Trudny rozdział do napisania, ale wreszcie się udało. Wiem, że tempo mam straszne, ale staram się. Betowała Pearlady, której strasznie dziękuję za pomoc. Dziękuję też za wszystkie komentarze. ;)

Rozdział 6

Jestem krawędzią

Hermiona przeklęła się za to, że kiedykolwiek uznała za słuszne pokazać swojej ocalałej przyjaciółce jego drugą twarz.

– To jest mój sąsiad, Maggie – odparła, szybko odwracając się w kierunku zszokowanej czarownicy. – Nie zrobi nic ani tobie, ani mnie.

Wyciągnęła przed siebie dłonie, chcąc powstrzymać kobietę przed czymś pochopnym i fatalnym w skutkach.

– Co? – wydusiła z siebie Tonks, teraz bez reszty sparaliżowana strachem i zdezorientowana niedorzecznym opanowaniem przyjaciółki. – Hermiono… – wyrwało jej się.

Niedobrze.

– Hermiono? – zapytał Riddle, wpatrując się z coraz większym zainteresowaniem w obie kobiety.

Bardzo niedobrze. Wieżyczka z klocuszków zaczyna się chwiać. Niewielki powiew wiatru i wszystko się posypie.

– Mówiłam ci, byś tak do mnie nie mówiła. Ja z tym skończyłam.

Następnie Hermiona zawahała się, jakby zdała sobie sprawę, że jej uwaga była nieadekwatna do sytuacji, co stanowiło element podjętej gry. Spuściła wzrok i chcąc naprawić swój błąd, zbliżyła się do kobiety i objęła ją ramionami, w głębi ducha dziękując Bogu za to, że pierwszą reakcją Tonks nie było wyciągnięcie różdżki, a osłupienie. Zdezorientowana Dora poddała się jej działaniom i odwzajemniła uścisk. Jej wzrok nie oderwał się jednak od Riddle'a, który odwdzięczał się jej pięknym za nadobne i wpatrywał się w nią dość bezwstydnie, lekko mrużąc oczy.

– Wszystko będzie dobrze – mruknęła Hermiona, całkowicie skupiona na swoich działaniach i otoczeniu. Mogła to jeszcze uratować. Musiała to uratować, więc nie było miejsca na żadne potknięcia. – Przepraszam, że zapomniałam o naszym spotkaniu. Ostatnio mam wiele na głowie. Wiem, że to mnie wcale nie usprawiedliwia. Na Boga, nie wiedziałam, że jest tak źle. Tak się trzęsiesz. Przepraszam.

Uścisnęła ją mocniej.

– Najlepiej będzie, jeśli na spokojnie porozmawiamy o wszystkim u mnie. Dobrze? – zaproponowała, starając się brzmieć spokojnie.

Hermiona przez sekundę zastanawiała się, czy może to zrobić, aż stwierdziła, że tak, nikt przecież nie ma tak dobrego słuchu, nawet były Czarny Pan.

Pogładziła Tonks po policzku, po czym pochyliła się do jej ucha.

– Graj, proszę cię, graj razem ze mną, Doro – szepnęła cicho.

– W porządku – odpowiedziała Tonks, nie będąc w stanie wydusić się z siebie nic więcej. Hermiona powoli zaczynała być zirytowana jej zachowaniem. Ona już nad sobą zapanowała…

– Mamo? – usłyszała z ławki głos Tony'ego. – Czy to jest ciocia Maggie?

Hermiona oderwała się od Nimfadory i spojrzała na synka, zaskoczona jego pytaniem. Nigdy nie wspominała mu o żadnej cioci Maggie. Może i mógłby ją pamiętać, ale nie pod tym imieniem.

To jest jakieś szaleństwo.

– Tak, i ciocia Maggie ma kłopoty. Mamusia będzie musiała jej pomóc.

Odwróciła się do Riddle'a. Wciąż stał za nią niemal bez ruchu, z jedną dłonią owiniętą wokół papierowej torby z zakupami, z drugą wciśniętą do kieszeni spodni. Nie krył zainteresowania tym, co się przed nim rozgrywało. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie. Żądały wyjaśnień, a jednocześnie z jego postawy i wyrazu twarzy można było wywnioskować, że nie dał się na nic nabrać, a właściwie świetnie wiedział, co się przed nim rozgrywa.

Zirytowało ją to. Nie przestraszyło, a zirytowało.

– Proszę mi wybaczyć – zaczęła. – Będę musiała zająć się… tym wszystkim.

Była zupełnie świadoma, że jej pośpieszna wymówka mogła nie być dość dobra, że wszystko mogło posypać się w każdej chwili, ale na razie dawała radę. Wiedziała, że nie popełniła jeszcze nieodwołalnego błędu, że on o niczym nie wie.

– Rozumiem, oczywiście. Może mógłbym w jakikolwiek sposób pomóc pani w tej sytuacji?

Zmrużyła lekko oczy. Nie, nie sądziła, by mógł jej w jakikolwiek sposób pomóc.

– Może innym razem – odparła szorstko. – Wpadnę do pana wieczorem, muszę o czymś z panem porozmawiać, jeśli to nie problem. – Nie czekając na odpowiedź, zwróciła się z powrotem do małego i Tonks. – Tony, skarbie! No chodź, idziemy!

– Nie odzywaj się, aż dojdziemy do mojego mieszkania – mruknęła do Tonks. Na szczęście Tony, który wydawał się jednocześnie zbity z tropu, jak i zaciekawiony tym, co się działo, bez słowa złapał ją za rękę i pozwolił się prowadzić.

