Rozdział 7
BELLA
Dzisiejszy dzień to… to nie byłam ja. Nie wiem co się ze mną działo. Nie powinnam była tak postępować. Ale za późno na zmiany. Czasu nie cofnę. Z jednej strony podobało mi się, ale myślmy racjonalnie.
Owszem. Edward mi się podoba i to bardzo. I jest wampirem. Przystojny, mądry, inteligentny, seksowny… Ale do cholery jasnej! Ja nie mogę z nim być! To nierealne. No chyba, żeby dowiedział się prawdy, ale O N I na to nigdy się nie zgodzą. A o działaniu na własną rękę nie ma mowy. Ja to tam nic, ale jego nie mogę tak narażać.
Czemu muszę być skazana na samotność? Czemu muszę być inna?
To pytania bez odpowiedzi. Ale co ja mam teraz zrobić? Edwardowi chyba też nie jestem obojętna. Nie wiem. Nie chcę zaglądać do jego myśli. Każdy ma prawo do prywatności przecież.
Bella, przestań o nim myśleć i się zamartwiać! – podpowiedział mi głosik w mojej głowie.
Jak tu o nim nie myśleć, jak cały czas widzę jego złote oczy. Prześladują mnie i to nawet pod prysznicem!
Bella, popadasz w obsesję!
Boże gadam sama ze sobą w myślach…
Kobieto, ogarnij się!
Było już dosyć późno. Księżyc już dawno było widać na niebie. Jakoś nie chciało mi się spać, w końcu nawet tego snu nie potrzebowałam.
Wzięłam puenty i poszłam na moją mini salę treningową na poddaszu. Niewielkie fioletowe pomieszczenie ze ścianą luster i wielkim oknem.
Powoli zaczęłam rozciągać swoje mięśnie. Matka, by mnie chyba zabiła, gdyby się dowiedziała jak ostatnio się opuściłam! – pomyślałam
Włączyłam muzykę, zatracając się w niej. Pozwoliłam, by wypełniła mój umysł, moją dusze i ciało. Dałam upust emocjom i uczuciom. To one kierowały moim ciałem i ruchami. Umysł stracił kontrolę, przejęło ją serce.
ҖҖҖ
Obudziłam się. Za oknami było jeszcze ciemno, więc spojrzałam na zegarek. 5:02 No zajebiście! Mam jeszcze trochę czasu na sen na szczęście. Przewróciłam się na drugi bok przykrywając się kołdrą po same uszy i zamknęłam oczy, a tam znowu te piękne, złote ślepia. Boże, one są wszędzie. We śnie i na jawie. Nie mówię, że te sny z nim w roli głównej to koszmary, o nie! Po prostu… Chociaż w nocy dałby mi spokojnie spać. Co?
Sen? Chyba już nie ma sensu, ale gorąca kąpiel jest właśnie tym czego mi potrzeba.
Z łazienki wyszłam po szóstej, a że do szkoły zostało jeszcze sporo czasu, postanowiłam go wykorzystać na błahe kobiece rzeczy czyli pomalowanie paznokci. Czy krwisto czerwony będzie odpowiedni? Myślę, że tak.
Czas ciągnął się bardzo powoli, ale wreszcie nadeszła godzina zero i czas do szkoły.
Co do Edwarda to… Leżąc w wannie pełnej gorącej wody stwierdziłam, że będzie co będzie. On uważa, że jestem zwykłym człowiekiem i prawidłowo. Nie ma również pojęcia, że ja wiem kim on jest. I jak na razie nie zamierzam mu tego mówić, bo po co. Zobaczymy jak wszystko dalej się potoczy. Boże, to wszystko jest tak porąbane!
ҖҖҖ
Dzisiejsza pogoda w Forks nie zachęcała do wychodzenia z domu. Lało strasznie, ale co zrobić? Nic! Chociaż… Nie! Dość szaleństw!
Dojechałam do szkoły i zajęłam miejsce obok Volva Edwarda. Naciągnęłam kaptur na głowę i wysiadłam z samochodu.
– Cześć seledynowa ropuszko! – usłyszałam i spojrzałam w tamtym kierunku. No tak… Emmett.
