjonalny wstręt do ponownego zamknięcia oczu.
– Och... – Molly zorientowała się, że Sherlock przeniósł ciężar ciała na nieuszkodzoną nogę i złapała się tego drobiazgu, by spróbować się jakoś uspokoić i znaleźć sobie jakieś doraźne zajęcie. – Miałeś dać nodze odpocząć, chodź z powrotem...
– Nie, Molly, idź spać, nie chcę cię znowu obudzić – zaoponował Sherlock, ale ponieważ Molly ogarnęła się nieco i tylko siąkała nosem, poszedł z nią do sypialni. Zawahał się dopiero, gdy usiadła na łóżku.
– Idź spać, ja pójdę do pokoju – powtórzył sztywno i chciał się wycofać, ale pytanie Molly osadziło go w miejscu.
– Znów kłopoty ze spaniem? – spytała cicho Molly, ocierając oczy i starając się znów nie rozkleić.
– Znów? – powtórzył za nią detektyw, a zdawał się przy tym być oburzony i nieco... zraniony?
– Widziałam, jak wyglądają twoje plecy – przypomniała mu Molly. Sięgnęła do szafki nocnej po tubkę z żelem i wyciągnęła ją w stronę Sherlocka, ponawiając zaproszenie, by usiadł. Kolano coraz bardziej dokuczało, a chłodzący żel przynosił ulgę, więc detektyw dał się namówić.
– To jeszcze nie znaczy, że miałbym mieć problemy – zauważył urażonym tonem, walcząc z nogawką od piżamy, którą z trudem udało mu się podciągnąć powyżej opuchlizny.
– Po czymś takim każdy miałby problemy, ty też – odparła Molly i odkręciła tubkę, by posmarować stłuczenie. – Ale nie... pani Hudson przypadkiem wspomniała, jak byłeś w szpitalu. Przyszła któregoś razu, jak spałeś, a ja jeszcze byłam. Zapytała, czy śpisz spokojnie, a potem od słowa do słowa powiedziała co nieco na temat tego, jak wyglądały noce po twoim powrocie. Choć wtedy akurat byłeś tak odurzony, że... – Molly urwała, bo Sherlock znów zastygł w bezruchu, tym razem z zaciśniętymi powiekami. – Przepraszam, znów mówię za dużo, nie powinnam...
– W porządku – westchnął Sherlock. Wziął jeszcze kilka głębszych wdechów, a potem otworzył oczy i posłał jej zmęczone, błyszczące ledwie powstrzymanymi łzami spojrzenie. Pochylił się i majstrował przy nogawce dłużej, niż to było konieczne. Molly odsunęła się nieco i przeszła na drugą stronę łóżka, by wsunąć się pod swoją kołdrę, dając tym samym Sherlockowi odrobinę prywatności. Nie chciała zbyt się narzucać, ale też nie zamierzała zostawić go samego.
Sherlock zamarudził jeszcze chwilę, ale w końcu także się położył, tak samo jak poprzedniej nocy zawijając się w prześcieradło jak w kokon. Molly miała nadzieję, że mimo wszystko zdecyduje się spać.