Może to była kwestia jej rozbudzonej wyobraźni, ale przez całą drogę czuła za sobą jego ostry wzrok. Pomijając katastrofę, której uniknęła, nie mogła powstrzymać myśli, że wynikła z tego okropnie niezręczna sytuacja, z której prędzej czy później będzie musiała się jakoś wytłumaczyć. Pewnie podążał za nimi, Bóg wie co sobie myśląc. Od kiedy ruszyli, nie odważyła się jednak obejrzeć za siebie i czuła, jakby szła na skazanie. Wydawało jej się, że każdy stawiany przez nią krok wcale jej od niczego nie oddala, a wręcz przeciwnie, do czegoś przybliża.

Świat ciągle chwiał się przed jej oczami i z trudem przychodziło jej pamiętanie o tym, że nie musi się bać. Nie musiała. Tylko jak miała w to uwierzyć? Brak strachu byłby niewłaściwy… zły.

W ciągu tej krótkiej drogi do mieszkania Hermiony Tonks zdawała się powoli wychodzić z szoku. Patrzyła na nią spod zmarszczonych brwi i wyraźnie walczyła z sobą, by nie zasypać jej lawiną pytań. W dodatku przebierała z nogi na nogi, nie wiedząc co ze sobą począć.

W Hermionie rosła irytacja. Uniosła błagalnie wzrok ku zachmurzonemu niebu, które szybko zastąpił sufit hallu budynku, w którym mieszkała.

– Nie wierzę w to – powiedziała Tonks, kiedy zasunęły się za nimi drzwi windy. – I nic nie rozumiem. Czy ty mnie okłamałaś?

– Możesz wytrzymać jeszcze chwilę?

– Nie bardzo.

Pośpiesznie otworzyła drzwi mieszkania. Wciąż nie patrząc na Tonks, zaczęła pomagać Tony'emu się rozebrać, mimo że sam świetnie by sobie poradził. Tonks w międzyczasie weszła do salonu. Rzuciła płaszcz na kanapę i usiadła. Hermiona obejrzała się w jej kierunku. Wiedziała, że kobiecie kończy się cierpliwość, ale jednocześnie spojrzała na nią spode łba, zirytowana. Powinna być pełna zrozumienia dla jej zachowania, sama co rusz wpadała w jakąś panikę, ale w tej chwili nie potrafiła się na nie zdobyć. Tonks niemal ją wydała, Hermiona mogła stracić cała swoją wiarygodność. Może to się już stało, nie zdążyła jeszcze pomyśleć o tym na chłodno, wspomnieć i przeanalizować każdego wypowiedzianego słowa.

– Kochanie, idź się pobawić do swojego pokoju. Muszę porozmawiać z ciocią Maggie.

– Mamo, chce mi się pić.

– Przyniosę ci coś.

Hermiona szybko nalała małemu soku i, kiedy wróciła, zniecierpliwiona Tonks z powrotem była na nogach i kręciła się nerwowo po salonie.

– Więc? Co się dzieje, do jasnej cholery? Bo, naprawdę… Zaraz eksploduje mi mózg. To, co widziałam, nie miało sensu. No i boję się, Granger. Jak cholera. Wiem, kogo widziałam i kto dość zimno mierzył mnie wzrokiem jeszcze dziesięć minut temu.

Hermiona odetchnęła głęboko, zatrzymując się kilka kroków od Tonks.

– Nawet nie wiem, od czego zacząć.

– Od czegokolwiek, tylko zacznij gadać. Czy ty naprawdę nie potrafisz dostrzec, w jakim ja jestem stanie? Widzisz moje ręce?

No tak, trzęsły się. Hermiona spuściła wzrok i spojrzała na swoje własne, niewzruszone dłonie. To było niemal nie do pomyślenia. Dopiero co była w takim samym stanie, co Tonks, a teraz obmyślała wszystko na chłodno. Wiedząc, że nie ma czasu zastanawiać się nad swoim nagłym, całkowitym opanowaniem, zajęła jeden z foteli i wpatrzyła się w Tonks, która stanęła za kanapą i zacisnęła dłonie na jej oparciu.

– Znalazł mnie, Doro. Nie wiem, skąd masz te informacje, skąd sama wiedziałaś, gdzie mnie szukać, ale to prawda. Lord Voldemort mnie znalazł, jednak… to ja wygrałam. I zrobiłam, co mogłam. On niczego nie pamięta, nie wie, kim jest. Ale to nie wszystko – spojrzała na tępo patrzącą na nią Tonks. – On nie jest już czarodziejem. Zabrałam mu jego magię.

Tonks milczała przez chwilę. Hermiona widziała, jak ciężko przychodzi jej ogarnięcie tego wszystkiego. Kobieta otworzyła i zamknęła usta. Dwa razy.

– Zabrałaś mu… To niemożliwe – powiedziała wreszcie Tonks, decydując się jednak zająć miejsce na kanapie. – Nie mogło ci się udać coś takiego. Jeśli cię znalazł…

Pokręciła głową.

– Jak ja mam w to uwierzyć, Granger?

– Posłuchaj mnie. Sama nie mogłam w to uwierzyć, ale poraziłam go dość paskudnym zaklęciem, które zadziałało, a potem zaczęłam robić pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy… To było tu. W moim salonie leżał nieprzytomny Czarny Pan z tą swoją… twarzą

Pochyliła się, chowając twarz w dłoniach. Kiedy wreszcie miała okazję, by o tym komuś powiedzieć, gdy zaczęła mówić, poczuła pewną nieadekwatność. To nie było coś, o czym można by komukolwiek powiedzieć. Tonks nie była osobą, która mogłaby zrozumieć. Tak naprawdę nigdy nie były przyjaciółkami, choć Hermiona chciała, by tak było; i to, co przeżyły, wcale tego nie zmieniło. Były zbyt różne. Z trudem sobie ufały.