– Cześć napaleńcu! – powiedziałam szczerząc się do niego, jego uśmiech trochę zmalał, co spowodowało, że mój się powiększył. – No co?
– Nic.
Alice i Rosalie patrzyły na mnie trochę dziwnie, a z kolei Edward z Jazzem zaczęli się śmiać. Wzięłam swoją torbę z samochodu i poszłam na pierwszą lekcję. Nudziło mi się trochę, bo niestety nie znalazłam sobie żadnego twórczego zajęcia. Do lunchu czas jakoś zleciał. Usiadłam tak jak ostatnimi czasy sama i wgryzłam się w piękne, zielone jabłko.
– Hej Bella! – usłyszałam. Przede mną stała Angela Weber. Jedna z niewielu sympatycznych i miłych osób w tej szkole, które polubiłam. To nie była plastikowa i pusta lalka Barbie w stylu Jessiki Stanley, czy Lauren Mallory. Na szczęście.
– Cześć Angela! Co tam?
– Mam takie pytanko. Mogę się przysiąść?
– Jasne – powiedziałam uśmiechając się do niej. – Niech zgadnę, masz dość Jessiki i Lauren?
– Owszem. – powiedziała i siadła na wprost mnie, kładąc swoje jedzenie na stoliku. – A ty tylko jabłko?
– Yhy. Nie jestem głodna.
– Za to ja strasznie. – powiedziała śmiejąc się. – Czytałam artykuł o tobie w szkolnej gazetce. – powiedziała, a ja się zakrztusiłam. – Nawet fajnie wyszedł.
– To on już jest?
– No...tak. Chcesz zobaczyć?
– Jasne. – odpowiedziałam, a ona wyciągnęła egzemplarz z plecaka i mi go podała. Przejrzałam go szybko, bo wiedziałam już wcześniej jego zarys.
– Tak szczerze powiedziawszy mogło być to lepiej napisane, a tak poza tym, to ja nie wróżę Ericowi kariery dziennikarskiej. – powiedziałam i spojrzałam na dziewczynę, która się do mnie uśmiechała.
Gadałyśmy na jakieś błahe tematy, gdy ktoś usiadł obok mnie. Najpierw spojrzałam na Angelę, która wydała się być przerażona, a dopiero później na nieproszonego gościa. I wszystko stało się jasne. Na miejscu Angeli też bym się przestraszyła, gdybym zobaczyła Emmetta.
– Cześć seledynowa ropuszko. Hej Angela! – przywitał się, a dziewczyna tylko mu pomachała
– Cześć napaleńcu! Co tam? Wyrzucili cię ze swojego kręgu Cullenów? – powiedziałam próbując powstrzymać śmiech.
– Żebyś wiedziała. – powiedział i zrobił smutną minkę, niczym mały chłopiec.
– Biedne dziecko. – powiedziałam i pogłaskałam go po głowie z czułością, a Angela zaczęła się śmiać.
– Nie no, nie wierzę. To jest ten Emmett Cullen, którego boi się cała szkoła.
– Czy ja naprawdę jestem taki straszny? – zapytał całkiem poważnie
– Nie wcale. – powiedziałam sarkastycznie. – A tak na poważnie, to widziałeś kiedykolwiek swoje odbicie w lustrze? – zamyślił się i ściągnął brwi. – Spójrz na siebie i na takiego chuderlawego Newtona, który chyba nie rozumie pojęcia masa mięśniowa, czy siłownia.
– Ale porównanie. Co do Newtona to masz rację. Ale tak szczerze Angela – zwrócił się do dziewczyny. – Czy mnie można się bać?
– Yy… Tak. – powiedziała, a on posmutniał.
– Em, nie martw się, ja się ciebie nie boję. Traktuję cię jak takiego wielkiego miśka – przytulankę. – powiedziałam i przytuliłam się do jego boku.
– Ekhem… Za to chyba powinnaś zacząć się bać Rosalie – powiedział całkiem poważnie, a ja spojrzałam w kierunku blondyny. Oj, chyba ma rację.
