Krzesło cichutko skrzypnęło, gdy Arthur ciężko na nim usiadł. Spojrzał na wyświetlacz trzymanej w ręku komórki, sprawdzając czas. Miał jeszcze kilka godzin. Dobrze.
Przeczesał palcami włosy i jego wzrok padł na blat stołu, gdzie leżał otwarty list. Obwieszczał on w kilku prostych słowach, że jako personifikacja nie jest już potrzebny.
Młody człowiek, który rano dostarczył przesyłkę Anglii, mówił z silnym brytyjskim akcentem, rumieniąc się i unikając wzroku Arthura. Być może nawet nie wiedział, że kiedykolwiek przyjdzie mu przekazywać takie wieści personifikacji własnego kraju.
- Zapewnimy panu dwadzieścia cztery godziny na uporządkowanie swoich spraw – recytował z pamięci, na początku lekko się zacinając, potem szybciej i pewniej. – Prosimy jednak, by po tym czasie dobrowolnie stawił się pan pod wskazany w liście adres, gdzie…
- A co, jeśli się nie stawię?
Zaskoczony pytaniem chłopak na chwilę urwał. Poczerwieniał jeszcze mocniej, niż dotychczas i spuścił wzrok.
- Chcemy uniknąć nieprzyjemności – odpowiedział w końcu. Poderwał głowę i spojrzał hardo na Arthura. – Bardzo proszę, niech pan nie robi kłopotu sobie i nam. To trudne dla obydwu stron.
„To po co to robicie?", chciał zapytać Anglia, ale dobrze znał odpowiedź, wielokrotnie powtarzaną formułkę o międzynarodowym bezpieczeństwie i przywracaniu normalnego życia ludziom, na których nałożono zbyt ciężki obowiązek bycia państwem. Ten drugi argument był ostatnio coraz chętniej wykorzystywany zarówno przez rządy, jak i przez media, które w ten sposób starały się wyciszyć społeczną burzę, jaką spowodowały liczne przecieki informacji. „Przecież to nie tak, że chcieliśmy być personifikacjami lub ktoś kazał nam nimi być. Po prostu tacy jesteśmy".
Teraz przyglądał się kartce kredowego papieru, lśniącej na blacie w nikłym wieczornym świetle. Czym była dla takich jak on: wyrokiem, obowiązkiem czy łaską? Czym była dla niego?
Dano mu kilka godzin i dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo było to okrutne. Mógł uciec i tym samym potwierdzić, że personifikacje nie są już posłuszne swoim rządom, a co za tym idzie, są niebezpieczne i konieczne jest ich usunięcie. Mógł też zostać, oddać się w ręce Wyzwolonych i pokazać innym, że nie ma się czego bać. Wypełnić swój ostatni obowiązek wobec własnego narodu i swoich przyjaciół.
Uśmiechnął się krzywo. Tak, mimo swojego trudnego charakteru udało mu się znaleźć przyjaciół, choć w życiu by się do tego nie przyznał cholernemu Żabojadowi czy temu pomylonemu idiocie z kompleksem bohatera. Nie przyznałby się nikomu.
- Szkoda – powiedział głośno, nie spuszczając wzroku z listu. – Że nie będę ich pamiętać.
- Z dniem dzisiejszym Włochy Południowe, Lovino Vargas, przejmuje obowiązki związane z reprezentowaniem Włoch Północnych do czasu, aż ich dotychczasowa personifikacja, Feliciano Vargas nie odzyska zdrowia.
Lovino ledwo słuchał długiej tyrady szefa, który w obecności członków rządu powoli odczytywał rozporządzenie o oficjalnym przekazaniu obowiązków personifikacji. Romano nigdy nie spodziewałby się, że sprawa choroby jego brata zostanie rozwiązana w ten sposób.
Odkąd Wyzwoleni zaczęli otwarcie przyznawać się do swojej działalności, rządy niektórych państw zdecydowały się na „dodatkowe środki ostrożności" względem własnych personifikacji. Państwa były dyskretnie obserwowane, by nie wdały się w sprawę zbiegłych Prus i Polski oraz by nie naraziły się na kontakt z dziwną chorobą, dotykającą jedynie personifikacje. Taka ochrona nie ominęła również braci Vargas, a Feliciano oczywiście musiał palnąć coś na temat swojego znamienia i przez to zaalarmował cały rząd.
