Meine liebe zboczki. Cóż mogę rzec, indżoj!
Speszjalowe dede dla Hin i Wisienki :*
XXX
Nie tego się spodziewał.
Miał za sobą kilka dni spokoju, a ten zaczął się, jak każdy inny. I tak też miał się skończyć. Żadnych gości, żadnych niespodziewanych zdarzeń, żadnych niespodzianek.
Tymczasem, pierwszym, co zobaczył po przekroczeniu progu warsztatu, był Loki.
Gość, zdarzenie i niespodzianka w jednym.
Bóg stał oparty o jego biurko, ze swoją zwyczajną nonszalancją, nie odrywając wzroku od swych paznokci, jakby nie było ciekawszej rzeczy we wszechświecie.
Tony chyba musiał się pogodzić z faktem, iż nie potrafił postrzegać bruneta inaczej, niż jako obiekt seksualny.
Te delikatne usta, szczupłe ciało, szlachetny profil i wszystko inne..
Cholera, a przecież było już dobrze!
On ciągle był gdzieś tam obecny, lecz Stark zdołał zepchnąć ten fakt gdzieś w kąt podświadomości. Nie myśleć, nie wspominać, nie czuć, leczyć się za pomocą okładów z kobiecych piersi i to w dużych ilościach.
Pomalutku, wszystko zdawało się wracać do normy.
A teraz...
Szlag, czy oni w ogóle zamierzają wrócić do Asgardu?
- Co tu robisz? - Zdołał wykrztusić w miarę spokojnym, neutralnym głosem, a żeby ukryć nerwowy wyraz twarzy, udał, że szuka czegoś wśród stosu bliżej nieokreślonego złomu przy drzwiach. Kątem oka zauważył, że Loki podniósł na niego wzrok. Nie drgnął ani o milimetr, po prostu patrzył, a Tony miał wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu gwałtownie wzrosła – I jak tu w ogóle wszedłeś?
- Przyznaję, miałem pewne trudności. Twój głos bywa bardzo uparty – odezwał się wreszcie, wracając do kontemplowania swoich cholernie seksownych dłoni. A żeby go...
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Po co tu przyszedłeś? - Spojrzał teraz wprost na Lokiego. Był w końcu u siebie.
Bóg w końcu opuścił rękę i obiema dłońmi wsparł się na biurku. Patrzył na Starka w bardzo sugestywny sposób i uśmiechnął się tak, że po plecach miliardera przebiegł dreszcz.
XXX
To nie dawało Lokiemu spokoju od wielu dni. Nie ustępowało, a nasilało się i z pewnością, nie dało się dłużej ignorować. To... coś. To uczucie, ta potrzeba, gwałtownie wyrażana przez ciało, któremu nazbyt długo, odmawiano jego praw. I aż za bardzo, wiązała się ona z tą jedną osobą.
Przeklętym śmiertelnikiem.
Nie spał nocami, dręczony przez coś, co z braku lepszej definicji, jak również z powodu pogodzenia się z faktami, nazwał tęsknotą.
Bardzo mocno przeplataną złością.
Właściwie, bóg kłamstw był zupełnie jak dziecko, któremu zabrano zabawkę.
Z tą różnicą, że był dorosłym mężczyzną, któremu głupi popęd najwyraźniej odbierał rozum.
Noc za nocą, gdy tylko zamknął oczy, widział i czuł tylko jego.
To było jak choroba.
Setki Asgardzkich dziewcząt. I żadna, nigdy, nie zapadła mu w pamięć na dłużej.
A już na pewno żadna nie spędzała mu snu z powiek.
A przecież, ostatecznie, między nim a Tonym nie doszło do niczego konkretnego. Może w tym tkwił problem?
Nie do końca świadom swoich czynów, powoli wsunął dłoń pod kołdrę, marząc o dotyku Starka.
Tak...
Zamknął oczy, dobrze wiedząc, co zobaczy pod powiekami.
Ale to było takie... niesatysfakcjonujące.
Poza tym, Loki był dość rozpuszczonym bogiem, przekonanym, że wszystko mu się należy.
No i zawsze brał to, co chciał.
Takim oto sposobem, znalazł się w Stark Tower, czekając na Tonyego, w zamyśleniu przyglądając się swojej dłoni.
A gdy drzwi windy rozsunęły się, wiedział, że zaczyna się zabawa.
XXX
Czuł, jak grunt osuwa się spod jego stóp, a cała pewność siebie udała się w sobie tylko znanym kierunku. I było to bardzo daleko, od Stark Tower. W podbrzuszu czuł dziwny ucisk, a to wszystko dlatego, że Loki zbliżał się do niego powoli, z grzechem wymalowanym na lubieżnych ustach.
- Jarvis, proszę zamknąć blok i nie łączyć żadnych rozmów – To nie było to, co powinien powiedzieć. Przede wszystkim, miał skierować słowa do tego niemożliwego boga, stojącego już tuż przed nim. I powinien rzucić coś dowcipnego, w najgorszym razie ironicznego, coś, co rozluźniłoby atmosferę. A on po prostu kazał odciąć swój warsztat od reszty świata. O niczym więcej nie zdążył nawet pomyśleć, bo Loki, bez żadnego ostrzeżenia, nagle, złapał go za kark i przysunął do siebie, mocno wpijając się w jego usta.
