Siedzi dziecko do czwartej w nocy i pisze romansidła (mam nadzieję, że ten part was nie zanudzi, bo rzeczywiście takie smętne coś mi wyszło)… całe szczęście, że święta są, więc jest dobrze. Mogę sobie posiedzieć.


Ból przeszywał całe jego ciało. Zastanawiał się, gdzie znajduje się ta wielka moc Shinigami. To szybkie gojenie się ran, zero bólu, zawsze żywi. Gdzie to wszystko się podziało, do jasnej cholery? Czuł pustkę w brzuchu. I wcale nie chodzi o to, że nie jadł od kilku dni. On po prostu miał tam dziurę wielkości pięści. Wszystko przez te demony, piekielne stworzenia, obrzydliwe, ohydne, wstrętne i podłe. Potwory. Potwory, które potrafią zadawać jedynie ból.

Siedzieli obok jego łóżka i z niecierpliwości wyczekiwali jego przebudzenia. Nie budził się, a minęły już dwa dni. Undertaker zrobił, co w jego mocy, aby William przeżył. Póki, co żyje…, ale nie wiadomo, co dalej. Grell przysypiał na sofie obok łóżka, a Emily stała w oknie i przyglądała się, jak złote liście spadały z drzew, powoli. Opadały. Krople deszczu tańczyły na szybie. Uderzały, umierały i spływały. Zostawiając ślad po sobie. Twarz dziewczyny była teraz porównywalna z tą szybą. Prawie przezroczysta, brudna, obmyta kroplami. Łzami. Pojedynczymi, które powolnie wypływały z kącików jej oczu i odznaczały się na bladych policzkach Emi. Krwawy ślad ręki Williama nadal znaczył jej szyję. Jeżeli on z tego nie wyjdzie, ten znak zostanie z nią na zawsze. Emily poczuwała się winna. W końcu to przy niej to się stało, na jej oczach, a ona… nie zrobiła nic. Nie ruszyła się. Nie obroniła go, a mogła. Gdyby tylko bardziej uważała. Przecież wiedziała, że demony nie są przyjaznymi stworzeniami. Spotkanie choćby jednego jest groźne nawet dla Shinigami. A co dopiero spotkanie dwóch. Lucky i Kira… Dwie pary diabelnie czerwonych oczu. Dziewczyna obiecała sobie, że jeśli dojdzie do tego, że on… umrze. Pierwszą rzeczą, jaką zrobi, będzie zemsta. Na tych dwóch przeklętych potworach. Emily westchnęła głośno i odwróciła się w stronę Williama. Leżał bez ruchu, nawet nie oddychał. O to się akurat nie martwiła, bo dobrze wiedziała, że Shinigami nie potrzebują tego. Tak mało czasu wystarczyło, aby dziewczyna przywiązała się do całej tej zgrai nienormalnych facetów. Za każdego mogłaby teraz oddać życie. Za każdym poszłaby w ogień. Jako człowiek nie posiadała prawdziwej rodziny. Ojciec wyjechał, matka umarła, służba ją zostawiła i wyrzuciła. Każdy człowiek na ulicy traktował ją jak śmiecia. Nikt nie wiedział, kim była naprawdę. Jako człowiek nie kochała, nie ufała, nie wierzyła. Teraz kocha ich wszystkich, ufa im i wierzy w nich i im. Nigdy nikt jej nie kochał. Matka nie zdążyła, ojciec miał jej dosyć. Tutaj… jest inaczej. Tu czuje się kochana, bezpieczna; żyje spokojnie, a właściwe żyłaby, gdyby nie stan jej szefa. Ktoś zapukał do drzwi i delikatnie je uchylił, a zza nich wysunęła się blond czupryna.

