Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zaspać. Nigdy wcześniej taka sytuacja nie miała miejsca i było to co najmniej niepokojące. Przespałem ponad dwanaście godzin bez jakichkolwiek snów czy koszmarów, a obudziłem się w końcu w samo południe. Ostre słońce padała prosto na moją twarz, ponieważ najwyraźniej któryś ze skrzatów odsunął zasłony zaniepokojony moją przedłużającą się absencją. Usiadłem gwałtownie przez moment nie wiedząc co się stało ani gdzie właściwie jestem. Rozproszenie szybko jednakże minęło, a ja powróciłem w pełni do siebie. Eksperymentalne zaklęcie umysłu, które ćwiczyłem zeszłego wieczoru musiało wykroczyć poza ramy. Nie bez powodu wszelkie sprawy związane z legilimencją i oklumencją odbywały się najczęściej w ściśle kontrolowanych warunkach. To ciężka sztuka, osiągnąć cokolwiek w tej dziedzinie, zwłaszcza że wiele jej rejonów wciąż pozostaje niezbadanych. Wygląda na to, że podczas snu przypadkiem opuściłem swoje ciało, a moja świadomość błąkała się gdzieś po okolicy. Niepokojąca myśl. Najlepiej będzie, jeśli nikt się o tym nie dowie, przynajmniej dopóki nie zgłębię wystarczająco tego tematu. Ubrałem się powoli, próbując nawiązać do nocnej eskapady. Największym minusem był brak jakichkolwiek informacji. Nie wiedziałem gdzie błąkał się mój umysł ani w jakim celu. Musiałem prędko to skorygować. Być może problem tkwił w samym zaklęciu, ale niekoniecznie. Planowałem zająć się tym zaraz po śniadaniu, a właściwie obiedzie, jeśli miałbym spojrzeć realnie na godzinę. Wyszedłem na korytarz, ziewając ze znużeniem. Tyle godzin, a ja nie czułem się szczególnie wyspany. Zanotowałem kolejny minus. Szedłem wzdłuż holu gorączkowo się nad wszystkim zastanawiając, nieobecnym wzrokiem przeczesując trasę. Ściana, rzeźba, okno, zaczarowane zbroje, okno, Ravenclaw, obrazy, rzeźba... Zaraz, chwila... Ravenclaw?! Nagle ten nienaturalny widok zwrócił całą moją uwagę.

- Rowena? - zapytałem, opanowując czym prędzej głupią minę. Musiałem odchrząknąć dyskretnie, bo głos miałem jeszcze zachrypnięty od długiego spania. - Wiedziałem, że zjawisz się u mnie na dniach, ale nie, że będzie to miało miejsce następnego dnia.

Wyglądało na to, że w najbliższym czasie jednak nie zjem upragnionego śniadania. Ani obiadu. W ogóle żadnego posiłku. Rowena w szale rozwiązywania zagadek nie dopuszczała do siebie możliwości rozproszenia czymś tak nieistotnym jak jedzenie. Poklepałem ją więc z rezygnacją po plecach. To wszystko na co było mnie chwilowo stać. Zrobię co mam zrobić, udzielę swojej ponadprzeciętnej inteligencji, by pokazać jej, że trzymam poziom i wciąż przebijam tę bandę kretynów, których zaprosiła do siebie wczorajszego dnia. Z przyjemnością utrę jej nosa, a potem zjem w spokoju, delektując się czymś smacznym.

- Wybacz - powiedziała, choć w jej głosie nie było nawet grama skruchy. Przebiegła wiedźma. - Sprawa jest naprawdę niecierpiąca zwłoki, a poza tym uprzedzałam, że się zjawię. Nie bądź taki zaskoczony.

Przewróciłem oczami, mając nadzieję, że szybko to z siebie wyrzuci i załatwimy sprawę jeszcze w korytarzu. Z pewnością jej nudne problemy nie są na tyle absorbujące, bym nie mógł ich rozwiązać w pięć minut.