- Będziemy starać się mu pomóc – zapewniał jeden z wysoko postawionych urzędników państwowych, uśmiechając się pobłażliwie do Lovina tuż po skończonym spotkaniu, na którym ogłoszono przejęcie obowiązków personifikacji przez Romano. – Zrobimy wszystko, żeby wyzdrowiał, ale w tej chwili nie możemy narażać innych państw na kontakt z chorobą, dlatego musisz przejąć część jego pracy.
Lovino pokiwał tylko głową w odpowiedzi, w duchu jednak obiecywał sobie, że da z siebie wszystko. W końcu ma szansę udowodnić swoją wartość.
W szatni przy wyjściu okazało się, że swój płaszcz zostawił w sali, w której odbywało się spotkanie. Zły na siebie za to, że musi się wracać, wszedł na salę i przeszukał ją wzrokiem w poszukiwaniu płaszcza. Wypatrzył go na oparciu krzesła, stojącego na drugim końcu pomieszczenia.
Idąc z powrotem z nieszczęsnym płaszczem w ręce, usłyszał zza uchylonych drzwi rozmowę, na którą nie zwróciłby nawet uwagi, gdyby nie usłyszał swojego imienia. Przyczaił się pod drzwiami.
- Jest pan pewien, że to odpowiednia decyzja? – padło pytanie. Romano rozpoznał głos jednego z ministrów. – Wszyscy wiedzą, że Włochy Południowe nie jest zbyt utalentowaną personifikacją. Z kolei jego brat…
- Zdaję sobie z tego sprawę – odpowiedział drugi głos, ponad wszelką wątpliwość należący do szefa. – Feliciano Vargas jest o wiele zręczniejszy i można na nim bardziej polegać, niż na jego bracie. To wielkie nieszczęście, że akurat on musiał zachorować.
Płaszcz z cichym szelestem wysunął się z dłoni Lovina i opadł na podłogę. „Co takiego?".
- Utrzymanie dwóch personifikacji przez jedno państwo mija się z celem – ciągnął szef. – Gdyby to ode mnie zależało, obowiązki przedstawicielstwa Włoch prawdopodobnie przejąłby Feliciano. Ale ta choroba…
- Właściwie to rozwiązała ona sprawę – odpowiedział po namyśle minister. – I tak jeden z braci miał trafić do Wyzwolonych, więc niewielka to różnica. Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby był to Lovino, ale nie mamy na to wielkiego wpływu. A jeżeli będzie uciążliwy, zawsze możemy…
- To są już plany na odległą przyszłość. A w sprawie tego referendum, o którym pan mówił wcześniej…
Głosy oddaliły się, ale Lovino wciąż stał przy niedomkniętych drzwiach sali. Wszystko, w co jeszcze do niedawna wierzył, właśnie się zawaliło.
Feliciano zawsze był od niego lepszy i zdolniejszy, a sam Lovino nie nadawał się do niczego. Nawet teraz, gdy w końcu otrzymał szansę, żeby się wykazać, wszyscy woleli jego brata. Dlaczego to zawsze musi być Feliciano?
Wzburzony niemal wybiegł z budynku, zapominając o porzuconym płaszczu. Zimne powietrze uderzyło go w twarz, jednak nie ochłodziło rozgrzanej skóry. Popatrzył ze złością na rządowy budynek.
Jeszcze im pokaże, na co go stać. Pokaże im, że nie jest gorszy od Feliciano.
Wieczorem, po długim przeszukiwaniu sieci, odnalazł numer do Wyzwolonych. Gdy w końcu udało mu się połączyć, nie przedstawiając się rzucił do słuchawki.
- Czy potraficie wyleczyć chorobę personifikacji?
Ameryka siedział na podłodze z rękoma związanymi na plecach, mierzony z góry przez dwie pary oczu: Chiny rzucał mu wściekłe spojrzenia, a od stojącego obok niego Japonii, choć sam wydawał się być jak zwykle opanowanym, dało się wyczuć rozczarowanie i urazę. Alfred poruszył się niespokojnie, a cienki sznurek, którym Yao go związał, wpił się boleśnie w nadgarstki.
- Całe szczęście, że akurat do ciebie wpadłem – zwrócił się do Hondy Wang. – Nie sądziłem, że ten drań tak łatwo ucieknie Wyzwolonym.
