Rozdział 7
Ślina pociekła Colinowi z ust, gdy otworzył piekarnik i wyjął z niego przygotowaną przez siebie lasagne. Był z siebie niesamowicie dumny. Jeśli Annie mu nie wybaczy po takiej pysznej kolacji, to już chyba nic mu nie pomoże! Był wegetarianinem, więc postanowił przyrządzić jarski posiłek. Po przejrzeniu dziesiątek stron internetowych o tematyce kulinarnej zdecydował się na lasagne z bakłażanem, cukinią, pomidorami, marchewkami, cebulą, Mozzarellą i Cheddarem. Dodał nawet szczyptę bazylii i rozmarynu dla aromatu.
Spojrzał na zegar. Annie powinna wrócić lada chwila. Zdjął kuchenny fartuch, cisnął go na taboret i pobiegł do jadalni, aby dopracować ostatnie szczegóły. Stół nakrył uroczystym, białym obrusem, a na nim położył parę cytrynowych serwetek, żeby rozweselić wnętrze. Długie, smukłe świecie żółtego koloru już płonęły, a butelka czerwonego, wytrawnego wina tylko czekała na odkorkowanie. To było najdroższe francuskie wino, jakie udało mu się dostać. Po raz kolejny spojrzał na etykietę, próbując ją odczytać. Drouhin Charmes-Chambertin. Że też przez tyle lat kręcenia Merlina we Francji nie nauczył się tego języka! Jakoś nie zastanawiał się, dlaczego odruchowo wybrał francuskie. Pewnie dlatego, że kojarzyło mu się z Pierrefonds i z chwilami na planie. Zwłaszcza tymi szczęśliwymi, kiedy dokazywali z Bradleyem.
Bradley.
To on wiązał się z planem Merlina, z Pierrefonds, z Francją i z tym winem. Słodkie wspomnienia o rubinowej barwie z aromatami malin, czarnej porzeczki, lukrecji i przypraw. Z dominującym zapachem róży, fiołków oraz nutą mchu i runa leśnego…
Zmrużył oczy, wpatrując się w płomień świecy. Znów pozwolił sobie na rozmarzenie, które naszło go tak nagle. Znów czuł smak jego ust, naciskanie warg, trącanie nosa i dotyk palców. Widział śmiejące się, błękitne oczy, w których odbijał się słoneczny blask minionych dni…
Szczęk klucza przekręcanego w zamku przywrócił go do rzeczywistości. Podskoczył, potrząsnął głową i podbiegł do drzwi, nabierając głębokiego oddechu. Niech będzie, co ma być, pomyślał, wpuszczając swoją (byłą) dziewczynę do środka.
Annie znieruchomiała. Zmierzyła go sceptycznym spojrzeniem i od razu zorientował się, że wciąż chowa do niego urazę. Jakby na potwierdzenie jego obaw przeniosła wzrok na regał z książkami, który Colin bezskutecznie starał się doprowadzić do stanu używalności.
- Ech. Tak. Także tego – wydukał, uśmiechając się niezręcznie. – Chciałem cię przeprosić za wczoraj.
Wciąż się do niego nie odzywała. Obserwowała go tylko w milczeniu swymi piwnymi, pełnymi wyrzutu oczyma.
Podszedł ostrożnie, aby pomóc jej zdjąć płaszcz, i zaprowadził ją do jadalni. Ukradkiem obserwował jej reakcję. Jak przewidział Bradley, Annie aż wstrzymała oddech z zaskoczenia.
- Przygotowałem kolację – oznajmił, odsuwając jej krzesło, aby usiadła. – Rozgość się.
Annie usiadła przy stole, a Colin rozlał wino do wypolerowanych pieczołowicie kieliszków i przyniósł pachnącą, gorącą lasagne.
- Sam to zrobiłeś? – zapytała zduszonym głosem i były to pierwsze słowa, jakie usłyszał z jej ust tego wieczora.
