Rozdział III II
Ars longa, vita brevis
Zostało mu jeszcze trochę ksiąg do przejrzenia, ale już w zeszłym roku zaczął tracić nadzieję. Raz zapytał nawet Dumbledore'a, czy wie o jakimś sposobie na nieśmiertelność innym niż kamień filozoficzny - przecież pracował nad nim z Nicholasem Flamelem, powinien więc wiedzieć coś, czego nie wiedzieli inni - jednak Dumbledore powiedział mu tylko, że śmierć to po prostu nowa ścieżka, a nie koniec, którego należy unikać. Tom miał ochotę go wyśmiać - co Dumbledore mógł wiedzieć o śmierci, jeśli nie przeżywał jej każdego dnia? Może i stał przed wyborem, którego Tom nigdy nie chciałby dokonywać - zabijać czy pozwolić żyć swojej bratniej duszy? - ale przynajmniej miał okazję ją poznać. Miał okazję poczuć, że ktoś go potrzebuje, że jest dla kogoś ważny. Tom miał wrażenie, że zostanie w końcu sam na polu walki, walcząc w dawno przegranej wojnie, kiedy inni wrócą już do domów, rodzin i dzieci. Nie było dla niego nadziei, ani teraz, ani nigdy wcześniej. Powinien wiedzieć wystarczająco dobrze, że nikt nie mógł go chcieć. Być może właśnie taka była jego dusza - tak odrażająca, że zaklęcie Merlina celowo oddzieliło go od tego drugiego? Nie potrafił myśleć, że to HP miałby być tym złym. Nie, on był dobry, kochający, szlachetny... Z jakiegoś powodu był jego zupełnym przeciwieństwem.
Poczuł, że pociąg zaczyna się powoli zatrzymywać. Wiedział, że Cygnus przygląda mu się podejrzliwie, jakby dobrze wiedział, że coś go gryzie, ale w przeciwieństwie do swojego starszego brata miał za mało odwagi, żeby jakoś poruszyć ten temat. Właściwie tylko Alphard potrafił z nim rozmawiać... A może to on potrafił rozmawiać tylko z Alphardem? Najstarszy Black wierzył we wszystko, co mówił i choćby opowiadał mu o bólu i cierpieniu, nigdy się nie odwracał. Alphard jako jedyny wiedział, ze Tom nie bierze Soulstatine. To on potrafił sprawić, że dormitorium pustoszało, kiedy miał kolejny atak migreny i to on przejmował jego obowiązki prefekta, kiedy Tom nie był w stanie wstać z łóżka. Wszyscy inni myśleli, że to z powodu leków; tylko Alphard wiedział, że przyczyną jego stanu jest ich brak.
W tym roku musiał w końcu coś wymyślić. Dopóki był w Hogwarcie, nawet jeśli sprawiało mu to ból, miał jeszcze szansę coś znaleźć. Mógł korzystać z biblioteki i choćby miał jeszcze raz przeczytać wszystkie znajdujące się w niej książki, musiał w końcu trafić na jakiś trop, chociażby cień tropu. Coś w jego wnętrzu, upór, który na pewno nie należał do niego, kazało mu próbować aż do skutku. Wolał sobie nie wyobrażać, co mogłoby się stać, gdyby nie znalazł żadnego wyjścia ze swojej beznadziejnej sytuacji przed ukończeniem szkoły – może i był genialnym uczniem, może i był ulubieńcem nauczycieli, ale ostatecznie był też sierotą nieznanego pochodzenia, bez potrzebnych rodzinnych koneksji i statusu społecznego, który zapewniłby mu dostęp do ważnych miejsc i ludzi. Mógł liczyć co prawda na pomoc Slughorna i założyłby się, że gdyby choć trochę się postarał, mógłby bez problemu zyskać jakieś znajomości za jego pośrednictwem, ale obsesja na punkcie nieśmiertelności przerywana atakami bólu skutecznie zabierała mu czas, który mógłby przeznaczyć na budowanie ewentualnej przyszłej kariery.
Niechętnie wyszedł na tonący w deszczu peron i ruszył w kierunku ciągniętych przez niewidzialne konie powozów; musiał znaleźć sposób.
...
- Nie możesz tak po prostu im o tym napisać! - rozeźlony szept obudził Toma w środku nocy i przez krótką chwilę nie wiedział, czy to jeszcze sen - tym razem spadał w nim ze szczytu Wieży Północnej - czy może jednak rzeczywistość.
Dormitorium było prawie zupełnie pogrążone w mroku - prawie, bo przy łóżku Abraxasa Malfoya unosiła się taka sama kula bladego światła, jaką widział kiedyś w korytarzy na trzecim pietrze. Alphard, domyślił się, dostrzegając przy - a właściwie w - łóżku Abraxasa jakąś niewyraźną postać.
- Musimy im w końcu powiedzieć, Abe. - Tak, to na pewno był Alphard. Nikt inny nie śmiałby nazywać jedynego dziedzica rodu Malfoyów Abe. - Walburga aż pęka z chęci wyżycia się na mnie przed rodzicami, nie mogę jej przecież pozbawić tej przyjemności...
Tom usłyszał cichy śmiech Abraxasa, który zamarł równie szybko jak się pojawił, zupełnie jakby ktoś zajął jego usta czymś innym. Na Merlina. Tom miał ochotę wstać z łózka i dać im do zrozumienia, że powinni najpierw upewnić się, że wszyscy w pokoju śpią, zanim zaczną swoje zwyczajne zabawy, jednak Abraxas szybko się opanował i łóżko zgrzytnęło pod jego przemieszczającym się ciężarem.
- Nie, Al, nie możemy.
Sprężyny zgrzytnęły raz jeszcze i Tom usłyszał chichot, zupełnie jakby Alphard próbował wykorzystać jakieś inne sposoby perswazji, ale Abraxas nie dał mu dojść do słowa:
- Nie, nie o tym mówię. - Tom nie wierzył, że jest świadkiem tej rozmowy i z każdą mijającą minutą dochodził do wniosku, że chyba wolałby wrócić do spadania w Wieży Północnej. - Nasi rodzice... Ojciec mnie zabije, jak się dowie.
- Nie zabije cię, jesteś jego dziedzicem.
- W takim razie najpierw mnie wydziedziczy, a później zabije. - W głosie Abraxasa pobrzmiewał melodramatyzm zmieszany z autentycznym strachem. - Wiesz, jaki on jest. Nigdy nas nie zaakceptuje.
- Ale nie zaryzykuje też utraty syna - próbował go przekonać Black, najwyraźniej nie bardzo przejmując się tym, jak mogliby zareagować jego rodzice. - Jeśli spróbujemy porozmawiać najpierw z twoją matką...
- Nie! - krzyknął Abraxas, a Tom zauważył, że Cygnus przewrócił się niespokojnie z boku na boku w swoim łóżku. - Nie - dodał nieco ciszej - To złamałoby jej serce.
- Co? To, że jej syn jest szczęśliwy? - Alphard brzmiał nagle bardzo odlegle, jakby wstąpił w niego ktoś inny, ktoś, kto nie znał strachu ani norm. Tom znał ten ton; Alphard mówił tak zawsze, kiedy rozmawiali o Soulstatine. Od kiedy Black dowiedział się, jakie były skutki uboczne, odnosił się do Ministerstwa z jeszcze większą niechęcią.
- Wiesz, że nie o to chodzi... Wiesz, jacy są ludzie... Mają wobec mnie oczekiwania. Moi rodzice chcą, żebym kontynuował linię rodu.
Usłyszał, że ktoś wstaje z łózka. Nie musiał nawet patrzeć w tamtym kierunku, żeby wiedzieć, że to Alphard. Słyszał tę kłótnię nie pierwszy raz i zawsze kończyła się tak samo - Abraxas mówił, że nie powinni się ujawniać, Alphard wychodził w gniewie, a potem wracał, żeby pocieszyć Abraxasa. Mimo wszystko Alphard miał dużo więcej swobody - mógł być czarną owcą w swojej rodzinie; Walburga była wystarczająco wzorową córką, Cygnus też radził sobie z byciem Blackiem dość dobrze. Abraxas nie miał tego komfortu.
Tej nocy Alphard nie wrócił i Tom do świtu słyszał nierówny, niespokojny oddech Abraxasa.
...
- Nie mogę tak dłużej - oznajmił Alphard, siadając przy stole w bibliotece, przy którym od lat tak chętnie i łatwo dzielili się sekretami.