- Znajdziesz chwilę, by porozmawiać? - spytała, a ja naprawdę zacząłem wątpić w jej mądrość. Mój podły nastrój od razu się pogorszył, ale uprzejmie wskazałem jej drogę. W końcu byłem wykształconym, dobrze wychowanym czarodziejem, Lordem w dodatku.

- Brudek - zawołałem, a skrzat z cichym trzaskiem pojawił się tuż obok. - Zawiadom proszę kuchnię, niech przygotują dodatkowe nakrycie. Dzisiaj będziemy mieć na obiedzie gościa. I przynieś do salonu wino. Najlepiej cały dzban - dodałem po zastanowieniu. - Natychmiast!

Musiałem się napić. Nachodząca mnie z rana nieznośna kobieta nie była szczytem moich marzeń. Nawet jeśli godzina wskazywała inaczej to dla mnie był właśnie poranek, ponieważ dopiero się obudziłem. Powinna wiedzieć najlepiej, że po przebudzeniu jestem jeszcze bardziej zrzędliwy niż zwykle.

Wskazałem jej fotel, żeby czym prędzej usiadła i się streszczała. Nie chciałem marnować całego dnia. Podniosłem jeden ze stojących na stole kielichów, uprzednio nalawszy do niego szczodrze wina. Wytrawne, cierpkie, lekko pikantne w smaku... idealne, moje ulubione. Stanąłem obok własnego fotela, delektując się napitkiem, gdy nagle uniosłem wzrok i napotkałem obce spojrzenie. Duże, zielone oczy wpatrywały się we mnie z niekrytą ciekawością. Niemalże udławiłem się przełykanym winem i tylko wprawnie rzucone niewerbalne, bezróżdżkowe zaklęcie powstrzymało mnie od rozkaszlenia się i oplucia gości. Nigdy wcześniej nie widziałem tego chłopca, bo z pewnością nie był jeszcze mężczyzną. Miał z piętnaście, góra szesnaście, lat i niepokojąco duże, nienaturalnie zielone oczy osadzone w drobnej twarzy, które zdawały się mnie osaczać. Nie potrafiłem odwrócić wzroku, pochłonięty bez reszty w jego spojrzeniu, w którym odbijało się wiele emocji. Patrzyliśmy na siebie dopóki do rzeczywistości nie przywołało mnie chrząknięcie Roweny. Stłumiłem warknięcie, które cisnęło się bezwiednie na usta. Na wszystkich przodków, co się ze mną działo?! Opadłem na fotel, obserwując Ravenclaw uważnie, choć uwagę wciąż przyciągał jasnowłosy chłopak. Było w nim coś dziwnego, lekko nienaturalnego, co bez reszty zaprzątało moje myśli. Po chwili elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, a ja rozpoznałem schemat.

- Nie! - wykrzyknąłem, zrywając się z fotela nim choćby zdążyła mrugnąć. Potrząsałem głową, żeby podkreślić swoje negatywne nastawienie. Kobieta też wstała, zapewne z zamiarem poczęstowania mnie mętnymi wyjaśnieniami lub przedstawieniem wyssanych z palca argumentów. - Mówiłaś, że potrzebujesz mojej pomocy, ale nie sądziłem, że miałaś na myśli coś takiego! Nie, nie, nie. Zapomnij! Jeśli myślałaś, że zwalisz mi na głowę opiekę nad jakimś mugolskim dzieciakiem to grubo się pomyliłaś. A ja miałem cię za inteligentną czarownicę! Dobre sobie, powinienem był wiedzieć lepiej.

Ravenclaw zacisnęła usta w charakterystyczną, prostą linię. Widziałem gniew w jej oczach, kiedy mierzyła mnie morderczo. Nie pozostałem jej dłużny. Zanim ostatecznie się odezwała, wzięła głęboki, uspokajający oddech.