- Hej. I jak? Nadal się nie obudził? – Ronald wszedł po cichu i stanął obok Emily. Ronald traktował dziewczynę niczym swoją siostrę. Dokuczał jej, ale nie w zły sposób. Zwierzał jej się, pytał o rady, czasem to on doradzał. Lubił jej docinać i wytykać błędy, ale dzięki temu stawała się lepsza. Grell był jak siostra i przyjaciółka. Co noc plotkowały i śmiały się do upadłego. Nigdy nie zapomni, jak przez ponad cztery godziny nabijały się z różowych bokserek Williama. William… też był dla niej jak brat. Ale taki starszy, o wiele starszy brat. Brat i przyjaciel, albo raczej doświadczony Shinigami. Zawsze musiała odnosić się do niego z szacunkiem, słuchać go i robić, co jej każe. Oczywiście to była teoria, a w praktyce wyglądało to różnie. Uwielbiała, jak patrzył na nią ze złością, kiedy odmawiała wykonania czegoś. Jak się z nim przekomarzała. Lubiła stawiać na swoim. On zazwyczaj odpuszczał, choć przez to czasem bywał w gorszym humorze, jednak Emily zawsze starała się to naprawić. Jako kobieta, ładna, młoda i, jak to Grell powiedział, słodka, wystarczył jej jeden uśmiech, by rozweselić wszystkich. Głupia mina czy zachowanie też znajdowały swoje zastosowanie. Czasem najlepsze było udawanie oburzonej, bo wszyscy uważali to za dziecinne, ale słodkie, a wtedy atmosfera w pracy bardzo się poprawiała.

- Niestety… - Do oczu napłynęła jej fala łez. Zakryła twarz dłońmi i zjechała po ścianie. Przyciągnęła nogi do siebie i siedziała tak przez dłuższą chwilę. Ronald usiadł obok niej i objął ją ramieniem. Delikatnie głaskał po głowie i prosił, aby się uspokoiła. – To moja wina. Mogłam coś zrobić, a stałam, jak ostatnia idiotka. Czemu zawsze muszę wszystko zepsuć?

- Ciiii… nic nie zepsułaś. Skąd mogłaś wiedzieć, co zrobią te dwa demony? To był błąd, że poszliście sami, ale jak widać, tak miało być i tyle.

- Nie umiesz pocieszać, wiesz? – To była półprawda. Było to dla niej pocieszenie, bo przez chwilę na jej twarzy zagościł uśmiech. Śmiech przez łzy.

- Wiem…, ale spokojnie, będzie dobrze. Już z nie takich opresji wychodzili gorsi od niego. William, choć może wydawać się typem spokojnym gościem od papierków, to tak naprawdę, od czasu Undertakera, jest jednym z najsilniejszych i najzdolniejszych Shinigami. Jedyne, czym się różnią, to to, że Undertaker umiał się wyluzować. William ma z tym problemy. On nawet rzadko sypia, co może być też powodem, że teraz nie może się wyleczyć. Bycie Shinigami to jedno, ale odpocząć musi każdy. Potrzebujemy tego, co ludzie. No może z wyjątkiem powietrza, ale jeść, spać owszem. Nie jesteśmy jak demony czy anioły.

- Uch, jak tylko się obudzi, to chyba mu przyłożę… - Emily gotowa była nauczyć Williama dbania o siebie, sprawiając mu krzywdę, tak na początek.

- Oj, Emi. Lepiej przypilnuj, aby jadł i spał. To raczej wystarczy. Nie musisz go od razu bić. – Ronald uśmiechnął się i pogłaskał Emi po głowie.

- Jak ja cię czasem nienawidzę. Jak ja mam go niby upilnować? Hę? – Dziewczyna wyczekiwała odpowiedzi Ronalda, jednak ciszę przerwał Grell i jego jęczenia.

- Uuu… Seeeebbbbaaachhhaaaan… Seeeebuuuś, kootkkuuu, no chodź do mamusi, … ona pokaże ci, co dobreee… aaaaaa! Uuu! – Emily i Ronald spojrzeli na siebie, po czym wybuchli niepohamowanym śmiechem, który zbudził sennego kochanka. Grell z łoskotem runął na ziemię, przetarł oczy i zaczął masować obolały tyłek.

- No co? Śmiejecie się, jakby niewiadomo, co się stało i budzicie damę! Wstydźcie się! – Niestety groźby Grella nie działały, a oni oboje nadal turlali się po ziemi naśladując dźwięki, jakie wydawała czerwonowłosy jeszcze chwilę temu. Nawet nie zauważyli, że od kilku chwil im wyczynom przygląda się William. Z lekkim (praktycznie niewidocznym) uśmieszkiem na twarzy.

- Jestem nie zdolny do pracy przez kilka dni, a tu robi się kompletny chaos. Naprawdę, to poniżej waszej godności. – Cała trójka zerknęła na rannego, po czym wszyscy rzucili mu się na szyję.