Tom spodziewał się, że Black się pojawi - nie rozmawiał z Abraxasem od prawie tygodnia i było jedynie kwestią czasu, kiedy w końcu się złamie. Najwyraźniej chciał najpierw opowiedzieć komuś trzeciemu o tym, jak bardzo Abraxas go denerwuje, zanim uda się na rozmowę z nim samym.
Zamknął książkę - Krótką historię dusz - zaznaczając stronę, na której skończył czytanie. Postanowił zabrać się za poszukiwanie od nieco innej strony - jeśli nie mógł być nieśmiertelny, może udałoby mu się jakoś sprowadzić jego bratnią duszę do tego czasu? Musiał dowiedzieć się wszystkiego o połączeniach i o tym, jak działały, żeby spróbować stworzyć bezpieczne, niegrożące śmiercią zaklęcie... Bałby się je użyć na sobie i na swojej bratniej duszy, dlatego musiałby jeszcze znaleźć jakiegoś ochotnika do próby, ale była to na razie perspektywa tak odległa, że równie dobrze mógł poświęcić chwilę Alphardowi.
- Mam dość tego, że się ukrywany. - Tom miał wrażenie, że słyszy to zdanie co najmniej kilka razy w tygodniu, zawsze od Alpharda, nigdy od Abraxasa. - Jakbyśmy robili coś złego... A przecież on nawet nie miał na to wpływu... Jak ktokolwiek mógłby mieć mu za złe, że trafił akurat na mnie?
Nie wiedząc, co na to odpowiedzieć i spodziewając się, że to nie koniec tyrady, Tom rozłożył bezradnie ręce, czekając na ciąg dalszy.
- Czasami mam wrażenie, że wcale nie chodzi mu o rodziców, tylko o mnie...
Tom spojrzał na Alpharda ze zdziwieniem. Sam kiedyś nie mógł uwierzyć, że akurat oni dwaj są połączeni, ponieważ byli tak różni, ale zdążył się już przekonać, że nawet ogromne różnice pomiędzy bratnimi duszami w jakiś sposób zawsze zanikały, albo przynajmniej ulegały złagodzeniu, kiedy w końcu się spotykały. Alphard i Abraxas wcale się nie zmienili, a jednak było jasne, że są dla siebie stworzeni.
- Wiesz, czasami myślę, że on prostu boi się tego, co powiedzą ludzie... Ojca się boi, matki nie chce zawieść, a ludzie... Nie chce wychodzić przed szereg, nawet za cenę tego, co mamy. - Alphard patrzył smętnie przez okno, a Tom musiał przyznać mu rację. Abraxas właśnie taki był. - Muszę powstrzymywać Walburgę, żeby nie powiedziała rodzicom, że jesteśmy razem. Chyba niedługo zacznie mnie szantażować... - westchnął, nie próbując tym razem obrócić zachowania siostry w żart. - Wiesz, gdybym tylko miał pewność, że on nie zmieni zdania... Zrobiłbym wszystko, żeby to się jakoś udało. Mógłbym pracować w Ministerstwie, chociaż tego nie znoszę. Mógłbym wynająć dla nas mieszkanie w Londynie... Miałbym całe dwa lata, żeby to jakoś dla nas urządzić. Tylko że on tego nie chce. Woli się ukrywać, woli udawać przed rodzicami, że nie znalazł jeszcze bratniej duszy, że nie istnieję... Nie wiesz nawet, jak to boli.
Tom rzeczywiście nie wiedział. Nigdy nie był w takiej sytuacji - mając coś na wyciągnięcie ręki, jednocześni próbując to chwycić i widząc, jak za każdym razem się oddala. Nie mógł sobie wyobrazić, jak czułby się na miejscu Alpharda. Na miejscu Abraxasa nie musiał się stawiać - nie było nikogo, kto przejąłby się jego bratnią duszą... A gdyby HP był jak Abraxas... Zrobiłby wszystko, żeby przekonać go, że istnieje inna droga, nawet jeśli musiałby go odebrać rodzinie.
- Powiedz mu to wszystko - stwierdził w końcu, widząc, że Alphard oczekuje od niego jakiejś rady czy słów pocieszenia. - Jeśli będzie wiedział, że jesteś po jego stronie, że go nie zostawisz, w końcu nabierze odwagi.
Słowa opuściły jego usta bardzo łatwo, chociaż sam nie do końca w nie wierzył.
...
Szedł przez ciemny korytarz na trzecim piętrze, czując podświadomie, że kogoś szuka. Gdzieś w oddali słyszał kroki, jakby ten, kogo miał znaleźć, szedł przed nim. Minął drzwi klasy, w której kiedy widział Dumbledore'a w pamiętną noc pełną sów, ale nie zatrzymał się - tylko kątem oka dostrzegł, że w lustrze przegląda się nieznany mu zdeformowany mężczyzna, zupełnie nie zwracający na niego uwagi. Szedł dalej. Przez wysokie okna korytarz zalewało światło zimowego księżyca. O szyby uderzał śnieg, pierwszy w tym roku, a błonia powoli rozbiły się białe. Było tak cicho, że słyszał bicie własnego serca, dziwnie niespokojne. I te kroki, ciągle tak samo dalekie, chociaż szedł coraz szybciej. Zaczął biec, w nadziei, że końcu go znajdzie, ale korytarz wydawał się nie mieć końca. Biegł i biegł, aż w końcu się obudził.
...
- Moi drodzy, ci, którzy dostali role, mogą zająć się scenariuszem, przygotowałem dodatkowe kopie.
Tom wyjrzał zza kępki więdnących asfodelusów, zastanawiając się, czy ukrył się wystarczająco dobrze. Profesor Beery, czarodziej, który powinien wykładać raczej sztukę niż zielarstwo, postanowił wystawić jedyną w swoim rodzaju świąteczną pantomimę. Kiedy Tom zobaczył jej tytuł, od razu miał wrażenie, że gdzieś już go widział - dopiero Eileen Prince, małomówna Ślizgonka, na którą nigdy nie zwracał większej uwagi, uświadomiła go, że Fontanna szczęśliwego losu to jedna z opowieści Barda Beedle'a. Przypomniał sobie jak przez mgłę, że właśnie tak nazywała się książka, którą zostawił w opuszczonej klasie Dumbledore ten nocy, kiedy próbował się dostać do Działu Ksiąg Zakazanych. Nadal nie wiedział, co było w niej takiego ważnego - znalazł kopię w bibliotece i nawet przeczytał całość, co bardzo rozbawiło większość jego kolegów, którzy znali opowieści z dzieciństwa - ale nie znalazł nic, co mogłoby ukrywać jakiś nieznany sens. Co prawda „Fontanna szczęśliwego losu" była idealnym przedstawieniem na Boże Narodzenie, ale nie był pewien, czy ćwiczenie scen w ramach zajęć z zielarstwa, kiedy w maju mieli zdawać sumy, było aż tak dobrym pomysłem.
- Tom!
A jednak go zauważył. Wychylił się zza doniczki, uśmiechając się tak entuzjastycznie, jak tylko był w stanie. Profesor Beery nadal nie wybaczył mu, że nie zgłosił się na przesłuchania do głównej roli; musiał się zamiast tego zadowolić Lyallem Lupinem, kapitanem drużyny Gryfonów. Tom z pewną satysfakcją myślał, że Lyall dużo bardziej pasuje do roli szlachetnego, lecz nieco głupawego rycerza.
- Tom, podejdź tutaj! - wezwał go po raz kolejny nauczyciel, wskazując środek szklarni. - Profesor Dumbledore poradził mi, żebym poprosił cię o pomoc w urządzeniu scenografii. Co ty na to?
Uśmiechnął się w odpowiedzi, jakby nie marzył o niczym innym na świecie. Co prawda fakt, że Dumbledore poprosił akurat o jego pomoc, przyjemnie połechtał jego próżność, ale oznaczało to też, że będzie musiał brać udział w części prób, a podejrzewał, że profesor Beery nie zrezygnował jeszcze z pomysłu obsadzenia go w głównej roli.
Usiadł obok Minervy McGonagall - ona też miała pomóc w przygotowaniu dekoracji. Była wręcz transmutacyjnym geniuszem, a Tom wiedział też z pewnych źródeł, że tak jak on Minerva nie spotkała jeszcze swojej bratniej duszy. Obserwował ją wystarczająco uważnie, żeby wiedzieć też, że od co najmniej dwóch miesięcy nie przyjmuje już Soulstatine. Objawy, które znał aż zbyt dobrze z autopsji, łatwo było dostrzec także u niej. Właściwie nie mógł się dziwić; Soulstatine było jak trucizna dla mózgu.