- Tak – odparł z dumą, siadając naprzeciw Annie. – Lasagne wegetariańska z bakłażanem, cukinią, pomidorami, marchewkami, cebulą, Mozzarellą i Cheddarem ze szczyptą bazylii i rozmarynu – wyrecytował jednym tchem, mając nadzieję, że niczego nie pominął. – Według przepisu z internetu.
Annie parsknęła śmiechem na wzmiankę o internecie.
- Okej – rzekła, rumieniąc się lekko. – A więc zaczynajmy.
Colin odchrząknął nerwowo.
- Na początku wznieśmy toast – zaproponował, unosząc kieliszek.
- Za to, by to się więcej nie powtórzyło – dokończyła Annie.
Colin zbliżył krawędź kieliszka do ust i pociągnął ostrożny łyk. Jego nozdrza uderzył aromat malin i słodka woń różanych płatków. Pomyślał o Bradleyu.
- Dobre wino – pochwaliła Annie, wciąż zdystansowana wobec niego. – A więc… Chciałbyś mi coś powiedzieć?
- Tak – rzekł, przełykając ślinę. Spojrzał jej prosto w oczy. – Przepraszam cię, Annie. Ja… Wczoraj wszystko było takie szalone. Bradley niespodziewanie wrócił z LA. Poszliśmy do Irish Pubu…
- Tylko wy?
- Nie, byli też inni z Merlina. Dawno nie widzieliśmy się w pełnym składzie. Zaczęliśmy pić… A potem całowałem się z Bradleyem, i wiesz, nawet mi się podobało, pomyślał, ale nie śmiał powiedzieć tego na głos – I jakoś tak wyszło. Przepraszam.
- Jakoś tak wyszło – wycedziła Annie z pogardą.
- Tak – potwierdził Colin. Uśmiechnął się. – To wszystko przez Bradleya. Bardzo ucieszyłem się, że wrócił, i trochę mnie poniosło.
- A jego chyba jeszcze bardziej.
- Wiesz, jaki on jest – Colin pokręcił głową. Nie mógł przestać się uśmiechać. Zaczął bawić się kieliszkiem, obserwując przelewający się z jednej strony na drugą wytrawny trunek. – Jak się bawi, to na całego. Kiedy z nim jesteś, nie możesz postąpić inaczej. Też musisz się bawić… Musisz się cieszyć i uśmiechać. Bradley jest pełen optymizmu. Jest jak… - Colin zakrztusił się nagle ze śmiechu, ponieważ porównanie, które przyszło mu do głowy, było więcej niż absurdalne. Bradley by się uśmiał, gdyby to usłyszał! – Jest jak gaz rozweselający – wydusił, zginając się ze śmiechu.
Dopiero po dłuższej, pełnej niezręcznego chichotu chwili zorientował się, że Annie się z nim nie śmieje. Przyglądała mu się wzrokiem pełnym obaw i niedowierzania, zupełnie jakby widziała go pierwszy raz w życiu.
- Czy wszystko z tobą w porządku? – zapytała ostrożnie, krzywiąc się nieznacznie.
Colin zreflektował się. Odchrząknął, potrząsnął głową parę razy i nagle zainteresował się swoją porcją lasagni. Przeklęty Bradley! Ośmiesza mnie nawet wtedy, kiedy go nie ma!, pomyślał, dźgając swoją porcję widelcem.
- Jakoś dziwnie się zachowujesz – stwierdziła Annie. – Bradley jest jak gaz rozweselający? Moim zdaniem raczej jak narkotyk, bo odkąd wrócił z LA, zachowujesz się jak naćpany.
Colin na chwilę przestał oddychać. Zrobiło mu się duszno.
Narkotyk.
To jest narkotyk
Ja wciąż tego chcę…
- Colin? – zaniepokoiła się Annie. – Dobrze się czujesz? Co się stało?