- Salazarze Slytherin - zaczęła złowrogo, a mnie już ogarniało rozbawienie. Prześmiesznie wyglądała, kiedy się złościła. - Żyjesz tylko dzięki temu chłopcu i mojej chęci, by mu pomóc. Ostrzegam cię, nigdy więcej nie waż się mnie obrazić, bo gorzko tego pożałujesz.

Kątem oka spostrzegłem jak chłopak z trudem opanowywał drżenie, więc musiał być nieźle przerażony jej zachowaniem. Niemalże udusiłem się z powodu tłumionego śmiechu, słowo daję. I prawie nie czułem gniewu. Praaawie. Przybrałem nieprzeniknioną maskę, odkładając kielich z winem na stół. Powoli, nieśpiesznie podszedłem do niej, aż znalazłem się bardzo blisko. Za blisko, jak uważał mój wewnętrzny radar naruszania komfortu strefy osobistej. Od dziecka byłem przeczulony na tym punkcie. Cofnęła się o krok, z trudem utrzymując równowagę napotkawszy za sobą fotel. Złapałem ją za brodę, unosząc jej głowę, by na mnie spojrzała. Przewaga wzrostu to najlepsze co mogło mnie spotkać.

- Pożałuję, tak? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Żyję tylko dzięki temu chłopcu? Na twoim miejscu następnym razem zastanowiłbym się zanim powiesz coś równie... żałosnego. Nie zapominaj z kim rozmawiasz, mała wiedźmo.

Uwolniłem nieznacznie swoją magię, by zachłannie mogła dotknąć kobiety swoimi mrocznymi mackami. Zaatakowała ją raczej boleśnie. Widziałem to poprzez cienie pełzające po skórze, zostawiające zaczerwienione ślady i zmieniającym się wyrazie jej twarzy. Chciała się cofnąć, ale trzymałem mocno, nie pozwalając uciec. Powinna tego zakosztować. Byłem prawdziwym, mrocznym czarodziejem, parałem się najgroźniejszymi odmianami mocy, igrałem z nią i podporządkowywałem sobie. Ojciec wiecznie powtarzał, że nie powinienem w ten sposób wychodzić czarnej magii naprzeciw, wielu nie wytrzymało takiej pokusy, pozwalając porwać się szaleństwu. Musiałem przyznać, że w pewien sposób rzeczywiście była uzależniająca, ale ja - w przeciwieństwie do innych - nie znosiłem, gdy mi coś narzucano. To JA byłem panem i dyktowałem warunki.

Byłem pod wrażeniem, że nie uciekła spojrzeniem, hardo patrząc mi w oczy. Pozwoliłem sobie na zadowolony uśmiech. Wystarczająco mnie satysfakcjonowała. Nic dziwnego, że obdarzyłem ją przyjaźnią, była bowiem niezłomna i nieustannie kusiła los. Chłopak patrzył na nas w głębokim szoku i prawie pisnął, kiedy zmierzyłem go wzrokiem zanim wypuściłem czarownicę z uścisku. Powróciłem na swój fotel, dolewając do kielicha wina. Rowena chwyciła ten przygotowany dla niej i wypiła zawartość duszkiem.

- Przejdźmy do rzeczy - powiedziałem całkowicie zrelaksowany. Mały epizod, a stanowił idealne źródło mojej rozrywki. Odpowiedź przyszła sama, ponieważ byłem znudzony jej niepoważnymi pomysłami. - Czego tym razem chcesz? Znowu przyprowadzasz mugolaka pod mój dach, wiedząc, że jestem absolutnie temu przeciwny. Jeśli znowu szukasz nauczyciela, to moja odpowiedź brzmi nie. Jeżeli szukasz niańki, moja odpowiedź również brzmi nie. A jeżeli szukasz mu domu, to powiem jasno i wyraźnie: po moim trupie. To już... ach, tak... trzeci raz, kiedy to robisz. Próbujesz zwalić mi na głowę nieproszony obowiązek, zapewniając za każdym razem, że to naprawdę wyjątkowy przypadek. Za pierwszym razem, nie posłuchałem głosu rozsądku i godzinę później szczerze tego żałowałem. Za drugim razem z miejsca wysłałem cię do diabła. Niczego się nie nauczyłaś? Mam dosyć twoich nierozsądnych farmazonów, naprawdę. Zapytam ostatni raz: co tym razem wymyśliłaś?