Profesor Dumbledore chce, żebyśmy wytransmutowali całe wzgórze - zagaiła, z wyraźną dezaprobatą przyglądając się, jak Augusta Longbottom obsadzona jako dublerka Ashy demonstruje Lyallowi Lupinowi, jak powinien prawidłowo trzymać miecz. Tom dobrze wiedział, że Minerva dużo lepiej zna się na fechtunku, chociaż nigdy by się do tego nie przyznała.
- Mam nadzieję, że nie zajmie to zbyt dużo czasu – odpowiedział ze zniechęceniem. - Chcę zdać sumy, a nie dostać się do Magicznej Akademii Teatralnej...
- Dokładnie - zgodziła się dziewczyna; szukając czegoś w torbie z książkami. Tom rozpoznał pudełko Soulstatine. Minerva wyciągnęła jedną tabletkę i połknęła ją ostentacyjnie, tak jakby chciała, żeby wszyscy to widzieli.
Jednak jego nie oszukała tak łatwo. Znał te tabletki zbyt dobrze, żeby dać się nabrać. Minerva podmieniła prawdziwe Soulstatine na coś innego, może pastylki na kaszel albo cukierki miętowe. Była tak dobra z transmutacji, że spokojnie mogłaby to zrobić. Może zamiast Soulstatine łykała przetransmutowanego smażonego kurczaka. Nie mógł tego wykluczyć.
- Powinnaś to robić bardziej naturalnie - szepnął do niej, wyciągając swoje własne opakowanie leków. Zrobił to tak swobodnie, że nikt nie zwrócił na niego uwagi, ale gdyby ktoś miał sobie później orzec, czy Tom Riddle brał swoją porcję Soulstatine, na pewno potwierdziłby, że tak było. - Ludzie i tak wiedzą, że powinniśmy to łykać, nie musisz im przypominać.
- Ty też? - zapytała bez cienia zaskoczenia. Być może i ona zorientowała się już, że niektórzy nie przepadali za Soulstatine.
Skinął głową. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł, że nie jest sam.
…
Przygotowania do pantomimy były dużo bardziej uciążliwe niż się spodziewał i to wcale nie z powodu profesora Beery'ego. Dużo bardziej irytowała go pretensjonalna obsada, szalone pomysły Augusty i ciągłe wywyższanie się Lyalla. Problemem była też Walburga, która na specjalne zaproszenie profesora Beery'ego zgodziła się wziąć udział w sztuce, chociaż skończyła już szkołę. Ciągle pastwiła się nad Alphardem, grożąc mu, że napisze w końcu do państwa Malfoyów, a Tom podejrzewał, że nie rzucała słów na wiatr. Walburga była po prostu zła. Lubowała się w intrygach i tym, jak życie powinno według niej wyglądać. Skreśliła Alpharda w chwili, kiedy okazało się, że jego bratnią duszą jest Abraxas, a teraz czerpała dziką przyjemność z dręczenia go.
Jedynym pocieszeniem w ciągu długich godzin prób i tworzenia scenografii - co było trudniejsze niż przewidywał; Dumbledore rzeczywiście chciał stworzyć prawdziwe ożywione wzgórze, które zmieniałoby się razem z wędrówką czwórki bohaterów - była Minerva, z którą znalazł niespodziewaną nić porozumienia. Co prawda irytowała go jej sztywność i uparty charakter, ale czasami dochodził do wniosku, że denerwuje go to głównie dlatego, że przypomina mu jego samego. Minerva nigdy nie chciała przyznać mu racji, tak samo jak on jej. Potrafili kłócić się o odpowiednią wysokość trawy na zaczarowanym wzgórzu aż Dumbledore wkraczał między nich i pozwalał połowę wzgórza skosić, a połowę zostawić porośniętą bujniejszymi chwastami. Mimo wszystko Minerva była miła odmianą w stosunku do uczniów, z którymi miał zwykle do czynienia - Alphard i Abraxas nadal się sprzeczali, Orion spędzał większość czasu z Walburgą, a Cygnusa interesowały tylko rozgrywki quidditcha. Co prawda to ostatnie interesowało też Minervę, bo była ścigającą drużyny Gryfonów, ale jednocześnie mogła się pochwalić najlepszymi po nim wynikami w nauce, co w jakiś sposób wyrównywało zainteresowanie czymś tak prozaicznym jak sport. Tom podejrzewał, że gdyby Minerva była nieco mniej sztywna i czasami rozpuszczała ciasno związany kok, mogłaby być tak popularna jak Walburga czy Dementia Montebourg z Hufflepuffu.
Zbliżyło ich jeszcze jedno - wspólna tajemnica. Nic tak nie łączy jak wspólne łamanie prawa, pomyślał pewnego wieczoru Tom, kiedy pod nieobecność pozostałych Śligzonów transmutował swoje opakowanie Soulstatine. Minerva wymyśliła do tego własne zaklęcie, które jeszcze bardziej upodabniało tabletki do tych prawdziwych, choć w rzeczywistości były jedynie kawałkami pokrojonego jabłka. Wcześniej musiał pilnować, żeby przetransmutowane tabletki się nie rozpadły albo nie wróciły do prawdziwej postaci - zwykle używał w zastępstwie cukierków miętowych - ale zaklęcie Minervy było dużo trwalsze i mógł przez cały miesiąc nie przejmować się tym, co nosi w torbie.
Kiedy zapytał, dlaczego to robi, dlaczego nie bierze leków, odpowiedziała po prostu: To nie do zniesienia, po czym wróciła do transmutowania kawałka drewna w łuk strzegący wejścia do zaczarowanego ogrodu.
On sam poczuł, widząc udane próby Minervy w transmutacji tabletki, że nie wykorzystuje swojego potencjału. Na jakiś czas zapomniał nawet o nieśmiertelności, skupiając się na tym, jak mógłby wykorzystać skład leku do własnych celów, do odwrócenia jego działania. Jeśli Soulstatine odcinało go od bratniej duszy, to może coś innego mogłoby go do niej przybliżyć? Pamiętając o swoim nowym celu nawiązania w jakiś sposób kontaktu, zaczął badania nad tabletką, włączając w nie po jakimś czasie Minervę - i tak spędzali razem tak wiele czasu, że równie dobrze mogli między tworzeniem dekoracji zająć się czymś innym. Nie chciał sam przed sobą przyznawać, że potrzebował pomocy; nie znosił słabości, ale był w stanie stwierdzić, że Minerva jest ciekawym i przydatnym dodatkiem do tej raczej niespodziewanej drużyny.
Siedzieli właśnie za Fontanną Szczęśliwego Losu, rozkładając na sztucznej, ale bardzo miękkiej trawie notatki sporządzone na podstawie znalezionej przez Minervę książki, Eliksiry Dwudziestego Pierwszego Wieku - Spojrzenie w przyszłość przedmiotu. Reszta obsady była jeszcze na dole wzgórza, gdzie miała zmierzyć się z Wielką Glistą. Profesor Kettleburn, nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami, obiecał dostarczyć na premierę stworzenie, które mogłoby ją udawać, a Tom miał jedynie nadzieję, że będzie wtedy wystarczająco daleko, żeby nie zginąć. Kettleburn znany był z zamiłowania do niebezpiecznych - i zapewne nielegalnych - stworzeń. Miał zresztą wśród uczniów naśladowcę, wyrośniętego chłopaka z trzeciej klasy, który równie dobrze mógłby uchodzić za siedemnastolatka, Hagrida. Tom słyszał, że podobno chłopak próbował hodować pod łóżkiem szczenię wilkołaka. Brzmiało to tak nieprawdopodobnie, że trudno było mu uwierzyć w tę historię...
- Na pewno jest w tym kwiat paproci zebrany w Noc Świętojańską - oznajmiła Minerva tonem nieznoszącym sprzeciwu; nawet zwykłe powitanie potrafiła powiedzieć właśnie w ten sposób. - Tylko że nie rozumiem, dlaczego działa właśnie tak - spojrzała z powątpiewaniem na ulotkę, którą oglądali przez ostatni miesiąc co najmniej tysiąc razy. - Według Receptariusza Gallena powinien wywoływać wizje, a nie otępiać...