ҖҖҖ
Biologia. Eh. Znowu film. Czy pan profesor chce, żebym ja tu umarła z nudów? Chyba tak. Wzięłam kartkę papieru i zaczęłam po niej bazgrolić. Pod koniec lekcji poczułam czyjś wzrok na sobie. Spojrzałam w stronę Edwarda, a on wpatrywał się w kartkę, która leżała przede mną. Spojrzałam na nią i no tak… Na tym świstku papieru znajdowały się duże oczy z czerwonymi tęczówkami.
Swan! Trzeba było nabazgrolić coś innego!
Dlaczego mądrzy jesteśmy dopiero po fakcie?
– Intrygujące. – usłyszałam
– Taa…
Błagam, niech uzna mnie za wariatkę, a nie zacznie doszukiwać się nie wiadomo czego. Na szczęście wybawił mnie dzwonek. Ale co z tego, skoro teraz mamy kolejną lekcję razem.
– Co tam u Ciebie? – zapytałam go, gdy wychodziliśmy z klasy
– Nic ciekawego. – powiedział – A u Ciebie?
– Tak się zastanawiam, czy bardzo mam przechlapane u twojej siostry.
– U Alice? A niby czemu?
– Nie o Alice mi chodzi, tylko o Rosalie.
– A… O Rosalie… – powiedział, a na jego twarzy zagościł złośliwy uśmieszek. – Czy ja wiem…
– Błagam, powiedz mi… Mam zwiewać na Alaskę, czy nie?
– Myślę, że na Alasce by cię jednak znalazła.
– Dobra, to pojadę na Saharę, albo Gobi.
– Chyba nie będzie takiej potrzeby, aczkolwiek Emmett chyba ma przerąbane.
– Ups.
Kolejna lekcja – wf i gimnastyka, czy jak to tam inaczej nazwać. Rozciągałam się, gdy usłyszałam nauczyciela.
– Bella, teraz twoja kolej.
Wstałam z podłogi i powyginałam palce tak, że postrzelały mi tam kostki. Wdrapałam się na równoważnie i przeszłam po niej nie patrząc pod nogi. Na koniec postanowiłam zaszaleć. Stanęłam w miarę na środku. Ugięłam kolana i odbiłam się robiąc salto. Wylądowałam jak zawsze perfekcyjnie, na co uśmiechnęłam się sama do siebie. Dopiero, gdy stanęłam na ziemi zauważyłam, że na sali panuje zupełna cisza. Spojrzałam na nauczyciela, a ten dopiero oprzytomniał.
– Następny proszę.
Usiadłam nieopodal Alice, a ta do mnie zagadała.
– Jak ty to zrobiłaś?
– Normalnie Chochliku. Trenowałam kiedyś gimnastykę. - nie ma to jak ściema.
– Uh… Już myślałam, że będziemy musieli cię zbierać z podłogi.
– Bez przesady.
– Yy… Bella… ja przepraszam, że pytam, ale po prostu… O co chodzi z Emmettem. Wiesz, on jest z Rosalie i…
– Alice, ja o tym wiem i nie zamierzam jej odbić faceta. Po prostu się polubiliśmy i tyle.
– Ale na pewno?
– Tak!
– A kiedy wy się tak w ogóle poznaliście? – zapytała podejrzliwie.
– Wczoraj podczas lunchu. Edward ci może potwierdzić.
– Edward! – zapiszczała
– Tak Chochliku? – powiedział trochę niepewnie.
– Co wyście robili wczoraj podczas lunchu, co? – zapytała zwężając na niego oczy
– Nic takiego. Gadaliśmy tylko i takie tam.
– A to „takie tam" to co to było, co?
– Naprawdę nic. Oglądaliśmy filmiki na YouTubie i naśmiewaliśmy się z Emmetta.
– Właśnie. Nic się nie wydarzyło.
– To czemu Jasper nic mi nie powiedział? – zapytała, a ja z Edwardem spojrzeliśmy na siebie.
– Bo nie było o czym mówić. – powiedziałam próbując ratować sytuację. Przecież nie powiem jej, co jej ukochany oglądał w Internecie.
– No właśnie Alice.
– Coś ukrywacie, ale wam odpuszczę.
– Serio? – zapytał Edward.
– Serio.
– Ale Jasperowi też? – spytałam jej.
– To się okaże. – powiedziała wstając i odeszła.
– Nie dobrze. – powiedziałam.