Tylko o tym marzę
I tylko o tym śnię…
- Col…
- Sorki. Wybacz – Colin zmusił się, by spojrzeć swojej dziewczynie w oczy. Szumiało mu w głowie. Wspomnienie tego, co przeczytał na odwrocie okładki sześćdziesięciokartkowego zeszytu z Pierrefonds, owładnęło nim całkowicie. Nagle zaczęło nabierać sensu, konkretnych barw i kształtów, które niebezpiecznie przypominały Bradleya.
Gniew Annie gdzieś odpłynął. Teraz wyglądała na zmartwioną.
- Miałaś rację z tym narkotykiem – zaśmiał się Colin, próbując rozładować sytuację. – To… Świetne porównanie. Smakuje ci lasagna?
- Słucham? Ach, tak. Tak. Jest pyszna. Martwię się o ciebie – powiedziała nagle. – Jesteś… Jesteś jakiś nieswój. Co się stało z tym Colinem, który zaczynał dzień od kawy i wszędzie chodził otoczony papierosowym dymem? Z Colinem, który nie chciał nic jeść, a teraz wcina lasagne tak, że aż trzęsą mu się jego wielkie uszy? Z Colinem, z którym mogłam poważnie porozmawiać i który nie chichotał z powodu byle błahostek? Z Colinem, który… dbał o mnie?
- On wciąż tu jest – zapewnił. – Ja… Ja i Bradley znamy się od lat. Kiedy wyjechał, chyba przestałem być sobą. – Annie wytrzeszczyła oczy, ale Colin kontynuował, nim zdążyła mu przerwać. – Ten Colin, którego poznałaś, był tylko w połowie mną. Bo ja… - nie wiedział, jak ubrać w słowa to, co pragnął wyrazić. – Ten chichoczący bez sensu Colin to też ja. To nawet bardziej ja niż ten ja, którym wydawałem ci się być. Zapomniałem o tym tylko, ponieważ Bradleya nie było przy mnie. Bo gdy go nie ma… - nagle przypomniały mu się jego usta. To była chyba najmniej odpowiednia chwila.
- Okej. Dość już o Bradleyu – ucięła Annie. W duchu Colin był jej wdzięczny, że przerwała mu, nim zdążył palnąć coś głupiego. – Rozumiem, że bardzo przeżyłeś jego powrót. To twój najlepszy przyjaciel. A wczoraj po prostu was poniosło.
Colin musiał przyznać, że sam by tego lepiej nie wytłumaczył.
- Wybaczam ci – rzekła, uśmiechając się do niego znad kieliszka. – Ale żeby mi to się więcej nie powtórzyło.
Colin odetchnął z ulgą. Roześmiał się, szczerząc zęby, i spontanicznie wzniósł kolejny toast.
- Dziękuję – powiedział.
Annie ponownie się do niego uśmiechnęła. Blask świec odbijał się w jej oczach. Gdy tak na nią patrzył, musiał przyznać, że jest ładna. Lubił ją, lubił jej podbródek i sposób, w jaki marszczyła nos. Przypominał mu Bradleya.
- Teraz już wszystko będzie dobrze – wyszeptała Annie i zbliżyła się, aby go pocałować.
I wtedy, jak na niskobudżetową komedię romantyczną przystało, zabrzmiał dzwonek do drzwi.
- To Bradley! – Colin w jednej chwili zapomniał, że Annie chciała go pocałować. Dzwonek do drzwi był jego wybawieniem, bo nie miał pojęcia, jak zniósłby pocałunek z Annie po tym, co przeżył z Bradleyem.
Wstał i pobiegł, aby otworzyć, zostawiając oszołomioną Annie przy stole.
- Dobry wieczór – przywitał się serialowy Artur, gdy tylko Colin otworzył drzwi.