- W dawce większej niż lecznicza może powodować sedację - pokazał jej dopisek na dole strony. - Może gdyby zmniejszyć dawkę do standardowej, działanie wróciłoby do oczekiwanego.
- Nie, za dużo w tym szakłaka, zawsze się zastanawiałam, dlaczego mam takie problemy z trawieniem, kiedy to biorę.
- Zamieńmy go na miętę, jest rozluźniająca - zasugerował, a Minerva zapisała tę sugestię na kartce obok kilku innych, które mieli zamiar wypróbować.
- Można też spróbować z barwinkiem, poprawia krążenie mózgowe - dodała, przewracając strony w mugolskim podręczniku zielarstwa... Nie, botaniki. Farmakognozja w praktyce, głosił tytuł, a Tom nie mógł uwierzyć, że korzystają z takiego źródła, żeby rozszyfrować skład tabletki.
Pamiętał z czasów sierocińca, że wszystkie leki, które dostawał w aptece, zawsze były dokładnie opisane - chociaż nie rozumiał żadnego ze słów na recepcie i opakowaniu, a odczytanie ich graniczyło z cudem, gdyby tylko się uparł, mógłby dowiedzieć się, co takiego bierze. Z Soulstatine było inaczej - Ministerstwo strzegło składu jakby była to jakaś przekazywana z pokolenia na pokolenie receptura cukiernicza, której wyjawienie mogłoby doprowadzić do upadku biznesu... Tom zastanawiał się, czy to z powodu tych wszystkich tajemnic zaczyna wątpić w rząd, czy być może wpływało tak na niego przebywanie tak długo w towarzystwie kogoś z Gryffindoru. Minerva McGongall może i była na pierwszy rzut oka spokojna i ułożona, ale w jej głowie kryły się bardziej rewolucyjne pomysły, niż te, które kiedykolwiek zaproponowali Ślizgoni. Mógłby się założyć, że gdyby zaprosił kogokolwiek ze swojej klasy do dłubania w Soulstatine, nie tylko zostałby wyśmiany, ale koledzy wręcz przestaliby się do niego odzywać. Mimo wszystko Ślizgoni byli tradycjonalistami i nie lubili zmian. Nawet Alphard, najbardziej z nich wszystkich postępowy obyczajowo, nie miał w sobie wystarczająco dużo woli, żeby zamienić słowa w czyny.
- Hmm, może jeszcze kora wierzby? - Dziewczyna nadal szukała najlepszych składników do nowego leku.
- Zamieniłbym ją na sproszkowany włos jednorożca.
- Można wiedzieć, skąd dokładnie chcesz zabrać włos jednorożca? - Minerva spojrzała na niego, jakby zwariował. - Chyba nie planujesz polować na jednorożce w Zakazanym Lesie?
Tom uśmiechnął się lekko, słysząc wyzwanie w jej głosie, zupełnie jakby po cichu liczyła na to, że naprawdę będzie chciał polować na jednorożce.
- Slughorn. - Wskazał na nauczyciela dyskutującego żywo z profesorem Beerym. Tom nie miał pojęcia, dlaczego mistrz eliksirów tak żywo interesuje się sztuką, skoro nawet nie przykładał się do niej w żaden szczególny sposób, jeśli nie liczyć zaproszenia na premierę całej masy wpływowych znajomych. - Zdobyłby dla mnie jad akromantuli, gdybym tylko wystarczająco przekonująco poprosił.
Minerva roześmiała się i już chciała odpowiedzieć, kiedy gdzieś zza fontanny rozległ się znajomy głos:
- A właściwie do czego jest wam potrzebny sproszkowany włos jednorożca? - zapytał Albus Dumbledore, wychylając się zza Fontanny Szczęśliwego Losu. Siedział na niej beztrosko, zupełnie jakby pod dłuższego czasu przysłuchiwał się ich rozmowie.
- My... - Po raz pierwszy w życiu Tom nie potrafił wymyślić szybko wystarczająco wiarygodnego kłamstwa.
- To dodatkowe urozmaicenie sztuki - weszła mu w słowo Minerva, wskazując na suchą na razie fontannę. - Pomyśleliśmy, że skoro ma przynosić szczęście, to warto byłoby ją wypełnić czymś ładnie pachnącym i wyglądającym... Hmm, wyglądającym magicznie.
Dumbledore zmierzył ich długim, badawczym spojrzeniem, jakby dobrze wiedział, że planują coś zupełnie innego, ale ostatecznie jego wąskie usta wygięły się w promiennym uśmiechu i nachylił się do nich, mówiąc porozumiewawczym szeptem:
- Dodajcie trochę elfiego pyłu, będzie błyszczeć równie jasno jak kunszt aktorski naszej obsady. - Spojrzał w kierunku Lyalla Lupina, który próbował właśnie odegnać niewidzialną Wielką Glistę z wielkim wigorem. Walburga Black przyglądała mu się z niesmakiem. - Po chwili zastanowienia muszę stwierdzić, że eliksir może być przypadkiem najjaśniejszym punktem wieczoru. Może warto zastąpić elfi pył jagodami ostrokrzewu, żebyśmy łatwo zapomnieli o tym wiekopomnym wydarzeniu...
...
- Nie! - Głos Abraxasa poniósł się po pokoju wspólnym i wszyscy obecni w nim uczniowie odwrócili się w jego kierunku, zastanawiając się, co tak go wzburzyło.
Pierwszoroczni skulili się trochę w sobie, bo znali już wystarczająco dobrze humory Malfoya - w ostatnich miesiącach wyżywał się na każdym, kto stanął mu drodze, rzucając nieprzyjemne uwagi albo zwyczajnie wyżywając się fizycznie, rzucając książkami i tłukąc kubki. Tom cieszył się, że mieszka tak daleko od jego łóżka, bo obawiałby się o swoje życie.
Tym razem nietrudno było się domyślić, bo było przyczyną zdenerwowania Abraxasa. Siedział w miękkim fotelu przy kominku, obronnie krzyżując ręce na piersi. Jeszcze w poprzednim semestrze nie do pomyślenia było, że Alpharda nie ma przy nim - Ślizgoni byli zbyt dobrze wychowani i zbyt lojalni wobec siebie nawzajem, żeby ich oceniać - ale przez ostatnie dwa miesiące wiele się zmieniło. Abraxas trzymał Alpharda na dystans, a uczniowie mieli wrażenie, że oglądają na własnych oczach sceny z jakiejś dramatycznej powieści: była w niej i zakazana miłość, i okropna siostra, i przeciwni wszystkiemu rodzice... Brakowało tylko tego, żeby Blackowie i Malfoyowie się nie lubili i Tom mógłby zacząć nazywać Alpharda i Abraxasa Romeo i Julią. Problem nie leżał jednak w skłóconych rodzinach, a w czymś dużo trudniejszym do pokonania - społecznej konwencji, która niechętnie patrzyła na niemieszane pary.
- Nie możesz im powiedzieć! - Abraxas nawet nie starał się mówić cicho, zapewne nieświadomy, że tak wiele osób mu się przygląda.
- Miałaś tyle okazji, tyle lat... - Głos Alpharda zdradzał jego znużenie całą tą sprawą. Wyglądał na zmęczonego nieustającą walką. - Dlaczego teraz?
- Dlaczego? - roześmiała się Walburga, odrzucając do tyłu głowę, tak by wszyscy zobaczyli jej jasną szyję. - Bo mogę, Alphardzie! Nikt nie powie mi już, że muszę być wobec was lojalna... Właściwie dlaczego? Bo byliśmy w tym samym domu? Świat to nie szkoła - stwierdziła ze stanowczością, którą znała większość obecnych w pokoju wspólnym uczniów. - Tutaj możesz udawać, że zapewnisz mu to wszystko, co obiecujesz... Ale kto cię zatrudni, kiedy się dowiedzą?
- Ministerstwo... - próbował jej przerwać Alphard, ale nie dała się tak łatwo zbić z tropu:
- Ministerstwo? Chyba żartujesz! - roześmiała się raz jeszcze, jakby naprawdę bawiła ją ta rozmowa. - Nie dostaniesz nawet posady za barem w Dziurawym Kotle... Będziesz dla nich gorszy niż nosiciel smoczej ospy.