– Masz rację. Nieźle ich wkopaliśmy.
– Noo… I co teraz? Nie wiem, czy wiesz, ale kobietę trudno udobruchać.
– Domyślam się.
– I co teraz?
– Idziemy stąd?
– Czemu nie.
Z sali gimnastycznej wyszliśmy razem. Alice ignorowała Jaspera, tak samo jak Rosalie Emmetta. I kto by się spodziewał, że to całe zamieszanie wprowadziłam ja. Miło, prawda.
– Czy mi się wydaje, czy nie najlepiej to wygląda? – zapytałam miedzianowłosego
– Nie zdaje ci się. Ale znając życie prędzej czy później się pogodzą.
– Podobno najlepsze w całej kłótni jest godzenie się.
– Nawet o tym nie mów! – powiedział wzdrygając się. – Chyba na ten ich czas godzenia będę musiał znaleźć sobie jakieś zajęcia i wynieść się z domu.
– Wiesz, zaprosiłabym się do siebie, ale mam już coś w planach. – powiedziałam stając na wprost niego.
– Co?! – zapytał patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. Ja rozumiem, brzmiało to trochę dwuznacznie, ale bez przesady.
– Ho, ho, coś na zgorszenie pan wrażliwy bardzo, i zmysły pańskie widać pokusą nie gardzą! Nie wiem na co tam panu zaraz idzie chętka, lecz ja znów do pożądań nie jestem taka prędka. I choćbyś stał tu nagi od dołu do góry, nie skusiłby mnie widok całej pańskiej skóry.1 – wyrecytowałam patrząc mu prosto w oczy. W międzyczasie podszedł do nas Jazz i Em. Natomiast Edward stał jak zahipnotyzowany patrząc na mnie i chyba chciał coś powiedzieć, ale mu się to nie udawało. Lecz tą cudowną chwilę oczywiście musiało coś przerwać.
Kto i po jaką cholerę wynalazł telefony komórkowe?!
Odebrałam nie przerywając kontaktu wzrokowego z miedzianowłosym.
– Tak?
– Ciao Bella! – usłyszałam i bańka mydlana prysła. Tylko jego mi było trzeba do szczęścia. Naprawdę.
EDWARD
Z tym tekstem ze „Świętoszka" to… mówiąc wprost zszokowała mnie. Nie umiałem wydobyć z siebie N I C. Ale w tym wypadku jedyną odpowiednią rzeczą, byłaby jakaś cięta riposta, ale jak na złość nic nie przychodziło mi do głowy. Wszystko się jednak skończyło, gdy zadzwonił jej telefon.
Ciao Bella!
Usłyszałem męski głos i w tej samej chwili z twarzy Belli zniknęły wszelkie pozytywne emocje. Odpowiedziała szybko po włosku coś co znaczyło mniej więcej: Wybacz, ale nie mogę teraz rozmawiać. Zadzwonię później! I rozłączyła się.
Stała w miejscu nie ruszając się. Na jej oczach można było dostrzec lekką mgłę tak jak np. u Alice, gdy miała wizję. Ale teraz to jakoś było to dla mnie nieistotne.
– Bella, wszystko w porządku? – zapytał Jasper, który stał obok mnie.
– Co? Tak, tak.
– Na pewno? Nic ci nie jest? – spytałem.
– Wszystko okej! Musze już iść. Pa! – powiedziała, poszła do samochodu i odjechała.
Stałem z moimi braćmi i patrzyliśmy na znikający za zakrętem samochód.
– Ciekawe kto to był? – zastanawiał się na głos Jasper, a ja mu przytaknąłem
– Ciekawe.
– Ej, czy ten tekst, który Bella do ciebie powiedziała, nie był przypadkiem ze „Świętoszka"? – zapytał Emmett.
Czemu tą książkę Misiek akurat przeczytał, co? Teraz będzie się ze mnie nabijał.
– Owszem. – odpowiedziałem mu i zająłem miejsce kierowcy.
Droga powrotna jak nigdy minęła w zupełnej ciszy. Ba, nawet nikomu nie przeszkadzała muzyka klasyczna dobiegająca z radia.
Gdy dojechaliśmy do domu Alice i Rosalie od razu zamknęły się w pokoju na piętrze, nie odzywając się do nikogo.