Colin stanął jak wryty. Zdawał sobie sprawę z tego, ze zachowuje się jak idiota, ale nie był w stanie przestać się gapić. Bradley wyglądał oszałamiająco. Jego blond włosy były gładko zaczesane, a koszula, którą włożył, idealnie współgrała z błękitem oczu. Całości dopełniał bukiet róż, których silna woń uderzyła Colinowi do głowy. Wyczuł nutkę owocowych perfum. Bradley pachniał jak wino. Jak Drouhin Charmes-Chambertin.
- Wpuścisz mnie łaskawie do środka? – zapytał Bradley, gdyż milczenie się przedłużało.
- Co? A, tak! Wchodź! Zapraszam! – Colin zorientował się, że trzęsą mu się ręce. Czyżby objawy alkoholizmu?
- Hmm, coś tu ładnie pachnie – stwierdził Bradley, pociągając nosem. – Ciekaw jestem, co tam upichciłeś! Potwornie zgłodniałem!
- Colin? Co on tu robi?
Colin odwrócił się i ujrzał Annie. Jej widok niezmiernie go zaskoczył. Annie? Skąd ona tu się wzięła? Przecież… Ach. No tak. Kurwa.
- Ty musisz być Annie – Bradley wyminął go i stanął przed Annie z bukietem róż w ręku. – Podobno mieliśmy przyjemność poznać się już wczoraj, ale jako że nic z tego nie pamiętam, nad czym bardzo ubolewam, przedstawiam się ponownie i proszę o wybaczenie za wczorajsze, karygodne zachowanie. Jestem Bradley James.
- Zejdź mi z drogi, dupku.
- Eee… Przepraszam?
Annie odepchnęła go na bok, kipiąc z wściekłości, i niczym opancerzony czołg ruszyła w stronę Colina. Uciekaj!, rozkazał mu jakiś rozpaczliwy głosik w jego głowie.
Nie miał jednak dokąd uciec.
- Ty chyba żartujesz! – wrzasnęła, celując palcem w pierś Colina. – Czy to jest według ciebie romantyczna kolacja?! Ja… Normalnie nie wierzę! – zaśmiała się histerycznie. – Mieliśmy być razem, tylko razem, a ty zaprosiłeś jego?!
- Ale Bradley chciał cię przeprosić…
- Nie chcę przeprosin tego palanta! Tylko na tobie mi zależy, Colin! Twój przyjaciel pokazał już, na co go stać! - pokręciła głową z niedowierzaniem. – Wszystko było dobrze, dopóki on się nie pojawił! On ma na ciebie zły wpływ!
- O, wolnego, panienko! – Bradley chciał zainterweniować, ale Colin powstrzymał go wymownym spojrzeniem.
- To nie wina Bradleya. Ja i Bradley… - próbował wytłumaczyć się Colin.
- Bradley, Bradley, ciągle Bradley! Odkąd jesteśmy razem, nie było dnia, żebyś o nim nie wspomniał, zupełnie jakby tylko on się dla ciebie liczył! Powtórzyłeś dziś jego imię dziewięć razy!
- Liczyłaś? – spytał zdumiony Colin.
To chyba nie była odpowiedź, której oczekiwała Annie.
- Zakpiliście sobie ze mnie – wycedziła. – Rzeczywiście, bardzo śmieszny dowcip. Przygotuj romantyczną kolację i zaproś ostatniego człowieka, którego twoja dziewczyna chciałaby zobaczyć, żeby zrobić jej na złość. Niebanalne poczucie humoru. Tylko pogratulować!
- Annie, to wszystko nie tak, Bradley…
- Dziesięć – wysyczała, piorunując go wściekłym spojrzeniem. – Z nami koniec, Colin.
- ANNIE!
Próbował ją zatrzymać. Złapał ją za ramiona, ale wyślizgnęła mu się, uderzając go mocno w twarz dokładnie tak, jak wczoraj Bradleya. Porwała płaszcz, torebkę i wybiegła z mieszkania, nie oglądając się za siebie.
- Annie!