- WILLIAM! – Grell od razu wycałował swojego szefa i nie miał zamiaru go puścić.

- Grellu Sutcliffe, proszę puść mnie, jeśli chcesz, abym pożył jeszcze trochę. – Na te słowa Sutcliffe odsunął się od Spearsa. – Kto mnie zastępuje w pracy?

- A ty znowu o pracy? Od samego początku? – Wyraz twarzy Emily nie ukazywał jej wewnętrznej radości. Zwróciła się w stronę Ronalda i dodała- Mówiłam ci, że przyłożę mu, jak się przebudzi to się nauczy.

- Spokojnie, spokojnie. Obiecuję, że będę bardziej na siebie uważał następnym razem. – Odparł Will, starając się udobruchać Emily.

- A ja tego dopilnuję. Chwilowo masz wolne od pracy, dopóki JA nie uznam, że możesz do niej wrócić, jasne? – Ronald wzrokiem rozkazał Williamowi zgodzić się, domyślając się co będzie, jeśli się sprzeciwi. Will przytaknął i uspokoił się trochę, kiedy zobaczył uśmiech Emily, która podeszła do niego i go przytuliła. – A tak swoją drogą, to przepraszam.

- Za co? – William zdziwił się, bo nie miał zielonego pojęcia, czemu dziewczyna przeprasza.

- Uważa, że to jej wina, to co się stało. – Odparł za nią Ronald.

- Żartujesz? – Spears spojrzał na dziewczynę, która siedziała obok niego ze spuszczoną głową. – To wcale nie twoja wina. Takie rzeczy się zdarzają, więc musisz się przyzwyczaić. Ważne, że wszyscy są zdrowi, prawda? –Spytał podnosząc głowę dziewczyny.

- Prawda… - powiedziała z uśmiechem i znów go przytuliła.

- No… Khem, to my wam nie przeszkadzaaaamyyy… CHODŹ GRELL! – Ronald wyciągnął Sutcliffe'a z pokoju za włosy, z czego Emily śmiała się przez dobre kilka minut. Leżał tak i patrzył, jak ona się śmieje. Wprawiało go to w dobry nastrój. Jej obecność mu pomagała. Patrząc tak, zauważył odcisk swojej dłoni na jej szyi. Oznaczało to, że była tu cały czas. Nie zostawiła go, nawet na chwilę. Czemu? Tak wielkie było poczucie winy? Czy tak bardzo zależało jej na jego zdrowiu? Na nim? To bez sensu… Niby czemu miało jej na nim zależeć? Kim on dla niej był? Szefem… nauczycielem. Nie to, co Grell czy Ronald. Przyjaciele, z czego jeden z nią plotkuje, a drugi ją podrywa. Dla Willa oczywista była chemia pomiędzy blondynem, a dziewczyną. W końcu Knox podrywał każdą napotkaną kobietę. Spears nie przejmował się tym, ale obiecał sobie, że jeżeli Ronald wyrządzi Emily jakąkolwiek krzywdę, to własnymi rękami go zabije. Czyli… to jemu, Williamowi, zależało na niej? Czyżby? Czemu, dlaczego? Co to ma w ogóle być? Will był ufny, szybko nawiązywał kontakty, ale… nigdy na nikim mu tak nie zależało. Co teraz było inaczej? Czym ona różni się od innych? Płcią, to na pewno, ale czy to miałoby powodować takie skutki? Z tymi problemami właśnie borykał się chłopak. Jednak próbował nie zawracać sobie tym głowy. Poczekał, aż dziewczyna przestanie się śmiać. Przez chwili patrzyli na siebie w milczeniu, jednak w końcu William postanowił je przerwać.

- Dobrze… to może teraz powiesz mi, co się działo, kiedy mnie „nie było"? – Emily uśmiechnęła się szyderczo i odparła.

- Chciałbyś. – Will zdziwił się odpowiedzią dziewczyny, która nagle wyszła, a po chwili wróciła niosąc coś za sobą. – Najpierw coś zjesz. – Powiedziała, po czym wyciągnęła przed siebie talerz z gorącym posiłkiem. William głośno westchnął, ale zrozumiał, że inaczej się nie da. Wziął talerz i przez dłuższą chwilę dziobał jedzenie, co zdenerwowało Emi. Dziewczyna wzięła sprawy w swoje ręce. Zabrała od niego talerz i widelec i zaczęła go karmić. Spears zachowywał się początkowo jak małe dziecko unikając „nadlatującego" posiłku, co zmusiło kobietę do obezwładnienia chłopaka. Usiadła na nim w rozkroku, przyciskając jego ręce, talerz postawiła na jego klatce. Jedną ręką podawała jedzenia, a drugą otworzyła mu buzię.