- Jeżeli przestaniesz się nadymać i wyładowywać frustrację na mojej osobie to w końcu się dowiesz - warknęła w końcu zniecierpliwiona. Westchnąłem ciężko, machnięciem dłoni dając jej pozwolenie na dalsze torturowanie mnie.

- Ten oto chłopak nazywa się Dominik Montgomery i pochodzi z Zamkowej Doliny. Kilka dni temu dostałam niepokojącą sowę od naszego zarządcy o pewnej niecodziennej sytuacji, która miała miejsce podczas naszej nieobecności. Zdobył on wspomnienia piątki chłopców, którym przytrafiło się coś złego... - zaczęła swój monolog. Zamiast patrzeć na nią, obserwowałem uważnie rzeczonego Dominika, który niemal kulił się pod ciężarem mojego wzroku. Czułem się zmęczony, dopadało mnie coraz większe znudzenie, a najchętniej bym się komuś wyżalił. W końcu w tej sytuacji to ja byłem najbardziej poszkodowany. - Cała sytuacja miała miejsce nad rzeką...

Dalej słyszałem tylko przynudzanie. Bla, bla, bla... Jakaś awantura, przepychanki plebsu, bla, bla, bla. Pilnowałem się, żeby nie zasnąć. Z tego co ostatecznie zrozumiałem kluczowy dla całej historii był niekontrolowany wybuch magii u chłopaka.

- I co w tym niezwykłego? - spytałem, kiedy skończyła, patrząc na mnie oczekująco. - Często się to zdarza, chociaż mało kiedy u kogoś w jego wieku.
- Pochodzi z mugolskiej rodziny i nie został zawarty w spisie jako magiczny.

- Mamy w ogóle taki spis? - Naprawdę byłem zdziwiony.

- Prowadzimy zapisy czarodziejów mugolskiego pochodzenia. Zwykle sąsiedzi są na tyle uprzejmi, że przychodzą do nas ze swoimi zażaleniami, uważając takie osoby za diabelskie nasienie i żądając, by spalić ich na stosie. Chwała przodkom, że ktoś inteligentny wymyślił Obliviate.

- Francis Hufflepuff, zdaje się. To on wymyślił zaklęcie zapomnienia, kiedy jakiś nędzny mugol próbował uwieść jego córkę i ewidentnie nie przyswajał słowa "nie" - oświeciłem ją chętnie za co otrzymałem zdegustowane spojrzenie. - Nadal nie rozumiem jednak czego ode mnie oczekujesz.

- Dominik, kochanie, zostaw nas na chwilkę. Potrzebuję pomówić z Panem Salazarem na osobności. - Łagodnie wyprosiła chłopaka za drzwi. Do mnie nigdy nie zwracała się takim tonem. Wiecznie tylko narzekała, obrażała i wyśmiewała. Czułem się dogłębnie urażony.

- Chcę, żebyś się nim zajął - powiedziała prosto z mostu, kiedy tylko zniknął nam z oczu.

- Czy ty postradałaś zmysły?! - Podniosłem głos niemalże do krzyku. Ona też nie przyswajała słowa: "nie". Jednakże potrafiłem być równie uparty co ta wiedźma. - Powiedziałaś, że chcesz pomóc temu chłopcu, a zamiast tego wysyłasz go na pewną śmierć?

- Nie przesadzaj, Salazarze. Przecież go nie zabijesz. Nawet ty masz swoje granice - stwierdziła po chwili zastanowienia. Zapowietrzyłem się z wrażenia.

- Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że nie jestem niańką! Ani jakimś cholernym przytułkiem dla mugolskich sierot!

- On wcale nie jest sierotą - zaprzeczyła.