W pokoju zrobiło się nagle bardzo cicho. Uczniowie spoglądali to na Walburgę, to na jej brata, czasami zatrzymując też wzrok na dziwnie pochmurnym Abraxasie. Oczywiście ma rację, pomyślał Tom, obserwując cała scenę ze swojej ulubionej kryjówki. Jeśli Alphard miał zamiar naprawdę wyjawić prawdę o sobie i Abraxasie rodzicom, musiał się liczyć z wydziedziczeniem, a nawet czarodzieje musieli z czegoś żyć. I o ile wierzył w możliwości Alpharda, wiedział, że naprawdę poszedłby nawet żebrać, jeśli tylko oznaczałoby to przetrwanie dla niego i jego bratniej duszy, Abraxas... Abraxas był zupełnie inny. Nie śmiał kwestionować jego uczuć względem Blacka, zwyczajnie nie można było tego zrobić - byli bratnimi duszami, to jedno nie podlegało wątpliwościom. A jednak sposób, w jaki Abraxas oceniał to wszystko, jak bardzo nie chciał się przyznać przed rodzicami... Tom od dłuższego czasu podejrzewał, że Abraxas zwyczajnie boi się nie tylko gniewu ojca i rozpaczy matki, ale czegoś dużo bardziej prozaicznego - biedy, która mogłaby go czekać. Czy mógł mieć mu to za złe? Nie umiał ocenić tego, co czuł Abraxas, bo sam nigdy nie miał nic wartościowego, nie mówiąc już o prawdziwym rodowym bogactwie, którym tak często popisywał się Malfoy. A jednak... A jednak czuł się w jakiś sposób lepszy, bo czuł, że on byłby w stanie z tego zrezygnować.
- Powiedz coś - usłyszał głos Alpharda, tak cichy i żałosny, że ledwie słyszalny. Patrzył na Abraxasa wyczekująco, jakby tylko on mógł go powstrzymać przed zrobieniem czegoś okropnego. - Powiedz coś, Abe.
- Nie nazywaj mnie tak - Abraxas odtrącił wyciągniętą dłoń i wstał z fotela, jakby dotyk jego bratniej duszy go parzył. - Nie odzywaj się do mnie w ogóle.
Tom praktycznie usłyszał, jak Ślizgoni obserwujący tę scenę wstrzymują oddech. Takie rzezy... Takich rzeczy się nie mówiło, nie do bratniej duszy i nie takim tonem, zupełnie jakby Abraxas naprawdę nie chciał go znać... Alphard wyglądał na zdruzgotanego, ale szok na jego twarzy szybko zamienił się w odrętwienie graniczące z obojętnością, bardzo podobne do tego, które Tom widział kiedyś na twarzy Alastora Moody'ego.
- Jeśli właśnie tego chcesz - powiedział głucho, patrząc na Abarxasa jak wyrzucony na bruk pies.
- Tego chcę...
- Nie, wcale tego nie chcesz.
Tom poczuł nagle, że wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę jak na komendę. Nie miał pojęcia, dlaczego się w ogóle odezwał - nigdy nie zabierał głosu, jeśli ktoś go wprost nie zapytał, szczególnie na takim forum - ale coś zapanowało na chwilę nad jego głową i myślami i sprawiło, że włączył się do dyskusji, której od tej pory był jedynie świadkiem. Uczniowie rozstąpili się szybko, tworząc coś w rodzaju tunelu między kątem, w którym się chował, a kominkiem, przy którym siedzieli zainteresowani. Walburga patrzyła na niego jak harpia, która nie do końca potrafi sobie przypomnieć, jak się nazywa jej ofiara, Abraxas był wyraźnie wściekły, a Alphard miał nieodgadniony wyraz twarzy.
W co ja się wpakowałem?, pojawiła się w jego głowie przelotna myśl, ale widząc, że wszyscy patrzą na niego wyczekująco, wstał i zrobił kilka kroków w kierunku kominka.
Uspokoił oddech. Cokolwiek go do tego popchnęło, przecież miał rację. Abraxas wcale nie chciał rezygnować z Alpharda. Po prostu... Po prostu bał się zbyt wielu rzeczy, które mogłyby się stać, gdyby z niego nie zrezygnował.
Gdyby tylko powiedzenie tego na głos było tak samo łatwe jak pomyślenie...
- Nie chcesz, żeby cię zostawił - stwierdził w końcu tak stanowczo, jak tylko potrafił. Podejrzewał, że nie brzmiał nawet w połowie tak przekonująco jak Walburga. - I ty nie chcesz go zostawić. To, co was...
- A co ty możesz o tym wiedzieć? - wszedł mu w słowo Abraxas, mijając kanapę, na której rozłożyła się panna Black. Spoglądała na Toma z rozbawieniem, jakby był kurczakiem próbującym walczyć z orłem. Bardzo go to irytowało. - Nie masz ani bratniej duszy, ani niczego innego! Nie masz rodziny, nie masz nazwiska, nic nie masz! Jesteś nikim! Mógłbyś sypiać z Grindelwaldem, a nikogo by to nie obeszło, bo ty zwyczajnie nikogo nie obchodzisz!
- Jesteś nikim, słowa Abraxasa huczały w jego głowie nieznośnym echem i poczuł, że jego dłonie zaciskają się bezwiednie w pięści. Nikt nie miał prawda tak do niego mówić. Nie był nikim.
Już miał to oznajmić, kiedy odezwał się ktoś inny, prawie zapomniany przez obecnych w obliczu napadu złości Abraxasa:
- Tym dla ciebie jestem? - zapytał Alphard, też wstając ze swojego miejsca. Wyglądali teraz jak pionki na jakiejś dziwacznej szachownicy, z Walburgą siedzącą w centrum niczym królowa. - Ty się mnie... wstydzisz. - Ostatnie słowo zostało wypowiedziane tak cicho, że Tom ledwie był je w stanie usłyszeć. Twarz Alpharda wyrażała nieopisany ból. - Wstydzisz się nas, tego, co nas łączy... A ja myślałem... - zakrył usta dłonią, jakby chciał ukryć śmiech i odwrócił się na pięcie, po czym ruszył w kierunku ukrytych drzwi.
Jego ramiona unosiły się, jakby próbował powstrzymać śmiech. Albo płacz.
...
Rhodes... Rhymes... Ribsmourn... Rigwidge...
Westchnął ciężko, odsuwając na bok najstarszy z rejestrów uczniów, jaki udało mu się znaleźć. Nie znalazł żadnego Riddle'a, ani jednego. Czy to znaczyło, że jego ojciec jednak nie był czarodziejem? Nie, to przecież niemożliwe... Niemożliwe, że był z mugolskiej rodziny. Może nazwisko, które nadała mu matka, wcale nie należało do jego ojca? Może ktoś się pomylił?
Kogo próbował oszukać... W rejestrach nie było nazwiska nawet odrobinę zbliżonego do jego własnego. Gdyby wiedział przynajmniej, jak nazywała się jego matka... Nigdy wcześniej specjalnie go to nie interesowało, ale teraz naprawdę chciałby wiedzieć. Napisał nawet list do sierocińca, pytając o to panią Cole - mógł się założyć, że wyglądała bardzo głupio, kiedy dostała przesyłkę akurat od niego - ale w odpowiedzi otrzymał jedynie zdjęcie, które podobno jego matka miała przy sobie, a którego z jakiegoś powodu nigdy wcześniej mu nie pokazano. Nie żeby to coś specjalnie zmieniało... Co prawda poczuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej, kiedy spojrzał na niewyraźną fotografię przedstawiającą parę nowożeńców: jego ojciec wyglądał prawie tak jak on, a patrząc na matkę mógł tylko dziękować, że to po nim odziedziczył wygląd... Ona była... Cóż, nie należała do najpiękniejszych, ale wyglądała na bardzo szczęśliwą. Dlaczego wszystko skończyło się tak, jak się skończyło? Dlaczego ojciec ją porzucił, a ona porzuciła syna? Ze złością otworzył kolejna księgę na chybił trafił, zastanawiając się, jaki trop podjąć teraz. Nazwisko ojca było ślepą uliczką, więc co mu pozostawało?
Spojrzał na środek strony rejestru i jego wzrok trafił na imię: Abraxas. Draco Abraxas Malfoy, urodzony dwunastego listopada tysiąc trzysta pięćdziesiątego piątego roku.
Oczywiście, dlaczego nie wpadł na to wcześniej? Tom po ojcu i Marvolo po dziadku. Czyżby jednak się mylił? Czyżby to jego matka była czarownicą?
Wrócił do poszukiwań z nowymi siłami. Za oknem zaczął padać pierwszy śnieg.
