TEN FF NIE JEST MOJEGO AUTORSTWA. JEGO AUTORKĄ JEST Amethyst Jackson.
Link do oryginału: fanfiction(kropka)net/s/4293411/1/Only_Human
Link do profilu Amethyst Jackson: fanfiction(kropka)net/u/252097/Amethyst_Jackson
ZGODA na tłumaczenie: JEST.
Z ciekawością spowodowaną przez przypominanie sobie o wypytywaniu Belli o jej wizytę, przygotowywałem się na chwilę, gdy Carlisle miał odkryć nowe wspomnienia.
- To mój mąż – powiedziała Carlisle'owi. Była taka zagubiona… - To się stało, kiedy wróciliśmy z miesiąca miodowego. Miał mnie przemienić… ale teraz może się to nigdy nie wydarzyć.
Carlisle zareagował niemal komicznie. – Poślubiłaś wampira?
- Ma nad sobą nadzwyczajną kontrolę – odrzekła z błyskiem w oczach. – Nie wierzy w to, jednak to prawda. Nigdy mnie nie skrzywdził… chociaż moja krew kusi go bardziej niż krew innych…
Westchnąłem. Nie zniknęła nawet na godzinę – choć tego nie rozumiałem, bo w moich czasach minęło ich około dwunastu – ale już okropnie mi jej brakowało. Może to uczucie było spowodowane niewiedzą – niewiedzą, czy kiedykolwiek powróci, czy musiałbym oglądać ją w swoich wspomnieniach do czasu, aż… aż zginie. Lub do czasu śmierci mojego człowieczego wcielenia. Jak to wytrzymam?
- A jakie było twoje życzenie? – spytał Bellę, która przygryzała dolną wargę, jakby była zdenerwowana.
- Chciałam podarować Edwardowi wszystkie ludzkie doświadczenia, jakie on podarował mi, upewniając się, że przed przemianą zrobiłam wszystko, co możliwe… myślisz, że o to chodzi? Że znalazłam się tu dzięki życzeniu? Bo to wydaje się dosyć nierealne...
Więc o to chodziło. To takie banalne, chociaż pociągnęło za sobą olbrzymie konsekwencje. A ona była bardzo naiwna, bo nigdy nie potrzebowałem niczego oprócz niej… Lecz pewnie nie była pewna naszej przyszłości, dlatego chciała stać się jedną z nas… Jeśli kiedykolwiek stanie się jedną z nas.
- Wyłapałeś wszystko, Edwardzie? – zapytał Carlisle.
- Większość – westchnąłem. – Naprawdę myślisz, że uda jej się wrócić?
- Sądzę, że to nastąpi, gdy tylko życzenie zostanie wypełnione. Musisz być cierpliwy. Próbuj znaleźć w tym jakieś dobre strony, w końcu tego właśnie chciała.
- Dziękuję, Carlisle – mruknąłem, wracając do wspomnień.
– Mam wrażenie, że znam cię od zawsze.
- Też mam takie wrażenie - odpowiedziała.
Jej ręką była taka delikatna, gdy trzymałem ją w swojej dłoni. – Nie chcę, żebyś się bała.
Moje przeszłe wcielenie nie zauważyło niczego niepokojącego, lecz ja widziałem smutek w jej oczach. Zastanawiało mnie, czy pamiętała, w jaki sposób wypowiedziała te słowa… Bała się, bo chciała zostać ze mną, ale żadne z nas nie wiedziało, czy to możliwe…
Proszę, wróć do mnie, Bello…
Przez kilka następnych dni szukałam pracy. Skoro utknęłam w tamtych czasach, musiałam się w nich jakoś utrzymać, albo przynajmniej musiałam sprawiać pozory, że to robię.
Edward próbował mnie od tego odwieść, ale ostatecznie został moim towarzyszem i upewniał się, że nie skończę w „jakiejś fabryce". Podejrzewałam, że chciał jedynie spędzić ze mną trochę czasu, ale mimo to i tak się z nim sprzeczałam.