Do oczu napłynęły jej łzy. Wiedziała, że są jej potrzebne, więc zjawiły się, by zamaskować prawdziwą przyczynę jej trudności i niechęci zdradzania szczegółów.

Postanowiła jednak kontynuować. Właściwie musiała to zrobić.

Tonks milczała, zupełnie. Na szczęście znalazła w sobie na tyle wyczucia, by poczekać, aż Hermiona zacznie znowu mówić.

Hermiona uniosła wzrok i, patrząc na czarownicę chłodniej niż przedtem, wróciła do swojej opowieści.

– Zaciągnęłam go do sypialni. Tony już spał, ale dla pewności wyciszyłam jego pokój. Wcześniej rzuciłam na Riddle'a zwykłą Drętwotę i związałam go wyczarowanymi linami. Byłam w szoku, ale, nie zastanawiając się wiele, zaczęłam działać. Wiesz dobrze, że umiem pracować pod presją. Dopiero później, kiedy już to wszystko zrobiłam, zaczęłam wertować książki, chcąc upewnić się, że te klątwy działają dokładnie tak, jak zapamiętałam. Pierwsza miała pozbawić go magii, sama mi o niej powiedziałaś, druga – pamięci…

Tonks ostrożnie zrobiła krok do przodu.

– Hermiono… nie można odebrać czarodziejowi jego mocy. Dziecku, w którym dopiero się ona budzi, owszem, można, ponieważ ma jej niewiele i to rozproszonej, przez co to zaklęcie mogłoby znaleźć tu zastosowanie, ale Czarnemu Panu…? Odebrać magię Czarnemu Panu? To niemożliwe. – Pokręciła niespokojnie głową. – On był potężny. Nie wydobyłabyś i nie pomieściłabyś tego w sobie.

Hermiona spojrzała na nią twardo.

– Ale pomieściłam. Był pusty. Jest pusty. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

– Nawet, jeśli jakimś sposobem…. Zaraz, to stąd te bóle, o których mi mówiłaś! Dlatego boli cię nieużywanie magii. Masz jej w sobie więcej, niż ktokolwiek kiedykolwiek powinien.

Tonks pokręciła głową. Z trudem docierało do niej to wszystko. Hermiona czekała na wszystkie jej słowa z tego jakąś chorą ciekawością. Od tego, jak będzie ułoży się cała ta rozmowa, zależało bardzo wiele. Musiała być ostrożna… Musiała dobrze to rozegrać.

– Ale dlaczego go nie zabiłaś? Dlaczego tego nie zrobiłaś, Hermiono? Trzeba było załatwić go przeklętą Avadą!

– Jego śmierć niczego by nie rozwiązała.

– Żartujesz? Wybacz, ale myślę, że jednak by rozwiązała!

– Doro. To jest moja… nie, właściwie to jest nasza szansa na wyrównanie rachunków. Mogę sprawić, że pozna życie ludzi, którymi tak gardził, że stanie się jednym z nich i…

– On niczego nie pamięta.

– Ale to może się jeszcze zmienić! Jego pamięć może wrócić i wróci, po czasie, kiedy jego magia nigdy się z nim na powrót nie połączy. Musiałabym chcieć mu ją zwrócić, a to nigdy nie nastąpi. Dlatego właśnie to jest zemsta idealna. Możemy mu odpłacić za to, co zrobił, odbierając mu wszystko, co było dla niego ważne, a jednocześnie…

– Tylko tobie mogłoby przyjść do głowy coś takiego!

– …będzie żył jak Mugol, jak jeden z tych, którymi tak pogardzał, a kiedy uznam, że naprawdę już żyje tym swoim nowym, mugolskim życiem… przywrócę mu pamięć. Pomyśl, czym to dla niego będzie.

Tonks znów zaniemówiła na chwilę. Najwyraźniej musiała to przetrawić. To, co słyszała, wstrząsało nią w jakiś sposób. Wreszcie potrząsnęła głową w niedowierzaniu.

– I co potem? – Hermiona zamrugała i nie zdążyła odpowiedzieć, nim Tonks kontynuowała. – Zawsze wiedziałam, że musi w tobie siedzieć coś takiego, że ta bardzo moralna, broniąca skrzatów domowych Hermiona Granger to tylko jedna strona medalu. Gdzie on jest? – zapytała dużo bardziej stanowczo.

– Za ścianą, zapewne. Mieszka pod numerem siedemnastym.

– Mieszka obok?

– Tak. Po tym, jak stracił pamięć i przypadkiem znalazłam go nieprzytomnego w parku, trafił do ośrodka, gdzie przebywają ofiary amnezji. Dostał pieniądze od jakiejś fundacji i teraz jestem jego opiekunką, tak jakby, jakkolwiek niedorzecznie to brzmi. Wynajął mieszkanie obok parę dni temu. Nic nie mogłam na to poradzić.

– Wybacz, ale to wszystko przyprawia mnie o lekki zawrót głowy…

Znów usiadła na kanapie i przejechała dłonią po krótkich włosach.

– Mam na myśli to, że są widocznie rzeczy silniejsze niż pamięć – powiedziała zupełnie spokojnie Hermiona. Nie patrzyła na Tonks, mówiąc; jej głos był cichy i równy.

– I to powinno cię martwić. Choć nie powinno cię to martwić, ponieważ jego nie powinno tu być, ponieważ powinien być martwy.

– To mnie udało się go pokonać, więc to mnie przypadło podjąć tę decyzję.