- To tym bardziej zabieraj go stąd natychmiast. Niech zejdzie mi z oczu i wraca do swojej zawszonej rodzinki.

Dzban z winem eksplodował nagle, wyrywając mnie z transu. Nawet nie zauważyłem kiedy wstałem, zaczynając krzyczeć z bezsilnej złości. Zacisnąłem zęby. Rowena wydawała się na pozór absolutnie spokojna, tylko lekko drżące powieki powiedziały mi, że jest krok od utraty panowania nad sobą.

- Spójrz na to z innej strony - powiedziała ugodowym tonem po krótkiej walce na spojrzenia. - Będziesz miał go tylko dla siebie.

Podeszła do mnie powoli, patrząc mi prosto w oczy, kiedy się pochylała, by wyszeptać: - Zupełnie jak czysty pergamin czekający tylko aż przelejesz na niego swoją ogromną wiedzę. Taki potencjał w twoich rękach. Możesz to sobie wyobrazić?

Przełknąłem głośno ślinę. Była tak blisko, że aż wstrzymałem oddech. Przyglądała mi się spod przymrużonych powiek, niczym syrena wzywająca żeglarza. Wiedziałem, że mnie podpuszcza, ale nie potrafiłem się oprzeć pokusie. Zdecydowanie zbyt dobrze mnie znała, własnie tego pragnąłem. Uczynić kogoś na swoje podobieństwo, przekazać wszystko co sam wiedziałem i umiałem, a przyznam nieskromnie, że było tego całkiem sporo. Potrząsnąłem głową, próbując wyrzucić z myśli niechciane obrazy. To niesprawiedliwe, że grała na moich emocjach z taką łatwością i wprawą.

-Nie, nie, nie - zaprzeczałem, ale nawet w moich własnych uszach brzmiało to słabo oraz niepewnie. - Nie zgadzam się.

Cofnęła się nieco z niezadowoleniem wyraźnie widocznym na twarzy, po czym ruszyła w kierunku drzwi.

- W takim razie nie pozostawiasz mi wyboru...

- Dokąd idziesz? - zaniepokoiłem się nie na żarty. Coś w jej głosie podpowiadało mi, że nie chciałem wiedzieć co wymyśliła.

- Znaleźć twoją matkę - powiedziała jak gdyby nigdy nic, a ja zamarłem w połowie kroku. - Z przykrością będę zmuszona ją poinformować na jakiego niegrzecznego, bezdusznego mężczyznę wyrósł jej ukochany, starszy synek. Myślę, że jeśli poświęci biednemu Salowi więcej czasu i pokaże mu jak bardzo go kocha to z pewnością będzie w stanie jeszcze uratować jego małe, zimne serduszko przed wieczną, zgorzkniałą samotnością.

- Nie zrobisz tego - wysapałem, a moje serce biło szaleńczo, podchodząc niemal do gardła.
- Sprawdź mnie - odparowała, a wyzwanie pobrzmiewało w jej głosie. Ani przez sekundę nie wątpiłem, że uczyni swą groźbę prawdziwą. Zrobiłaby wszystko, żeby postawić na swoim. Nie odpowiedziałem, więc chwyciła za klamkę.
- Dobra, niech ci będzie. Zgadzam się - zawołałem pośpiesznie. Widziałem ten głupawy, zwycięski uśmieszek, który próbowała ukryć, odwracając się w moją stronę. Klasnęła w dłonie z wyraźnym zadowoleniem.
- No popatrz, jak chcesz to potrafisz. Nie mogłeś tak od razu? - To było zdecydowanie retoryczne pytanie, ponieważ od razu dodała: - Chodź, przekażemy Dominikowi dobre wieści.

Dobre? Chyba dla ciebie, pomyślałem, ale nie odważyłem się powiedzieć tego głośno. Ta wiedźma bywała nieprzewidywalna. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do jadali. Chwilę wcześniej byłem głodny jak wilk, ale apetyt zupełnie mi przeszedł. Całym sobą starałem się pokazać jak bardzo to wszystko było mi nie na rękę.