– Jak w szkole? – zapytał Carlisle, który siedział w salonie czytając gazetę.
– To zależy kogo zapytasz. – powiedział Emmett
– Czemu?
– A to może Świętoszek nam to wyjaśni.
– Widzę, że znalazłeś dla mnie nową ksywkę. – powiedziałem do niego wściekle.
– Pasuje do ciebie. Naprawdę. Jest idealna.
– Oh, chyba wyślę jej bukiet kwiatów w podzięce za to, że podsunęła ci taki genialny pomysł, napaleńcu! – wysyczałem w jego stronę, z kolei Jazz w tym momencie zwijał się ze śmiechu.
– Chłopcy! Spokojnie! – do akcji wkroczyła Esme. – Może wszystko od początku.
– To może ja zacznę. – powiedział Jasper i zaczął coś wyciągać z kieszeni, po czym położył na stoliku. Był to egzemplarz szkolnej gazetki, gdzie na pierwszej stronie widniało genialne zdjęcie Belli. – Więc głównie to tutaj rozchodzi się o Bellę, naszą nową koleżankę.
– Tą przez która Edward wyjechał? – wtrącił się Carlisle.
– Tak, tą samą. – odpowiedziałem zrezygnowany.
– Co ona Ci niby zrobiła? – zapytał zaciekawiony Em.
– Zbyt kusząco pachnie.
– A to ciekawe, bo ja jej zapachu prawie w ogóle nie czuję, o pragnieniu nie mówiąc. – powiedział Jazz
– No właśnie, ja tak samo. – dopowiedział Em.
– Teraz ja czuję tylko jej zapach i nic więcej.
– Dziwne – powiedział mój przyszywany ojciec. – Ale odbiegamy od tematu. I co z tą Bellą?
– Wczoraj poszliśmy na lunchu za budynki szkolne i tam ją spotkaliśmy. Gadaliśmy na różne tematy. – powiedział wymijająco blondyn. – A że dziewczyny się na nas obraziły, to wszystko wina Emmetta
– Moja, a co ja niby takiego zrobiłem?
– Rozumiem, że przywitanie: Cześć seledynowa ropuszko! Cześć Napaleńcu! Uważasz za normalne.
– Oj, no bo…
– I dolałeś oliwy do ognia dosiadając się do niej dzisiaj na lunchu.
– Bo mnie wkurzyliście.
– Ale trzeba było najpierw pomyśleć chłopie!
– Ale o co znowu chodzi?
– Boże, Bella miała chyba racje mówiąc, że zatrzymałeś się w rozwoju. Rose jest zazdrosna. – powiedziałem do Emmetta. – Przynajmniej tak wynika z jej myśli.
– Ale co do tego mam ja? Bo nie rozumiem, o co Alice ma do mnie pretensje.
– Bo dowiedziała się o wczorajszym lunchu i ma pretensje o to, że jej nic nie powiedziałeś. – wyjaśniłem.
– Chłopcy, co wy wczoraj robiliście, co? – zapytała zmartwiona Esme.
– Ja nic! – powiedziałem – Za to oni mają się z czego spowiadać. – Uśmiechnąłem się do nich złośliwie. – Idę do siebie.
ҖҖҖ
Włączyłem jakiś jazzowy utwór, położyłem się na kanapie i zacząłem rozmyślać. Jakoś ostatnimi czasy, wszystko co się dzieje, jest związane z Bellą. I jakoś mi to nie przeszkadza. Choć jest człowiekiem i tak właściwie nie powinniśmy jakoś się z ludźmi zbytnio zadawać, to w stosunku do niej, tę zasadę mam gdzieś. I wydaje mi się, że Carlisle chyba nie ma nam tego za złe.
Moje rozmyślania przerwał jednak telefon wibrujący w mojej kieszeni.
„Jeśli Em i Jazz w dalszym ciągu mają problemy z udobruchaniem dziewczyn, to chyba mam pomysł jak to naprawić ;) Niech spotkają się ze mną na plaży, tylko nie tej w La Push. Mam nadzieje, że wiedzą o która mi chodzi. B. ;)"
1 „Świętoszek" Molier akt III scena 2