– Nie masz prawa decydować…

– A kto ma prawo decydować o czymś takim, Tonks? Kto?

Tonks pokręciła głową. Hermiona miała nadzieję, że jej własny spokój i opanowanie uspokaja też rozmówczynię, ale to się nie działo, wcale. Tonks świrowała.

– Ale czy naprawdę uważasz, że stracił pamięć? Bo mnie się wydaje, że dość naiwnie, jak na Hermionę Granger, pozwoliłaś mu się zwieść i, Merlin wie kiedy i jak, on postanowi ci to uświadomić.

Hermiona drgnęła i zawahała się, nim odpowiedziała.

– To absolutnie niemożliwe. Po tym, jak pozbawiłam go pamięci, zanurzyłam się w jego umyśle, dla pewności. Nic w nim nie było. Wszystko, co miało zniknąć, zniknęło.

– Mógł coś zrobić. Był mistrzem Oklumencji, prawda? Może w jakiś sposób zdołał ochronić swój umysł.

– Nie zdołał. Pamiętaj, najpierw odebrałam mu jego magię, a do Oklumencji potrzebna jest magia. On niczego nie pamięta, Doro.

– Nie wiesz, jak na mnie patrzył! Jakby wiedział o wszystkim. Stał tam i wpatrywał się we mnie, nawet nie mrugnąwszy i przewiercając mnie wzrokiem na wylot.

– Ponieważ on tak patrzy na ludzi. Posłuchaj, odebrałam mu jego pamięć, ale jej brak nie sprawił, że przestał być Tomem Riddle. Uwierz, nawet bez magii i pamięci jest kimś co najmniej nieprzyjemnym, a na pewno przyprawiającym o dreszcze.

– I właśnie w związku z tym zamierzasz być jego sąsiadką? Chodzić z nim na zakupy i Merlin wie, co jeszcze? Wybacz, Hermiono, nie potrafię tego zrozumieć, nie mieści mi się w głowie. Dlatego zjawiłaś się u mnie wczoraj?

– Tak. Myślałam, że ci o tym powiem. Nie dałam rady… a może zaskoczył mój zdrowy rozsądek. Słusznie przewidywałam, że twoja reakcja nie będzie pożądana, że będziesz chciała mi przeszkodzić. Nie tylko nie mogłam pozwolić sobie na wyjawienie ci czegokolwiek – rozmawiając z tobą zdałam sobie sprawę, że nie mogłam do tego w żadnym razie dopuścić. Wiedziałam, że będziesz robić problemy.

Tonks odetchnęła, a potem spojrzała na Hermionę inaczej niż wcześniej, trochę jakby nie do końca ją poznawała. Jakby nie miała już zamiaru jej słuchać, bo usłyszała wystarczająco wiele. A może zwyczajnie coś w niej dojrzała. Coś obcego.

Wiedziała bowiem, że czegokolwiek nie powie, nie zmieni jej zdania w omawianej kwestii. Możliwe, że w żadnej innej też nie. Drobna, ciemnowłosa Hermiona, na którą do tej pory nikt nie zwróciłby uwagi na ulicy, teraz miała w sobie coś, co mogłoby w rozmówcy wywoływać wrażenie, że ta kobieta nie może się mylić. To było coś mrocznego.

Hermiona poderwała się z fotela właściwie w tej samej chwili, kiedy Tonks zaczęła się rozmywać. Aportacja mogłaby się udać, ponieważ Hermiona nigdy nie umieściła na swoim mieszkaniu barier przeciwaportacyjnych. Ich istnienie nie uszłoby uwadze Ministerstwa. Ucieczka nie udała się jednak, ponieważ Hermiona rzuciła zaklęcie, które w dość bolesny sposób zatrzymało Tonks w miejscu.

– Nie skończyłyśmy jeszcze rozmawiać.

– Myślę, że jednak skończyłyśmy. Puść mnie.

– Przykro mi, Doro, ale nie opuścisz tego mieszkania, dopóki nie będę miała pewności, że nie zrobisz czegoś… niewłaściwego.

Hermiona stała teraz nad nią i serce jej się łamało na samą myśl, do czego doprowadziła ją ta sytuacja. Ale nie mogła pozwolić, by nierozważne, emocjonalne działania Tonks doprowadziły do katastrofy. Musiała zapewnić bezpieczeństwo im wszystkim. A to wiązało się z przedsięwzięciem pewnych środków.

– Nie możesz tego robić. Nie widzisz, że posuwasz się za daleko?

– Uważasz tak, ponieważ ty podjęłabyś zupełnie inną decyzję.

– Owszem, podjęłabym inną decyzję, myśląc nie tylko o własnym bezpieczeństwie, ale o bezpieczeństwie mojego dziecka… gdyby żyło. Bo co z Tonym, Granger? Naprawdę chcesz narażać go na kontakt z tym... tym potworem?

– Oczywiście, że nie. Ograniczę ten kontakt do minimum.

– A co ja widziałam?

– To się więcej nie powtórzy – odparła ze złością Hermiona.

– Naprawdę nie wiem, Granger, co chorego urodziło się w twojej głowie, w tobie. W mieszkaniu obok, być może nawet w tej chwili, znajduje się człowiek odpowiedzialny za śmierć mojego dziecka, męża i prawie wszystkich, których kochałam, potwór, którego powinna spotkać śmierć nie dlatego, że to jest odpowiednia kara za to, co zrobił. Powinien zginąć, by ten świat nie musiał znosić jego ohydnej obecności. W żadnym razie nie zasługuje na to, co mu dałaś, na tę szansę, nawet jeśli ty nazywasz ją zemstą idealną. Mnie nie oszukasz. Musisz to skończyć, Hermiono. To, co zrobiłaś, jest…

– Nie waż się mnie osądzać.