Wybiegł na schody z zamiarem dogonienia jej, ale nogi zrobiły mu się jak z waty i nie był w stanie się ruszyć. Mógł tylko obserwować, jak jego była już teraz dziewczyna odchodzi przyspieszonym krokiem, a jej brązowe włosy powiewają za nią przy każdym nerwowym kroku.
- Kurwa, co ja narobiłem – powiedział sam do siebie, wciąż zbyt oszołomiony tym, co zaszło. – Ja pierdolę…
- Colin, będziesz to jadł? – dobiegł go z mieszkania głos Bradleya. – Ta lasagna wygląda przepysznie!
- Właśnie zerwała ze mną dziewczyna – poinformował go grobowym tonem, ponieważ ten półgłówek chyba nie zrozumiał, co się stało. – Wszystko spieprzyłem. To koniec. Wojna przegrana.
Bradley zatrzymał się w pół drogi do lasagni i nagle zainteresował się Colinem, który oparł się ciężko o ścianę w poczuciu beznadziei.
- Ach. Tak. Nie wyszło tak, jak planowaliśmy – musiał się zgodzić. – Cóż. Trudno. Annie nie wie, co traci.
- A więc mam się z tym pogodzić?
- A co innego możemy zrobić? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Włożyłem moją najlepszą koszulę, wykąpałem się, ogoliłem, poperfumowałem i kupiłem bukiet róż. Jeśli to nie zrobiło na niej wrażenia, to już chyba nic na nią nie podziała.
Colin wciąż był niepocieszony.
- Och, nie przejmuj się, Cols – Bradley poklepał go po ramieniu. – Może tak musiało być? Pozwól jej odejść, jeśli tego pragnie.
- Tak myślisz? – spytał Colin słabo.
- Nie chcę widzieć cię takiego, jak teraz.
- Czyli jakiego?
- Smutnego. Przybitego. Załamanego… Stary, przyleciałem specjalnie aż z Ameryki, żeby znów zobaczyć twój uśmiech! Czy chcesz mi teraz powiedzieć, że już nigdy się nie uśmiechniesz?
Colin wzruszył ramionami.
- Weź się w garść, Cols – rzekł Bradley. Chwycił go za ramiona i popchnął w stronę jadalni, po czym posadził go przy stole. – Dobra! Pora na operację Uśmiech-Colina-Musi-Wrócić-Bo-Jak-Nie-To-Wpierdol. Centrum Pomocy w Kryzysowych Sytuacjach Pozerwaniowych jest już gotowe do interwencji!
Colin spojrzał na niego głupio.
- Mamy wszystko, czego nam potrzeba – wyjaśnił. – Jedzenie, alkohol. Muzyka… Gdzie masz laptopa? Zaraz włączę coś wesołego. I żadnych piosenek o miłości!
- Mówisz serio? – Colin nie mógł oderwać oczu od Bradleya. Uwielbiał patrzeć, jak się ekscytuje, kiedy do głowy przychodzi mu jakiś szalony pomysł, który natychmiast musi zrealizować. Zaczynał wtedy niepowstrzymanie gestykulować, a jego policzki rumieniły się ładnie.
- Nie możemy pozwolić, żeby ta lasagna się zmarnowała, prawda? Albo to wino. Druhęszarme… Czy jakoś tak. Noc jest jeszcze młoda!
Bradley wzniósł do góry kieliszek, z którego jeszcze przed kilkunastoma minutami piła Annie.
- Myślałem, że po wczorajszym masz już dosyć picia – zauważył nieśmiało Colin.
- To tylko jedna butelka wina, do tego niepełna. I to cholernie drogiego. Po tym nie da się mieć kaca – Bradley uśmiechnął się zachęcająco. – To jak? Czy jesteś gotów poddać się operacji Uśmiech-Colina-Musi-Wrócić-Bo-Jak-Nie-To-Wpierdol?
Colin zawahał się, ale tylko na krótki moment.
- Tylko pod warunkiem, że zmienisz tę kretyńską nazwę – odpowiedział, unosząc kieliszek do ust.
