NADIA
Zaglądam przez przebitą szybę za zewnątrz, ale na dachu budynku stojącego obok nie ma nikogo. Przyglądam się dokładniej, lecz wciąż nikogo tam nie widzę.
Szybko powtarzam sobie w myślach całą sytuację. Oboje staliśmy na linii strzału. Strzelec mógł zdjąć i mnie, choćby kiedy podeszłam do okna, gdy Barton dał mi akta. Jednak strzelił tylko do Bartona.
Klękam przy Clincie. Jego szyja jest zakrwawiona. Zabieram jego ręce od rany i sama chwytam ją mocno lewą ręką. Kula utkwiła w ciele, więc tamuje część krwotoku. Agent musi jednak jak najszybciej dostać się do szpitala, albo wykrwawi się na śmierć.
- Gdzie masz nadajnik? - pytam go. Wskazuje mi zakrwawioną dłonią pas spodni. Odczepiam od niego nadajnik i wciskam przycisk.
- Połącz mnie z Nickiem Fury'm - wypowiadam szybko do urządzenia. Po dwudziestu sekundach odzywa się niski, męski głos.
- Fury? - pytam.
- Kto mówi? - dziwi się szef SHIELD.
- Agent Sołowjow. Barton jest ranny, powtarzam, Clint Barton jest ranny. Dostał w szyję, ale uciskam ranę. Wyślijcie pomoc medyczną, mocno krwawi.
- Przyjąłem, Sołowjow. Uciskaj dalej - szef TARCZY rozłącza się.
Pod dłonią czuję zbyt dużo krwi. Kula mogła się przesunąć.
- Posłuchaj mnie, Clint - kładę dłoń na jego szyi i potrząsam lekko jego głową, aby skupił na mnie uwagę. - Muszę zatamować krwawienie, rozumiesz? Zaraz przyjedzie tu pomoc medyczna TARCZY, cały czas patrz na mnie.
Chce coś powiedzieć i z rany zaczyna wypływać jeszcze więcej krwi. Moje lewe przedramię jest całe zakrwawione.
- No dalej... - ponaglam pomoc. - Clint - potrząsam jego głową. - Clint, patrz na mnie.
- Patrzę cały czas - mówi chrapliwie. - Cały czas, tovarishch - uśmiecha się. Jego zęby są zakrwawione. To nie wróży dobrze.
- Gdzie jest Steve? - zajmuję go rozmową, aby nie stracił przytomności. - Czemu nie ma go w mieszkaniu? Powiedz mi, ale powoli.
- Jest w... - zaciska powieki. - Jest w Bazie TARCZY. Musisz tam jechać.
- Barton, co wiecie?
- Cała nowa Rada... Oni wszyscy są z HYDRY... Kazali podłożyć ładunek w samochodzie... Rogersa... - zanosi się kaszlem.
- Spokojnie. Oddychaj powoli i patrz na mnie cały czas.
- Chcą wszystkich nas pozabijać, rozumiesz? - marszczy brwi. - Zaczęli od tych najważniejszych. Kapitan Ameryka, Falcon... Są nieprzydatni... Ja i Czarna Wdowa... Nam kazali zlikwidować kolejnych z Podziemia... Potem każą zabić nas... Rozumiesz?
Kiwam głową.
- Rozumiem.
- Fury powie ci wszystko...
- Skąd wiedziałeś, że tu będę? - zadaję mu ostatnie pytanie.
- Steve... nam... powiedział... - odpowiada.
Słyszę stukot ciężkich butów przed drzwiami od mieszkania Rogersa. Do środka wpada pomoc, czyli trzech sanitariuszy i dwóch agentów SHIELD. Jeden z ubranych w białe kurtki zmienia mnie w uciskaniu szyi Clinta. Podnoszą go i pakują na nosze.
Zabieram ze sobą akta, które chowam pod kurtkę.
- Postrzał w szyję, wydaje mi się, że ma uszkodzoną tętnicę - mówię, kiedy wynoszą go z mieszkania i wchodzą do windy. Agenci TARCZY eskortują mnie na dół schodami. Ku mojemu zdziwieniu na parkingu zamiast karetki czeka śmigłowiec, ale wsiadają do niego tylko sanitariusze z postrzelonym agentem.
- Ty pojedziesz z nami - mówi pachołek.
- A mój samochód? - pytam.
- Daj mi kluczyki, będzie na ciebie czekał pod Bazą Główną - odzywa się drugi.
Niechętnie wyciągam z kieszeni kluczyki i wręczam je ostentacyjnie agentowi czystą ręką.
- Jeśli go zadrapiesz, albo chociaż...