– A czego się spodziewasz? Uważasz, że kiwnę teraz głową, powiem: w porządku, całkiem słusznie postąpiłaś, i wrócę do swojego życia? To się nie stanie.

– Dlatego właśnie nie chciałam, byś się dowiedziała. Nie, może chciałam, przez chwilę, ale to była tylko przejściowa chęć wygadania się. Wiedziałam, że nie mogę ci tego powiedzieć. Kto by nie protestował? To niebezpieczne, pewnie. Ale nie dla mnie. Wiem, że mogę to zrobić. O ile tylko nikt nie będzie się wtrącać, o ile zachowam tajemnicę. Teraz jest to dla mnie jaśniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

– A co z tobą, Granger? Pomijając Tony'ego, który znajdzie się w pobliżu swojego przerażającego ojca. Jak możesz robić to samej sobie? Jak możesz patrzeć w tę twarz? Na Merlina, on… on cię wtedy zgwałcił… Hermiono. I ty to przeżyłaś, musisz żyć z tym wszystkim…

Hermiona zamknęła oczy. Było jej trudno o tym słyszeć.

– Moje uczucia… nie mają żadnego znaczenia. Wybacz mi te słowa, ale być może twoje też nie mają.

– Co masz na myśli?

– Może i nie miałam prawa tego robić, ale to mi się przytrafiło i, jak mówiłam już wcześniej, to ja pokonałam go przy pomocy swojej różdżki i musiałam COŚ zrobić. Więc coś zrobiłam, odebrałam mu jego dotychczasowe życie, magię, i – powiedz mi, czy jest wiele więcej osób, które miałyby prawo to zrobić? To zresztą nie ma znaczenia. Zrozumiałam już dawno, że świat nie działa tak, jak bym chciała. Przy podejmowaniu decyzji tej wagi można się tylko starać, żeby były jak najbardziej trafne, słuszne i tak dalej. Nigdy nie przewidzisz do końca, gdzie zaprowadzi cię to, co postanowiłaś. Jak ustaliłyśmy ostatnio, żadna z nas nie ma w sobie nic z Trelawney, prawda? – Zaśmiała się gorzko i potrząsnęła głową. – Wiem, co zrobiłam, wiem, że w pewnym sensie mogłam sobie na to pozwolić i wiem, że mogę doprowadzić to do końca. Moje uczucia i strach nie mają znaczenia, ponieważ najważniejszy jest cel, który sobie wyznaczyłam.

– Którym jest podobno zemsta doskonała, ale ta zemsta przyniesie satysfakcję tylko i wyłącznie tobie. Jesteś ostatnią osobą, którą kiedyś bym posądziła o takie samodzielne wymierzanie sprawiedliwości. Zrozum, jego śmierć mogłaby zakończyć sprawę, ta cała szamotanina mogłaby się skończyć.

– On ma teraz nowe imię i nazwisko, jest kimś, kto stracił pamięć i istnieje w mugolskim świecie. Nie może zniknąć.

– To jest twoja wymówka? – zapytała z niedowierzaniem Tonks. – A ja myślałam, że może nie chcesz go zabić dlatego, że jesteś tą Hermioną, która brzydzi się przemocą, złem, która nie potrafi robić takich rzeczy.

– Jestem tą Hermioną, ale… jednocześnie nie jestem. Nie wiem. Może gdzieś kiedyś się jakoś myliliście.

– Nie zaprzeczysz więc, że prowadzisz tu chory, nieodpowiedzialny eksperyment? I to na sobie, na swoim dziecku!

– Na Merlina, ta dyskusja chyba zmierza donikąd.

– I bardzo boję się tego, co to dla ciebie i dla mnie znaczy.

Hermiona pokręciła głową. Od jakiegoś czasu nie miała już ochoty niczego jej więcej tłumaczyć. Ciągnęła tę rozmowę mimo woli, zmierzając do rozwiązania, którego nie była zbyt pewna, choć czuła je już w kościach.

Znów musiała podjąć decyzję i modlić się, by była jak najbardziej słuszna.

– Nie musisz się mnie obawiać, Doro – odparła łagodnie. – Nie mogłabym cię skrzywdzić.

Jednocześnie magia Hermiony, nieco na przekór jej własnym słowom, dosłownie przygwoździła Tonks do podłogi.

– Nie mogę oddychać. Wypuść mnie.

– Problem polega na tym, że nie mogę tego zrobić. Jak się dowiedziałaś, gdzie mnie szukać?

Tonks z trudem wciągnęła powietrze.

– Skończ z tym, proszę.

– Musisz mi odpowiedzieć, Doro. Powiedz mi, od kogo wiesz o tym, gdzie mieszkam. Czy to była ta osoba, dzięki której wiesz, co się dzieje w Ministerstwie? Jeśli tak, to musiałby być ktoś stojący blisko Czarnego Pana. Ktoś…

– To był Draco Malfoy.

Hermiona zamrugała, zszokowana. Wiedziała, że dzięki wpływom swojego ojca Draco mógłby przynajmniej pozornie daleko zajść, ale… naprawdę, Draco Malfoy?

Uwolniła Tonks spod siebie, nie mając wcale zamiaru puszczać jej pewnych rzeczy płazem, mogła jednak przynajmniej przez chwilę poudawać zaskoczoną i zaciekawioną, a więc i mniej groźną. Postanowiła więc wywołać w Tonks wrażenie, że ta rozmowa może zakończyć się inaczej, niż utratą czyjejś pamięci.

– Opowiadaj.