- Doszliśmy do konsensusu - zaczęła Rowena, a ja skomentowałem to wyłącznie cichym prychnięciem. Spojrzała na mnie ostro, unosząc ostrzegawczo brew. Wzdrygnąłem się niezauważalnie. - Postanowiliśmy, że zostaniesz w posiadłości Slytherinów, gdzie otrzymasz podstawowe wyszkolenie magiczne, co jednocześnie pozwoli nam na weryfikacje mocy jaką dysponujesz. Salazar w swojej uprzejmości przedstawi ci twój plan dnia, będzie on też oceniał twoje postępy...

- Ale jeśli nie będą one zadowalające to pierwsze co zrobię wyślę sowę do panny Ravenclaw, by zabrała cię do domu w tempie natychmiastowym . - Postanowiłem się wtrącić. Raz kozie śmierć. Rowena przez moment rozważała moją sugestię, po czym skinęła głową w przyzwoleniu, nie próbując bardziej wyprowadzić mnie z równowagi za co byłem wdzięczny.

- R-rozumiem - odpowiedział, przyglądając mi się nerwowo, ale uciekł spojrzeniem, kiedy został na tym przyłapany. - Postaram się pani nie zawieść - dodał jeszcze, skłoniwszy się wyjątkowo niezdarnie. Rowena zaśmiała się szczerze rozbawiona, ale w pozytywnym sensie. Ja z kolei wybuchnąłem śmiechem, ponieważ ten chłopak był zupełną porażką. Żałosny, to mało powiedziane.

- Moi drodzy, na mnie już pora. Przygotowań do ważnego rytuału lepiej nie odciągać zbyt długo. Mniemam, że dacie sobie radę sami, chłopcy - zrobiła pauzę, by spojrzeć na mnie znacząco - wpadnę wkrótce zobaczyć jak wam idzie.

Oczywiście miała na myśli głównie mnie. Wpadnę zobaczyć czy zachowujesz się odpowiednio, przeczytałem ukrytą między wierszami wiadomość. Przewróciłem oczami.

- Trafisz sama do drzwi? - spytałem, uśmiechając się nieszczerze. Potwierdziła krótko i już jej nie było. Psioczyłem w duchu do oporu, ale w żaden sposób tego nie okazałem. Machnąłem ręką na chłopaka, by poszedł za mną, po czym odwróciłem się z rozmachem i nie oglądając się za siebie, ruszyłem wzdłuż holu. Zaprowadziłem go do pokoju gościnnego, nic specjalnego - łóżko, szafa, biurko i regał na książki z kilkoma lekkimi lekturami. Całą drogę milczałem, powstrzymując się usilnie od zdmuchnięcia go z powierzchni ziemi. Gdybym go zabił moje aktualne problemy ulotniłyby się w mgnieniu oka. Za to Rowena z pewnością okrutnie, by się zemściła, ale tego wolałem jednak uniknąć.

- Twoją edukację rozpoczniemy w przyszłym tygodniu, więc naciesz się wolnością póki możesz - powiedziałem oschle na początek. Niech wie, że ze mną nie ma żartów. - Najmę nauczycieli, którzy nauczą cię podstaw. Mam czterech odpowiednich kandydatów i do poniedziałku z pewnością zdążą się tu zjawić. Pobudka o siódmej i radzę ci nie zaspać, bo inaczej nie zjesz śniadania, które punkt ósma będzie dostępne w jadalni. Zajęcia rozpoczniesz o dziesiątej. W poniedziałek rozpoczną się one od historii. Nie masz zielonego pojęcia o tym kim jesteśmy, co próbujemy osiągnąć, a o czarodziejskiej przeszłości nawet nie mam zamiaru teraz wspominać. Nie cierpię ignorancji, więc poznasz zasady rządzące naszym światem oraz dowiesz się wszystkiego co warto wiedzieć o całej magicznej społeczności, choćbym osobiście miał wepchnąć ci te informacje do zakutego łba. - Zaczerpnąłem powietrza i nie czekając nawet na jakąkolwiek reakcję z jego strony kontynuowałem: - Wtorek upłynie ci pod hasłem: "zaklęcia". Nie ciesz się jednak zawczasu, ponieważ czeka cię sama teoria. Do praktyki przejdziemy dopiero, kiedy opanujesz przynajmniej podstawy. W sumie i tak bez różdżki nie miałoby to żadnego sensu.