Japonia wyglądał na przygnębionego. Nie patrzył w oczy Alfreda.
- Spodziewałem się ataku – powiedział w końcu. – Ale nigdy nie myślałem, że zrobi to Ameryka.
- Ile razy mam wam powtarzać – powiedział Alfred, popatrując to na jednego ze stojących nad nim mężczyzn, to na drugiego. – Nie miałem zamiaru atakować Japonii. Przyszedłem, żeby go uratować.
- Kłamiesz – rzucił Chiny. – Jesteś podejrzany o zabójstwo Ukrainy. Na Japonię też miałeś przygotowany papier, a teraz zwiałeś z aresztu i pojawiłeś się tutaj. Łatwo się domyślić, po co. Myślisz, że ktokolwiek ci uwierzy?
Alfred zgrzytnął zębami.
- Nie podpisywałem żadnego papieru – powiedział ze złością. Czuł, jak sznurek coraz mocniej ociera skórę. – A przynajmniej nie pamiętam, bym cokolwiek takiego robił. Przecież wiecie, że nie kłamię!
Spojrzał błagalnie na Japonię, mając wrażenie, że tylko on może mu uwierzyć. Kiku zagryzł wargi.
- Dlaczego przyszedłeś akurat do mnie? – zapytał.
Ameryka zastanawiał się przez chwilę. Jak to się stało, że trafił do Japonii?
Gdy kilka godzin wcześniej Kuba pomagał mu w ucieczce z aresztu, powiedział Alfredowi, że ma on zadanie do wykonania.
- Nie wiemy, jak to się stało, że na tych listach jest twój podpis – mówił, kiedy paląc cygaro, wyjeżdżał swoim autem z nieużywanego garażu niedaleko domu Alfreda. – Co najlepsze w tej historii, ty też tego nie wiesz. I choć nie bardzo wierzę w twoją niewinność, Matt uważa, że tylko ty możesz wyjaśnić całą sprawę.
- Kto tak myśli?
Kuba zacisnął wargi i nagle ostro zjechał na pobocze. Alfred, który nie miał zapiętych pasów, mocno uderzył się barkiem w drzwi.
- Hej, co ty wyprawiasz? – krzyknął, gdy samochód się zatrzymał. – Chcesz mnie za…
Olbrzymia pięść Kuby rąbnęła go prosto w twarz. Ameryka stęknął, chwytając się za rozbity nos, z którego zaczęła płynąć krew.
- Za co to?! – wrzasnął.
- Za to, że znowu o nim zapomniałeś.
- O kim?
Kuba zamierzył się ponownie, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Rozluźnił palce i położył je na kierownicy.
- Matthew Williams – wycedził przez zęby, nie patrząc na Alfreda. – Kanada, twój brat. Człowiek, który teraz siedzi za ciebie w areszcie. Wszystko po to, żebyś ty mógł uciec i opanować to całe szaleństwo.
Ameryka obejmował dłonią puchnący nos, próbując odnaleźć jakiś związek, obraz, cokolwiek w swojej pamięci, co potwierdzałoby słowa Kuby. Nie znalazł jednak nic takiego. Czy ten niezwykle podobny do niego mężczyzna, który pojawił się u niego w domu, by go uratować, naprawdę był jego bratem? Dlaczego go nie pamięta?
- Co… mam zrobić? – zapytał z trudem przez rozbity nos. Kuba nie odpowiedział od razu, jakby oczekiwał od niego innych słów.
- Na obciążających cię listach były nazwiska kilku krajów, które jakiś czas temu zniknęły – odezwał się w końcu, dochodząc do wniosku, że najwyraźniej Alfred odłożył sprawę Kanady na później. Z powrotem włączył się do ruchu. – Wszystkie zostały zaatakowane przez ludzi działających pod przykrywką amerykańskiej kliniki. Uratowaliśmy część z nich, ale było nas zbyt mało, by udało nam się to ze wszystkimi…
Alfred myślał intensywnie, próbując zignorować nasilający się ból głowy i nosa.
- Ci ludzie działali pod przykrywką kliniki… - zaczął w końcu. – Kim są naprawdę?
- Jeszcze się nie domyśliłeś?
Ameryka gwałtownie wciągnął powietrze. Pulsujący ból twarzy nasilił się.
- Wyzwoleni! – sapnął.