~o~o~o~

Wdech, wydech. Wszystko było dobrze. Wciąż miała go w garści. Po załatwieniu sprawy z Tonks i uspokojeniu się przy Tonym (jej synek miał na nią zbawienny wpływ), czuła się nieco pewniej. Tak, o dziwo – i mimo że ogrom spraw, które wymagały załatwienia czy przemyślenia, wciąż ją nieco przytłaczał.

Ale po kolei.

Zapukała do jego drzwi, a zaraz potem nacisnęła klamkę. I słusznie, drzwi były otwarte. Weszła do pogrążonego w ciemności mieszkania, w którym unosił się dym papierosowy.

No ładnie, ON pali.

Nie wiedziała, czy ma zacząć się śmiać. Choć właściwie pasowało mu to do image'u. Za to do nieumierania nigdy przenigdy wcale. Co też brak pamięci robi z ludźmi…

Stał przy otwartym oknie, odwrócony do niej plecami.

– Kryzys zażegnany? – zapytał.

Zaciągnął się jeszcze raz i wyrzucił niedopałek za okno.

– Zdecydowanie.

Odwrócił się.

– Może ma pan ochotę porozmawiać gdzie indziej? To miejsce…

– Ale ja mogę zapalić światło – rzucił rozbawiony.

– Tak?

– Lepiej mi się myśli po ciemku… Ale co dokładnie miała pani na myśli?

– Bar, jakiś alkohol. Pija pan? Bo widzę, że pan pali.

Spojrzał na porzucaną na parapecie paczkę papierosów i wzruszył ramionami.

– Kto wie. Być może, choć moje płuca nie wydają się być do nich przyzwyczajone. A pani pije?

– Mnie alkohol prawie się nie zdarza.

– Więc to jakaś wyjątkowa okoliczność.

– Powiedzmy, że taka fanaberia.

– Ach, fanaberia. – Przez chwilę wydawało jej się, że uśmiechnął się do siebie, jakby mu się coś przypomniało, jakby uśmiechnął się do jakiegoś wspomnienia.

– Poza tym miałam ciężki dzień. A pan co dzisiaj robił?

– Sam nie wiem. Próbowałem różnych rzeczy.

– W jakim sensie?

– Mam na myśli jedzenie. Niektóre smaki… są zupełnie zaskakujące. I to, że są aż tak zaskakujące, też mnie w jakiś sposób zadziwia. Mały został z pani znajomą? – zapytał uprzejmie.

– Zostawiłam Tony'ego z sąsiadką. Dla pewności. Tak naprawdę mogłabym zostawiać go na całą noc. Ale pana to pewnie nie interesuje. Więc co, idziemy?

– Pod jednym warunkiem. – Uniosła pytająco brwi. – Nie, właściwie pod dwoma.

No, co znowu?

Spojrzał w bok i na jego twarz o mały włos, a wkradłby się uśmiech.

– Po pierwsze, zaczniesz mówić mi po imieniu, Anne. Po drugie, przestaniesz udawać.

Hermiona próbowała nie zaniemówić. Ciężko się z nim rozmawiało, takie to było syzyfowe. Tyle daremnego mozołu. W końcu i tak sprowadzał rozmowę na nieodpowiedni tor.

– Co ma pan na myśli?

– Tom, mów mi Tom.

Założyła ręce na siebie.

– Czy to takie trudne?

– Nie, wcale. Może odrobinę krępujące.

– Dlaczego?

– Wybaczy pan, ale nie pasuje do pana to imię, jest pospolite – wymamrotała, nagle szczerząc się w związku z tym, że mogła mu coś takiego bezkarnie powiedzieć. – Podobnie zresztą rzecz ma się z nazwiskiem.

Kiedy odpowiadała, zaczął oklepywać swoje kieszenie. Jej odpowiedź najwyraźniej nie była istotna. Zgarnął przy okazji paczkę papierosów z parapetu.

– Ach, no jak chcesz, Anne. Wezmę kurtkę.

Wyszli w chłodną, majową noc. Niewielki wiatr niósł ze sobą przyjemny zapach rozkwitłych ostatnio drzew. Hermiona odetchnęła głęboko. Powinna być zmęczona po tym dniu, absolutne wyczerpanie byłoby najbardziej na miejscu, a ona była tak napompowana energią, że lada chwila mogłaby odlecieć lub jednym susem wskoczyć na drzewo.

Czuła, że w jakimś sensie to była przede wszystkim jego zasługa. Mimo że naprawdę wolałaby mu niczego nie zawdzięczać.

W drodze do baru właściwie nie rozmawiali, ale ta cisza nie była krepująca. On palił i rozglądał się po nowej okolicy, pochłonięty własnymi myślami. Była mu za to wdzięczna, jako że dopiero teraz miała czas, by zastanowić się nad tym, co nie tyle chce mu powiedzieć, ale co jest w stanie mu powiedzieć. Jego obecność tuż obok wcale jej tego nie utrudniała, wręcz przeciwnie, łatwiej było jej wyczuć, co będzie w stanie z siebie wydobyć, a co nie przejdzie jej przez gardło.

Dwie przecznice dalej zanurzyli się w dymie i gwarze.

Przekroczywszy próg baru, spojrzeli na siebie, jakby chcąc się upewnić, czy na pewno mieli to na myśli. Uniósł brwi, ona przytaknęła, i poszli znaleźć sobie miejsca.

– Myślał pan już, co będzie robił po tym, jak fundacja przestanie panu dawać pieniądze? – zapytała przy drugim piwie, do którego dobrnęli prawie nie przerywając ciszy – i wciąż nie było w niej nic krępującego.

– Mówiłem, byś mówiła mi po imieniu, Anne.