- Chodźmy - pierwszy agent prowadzi mnie do czarnego SUV-a. Otwiera mi drzwi od strony pasażera i zamyka za mną. Sam wsiada za kierownicę. Odpala silnik i rusza. Startujący śmigłowiec rozwiewa pył po całym parkingu.
- Wiesz chociaż, agencie, kogo eskortujesz? - pytam zaczepnym tonem po kilku minutach jazdy.
- Nie obchodzi mnie to. Dostałem polecenie od szefa - odpowiada mi czarnoskóry mężczyzna ubrany w uniform ze znakiem SHIELD na plecach. - Mam cię przetransportować prosto do gabinetu Nicka Fury'ego.
Kiwam głową i przenoszę wzrok na mijane przez nas ulice Waszyngtonu. Jasne, neonowe światła, ruch uliczny, korki. Ostatni raz byłam w Stanach siedem miesięcy temu. Później wróciłam do Rosji, a podczas misji w Moskwie dostałam dwie kulki w płuco, zakrywając Dimę przed strzałem.
Gorelov wykonał nasze zadanie, ale musieli go odciągać od Łagrowa, któremu przetrącił szczękę za to, że przez niego leżałam osiem godzin na stole operacyjnym.
Ulice wielkiego miasta po zmroku rozświetlone lampami i neonami były moim ostatnim widokiem tego feralnego wieczoru.
Eskortujący mnie agent okazuje legitymację w punkcie kontrolnym przy bramie nowej Bazy SHIELD. Uśmiecham się do kontrolera. Ten przepuszcza nas, otwierając pancerną bramę. Za ogromnym budynkiem widać gmach Pentagonu.
Mężczyzna parkuje i zamyka samochód. Prowadzi mnie obok siebie aż do kolejnej kontroli. Muszę oddać im broń.
Dalej idziemy długimi korytarzami. W środku jest chłodno i dosyć ciemno, ale korytarze najwyraźniej biegną pod ziemię. W końcu docieramy pod właściwe drzwi.
Agent otwiera mi drzwi, a kiedy wchodzę do środka, od razu je zamyka.
W gabinecie siedzi trzech mężczyzn, dwóch strażników pilnuje drzwi. Fury zajmuje miejsce za metalowym biurkiem, a Steve siedzi na krześle bliżej mnie.
- Usiądź, Nadia - proponuje mi szef TARCZY. Ostrożnie robię kilka kroków w ich kierunku, wbijając letalne spojrzenie w Stevena Rogersa. Kapitan Ameryka patrzy na mnie raczej jak niewinny szczeniaczek.
- Nadia? Tak masz na imię? - pyta zdezorientowany Rogers.
Chwytam trzecie krzesło za oparcie i siadam jak najdalej od niego. Fury pokazuje coś dwóm strażnikom stojącym przy wejściu. Jeden z nich wychodzi.
- Czy Barton z tego wyjdzie? - odzywam się do Fury'ego.
- Dotarł do szpitala. Lekarze powiedzieli, że szanse są duże - odpowiada. - Dzięki tobie. Tamowałaś krwotok.
Kiwam lekko głową. Odpinam kurtkę i wyjmuję z niej lekko pogniecioną teczkę. Rzucam ja na stół.
- Ya budu govorit' tol'ko s vami - oświadczam Fury'emu, że będę rozmawiać tylko z nim i mierzę spojrzeniem Rogersa.
- Pochemu? - pyta.
- Vam skazal, chto ya byl s nim. On ne dolzhen. Sam prinimayet verevku vokrug yego shei - odpowiadam, że wszystko im powiedział, a nie powinien. Steve sam kręci sobie sznur na szyję.
- On plokho ne khotyat - Nick twierdzi, że chciał dobrze.
- Menya ne volnuyet, chto on khotel - mówię, że nie obchodzi mnie, co chciał. - Yest' pravila, kotoryye ne dolzhny byt' razorvany. On slomal - są prawa, które nie powinny być złamane, a on je złamał.
- Dlya pravogo dela - Fury usilnie twierdzi, że dla dobra sprawy.
- Ostanovit' zashchitit' yego! - wybucham. Nie chcę, aby go bronił. - Skazal vam obo mne. Kto-to, kak Barton, vy ne dolzhny dazhe imeyut ponyatiya o Podzemnaya! - nie daję się ogłupić. Mówię mu, że ludzie, jak Barton nie powinni mieć w ogóle pojęcia o Podziemiu. - Ne vazhno. Vy postavleny pod ugrozu - usiłuję ochłonąć. Mówię im, że są w niebezpieczeństwie.
- Vy znayete chto-nibud'? - pyta, czy cokolwiek wiem.
- Co ona mówi? - dopytuje się Steve.