- Tak – odpowiedział Kuba. Po chwili dodał. – Jedynym krajem z listy przeznaczonych do eksperymentu kliniki, który jeszcze nie został zaatakowany, jest Japonia. Atak najprawdopodobniej nastąpi już wkrótce, więc…
- Musimy go uratować! – krzyknął Ameryka i znowu syknął z bólu. Kuba naprawdę miał niezłą krzepę, skoro tak go załatwił.
- Nie! – powiedział ostro Kuba, wyprzedzając jakiś wlokący się przed nimi pojazd. – To doskonała okazja, żeby zinfiltrować Wyzwolonych i to właśnie będzie twoim zadaniem. O Japonię się nie martw, wyprowadzę go z domu zanim dojdzie do ataku. Ty masz tylko dać się porwać, a oni z chęcią cię wezmą zamiast niego.
- Ale…
- Jak myślisz, dlaczego zostałeś wrobiony w zabójstwo i aresztowany? Wyzwoleni są bardzo ostrożni, ale to oczywiste, że jesteś ich kolejnym celem. Tak przynajmniej twierdzi Matt…
Alfred przez chwilę znów czuł się zdezorientowany tym imieniem, o którym wiedział, że powinno coś dla niego znaczyć, a nie znaczyło nic. W końcu zdecydował się zapytać.
- Dlaczego go nie pamiętam?
Kuba posłał mu szybkie spojrzenie, po czym ponownie zwrócił wzrok na jezdnię.
- Nie wiem – odpowiedział niechętnie. – Nikt go nie pamięta. Ja poznałem go chyba tylko po tym, że kiedy przyłożyłem mu myśląc, że to ty, nie poczułem satysfakcji. Nie uwierzyłem, gdy powiedział, że jest Kanadą, ale dlaczego miałby w tej sprawie kłamać? Musi być jednym z nas, czuję to.
Kuba urwał, zdając sobie sprawę z tego, że właśnie zwierzył się swojemu zapiekłemu wrogowi. Zły na siebie, dodał gazu.
- Po co ja ci to mówię? – sarknął. – Mamy ważniejsze sprawy na głowie. Musimy zdążyć na samolot do Japonii. Tylko pamiętaj: żadnego zgrywania bohatera. Robisz dokładnie to, co mówię, jasne?
Alfred bezwiednie pokiwał głową, myśląc o czymś innym.
Kilka godzin później umiejętnie gubiąc się na lotnisku, wyrwał się spod kurateli Kuby i sam podążył do domu Japonii.
Miał zamiar rozwiązać tę sprawę po swojemu.
Nie przewidział jednak tego, że nie zostanie przyjaźnie powitany w domu Hondy, a pałający niezrozumiałym gniewem Chiny szybko go obezwładni i zwiąże. Siedział więc teraz skrępowany na podłodze zastanawiając się, od czego zacząć wyjaśnienia.
- Grozi ci niebezpieczeństwo – zwrócił się w końcu do Japonii. – Wyzwoleni wkrótce tu przyjdą…
- Oczywiście, że przyjdą! – rzucił Chiny. Alfred jeszcze nigdy nie widział go tak wściekłego. – Zgłosimy im, że zwiałeś z aresztu i szybko zabiorą cię z powrotem. Za to, co zrobiłeś z Koreą i Ukrainą, powinieneś skończyć tak samo, jak oni!
- Yao… - odezwał się Japonia, ale Chiny nie słuchał. Gwałtownie się odwrócił i odszedł na bok.
- Korea? – zapytał Ameryka.
Japonia skierował na niego puste spojrzenie i Alfred zrozumiał, że jest znienawidzony.
- Był chory na to samo, co Ukraina – powiedział Kiku, nie spuszczając z niego chłodnego wzroku. – I też udał się do twojej kliniki, nic nam o tym nie mówiąc. Dopiero gdy wyszła na jaw sprawa z eksperymentami dowiedzieliśmy się, że…
- Korea nie żyje – odezwał się Chiny, który podszedł do Alfreda i szarpnięciem za przód jego kurtki poderwał go z ziemi. – To twoja wina!
Ameryka przypomniał sobie słowa Kuby o tym, że nie wszystkich z listy udało się uratować. Zacisnął szczęki w bezsilnej złości. Gdyby tylko wiedział wcześniej… Dlaczego nic nie pamięta?