...
- Myślisz, że to dobry pomysł? - spojrzał z powątpiewaniem na Fontannę Szczęśliwego Losu wypełniającą się powoli przygotowanym przez Minervę eliksirem.
- Nic nie będzie gorsze niż ta pantomima - odpowiedziała z przekąsem, zerkając z dezaprobatą na szykujących się za kurtyną aktorów. - Poza tym nie mają tego pić, chyba czytałeś zakończenie.
- A co właściwie wlewasz do środka? Wolałabym, żeby mimo wszystko się nie otruli.
- Prototyp - odpowiedziała prosto, uśmiechając się lekko.
- Prototyp czego?
- Czerwonej Nici.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem, jakby Minerva McGonagall zupełnie oszalała.
- Przecież mówiłaś, że potrzebuje jeszcze co najmniej dwóch tygodni...
- Dlatego mówię, że to prototyp - odpowiedziała, pochylając się nad fontanną i wąchając wydobywające się z błyszczącego jak diamenty eliksiru srebrne opary. - Pachnie malinami. I czymś jeszcze, czujesz?
Pochylił się nad fontanną i od razu zakręciło mu się w głowie. Na Merlina, co ona do tego dodała?, pomyślał gorączkowo, modląc się w duchu, by żaden z aktorów nie pochylił się zbyt nisko w finałowej scenie.
Jak za zawołanie, zupełnie jakby słyszał jego myśli, w zasięgu wzroku pojawił się Lyall Lupin; tuż za nim szli Augusta i Abraxas, gotowy w każdej chwili zająć miejsce Barona Pechowca, gdyby coś stało się Lyallowi. Tom zastanawiał się, jakie katastrofy przewidywał profesor Beery, skoro każdy aktor miał przynajmniej jednego dublera.
Malfoy spojrzał na niego przelotnie, szybko odwracając wzrok. Nie rozmawiali od tego nieszczęsnego wieczoru, kiedy Tom postanowił go skrytykować, a Abraxas uznał za słuszne przypomnieć mu, że jest nikim... Tom nie był zresztą jedyną osobą, której Abraxas unikał - ulatniał się z każdego miejsca, w którym pojawił Alphard, zupełnie jakby przebywanie w jego towarzystwie sprawiało mu fizyczny ból.
- Przećwiczmy to raz jeszcze - zarządziła Augusta, podchodząc do fontanny, a Tom i Minerva śledzili każdy jej ruch ze źle ukrywanym podnieceniem. - Baron Pechowiec podchodzi do źródła i nabiera w dłonie odrobinę wody - zademonstrowała, nabierając zaczarowaną wodę w dłonie; Tom wstrzymał oddech - a potem wypija ją ze smakiem - powiedziała, po czym zanim którekolwiek z nich zdołało zaprotestować, wypiła łyk eliksiru. - Wow, to jest pyszne! - orzekła, patrząc na Minervę z podziwem. - Malinowe! Spróbujcie! - zachęciła resztą aktorów i nim się obejrzeli, większość obsady była pod wpływem nietestowanego na ludziach prototypu.
- Gdyby szczęście miało smak, to byłby właśnie taki - orzekł Lyall, uśmiechając się znad fontanny do twórców eliksiru. Miał tak niemądry wyraz twarzy, że Tom przez krótką chwilę pomyślał, że właśnie tak powinien wyglądać Baron Pechowiec.
- Zaraz zaczynamy! - dobiegł ich z dołu wzgórza głos profesora Beery'ego.
Aktorzy posłusznie - choć nieco chwiejnym krokiem - przemieścili się na scenę. Tom spojrzał na Minervę. Wydawała się tylko odrobinę zaniepokojona, ale być może po prostu jak zawsze świetnie panowała nad emocjami. On sam nie miał pojęcia, co zrobi, jeśli uczniowie zaczną po kolei padać jak muchy... Mogli ich wyrzucić ze szkoły za ten wybryk...
- Dawka Marsa nie jest śmiertelna - stwierdziła spokojnie Minerva, przyglądając się Auguście, która próbowała właśnie zademonstrować Dementii, jak należy prawidłowo zalecać się do Barona Pechowca.
- Dodałaś do tego żelazo? - zapytał z niedowierzaniem, zastanawiając się, co jeszcze przed nim ukryła. - Powinniśmy uwarzyć antidotum, zanim ktoś się zatruje.
- Mam trochę bezoaru w kieszeni. - A więc to dlatego była taka spokojna. Od początku wiedziała, że ktoś się tego napije i była przygotowana... - Szkoda, że nie złapaliśmy żadnej pary, moglibyśmy się dowiedzieć czegoś więcej o działaniu...
Spojrzał na Minervę McGonagall jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Nie tylko to wszystko zaplanowała, ale wręcz wybrała sobie ofiary i obiekty doświadczalne. Wiedziała, jak korzystać z okazji, nawet jeśli było to nie do końca moralne... On nawet nie pomyślał o takim przeprowadzeniu próby. Zanim poróżnił się z Abraxasem, miał zamiar poprosić jego i Alpharda o pomoc... Gryfoni byli najbardziej nieobliczalnymi z ludzi.
Usłyszał krzyk dochodzący z dołu wzgórza - to Abraxas przepychał się z jakiegoś powodu z Lyallem... Ten drugi z kolei wyraźnie próbował go... Nie, to niemożliwe... Czy Lyall próbował się dobrać do Dementii?
Na dole wzgórza aktorzy szykowali się do pierwszej sceny, więc i oni usunęli się spod fontanny, wracając za kulisy. Profesor Kettleburn próbował uspokoić jakoś Wielką Glistę - Tom nie miał pojęcia, czym było to stworzenie, ale wyglądało co najmniej przerażająco - a uczniowie zajmujący się oświetleniem czekali na sygnał Dumbledore'a, by rozjaśnić scenę niczym w wiosenny poranek, tak by przypominała prawdziwe wzgórze.
- Macie coś do picia? - Tom usłyszał gdzieś obok głos Alpharda. - Strasznie tu duszno - wskazał na unoszące się za sceną płonące kule, które miały imitować w finałowej scenie gwiazdy.
- Proszę - Minerva podała mu znikąd flakon pełen błyszczącego płynu i zanim Tom zdołał chociażby mrugnąć, Alphard wypił do dna zawartość fiolki.
- Mmm, smaczne - stwierdził z uśmiechem Black, wracając do swoich świateł i nucąc coś cicho.
- Nie wierzę, że to zrobiłaś - powiedział Tom tak cicho, by nikt inny go nie usłyszał.
- Dla większego dobra - odpowiedziała dziewczyna, chyba nieświadoma tego, że użyła tego samego hasła, którym posługiwał się Gellert Grindelwald. - Zresztą to tylko prototyp, nie jest mocniejszy niż szklanka Ognistej.
Tom nie chciał wiedzieć, skąd Minerva zna smak whisky, nie było zresztą okazji o to zapytać, bo pantomima się zaczęła i oklaski zgromadzonych w Wielkiej Sali widzów zagłuszyłyby każde pytanie. Stanął na umówionej pozycji z Gryfonką, kontrolując wzgórze; Dumbledore ustawił się gdzieś z boku, pomagając im z tak rozanielonym wyrazem twarzy, jakby sam napił się nielegalnego eliksiru. Tom dostrzegł Dementię rozkładającą z rozpaczą ręce - jej cierpiąca Asha chciała dostać się do fontanny, żeby odzyskać zdrowie.
Szli już w czwórkę w górę wzgórza: obrabowana Alteda, którą grała Augusta, chora Asha, piękna, ale nieszczęśliwa Amita i sam Baron Pechowiec. Czarownice namawiały właśnie rycerza, żeby pomógł im w wędrówce. Ze swojego miejsca Tom nie był w stanie dostrzec reakcji widowni, ale zakładał, że jak dotąd nie była zbyt entuzjastyczna. Z jakiegoś powodu Augusta zamiast płakać z rozpaczy po utracie różdżki, wyraźnie próbowała na siebie zwrócić uwagę Barona Pechowca, chociaż to zadanie należało do Walburgii... W pewnej chwili panna Longbottom tak zamaszyście machnęła ręką, że uderzyła Lyalla prosto w twarz. Widownia wybuchnęła śmiechem, być może zakładając, że był to celowy zabieg, jednak Lupin musiał szybko zbiec ze sceny, bo nos krwawił mu jak po groźnym zaklęciu. Trzy czarownice zaimprowizowały z tej okazji scenę sprzeczki - wyglądającą zadziwiająco realistycznie - a profesor Beery z trwogą zawołał za kulisami:
- Abraxas! Abraxas, twoja kolej - po czym nie tłumacząc nic więcej, wypchnął dublera na scenę.