– Przepraszam, nie mogę się przyzwyczaić. Tom. Tom, Tom, Tom. Więc?

– Nie myślałem o tym, nie wiem, czy w tym momencie miałoby to jakikolwiek sens, na razie pochłaniają mnie inne rzeczy. Zauważyłaś, że minęły dopiero trzy tygodnie? – zapytał, nie kryjąc irytacji.

– Przepraszam, nie wiem, nie mogę sobie tego wyobrazić.

– Pomogę ci. Gdybyś zamknęła oczy i wyobraziła sobie siebie samą, zanurzoną w mglistej szarzyźnie – w pustce właściwie – bo nawet ta szarzyzna jest wynikiem potrzeby wyobrażenia sobie czegokolwiek przedtem, i gdyby ta pustka nie pozostawiałaby ci nic poza przelotnymi, ledwo uchwytnymi wrażeniami tego, że coś jednak wiesz na swój temat, na temat czegokolwiek, że coś wcześniej istniało, że… jesteś człowiekiem, bo jak można być człowiekiem, w swoich ubraniach – są twoje, bez wątpienia – i z pewną, nawet rozległą, wiedzą, skoro nie ma nic przed otwarciem oczu (wcześniej jest koniec wszechświata); można by pomyśleć, że jesteś humanoidem z wczytanymi danymi, które same w sobie nie mają pochodzenia; gdybyś więc wyobraziła sobie tę pustkę, brak zaczepienia dla wszystkiego, o czym myślisz, co czujesz, całe to odczłowieczenie – bo jednak coś każe mi podejrzewać, że ludzie być może są warci tyle, ile ich doświadczenia, to, co z nich wynieśli – to może byłabyś blisko.

Zapomniała o oddychaniu?

– Z chęcią rzuciłbym się w wir pracy, zaczął dążyć do praktycznych celów, ale wpierw muszę wypełnić się tymi doświadczeniami, w które zaopatrzony jest każdy człowiek, które jednak potrzebne są do normalnego funkcjonowania – powiedział prosto.

– Rozumiem... I nie wiem, czy to wszystko w takim razie nie czyni cię krańcowo odmiennym ode mnie. Możliwe, że moje obecne cele zupełnie przesłoniły mi wszystko inne.

– To tylko obecny stan rzeczy. I mam swoje cele, Anne, ale nie mogę zabrać się za to wszystko bez jakiegokolwiek rozeznania, dlaczego postanowiłem, co postanowiłem, dlaczego chcę i pragnę, czego chcę i pragnę.

Przytaknęła spokojnie.

– Czego chcesz?

Nie odpowiedział, ale, patrząc jej w oczy, nieco spuścił wzrok.

– Czego chcesz ode mnie, Tom? O czym mi nie mówisz?

– O tym chciałaś ze mną porozmawiać, prawda? Uważasz, że gdybym miał jakieś ukryte motywy, zdradziłbym ci je, gdybyś mnie o nie zapytała? – zapytał nieco przekornie.

– Masz ukryte motywy. Chcę ci tylko uświadomić, że to…

– Nie zabronię ci widzieć rzeczy, który nie ma, droga sąsiadko, jednak nie mam zamiaru dyskutować z twoimi wizjami.

Och, to było ostre. I czy to nie był właśnie jej argument?

– To ze mną nie zadziała – odpowiedziała, kręcąc głową. – Nie podoba mi się to, że wydaje ci się, że możesz rozmawiać ze mną w ten sposób, Tom. Chcę, byś powiedział, czego ode mnie chcesz. – Spojrzał na nią zupełnie inaczej. Musiał spostrzec, że pewną część ich rozmowy mają już za sobą. – Jeśli tego nie zrobisz, zniknę i nie będziesz miał już żadnej szansy na cokolwiek – dodała poważnie.

Miał dość mętny wzrok, mimo że to było dopiero drugie piwo. Możliwe, że nigdy nie pił alkoholu. Mogła to sobie wyobrazić.

Odstawił kufel piwa i pochylił się w jej stronę, wciąż nie odpowiadając. Wydawał się formułować w myślach słowa, które najpierw musiał przetrawić alkohol.

I nagle atmosfera, która przez pewien czas nie miała nic wspólnego z napięciem, ot, rozmowa dwojga znajomych przy piwie, zmieniła się dość radykalnie.

– Co, jeśli… – zaczął, nie spuszczając z niej wzroku, którym szukał czegoś na jej twarzy. Jego dłoń zacisnęła się na oparciu krzesła, na którym siedziała. – To twoja wiedza o moich zamiarach mogłaby być przyczyną twojej ucieczki. – Poczuła na swojej szyi jego ciepły oddech.

– Nie ma człowieka na tym świecie, przed którym musiałabym uciekać, nie ma człowieka, którego musiałabym się bać ze względu na jego zamiary – oświadczyła.

– Naprawdę, Anne?

– Już nie.

– W takim razie spójrz na mnie. – Wskazał dłońmi na siebie, od góry do dołu i z powrotem. – Nikt nie ma pełnej kontroli nad swoim życiem. Nikt nie powinien być na tyle arogancki, by śmieć wypowiadać takie słowa, a ty nie powinnaś być na tyle głupia.

Zamrugała.

– Chcesz mnie przestraszyć?

– Czyli to twoim zdaniem chcę zrobić – przestraszyć cię.

– Nie tylko. Chcesz mnie do czegoś sprowokować, prawda?

– Do czego mógłbym chcieć cię sprowokować?

– Nie wiem, do czego, w tym sęk. Nie wiem, o co ci, człowieku, chodzi, co roi się w twojej głowie, co widzisz w moich działaniach, czego się we mnie dopatrujesz. Nie mam pojęcia.