- Co jest złego w fabrykach? Wiele szanowanych ludzi tam pracuje.
Edward wywrócił oczyma. – Nie jestem snobem, Bello. Praca w fabryce jest wyczerpująca i niebezpieczna. Poza tym musiałabyś tam pracować od świtu od zmierzchu. Nie chcę tego i mam wrażenie, że ty też nie.
- Cóż, no może nieszczególnie – odparłam, satysfakcjonując go tą odpowiedzią. Edward sprawiał wrażenie gotowego na zaciągnięcia mnie do domu, byle tylko powstrzymać mnie przed tą pracą. – Ale chcę coś robić. Nie znoszę życia na cudzy rachunek.
- Wiesz, każda normalna dziewczyna zamiast za pracą rozglądałaby się za mężem – skomentował, patrząc na mnie z ukosa.
Prychnęłam, co nie było zbyt dziewczęce. – Jak myślisz, jakie miałabym tu szanse? Kto by mnie chciał?
- Ja – odpowiedział, sprawiając wrażenie pewnego siebie, chociaż w jego oczach widoczne było wahanie.
- Och? Czy ty mi się oświadczasz? – spytałam, oczekując, że porzuci ten temat.
- Tak – odrzekł, szeroko się uśmiechając. Wywróciłam oczyma. Powinnam była wiedzieć, że nie odpuści.
- Rany, dzięki – rzuciłam, nieznacznie przyspieszając tempo. Czułam tę samą frustrację, jaka towarzyszyła mi, kiedy pierwszy raz spotkałam mojego Edwarda, zanim dowiedziałam się, kim jest i nieustannie zaczęłam się zastanawiać, o czym myśli.
- Czy ty się właśnie zgodziłaś? – zapytał, dotrzymując mi kroku. Jego oczy aż błyszczały od psot.
- No pewnie – zaśmiałam się, kręcąc głową.
Ponownie się uśmiechnął. – Będę cię trzymał za słowo.
- Wcale mnie to nie dziwi – mruknęłam szeptem.
W 1918 roku poszukiwanie pracy było o wiele cięższe, niż się okazało. Moimi jedynymi opcjami były szycie, gotowanie i sprzątanie. Chociaż mogłam pracować z krawcową, moje umiejętności nie wykraczały poza przyszycie guzika, więc nie wybrałam tego zawodu. Oznajmiłam Edwardowi, że miałam już dość pracy w tym zawodzie, więc pomijanie go wydawało się mniej podejrzane. Próbowałam załapać się na stanowisko kucharki, jednak wszędzie mówiono mi, że jestem „zbyt młoda" lub mam „za duże kwalifikacje". Edward musiał mi to wytłumaczyć.
- Nie sądzę, żeby tak do tego podchodzono w Waszyngtonie, ale tutaj wiele pracodawców stara się przyjmować na takie stanowiska murzynów, żeby móc im mniej płacić.
Ukrycie przerażenia sprawiało mi trudność. – Przecież to nie w porządku!
- Tak – zgodził się Edward. – Masz rację, ale tak już jest.
Dziwnie było uświadomić sobie, że żyłam w czasach, kiedy nie zatwierdzono jeszcze praw człowieka ani nawet minimalnej stawki wynagrodzenia za pracę… Co ja tu, do diabła, robiłam?
- Mogę cię teraz przekonać, żebyś z tego zrezygnowała? – spytał pod koniec trzeciego dnia. Przytłoczeni ciepłem i wilgocią powietrza po pokonaniu kilku przecznic powoli wracaliśmy do domu.
- Tak, chyba możesz – westchnęłam, odgarniając z twarzy kilka luźnych kosmyków włosów. Jego matka pokazała mi, jak je właściwie upinać, ale wypadające z upięcia kosmyki nieustannie doprowadzały mnie do szaleństwa.
- Dzięki Bogu – odetchnął. – Jest zbyt gorąco, żeby to robić.
- Sam chciałeś mi pomóc – wytknęłam mu.