- Vy dolzhny byli skazat' mne chto-to - twierdzę, że to on miał mi coś powiedzieć.
- No mne kazhetsya, chto vy znayete vse - uważa, że wszystko już wiem.
Do środka wraca strażnik. Podaje mi mokry ręcznik. Wycieram zakrwawione palce, ale nie przerywam rozmowy. Steve patrzy się na stopniowo coraz bardziej czerwony ręcznik z lekkim przerażeniem w oczach.
- Ne vse - odpowiadam, że nie wszystko. - Otets ne govoril mne o nikh ubity. I on ne skazal mne o kakikh-libo HYDRA planov, ne o helicarriers plana, a ne o plane agenty istrebleniya. On mne nichego ne skazal - mówię, że ojciec nie powiedział mi o niczym.
- Pochemu? - Nick nie wie, dlaczego.
- Ya ne znayu. Vy sprosite yego - wzruszam ramionami, mówiąc, że nie wiem. Niech spyta go sam. - On budet zdes' za dva dnya. Khochet, chtoby doprosit' Zimoy Soldat - beznamiętnie oświadczam, że będzie tu za dwa dni. Chce przesłuchać Zimowego Żołnierza.
Na moment zapada cisza. Steve błądzi wzrokiem pomiędzy moją twarzą, a Nickiem. Mój cel został osiągnięty. Nie zrozumiał ani słowa. Jego towarzysz również wydaje się zagubiony.
- Ya doveryayu tebe, Nick. I ya nadeyus', chto vy nikomu ne skazhu - wyznaję Fury'emu, że mu ufam.
- U vas yest' moye slovo - obiecuje mi.
- Więc co teraz? - pytam, tym razem jednak wszyscy w pomieszczeniu świetnie mnie rozumieją.
- Poczekajmy na twojego ojca. Poproszę go, aby ze mną porozmawiał. Niech przesłucha obiekt, a później przyjedzie tutaj.
- To zbyt ryzykowne. Może się domyślić, że kombinujemy... Przeciwko niemu.
- Musimy go potraktować jak zdrajcę. Sam nas prowokuje - oświadcza mój rozmówca.
- Powinien mi powiedzieć, racja, ale to nie znaczy, że jest zdrajcą - marszczę brwi. - Nick...
- Rozumiem - Fury kiwa głową. - Sama wiesz, jakie są procedury. Jego zachowanie wydaje się zbyt podejrzane. Celowo mógł utaić swoją wiedzę, a to podchodzi pod zdradę, jeśli dodać do tego ofiary śmiertelne.
Krew w moich żyłach ścina się, gdy słyszę o zdradzie.
- Nie możesz go oskarżyć o zdradę - zaczynam mówić szybciej i ostrzej. - I nie zrobisz tego.
- Jeśli nie da mi powodów, to nie zrobię, ale jeśli... - prostuję się. Fury zmienia ton głosu na spokojniejszy. - Jeśli rzeczywiście wiedział, a któremukolwiek z agentów, nieważne, czy naszych, czy jego, coś się stanie, to...
- To co? - rzucam prowokacyjnie.
- Oskarżę go o zdradę, celowe zatajenie kluczowych informacji i kolaborację z HYDRĄ. Zostanie postawiony przed Trybunałem Wywiadowczym.
- Więc nie mamy o czym rozmawiać - wstaję z krzesła.
- Nadia... - Nick chwyta mnie za przedramię i przytrzymuje.
Nie mogę pozwolić, żeby postawił mojego ojca przed sądem z powodu moich paranoi.
- Będziemy w kontakcie - kładzie przede mną czarny telefon. - Oboje wstrzymajmy się z jakimikolwiek działaniami. Do czasu.
Fury podaje Steve'owi takie samo urządzenie i spogląda po nas porozumiewawczo.
- Żebyście nie musieli do siebie jeździć. Mamy w końcu dwudziesty pierwszy wiek.
...
STEVE
Baza Główna SHIELD, Waszyngton
10 kwietnia, 22:23
- Poczekaj - zatrzymuję dziewczynę, której imię brzmi Nadia. Idzie przede mną szybkim, zdecydowanym krokiem i ani myśli się odwrócić. Jednak całkowicie ją rozumiem.
To ja nawaliłem. Ja wygadałem się przed Nickiem.
- Przepraszam.
Nadia staje i zaciska prawą pięść. Powoli odwraca się do mnie. Bezpieczna odległość od rosyjskiej agentki wynosi wystarczająco, abym zdążył zakryć się przed jej ewentualnym uderzeniem. Nie jestem pewien, czy za moment jej pięść nie rozkwasi mi nosa.