Po chwili otrząsnął się. Nie wiedział, jaki jest jego udział w tej sprawie, ale nie mógł pozwolić, by z jego winy ucierpiała kolejna osoba. Spojrzał nagląco na Japonię i Chiny.
- Nie wiem, dlaczego to się dzieje – wycedził z trudem. – Ale na pewno to wyjaśnię, tylko teraz musimy uciekać…
- Wyjaśnij teraz!
Alfred gorączkowo myślał nad jakimś wyjściem z sytuacji. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę.
- Kanada – wydusił. – Mój brat… On wie.
Chiny zmarszczył brwi, a Japonia w zamyśleniu potarł brodę.
- Kto?
Wtedy rozległ się huk wystrzału. Z okna posypało się szkło, a Chiny krzyknął głośno i wypuścił z rąk Amerykę, który upadł na ziemię. Alfred patrzył, jak Yao kuli się, zaciskając palce na ramieniu, z którego ciekła krew.
- Co… - zawołał Japonia, ale zaraz przypadł do ziemi, gdy nad nimi rozległy się kolejne strzały.
- To jego wina! – wrzasnął Chiny, brodą wskazując na Amerykę. – Sprowadził ze sobą swoich ludzi!
- Nie, to nie…!
Gdzieś w głębi domu trzasnęły otwierane drzwi, rozległy się krzyki i tupot ciężkich butów na drewnianej podłodze. Alfred miał jednak dziwne wrażenie, że strzelanina wciąż trwa gdzieś na zewnątrz. Kto się bił i z kim?
- Musimy uciekać! – zawołał, zrywając się z podłogi. Rozejrzał się niespokojnie po pokoju, szukając jakiejś broni. Jego wzrok padł na dwa miecze, które stanowiły jedną z nielicznych ozdób tego pokoju. Japonia dostrzegł jego spojrzenie i głośno zaprotestował.
- Nie ma mowy!
- A masz jakiś inny pomysł? – odparował Ameryka i odwrócił się tyłem do Hondy. – Szybko, rozwiąż mnie!
- Nie rób tego! – krzyknął Chiny, klęcząc we wciąż powiększającej się kałuży krwi. Jego twarz była blada i lśniąca od potu.
- On jest ranny i nie może walczyć – rzucił do Japonii Alfred, spoglądając na niego błagalnie. – Proszę, zaufaj mi!
Mierzyli się przez chwilę spojrzeniem. W końcu Kiku z westchnieniem doskoczył do swoich mieczy, a potem rozciął więzy krępujące Amerykę. Podał mu krótszy miecz. Gdy Alfred chwycił broń, posłał jeszcze jedno spojrzenie Japonii.
- Dziękuję – zdołał powiedzieć, gdy drzwi do pokoju nagle pękły, posyłając w ich stronę chmurę kurzu i drzazg. W wyrwanej w drewnie dziurze mignęła czyjaś postać. Padły kolejne strzały i drzwi rozpadły się, otwierając przejście dla napastników. Ameryka i Japonia jednocześnie skoczyli do przodu.
Honda atakował z wprawą, ciął mieczem szybko, skutecznie obezwładniając przeciwnika. W zupełnym milczeniu powalił dwóch ciemno odzianych ludzi, gdy wtem zza zniszczonych drzwi padł kolejny strzał. Japonia stęknął, gdy pocisk otarł się o jego udo, i opadł na jedno kolano. Chiny krzyknął ostrzegawczo i zerwał się z podłogi.
W drugim końcu pokoju, przeraźliwie wrzeszcząc i robiąc więcej chaosu, niż to było konieczne, Ameryka starał się powalić barczystego mężczyznę, który już na początku starcia wytrącił Alfredowi miecz z ręki. W walce wręcz Ameryka był całkiem dobry, ale trafił na godnego przeciwnika.
Gdy Chiny krzyknął, Alfred na chwilę stracił koncentrację. Kątem oka zauważył klęczącego Japonię, który nie wypuścił swojego miecza z ręki, i Chiny, który jednym susem skoczył do przodu i pchnął Hondę na ziemię. Wtedy padł jeszcze jeden strzał. Oczy Yao rozszerzyły się z zaskoczenia, kiedy kolejna kula uderzyła w jego ciało. Upadł obok Japonii.