Uniósł brew w niedowierzaniu. – Żeby powstrzymać cię przez popadnięciem w tarapaty. I bardzo dobrze, że to zrobiłem! Tylko dzisiaj potknęłaś się czterokrotnie, a gdybym nie złapał cię za ostatnim razem, twoja czaszka byłaby teraz pęknięta.
Zarumieniłam się i w defensywie skrzyżowałam ręce. – Po prostu jestem trochę niezdarna.
Edward wybuchnął śmiechem. – Czy wspomniałem też o zacięciu się papierem? I dzbanku wody, który rozlałaś? A o samochodzie, który cię prawie przejechał? Przyciągasz kłopoty jak magnes!
Kolejny raz podobieństwo między tym i moim Edwardem mnie zdumiało. Ich umysły pracowały identycznie, podobny był też ich dobór słów. Ale mimo to ten Edward zachowywał się swobodnie, beztrosko. Już trochę zaczynałam go opłakiwać, wiedząc przez jakie przejdzie męki, aby rzeczy wydarzyły się tak, jak powinny.
- Co się dzieje, Bello? – wyrwał mnie z zadumy. – Straciłem z tobą kontakt.
- Zawstydziłeś mnie dokładnym wytykaniem moich potknięć – skłamałam. Jego usta się zacisnęły. Wiedział, że kłamałam. Zmieniając temat, odcięłam kolejne, możliwe pytania.
- A co z tobą? Pewnie też masz jakieś wady.
- Moja mama zawsze mówi, że za dużo myślę. – Uśmiechnął się.
Nie potrafiłam nie odwzajemnić tego gestu. – Hmm, widzę. Chociaż nie sądzę, żeby to było coś złego.
- Nie? – Pochylił się bliżej, oszałamiając mnie. – Co, gdybym myślał o tobie?
Przełknęłam, czując ciepło promieniujące od jego intensywnego spojrzenia. – To… też nie byłoby nic złego.
- Naprawdę? – Jego twarz rozpromieniła się od nadziei. – Ponieważ mówię poważnie, Bello. Nigdy nie sądziłem, że mógłbym spotkać kogoś, kogo towarzystwo polubię bardziej niż swoje. Ale te kilka ostatnich dni… Im lepiej cię znam, tym bardziej chcę być blisko ciebie.
Uświadomiłam sobie wówczas, gdy chwycił dłońmi moją twarz, że ten Edward nie miał żadnych zahamowań, że nie musiał cały czas mierzyć się z pragnieniami. Mógł mi zaoferować cały świat i przed niczym mnie nie bronić. Tak właśnie wyglądałby nasz związek, gdyby tylko… Ale może wszystko mogłoby być takie jeszcze raz po przemianie… Może byłby wtedy tym pewnym siebie Edwardem, w którym byłam teraz bardzo zakochana.
- Edward… - wymamrotałam niepewnie.
I wtedy jego usta zetknęły się z moimi.
Ten Edward był ciepły, a jego wargi miękkie niczym satyna. Poruszały się delikatnie wzdłuż moich, po czym się cofnął, opuszczając ręce.
- Przepraszam… Wiem, że na to za wcześnie, ale…
- W porządku – przerwałam, chwytając jego dłoń. – Nie miałam nic przeciwko.
Przekrzywiony uśmiech zagościł na jego ustach, a my zaczęliśmy ponownie iść. Mój umysł przedzierał się przez zamglone myśli. To wydawało się z jednej strony w porządku, ale z drugiej nie… W porządku, bo był to Edward, jego dusza. Nawet jeśli ciało było trochę inne… Ale także złe, bo nie był to mój Edward, bo ten sekret pozostawał między naszą dwójką… Bo z tym Edwardem nie mogłam zostać. Teraz zdawałam sobie z tego sprawę. Musiałam znaleźć drogę powrotną, ponieważ potrzebowałam wieczności. Inny wymiar czasu nie byłby wystarczający.