- Oj William… nie wygłupiaj się. Łyżeczka za Grella… - Emily swoją droga miała świetną zabawę.

- Chcesz, abym zwymiotował? – Zapytał przełykając jedzenie. Dziewczyna roześmiała się i tak mniej więcej wyglądał cały posiłek. Trochę męczący, więc na zakończenie William dodał krótko – Nigdy więcej.

- A będziesz grzecznie jadł? – Mina Willa mówiła sama za siebie.- W takim razie czekam na kolację. Może ty też mnie kiedyś tak nakarmisz, co? – Teraz nawet chłopak miał ochotę się zaśmiać.

- Może kiedyś. – Zerknął na nią, by dowiedzieć się w końcu, co działo się, kiedy on nie był w stanie użytku. – Powiesz mi wreszcie, kto jest waszym szefem?

- Powiem. – Dziewczyna poczekała chwilę, aby zabawić się Willem. – Undertaker. – Czarnowłosy mężczyzna omal nie zemdlał. Undertaker choć był wspaniałym Shinigami, to nie lubił reguł, a to one powinny być najważniejsze, dla kogoś kto ma być szefem. Straszne myśli przeszły przez głowę Spears'a.- Ale spokojnie. Wszyscy jeszcze żyjemy, budynek stoi, dusze pozbierane, papiery wypełnione, a Grell nie narozrabiał.

- I to wszystko zasługa Undertakera? – William nie mógł w to uwierzyć, coś mu nie pasowało.

- Prawie. – Jej uśmiech zdradził jednak, że maczała w tym palce. Chłopak spokojnie odetchnął.

- Chyba cię kocham. – I to był pierwszy raz, kiedy roześmiali się wspólnie. Do wieczora siedzieli i rozmawiali. Pierwszy raz Emily nie myślała o nim, jak o szefie, czy nauczycielu. Myślała o nim, jak o przyjacielu, którym chyba naprawdę się stał.

Kiedy Grell wszedł przed północą do Sali, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, zobaczył, jak oboje śpią. William w łóżku, a Emily na krześle obok z głową na jego ramieniu. Sutcliffe o mało nie wybuchł z podniecenia. Pobiegł szybko po swój aparat i wrócił biegiem, aby zrobić pamiątkowe zdjęcie.

- Będzie dla potomków. Jej! – Dodał wychodząc i patrząc na fotografię. Tylko do tej pory nie wiadomo, czy chodziło o jego potomków, czy o jakichś innych…


Ładnie, prawda? … Ok., żartuję, żartuję. Nie bądźcie, aż tak brutalni. Mamy epizodycznego Grella i Ronalda oraz Emily i Williama na pierwszym planie. Lubię, jak jest mało postaci, bo można się skupić na tych właściwych. Jakbym tu miała z dwudziestkę postaci, to bym rady nie dała. Podziwiam Toboso, że pomimo tego iż przedstawia głównie Ciela i Sebastiana, to tak ładnie potrafi dodać innych, a przy okazji ich nie pogubić. Przynajmniej większość, co o cyrku, czy Madam Red nie mówię. Dobra… wyjątkowo się z rozdziałem sprężyłam. Z dnia na dzień… nieźle. Poprzedni rozdział pisałam dwa razy. Pierwsza wersja mi nie pasowała. A ten rozdział to kontynuacja tamtego. Stąd tytuł… nie, nie uważam was za półgłówków, siebie uważam za półgłówka i sobie właśnie tłumaczę, co tu nakombinowałam. ;)

Ech, szkoda gadać, co się z człowiekiem o takich godzinach wyrabia. Thanks for Reading, reviews and everything! ;p

William: Czy ja na serio będę zmuszany do jedzenia?

Autor: Nie ze mną rozmawiaj.

William: …

Emily: Owszem, skoro jeść nie chcesz, to cię zmuszę.

William: Czemu mnie tak torturujecie?

Autor&Emily: Bo to fajne? :3

Kuroshitsuji © Yana Toboso