Gdyby pokusić się o wzniosłą metaforę, było to jak ulewny deszcz po długich dniach suszy.
Nic się nie zmieniło od ich ostatniego pocałunku, nadal technikę miał fatalną.
Ale kto by się tym przejmował, gdy dotyk jego warg wywoływał rozkoszne dreszcze, a ucisk w podbrzuszu tylko się nasilał?
Loki delikatnie gładził kark mężczyzny, podczas gdy jego język powoli obrysowywał kształt ust.
Zarost Starka przyjemnie drażnił skórę boga.
I żaden z nich nie rozumiał do końca, czemu nagle Tony niemal odskoczył od Asgardczyka, cofając się o kilka kroków. Loki patrzył wprost na niego, oczami o poszerzonych z podniecenia źrenicach.
Kilka kroków, nie więcej, bo coś go zatrzymało. Stanowczo nie była to ściana.
Odwrócił głowę i zobaczył, że plecami opiera się o... Lokiego.
Potem szybkie spojrzenie przed siebie, prosto w perwersyjnie uśmiechniętą twarz boga.
„Cholerny magik" - zdołał tylko pomyśleć, zanim Loki ponownie złapał go jedną ręką za kark, a drugą w pasie. Poczuł, że za nim nie ma już nic, znaczy, fantom się rozpłynął.
Logiczne, co innego pochłaniało całą uwagę psotnika.
Tym razem, Tony wykazał się inicjatywą, łapiąc mocno za włosy wyższego mężczyznę, odchylając jego głowę w tył, zmuszając do przerwania pocałunku. Bóg westchnął, czując szorstkość zarostu, połączoną z miękkością wilgotnego języka, na swojej szyi. Zaśmiał się krótko, a gdy Stark puścił jego włosy, przyparł do niego całym ciałem i wyszeptał do ucha:
- Nie będę ukrywał, że się stęskniłem... - Po czym przygryzł płatek ucha milionera. Ten, nie pozostawał mu dłużny, wsuwając dłonie pod ubranie boga, na przemian gładząc i drapiąc plecy Lokiego. Zamarł jednak, czując smukłą, chłodną dłoń na swoim podbrzuszu.
- Co... - nie dokończył, zachłanne wargi skutecznie go zakneblowały. Język Lokiego niemal brutalnie pieścił jego usta. A dłoń powoli sunęła dalej, w dół...
„Boże..." - Są chwile, w których nawet najbardziej zatwardziali ateiści, wzywają imię najwyższego.
Dla Starka ta chwila nadeszła, gdy niebywale sprawna dłoń, doprowadzała go na krawędź obłędu.
- Dotknij... - Na wpół wyszeptał, na wpół wyjęczał Loki, na kilka sekund przerywając pocałunek. Tony dobrze wiedział, o co mu chodzi i nawet przez chwilę to rozważał, ale dłoń psotnika skutecznie blokowała procesy myślowe.
Miał wrażenie, że zaraz zwariuje.
Stark wyciągnął obie dłonie spod koszulki Asgardczyka i podczas, gdy jedną na powrót wplótł w jego włosy, drugą powiódł w dół, przez cienki materiał dotykając nabrzmiałości w kroczu Lokiego.
Dość.
Gwałtownie odepchnął mężczyznę od siebie, pozbywając się tym samym źródła przyjemności. Ale bóg wiedział, że to wcale nie zwiastuje końca...
W pomieszczeniu słychać było tylko ich ciężkie oddechy, gdy miliarder powoli ściągnął z siebie koszulkę, następnie powtórzył ten sam proces z ubraniem boga. A potem popchnął go na stojącą nieopodal sofę.
Usiadł obok i nie czekając na jakąkolwiek zachętę, rozpiął spodnie Asgardczyka.
Ręka Lokiego wróciła do przerwanej czynności.
Ich wolne dłonie pieściły rozpalone ciała...
A wszystko to dążyło do nieuniknionego końca.
Dobrze, że Jarvis zablokował łączność.
Francuzi nazywają to „la petite mort"
XXX
- Matko Boska, Tony, w coś ty się wpakował. - Bardziej stwierdził, niż zapytał Banner, podziwiając czerwone ślady paznokci na plecach przyjaciela, gdy parę dni później przebierali się po wspólnym joggingu.
- Trudno powiedzieć, Bruce - burknął wymijająco, nie patrząc na doktora. I co on miał zrobić z taką odpowiedzią?
- Stark, słowo daję, ja jestem tolerancyjny. A do tego chyba dość inteligentny. Ale tym razem musisz mi powiedzieć, co ja mam o tym myśleć! - Zażądał zdecydowanie.
- To twoja wina.
- Jak to: moja? - Teraz to już uszom nie wierzył.
- Tak to. Nie trzeba było mnie wtedy do niego zawozić. – Oparł Tony, jak gdyby nigdy nic, zgarniając swoje rzeczy do torby.
- Próbujesz mi wmówić, że te ślady, to od tamtego wieczoru?
- Co, te? Nie, te są z wczoraj. – I jeszcze się bezczelnie uśmiechnął, kierując w stronę wyjścia. Bruce szybko go dogonił.
- I co teraz, jesteście parą?
- Nie nazwał bym tak tego...
- Więc co, tak tylko się pieprzycie?
- Można tak powiedzieć. – Doktor Banner zrozumiał, że musi mieć naprawdę niewyczerpane pokłady tolerancji i cierpliwość.