Lecz mimo tego moje ciało pragnęło tego Edwarda, było oczarowane możliwościami, których granice wcześniej nie mogły zostać przekroczone. Chciałam poczuć miłość Edwarda bez ograniczeń.
- Bello? – jego głos przerwał moje myśli. – Jutro odbędzie się bal. Chciałabyś ze mną pójść?
Skrzywiłam się. Dlaczego oni zawsze chcieli ze mną tańczyć? – Um, chciałabym, Edwardzie, ale nie mam w co się ubrać i nie bardzo potrafię tańczyć.
- Daj spokój, wszystko zależy od osoby, która prowadzi. Poza tym znajdziemy coś dla ciebie. Proszę?
Jak mogłam oprzeć się tym oczom?
- No dobrze, ale nie możesz pozwolić nikomu innemu poprosić mnie do tańca. Pewnie tylko zrobiłabym komuś krzywdę.
Zaśmiał się, a jego oczy rozbłysły. – Brzmi sprawiedliwie. W porządku.
Leżąc nocą w łóżku, próbowałam pozostać myślami w tych czasach, przy tym Edwardzie, ale nie udawało mi się to. Tęskniłam za ciężkim ramieniem mojego Edwarda wokół mojej talii, za jego chłodnym oddechem na mojej szyi. Chciałam się obrócić i przytulić do jego torsu, poczuć jego usta na moich włosach, pocałować jego zimne wargi… Chciałam poczuć nasze złączone, nagie ciała i opleść nogami jego biodra…
Westchnęłam i przekręciłam się, co doprowadzało mnie tej nocy do szewskiej pasji. Co teraz robił mój Edward? Czy wiedział, gdzie jestem? Błagałam Boga, aby się nie poddawał i mnie szukał… Żeby nie próbował zrobić tego samego, co chciał uczynić, kiedy skoczyłam z klifu… Nie, nie zrobiłby tego. Pewnie czeka, aż wrócę.
Zamknęłam oczy i zmierzyłam się z myślami. To wszystko mogłoby się jakoś ułożyć, tylko na razie nie byłam tego wystarczająco pewna.
Chciałam poczuć się komfortowo. Pomyślałam o Edwardzie śpiącym na drugim końcu korytarzu… Raczej nie miałby nic przeciwko, gdybym do niego poszła. Zrozumiałby, jednak nie chciałam, żeby jego rodzice się zorientowali i zaczęli o mnie źle myśleć…
Tylko nie potknij się na korytarzu, powtarzałam sobie, zrzucając z siebie kołdrę. Wymknęłam się z pokoju i w ciszy zamknęłam za sobą drzwi. Pięć kroków później stałam przed drzwiami prowadzącymi do sypialni Edwarda. Pukanie byłoby zbyt głośne, więc po prostu weszłam, słysząc delikatnie kliknięcie zamykanych za sobą drzwi.
Spał. Jego jedna ręka była zawinięta wokół poduszki, a druga znajdowała się pod spodem. Nigdy nie widziałam, by wyglądał tak spokojnie. Nawet mój Edward, który potrafił pozostać w bezruchu niczym posąg, nigdy nie wyglądał na tak odprężonego.
Podeszłam do niego niepewnie, przysłuchując się jego delikatnemu oddechowi. Następnie wyciągnęłam rękę, by dotknąć jego ramienia.
Obudził się niemal od razu i spojrzał na mnie. – Bella? Co się dzieje?
- Ja tylko… Tęsknie za domem – powiedziałam. To jedyny sposób, w jaki mogłam powiedzieć mu prawdę bez zdemaskowania się.
- Co mogę zrobić? – zapytał, siadając.
- Mogę zostać z tobą przez chwilę? – zapytałam niepewnie.
- Oczywiście, chodź tu. – Odchylił kołdrę, żebym mogła wślizgnąć się na łóżko. Zrobiłam to, zatapiając się w jego kojącym cieple. Odwrócił mnie tyłem do siebie. Jego ramiona trzymały mnie mocno, a dzięki temu, zaśnięcie wcale nie było takie trudne.