Przeciwnik Ameryki wykorzystał sytuację i uderzył w jego wciąż opuchnięty nos. Alfreda na chwilę zaćmiło, nie poczuł nawet, kiedy zwalił się na podłogę, a ciężki but kopnął go kilkakrotnie w brzuch.
- Którego mieliśmy wziąć? – usłyszał po chwili nad sobą. Dźwięk dochodził z oddali, jakby miał watę w uszach.
- Japonię. Szukaj Azjaty.
- Ale tu jest dwóch Azjatów.
- To bierz obydwu!
Ameryka dojrzał w pobliżu swojej ręki pochwę od katany Japonii. Zauważył też, że leżący obok Chin Honda mocniej zacisnął palce na mieczu. To była ich szansa.
Japonia zerwał się i chlasnął ostrzem po wyciągniętych ku Chinom rękach. Raniony mężczyzna krzyknął przeraźliwie. Drugi mężczyzna, który wcześniej strzelał do nich z ukrycia, również nie zdążył podnieść broni. Padł obok swojego kompana na kolana, ze strachem spoglądając na wyciągnięty w jego stronę miecz.
Ameryka chwiejąc się, stanął naprzeciw swojego przeciwnika. Ten spojrzał pogardliwie na pochwę od katany.
- To wszystko, co masz? Na mnie chyba nie wystarczy – powiedział i zaatakował.
Alfred niewiele myśląc zamachnął się i z całej siły przyłożył mu w głowę swoją naprędce znalezioną bronią. Drewniana pochwa rozpadła się, a uderzony nią napastnik zachwiał się. Zrobił jeszcze dwa kroki naprzód i ciężko zwalił się przed Ameryką.
- Poczuj siłę ojczyzny baseballu! – zawołał Alfred, ciężko oddychając. Spojrzał na leżącego opodal Chiny i zrobił krok w jego stronę, gdy wtem stanął jak wryty.
- Ty cholerny idioto! – rozległo się od zniszczonych drzwi. – Za to, że mi zwiałeś, powinienem cię zabić!
- Kuba? – zapytał zaskoczony Japonia, który właśnie pochylał się nad Yao. – A co ty tu robisz?
Stojący w drzwiach Kuba zignorował pytanie. Podszedł do Ameryki, który odruchowo wyciągnął przed siebie nędzne drewniane resztki, które wciąż trzymał w ręku.
- Przez ciebie musieliśmy improwizować! – wrzasnął Kuba, z trudem powstrzymując się przed przyłożeniem Alfredowi. – Mieliśmy załatwić wszystko po cichu, a tymczasem ty zrywasz się, pakujesz do domu Japonii od frontu i alarmujesz wszystkich obserwatorów Wyzwolonych! Pajac!
- Nie mamy teraz czasu na kłótnie – padło od drzwi. – Ten idiota Grecja gotów jest zasnąć za kółkiem, jeśli będzie na nas choć odrobinę dłużej czekać. A poza tym Wang potrzebuje pomocy.
Do pokoju wszedł Turcja i od razu skierował się w stronę nieprzytomnego Chiny. Japonia przyglądał mu się z szeroko otwartymi ustami.
- Skąd wy… Przecież zaginęliście!
- Wyjaśnimy wszystko później – rzucił Sadiq. Spojrzał na nogę Hondy. – Dasz radę iść?
Gdy pospiesznie opuszczali dom Japonii, pakując się do ciężarówki, w której w najlepsze spał Grecja, Kuba wciąż wygrażał Ameryce.
- Masz szczęście, że wysłałem tu wcześniej chłopaków i zdążyliśmy na czas. Gdybyśmy nie wywołali strzelaniny na zewnątrz, już dawno podziurawiliby was jak sito. Gdybyś tylko nie był tak bezmyślny… Ej, słuchasz mnie?
Ameryka wpatrywał się w wyświetlacz swojego telefonu. Przed chwilą otrzymał wiadomość od Anglii, zawierającą tylko jedno słowo: „IDIOTA". Nie miał zielonego pojęcia, o co mogło chodzić. Co Arthur chciał przez to powiedzieć?
I wtedy telefon zadzwonił. Alfred od razu odebrał, zupełnie ignorując zdenerwowanego Kubę.
- Francja? Co się stało?
Przez szum zakłóceń dało się słyszeć zaniepokojony głos Francisa.
- Alfred, dostałem wiadomość od Arthura. On… poddał się Wyzwolonym.