Jego twarz przecinał teraz szeroki, ale pusty uśmiech, uśmiech wydmuszka.

– I to ja jestem paranoiczny – zakpił.

– Ktoś, kto niczego nie pamięta, nie powinien być ani tak natarczywy, ani podejrzliwy. To nienaturalne – powiedziała, wciąż starając się brzmieć spokojnie. Alkohol właściwie nieco ułatwiał jej sprawę.

– Ktoś, kto niczego o mnie nie wie, nie powinien reagować na mnie tak, jakby wiedział o mnie wszystko.

– Widzi pan rzeczy, których nie ma, ale niech mi pan powie, co dokładnie ma pan na myśli.

Spojrzała na niego oczekująco.

– Tom – przypomniał jej. – I proszę bardzo. Widzę w tobie wiedzę, która nie kończy się na mojej osobie. Wiesz, kim jestem, Anne. Widać to w twoim oczach i w twoim zachowaniu. Widzę też siłę i pewność siebie, których nie przyćmią żadne prawdziwe czy pozorowane ataki paniki. Nie muszę czegokolwiek pamiętać, by być w stanie dostrzec, że nie jesteś tylko tą, która mnie znalazła.

W czasie, gdy mówił, otworzyła usta, by zaprzeczyć, ale nie zrobiła tego. Nie powstrzymała drżenia, które wywołało coś dziwacznie przypominającego ekscytację. Coś się w niej zachwiało, przeskoczyło, przez chwilę nie mogła złapać tchu. Nie, nie pamiętał, nie mógł pamiętać. Był tylko przerażająco spostrzegawczy i dociekliwy, ale na próżno. Nie mógłby się domyślić. Mógł sobie widzieć w niej, co chciał. Ona mogła za to zaśmiać mu się w twarz. Zamiast tego uśmiechnęła się serdecznie i przekręciła w jego stronę na stołku.

– Masz rację, masz co do mnie absolutną rację, i co w związku z tym wszystkim, Thomasie Granger?

Założyła ręce na siebie, uśmiech nie spełznął z jej twarzy. W odpowiedzi wstał z barowego stołka, więc uniosła wzrok, nie ruszając się z miejsca.

– Nie jesteś głupia – powiedział łagodnie, ignorując jej pytanie.

Odwrócił wbity w nią wzrok i rozejrzał się przelotnie po ludziach, a potem znów skierował na nią całą swoją uwagę.

– Ale mylisz się, myśląc, że jestem osobą, której można bezkarnie śmiać się w twarz – wysyczał cicho.

Podniosła się spokojnie i położyła dłoń na jego piersi. Zerknął w dół, ale nie zrobił nic poza pytającym uniesieniem brwi.

– Thomasie, gdybym chciała pozbawić życia każdą z zebranych tu osób, mogłabym to zrobić bez trudu. Nikt by mnie nie powstrzymał.

Pochylił się ku niej, rozbawiony. Na jego twarzy znów malował się jakiś obłąkańczy uśmiech.

– Słyszysz chociaż, jak to brzmi? I co dokładnie chcesz przez to powiedzieć, Anne? Że to ty jesteś niebezpiecznym psychopatą? Z twojego zachowania wnioskowałem, że jednak ja.

– Chciałam ci powiedzieć tylko tyle, że ja również nie należę do osób, którym można śmiać się w twarz, a co więcej, z pewnością nie należę do osób…

– Wybacz, nie kupuję tego.

– Najwyraźniej masz niewielkie problemy z odróżnieniem zwidów od prawdy. Jestem śmiertelnie poważna.

– A ja myślę, że w moim niedowierzaniu nie ma nic dziwnego. I, no spójrz, cała się trzęsiesz. – Jeszcze się nie trzęsła, ale jego słowa podniosły jej temperaturę. – Ledwo nad sobą panujesz, w związku z czym może lepiej byłoby przenieść się z tą krwawą rzezią gdzie indziej, co?

– Masz rację, jeśli myślisz o zakończeniu tej rozmowy w tym miejscu.

– Nie to sugerowałem, wolałbym jedynie pozbyć się świadków.

– Nie, ja nie mam zamiaru tego kontynuować, nie dziś.

Odwróciła się do wyjścia, chcąc odejść, ale złapał ją za ramię. Zamarła, po czym odwróciła się powoli w jego kierunku i spojrzała na niego morderczo. Odpowiadał jej właściwie tym samym. Uścisk na jej ramieniu był żelazny.

– Puść mnie albo złamię ci rękę.

Nic nie zrobił. Nie przestał wpatrywać się gniewnie, a jednocześnie wyzywająco. Chciał ją wyprowadzić z równowagi, sprowokować do czegoś, i nie ukrywał tego.

Uścisk był bolesny. Co więcej, jego dotyk wydawał się wprawiać w ruch odebraną mu i mieszczącą się w niej teraz magię, podjudzać ją do czegoś.

Wpatrzyła się w niego. Chciał jej coś powiedzieć.

– Twoje odkrycie mnie, nieprzytomnego na ławce, wykracza poza wszelkie prawdopodobieństwo. To nie mogłaś po prostu być ty.

– Jeśli mnie zaraz nie puścisz…

– To co, zabijesz mnie?

Puścił ją, wciąż się uśmiechając.

– Miałoby to po tym wszystkim jakikolwiek sens, Anne?

Spoliczkowała go, mocno – to był odruch – po czym odwróciła się na pięcie i wyszła, zostawiając go w tyle z powoli czerwieniejącym policzkiem i z wyrazem twarzy niebezpiecznie przypominającym zwycięstwo.