- Różdżka? Co to takiego? - spytał z ciekawością, a mi ręce opadły. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek musiał odpowiadać na równie głupie pytanie. To będzie bardzo trudna przeprawa, współczułem sobie w duchu. Mugol, mugol, mugol - skandował cichutki głosik z tyłu mojego umysłu. Zignorowałem Dominika, marszcząc brwi z irytacją.

- W środę zielarstwo. Dowiesz się wszystkiego o roślinach, które uprawiamy oraz ich zastosowaniach. Niektóre z nich możesz znać z czasów mieszkania z mugolskimi rodzicami. Zajęcia te będą odbywać się na zewnątrz - poinformowałem go gładko.

- Przepraszam, kim są mugole? Nikt jeszcze nie odpowiedział mi na to pytanie. - Ja również tego nie zrobię, zarechotałem w myślach. Możesz poszukać wyjaśnienia w książkach, głupi bachorze. Wyglądało na to, że Rowena zupełnie o niczym mu nie powiedziała.

- Czwartek to transmutacja, jeden z najtrudniejszych przedmiotów, choć jak tak na ciebie patrzę to wszystkie mogą się okazać równie skomplikowane - westchnąłem cierpiętniczo, widząc jak moja przyszłość zaczyna się jawić w czarnych barwach. - W piątek astronomia oraz eliksiry, a w sobotę opieka nad magicznymi stworzeniami. Liczę, że nie zmarnujesz całej niedzieli na obijaniu się tylko powtórzysz materiał oraz odrobisz powierzone ci zadania. Czy to jest dla ciebie jasne?

Chłopak zbladł wyraźnie, więc nagle jego włosy odcinały się widocznie od jego twarzy. Przez chwilę zastanawiałem się czy czasem nie zwymiotuje, ale chyba pozbierał się w sobie. Nie odpowiedział, a ja miałem największą ochotę zapłakać nad swoim parszywym losem. Na co mi to było? Potarłem skronie, próbując się opanować.

- Dobrze, więc po kolei. Czego konkretnie nie zrozumiałeś? - zapytałem, siląc się na cierpliwość.

- Wszystkiego po słowach: twoją edukację rozpoczniemy w przyszłym tygodniu...

Gapiłem się na niego przez chwilę, będąc szczerze przekonanym, że dzieciak żartuje. Kiedy dotarło do mnie, że jego bezmyślny wyraz twarzy wcale nie jest wynikiem zdumiewającej gry aktorskiej, niemal padłem trupem. To przechodziło WSZELKIE pojęcie. Po raz pierwszy nie byłem pewny czy przeżyję nadchodzący tydzień.

_
Hej!

Nie wiem czy już o tym pisałam, ale ta historia pokrywa się z opowiadaniem Sfrustrowanej w ogromnym stopniu. To w sumie jedna historia z dwóch różnych perspektyw. Jeśli przeczytacie LWIE SERCE(znajdziecie tą historię na wattpadzie) z pewnością dostrzeżecie znaczne podobieństwo. Zwłaszcza, że bezczelnie - choć za jej zgodą i aprobatą - pożyczyłam(na wieczne nieoddanie xD) wiele wypowiedzi postaci, a także ogólny zarys fabuły, żeby za bardzo nie odbiegać. Cwaniara wyprzedziła mnie znacznie, kiedy zajmowałam się innym projektem. Z tego miejsca chcę cię oczywiście pozdrowić serdecznie, moja droga Sfrustrowana, bo wiem, że czytasz moje dopiski pod rozdziałami.

MR