Walburga wydawała się niepocieszona tą zmianą, a sam Abraxas spoglądał ciągle w kierunku kulisów, jakby szukał pomocy, jednak bohaterowie w końcu ponownie podjęli przerwaną wędrówkę.
Pierwsza próba... Tom przypomniał sobie Wielką Glistę profesora Kettleburna i zastanawiał się, czy tym razem obejdzie się bez ofiar w ludziach i kończynach. Wypadek Lyalla zapowiadał raczej, że czeka ich krwawy wieczór.
- Dobrze się czujesz? - usłyszał głos Minervy i dopiero po chwili zorientował się, że nie mówi do niego, tylko do Lyalla.
- Ja... Nie... - mówienie z krwawiącym nosem mogło być trudne, ale Tom nie widział powodu, żeby miało ono w ogóle uniemożliwiać sklecenie prostego zdania. - Trochę kręci mi się w głowie... I te wszystkie... dziewczyny. - Ostatnie słowo zabrzmiało tak, jakby Lyall po raz pierwszy spotkał jakiekolwiek przedstawicielki płci pięknej. - Jakoś nigdy wcześniej nie zauważyłem, że są takie... zachwycające - westchnął, patrząc na Minervę z rozmarzonym uśmiechem. - Ty też bardzo ładnie dzisiaj wyglądasz, Nerv, a twoje oczy... są zielone jak żabi skrzek.
Tom nie mógł powstrzymać śmiechu, słysząc tę uwagę i widząc zszokowaną - i nieco rozgniewaną - minę Gryfonki. Żabi skrzek... Tom wątpił, żeby ktokolwiek chciał usłyszeć taki komplement. Moment... Przecież czarodzieje nie prawili sobie takich komplementów - znał je tylko z tych kilku książek, które przeczytał kiedyś w sierocińcu... Oczy jak gwiazdy, głos jak śpiew słowika, w Howarcie nikt tak nie mówił.
Spojrzał na Minervę i wiedział, że ona też zrozumiała już, co spowodowało dziwaczne zachowanie Lyalla.
Ich eliksir nie umacniał połączenia między bratnimi duszami, tylko je znosił.
- Musimy to jakoś... - chciał ją ostrzec, ale właśnie w tej chwili na scenę wkroczyła Wielka Glista i wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę.
- Efekty są odwracalne, przecież nie znieśliśmy tak po prostu Zaklęcia Dusza - szepnęła do niego Minerva, przesuwając wzgórze nieco w dół, tak by widzom ukazała się poczwara pragnąca zapłaty o smaku smutku. - Powinno im przejść przed końcem przedstawienia.
Tom miał nadzieję, że ma rację. Kątem oka zobaczył, że Alphard opuścił swoje stanowisko przy gwiazdach i zerkał na scenę zza kurtyny. Czy on też stracił zainteresowanie Abraxasem? Coś w jego wygłodniałym spojrzeniu mówiło Tomowi, że wręcz przeciwnie.
Nagle gdzieś za wzgórzem, tak że nie był w stanie dostrzec, co się dzieje, zaczęło się jakieś zamieszanie. Ktoś - chyba Walburga - krzyczał z przerażeniem, ktoś inny śmiał się jak szaleniec, coś trzasnęło, huknęło i wybuchło, tak że wzgórze zachwiało się w posadach, a po jego drugiej stronie zapanował absolutny chaos...
- Abraxas! - krzyknął Alphard, rzucając się na scenę, z której zbiegły właśnie trzy nieszczęsne czarownice; Walburga miała twarz czarną od sadzy, a warkocz Augusty płonął; Dementia ledwie była w stanie utrzymać się na nogach... Tom podbiegł do niej szybko i chwycił ją, zanim upadła. Chociaż wyglądała na przerażoną, spojrzała na niego jakby był jakimś chodzącym cudem i westchnęła cicho, rumieniąc się:
- Twoje włosy są jak skrzydła kruka, Tom - i zanim zdążył cokolwiek zrobić, wyciągnęła dłoń, żeby go dotknąć.
Wzdrygnął się; dawno nie czuł się tak niekomfortowo. Nikt go nie dotykał, a już na pewno nie jakieś obce, znarkotyzowane dziewczyny. Poszukał spojrzeniem Minervy, chcą wezwać ją na pomoc, ale dziewczyna gdzieś zniknęła, najwyraźniej próbując opanować pożar, który z jakiegoś powodu wybuchnął na scenie. Wokół w popłochu biegali goście, nauczyciele i uczniowie; głowa profesora Beery'ego zaczęła rosnąć do nienaturalnych rozmiarów, a profesor Kettleburn próbował ugasić swoją płonącą szatę. W powietrzu unosił się mdlący odór płonącego ciała...
Spojrzał z niepokojem w kierunku sceny. Czy coś stało się Abraxasowi? Nie wracał tak długo... Przekazał omdlewającą Dementię Cygnusowi, chwilowo odwracając jego uwagę od obrażonej Walburgii i wyciągając z kieszeni różdżkę pobiegł na scenę.
Wielka Sala była właśnie świadkiem katastrofy - płomienie pięły się po wzgórzu i wyżej, ku rozpiętym nad nim kotarom służącym za kurtynę. Widzowie w popłochu opuszczali pomieszczenie, przewracając się jeden o drugiego i krzycząc jak opętani. Coś huknęło tuż za nim i ledwie uskoczył przed spadającą ze szczyty wzgórza Fontanną Szczęśliwego Losu... Doprawdy, bardzo szczęśliwy był ich los... Dostrzegł w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała fontanna, uciekającą szybko z miejsca zbrodni Minervę; najwyraźniej chciała usunąć ślady ich działalności... Musiał przyznać, że było to bardzo mądre z jej strony... Tylko czy to ich eliksir doprowadził do tych dantejskich scen? Rozejrzał się po pozostałościach scenografii... Ktoś pociągnął go za rękaw i zobaczył, że mija go właśnie profesor Dippet, mówiąc ze złością do Slughorna:
- ... nigdy więcej! Żadnych pantomim! A już na pewno nie z udziałem tego wariata!
- Chyba nie powiększył tego popiołka specjalnie - próbował go uspokoić Slughorn, ale Tom nie usłyszał dalszej części zdania, bo nauczyciele zniknęli w tłumie uciekających gości.
Popiołek... Czy Kettleburn naprawdę użył jako Wielkiej Glisty powiększonego popiołka? Byłoby to skrajnie nieodpowiedzialne, ale czy ktokolwiek spodziewał się jeszcze po nauczycielu opieki nad magicznymi stworzeniami odpowiedzialności? Zamknięcie popiołka w czterech ścianach musiało się skończyć, no cóż, wybuchem.
- Widziałeś Abraxasa i Alpharda? - Minerva stała już przy nim, strzepując z szaty resztki popiołu i poprawiając kok. - Jeśli są w takim stanie jak reszta, będzie trzeba ich stąd wyciągnąć siłą.
W chaosie płomieni wirujących dookoła fragmentów wzgórza i tłumu gości trudno było stwierdzić cokolwiek z pewnością, ale Tom ruszył pewnie przed siebie, próbując dostrzec charakterystyczną jasną głowę Malfoya. Że też akurat on musiał go ratować... On, taki nikt. Miał zamiar wykorzystać to przeciwko Abraxasowi przy najbliższej okazji.
- Tam są! - wskazała Minerva gdzieś w płomienie i po chwili on też dostrzegł majaczące niewyraźnie postacie.
Ciasno objęte postacie.
- Alphard? - odezwał się ktoś za plecami Toma z niedowierzaniem.
- Abraxas? - dodał ktoś inny dużo bardziej zszokowanym tonem.
Pan Malfoy i pan Black, którzy przybyli na pantomimę w celach towarzysko-rozrywkowych, jednocześnie stwierdzili, że nie tego typu rozrywki się spodziewali.
…
Sprzątnięcie Wielkiej Sali po zajściach tamtego wieczoru zajęło prawie tydzień, w czasie którego uczniowie jadali posiłki w pokojach wspólnych. Przynajmniej ci z nich, którzy nie wylądowali w skrzydle szpitalnym z objawami zatrucia... Pani Pollingtonious nie potrafiła stwierdzić, co właściwie je spowodowało, ale ponieważ głównymi ofiarami zostali aktorzy, uznano zgodnie, że musiał to być skutek eksplozji wnętrzności popiołka. Profesor Kettleburn został po raz kolejny zawieszony i nic nie wskazywało na to, by dyrektor Dippet miał zamiar szybko pozwolić mu wrócić do pracy; wyczyn z popiołkiem przerósł nawet wypuszczenie z klatki młodego smoka walijskiego, co miało miejsce siedem lat wcześniej - zwierzę przez prawie miesiąc grasowało po błoniach, dopóki nie unieruchomiła go brygada poskramiaczy pod komendą samego Newta Scamandera.
Pantomima pozostawiła też ślady, które nie sposób było zakryć czy usunąć. Chociaż tak bardzo tego nie chcieli, Alphard i Abraxas zostali ujawnieni, w dodatku dość nieoczekiwanie i bez odpowiednio przygotowane gruntu. Pan Malfoy musiał być szybko odeskortowany do szpitala św. Munga, bo dostał ataku apopleksji, a pan Black był w takim szoku, że nie odezwał się do nikogo, dopóki nie wypił pół butelki Ognistej Whisky. Walburga przez cały następny dzień chodziła po szkole z wysoko podniesioną głową, dopóki nie zorientowała się, że ludzie patrzą na nią jakby sama była trędowata. Nie przewidziała, że niechęć wobec jej brata rozciągnie się też na nią.
Tom próbował porozmawiać z Alphardem, choć się za to nienawidził - musiał poznać skutki użycia eliksiru, jeśli sam chciał go spróbować. Nie do końca rozumiał, dlaczego na wszystkich poza Alphardem i Abraxasem zadziałał on tak dziwnie, jakby rozluźniał opory moralne, ale nie tę część skutków ubocznych chciał zgłębić. Musiał wiedzieć, co czuł Alphard.
Oczywiście nie przyznał się przed nim, że to pyszna woda, którą podała mu Minerva wywołała katastrofę. Czuł się w pewien sposób odpowiedzialny za jego nieszczęście, a nie lubił odpowiedzialności. Poza tym ustalili z Minervą, że nie zdradzą nikomu, co było prawdziwą przyczyną zatrucia uczniów tego nieszczęsnego wieczoru...
Jednak Alphard nie chciał z nim rozmawiać. Nie chciał rozmawiać z nikim. Matka zabrała Abraxasa ze szkoły na resztę przerwy świątecznej i od tego czasu nie miał od niego żądnej wiadomości. Snuł się po zamku jak duch, jak ktoś, kogo opuściło życie.
Tak jak w przypadku Moody'ego, pomogła dopiero cierpliwość - po prawie tygodniu włóczenia się pustymi korytarzami, Alphard sam do niego przyszedł. Siedział znów w bibliotece, w tym samym miejscu, w którym rozmawiał z Moodym i wtedy, kiedy Alphard wypytywał go o Soulstatine.
- To koniec - oznajmił Black, siadając na ławce i opierając się o półkę pełną książek. Podciągnął kolana pod brodę, zupełnie jakby miało go to w jakiś sposób ochronić. - Nie pozwolą mu wrócić.
- Zwariowałeś - odpowiedział, nie odrywając wzroku od książki; był właśnie w trakcie szukania jakiegokolwiek Marvolo w historii Hogwartu. - Przecież musi skończyć szkołę.
- Będą woleli, żeby jej nie skończył, jeśli tylko będzie to oznaczało niespotykanie się ze mną - nie dał się przekonać Alphard, smętnie zwieszając głowę. Coś w jego smutku sprawiało Tomowi ból. Był współodpowiedzialny. - Wtedy, w czasie sztuki... Przez chwilę byłem pewien, że to wszystko dobrze się skończy.
Tom uniósł pióro znad kartki, przerywając na chwilę czytanie. Tamten wieczór... Nie musiał nawet pytać, żeby dostać odpowiedź.
- Nie wiem, co było w tym popiołku, ale działało jak jakiś narkotyk - stwierdził Alphard, wyglądając przez okno; tym razem nad boiskiem unosiły się zielone smugi drużyny Ślizgonów; Alphard opuścił kolejny trening. - Miałem wrażenie, że... Że to wszystko, co do niego czuję... Jest inne, bardziej... Wiem, że to brzmi głupio, ale wydawało mi się bardziej szalone. Jakbym nie miał nic do powiedzenia... Nie, żebym normalnie miał coś do powiedzenia, przecież połączenie jest prawie nierozerwalne - wzruszył ramionami, jakby nie do końca wiedział jak to wszystko wyjaśnić. - Po prostu nie przejmowałem się w tamtej chwili żadnymi konsekwencjami, a on... Po raz pierwszy czułem, ze naprawdę poszedłby za mną na drugi koniec świata, jeśli tylko moglibyśmy być razem.
Tom nic nie odpowiedział, słysząc tę historię; nie wyglądało zresztą na to, że Alphard chciał jakiegoś komentarza. Patrzył nadal przez okno, ale wzrok miał tak zamglony, jakby nic nie widział.
Eliksir naprawdę zrywa połączenia, nawet jeśli tylko na jakiś czas, uświadomił sobie z przerażeniem Tom, myśląc, jaki chaos mogłoby wprowadzić jego rozpowszechnienie. Musiał jak najszybciej porozmawiać z Minervą o tym odkryciu. A Alphard... Alphard najzwyczajniej w świecie naprawdę kochał Malfoya.
...
- Musimy przeprowadzić kolejne testy - orzekła Minerva, rozlewając do flakoników małe porcje eliksiru.
Siedzieli na podłodze łazienki na drugim piętrze, niedaleko klasy zaklęć. Z jakiegoś powodu zawsze była nieczynna, a rury często odmawiały posłuszeństwa i woda zalewała grubą warstwą podłogę. Miejsce było wprost idealne do ważenia nielegalnych specyfików.
- Zmieniłam trochę skład - kontynuowała dziewczyna, nie zwracając uwagi na niezadowoloną minę towarzysza zbrodni. - Po przeliczeniu dawek mam prawie całkowitą pewność, że tym razem nie pojawią się tak... niespodziewane skutki uboczne... Zamieniłam miętę z macierzanką, jest mniej aromatyczna...
- Można wiedzieć, na kim masz zamiar eksperymentować tym razem? - zapytał w końcu rozeźlonym tonem, patrząc jak Minerva chowa fiolki do torby na książki. - Poprzednim razem mieliśmy aż za dużo szczęścia.
Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem, jakby był ostatnią osobą, po której spodziewałaby się oporów moralnych. Jej brwi wygięły się w komiczny łuk.
- Chcesz nawiązać połączenie czy nie? - zapytała, wstając z podłogi i wygładzając szkolną szatę. - Możemy tylko próbować, jeśli chcemy, żeby coś z tego wyszło.
Westchnął. Oczywiście miała rację. Tylko bardziej go to irytowało. To on powinien przewodzić temu eksperymentowi, ale po wszystkim, co spotkało Alpharda i Abraxasa miał pewne wątpliwości. Jeśli przypadkiem zerwaliby czyjeś połączenie na zawsze... Gdyby w jakiś sposób doszło do skażenia tym eliksirem... Wybiegał myślami bardzo daleko do przodu, zupełnie zapominając, że są jedynie dwójką piątoklasistów próbujących rozszyfrować skład ministerialnych leków. Jak dotąd niezbyt udanie - chociaż sklasyfikowali większość składników i byli w stanie odwrócić lub zmodyfikować ich działanie, coś nadal pozostało niewyjaśnione i podejrzewał, że właśnie brak tego składnika nie pozwalał im prawidłowo zmodyfikować Soulstatine. Obeszli ten problem inaczej - do nowej porcji eliksiru wykorzystali wyekstrahowaną Soulstatine, oczyszczoną ze znanych im składników. To, co zostało, musiało być brakującym elementem.
- Możesz sam spróbować, jeśli tak bardzo nie podoba ci się pomysł dolania komuś eliksiru do soku dyniowego - rzuciła na odchodne Minerva, podając mu samotny flakonik. Tym razem eliksir nie był przejrzysty i błyszczący, ale lekki i parujący. Mieli problem z utrzymaniem go w kociołku.
Jak zawsze Minerva wiedziała, co robi. Wiedziała, że wypróbuje eliksir na sobie.