- Za co mnie przepraszasz? - pyta, mrużąc oczy. Stoi z rękoma luźno opuszczonymi wzdłuż tułowia, ale cała grzmi. Jej oczy wyrażają głęboki gniew, ale twarz jest zatrważająco spokojna.
Spuszczam wzrok. Robi krok w moim kierunku. Zaciska pięść, ale nadal jej oblicze jest anielsko spokojne.
- Za co? Powiedz to. Chcę to usłyszeć - jej głos ocieka jadem. - No dalej. Powiedz.
Podnoszę wzrok i jestem zdolny jedynie do patrzenia na nią. Nie umiem jednak spojrzeć jej w oczy.
Sprzedałem ją, a ona uratowała Bucka. Chciała, żebyśmy znowu byli dla siebie jak bracia. A ja wygadałem się przy Bartonie.
- Legenda Ameryki, a nie potrafi nawet się przyznać - kpi sobie ze mnie. - Gdzie twoja odwaga, Kapitanie?
Spoglądam w bok, byle nie patrzeć na jej oceniający wzrok. Czuję na sobie to spojrzenie jak rozgrzane żelazo.
- Każda osoba, która wie o tym, co robię, to kolejna lufa wymierzona we mnie i moich przyjaciół, mojego ojca, innych agentów. Rozumiesz to? - syczy. - Dlatego cały czas się ukrywamy.
- Rozumiem. Nie miałem wyjścia.
- Zawsze jest jakieś wyjście - zbliża twarz. - Zawsze.
Odsuwa się i odwraca. Zaczyna iść w przeciwnym kierunku niż ja. Zmierzam do dużego holu, w którym siedzi Sam. Napotykam towarzysza całkowicie rozbitego.
Siedzi z nogami na okrągłym stoliczku i patrzy w sufit. Jego prawa ręka zwisa z oparcia czarnego fotela.
- Przeżyjesz? - pytam. Brzmię niemalże troskliwie.
- Mhm - kiwa głową. - Ale możemy już jechać do tego mieszkania na Stanton Street? Chciałbym się napić.
- Rano miałeś kaca mordercę. Jesteś pewien...?
- Jeszcze niczego tak nie byłem pewien.
...
JAMES
Baza przejściowa Podziemia, Waszyngton
11 kwietnia, 8:12
Budzę się w pomieszczeniu 45B. Zasnąłem wczoraj wieczorem i przez trzynaście godzin, jeśli wierzyć elektronicznemu zegarowi stojącemu na metalowym biurku, spałem twardym snem.
Całe trzynaście godzin w moich myślach pojawiała się Nadia i nie potrafię tego wytłumaczyć.
Siadam na łóżku i przecieram dłońmi oczy. Wsuwam palce we włosy i przeciągam je aż do karku. Wstaję i zamykam za sobą drzwi. Schodzę na pierwszy poziom Bazy.
W stołówce szukam czegoś do jedzenia. Kobieta w średnim wieku podaje mi talerz z kanapkami i kubek z czarną kawą. Zjadam szybko posiłek i długo czuję w ustach smak śniadania. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek jadł w ciągu doby tyle, ile tutaj.
Wracam do pokoju, w którym spałem i siadam na skraju łóżka. Po kilkunastu minutach znów zaczynam sobie przypominać swoje własne zbrodnie, mordy na niewinnych ludziach, ostrzeliwanie samochodów z rodzinami w środku. Tym razem podkładam ładunek pod czyjąś podłogę w mieszkaniu. Oddalam się i oglądam, jak mieszkanie na trzecim piętrze wylatuje w powietrze. Nie wiem, ile osób zginęło w tym wybuchu.
W Bazie HYDRY, do której transportuje mnie czarna furgonetka, ktoś z radością w głosie rozmawia o moim udanym zadaniu. Jego słowa stają się coraz głośniejsze. Chwali mnie. Mówi, że jestem najlepszym zabójcą, jakiego HYDRA kiedykolwiek miała. Zabiłem dwa razy więcej ludzi, niż sam mógł przewidywać.
Mogę przysiąc, że właścicielem tego głosu jest Pierce, ale szybko przypominam sobie słowa Nadii. On nie żyje i tego się chwytam. Inaczej utonąłbym w toni własnych pomieszanych paranoi i urywków wspomnień życia, które zostawiłem na brzegu rzeki kilka dni temu.
Zdejmuję opinającą koszulkę i przykrywam się kocem. Próbuję zasnąć jeszcze na moment i kurczowo zaciskam powieki. Jednak nawet to nie pomaga.
...
NADIA
Baza przejściowa Podziemia, Waszyngton
11 kwietnia, 8:43
Budzę się rano i od razu maszeruję do łazienki domyć krew z ręki. Telefon od Fury'ego leży koło mojego własnego. Powiedział, że będziemy w kontakcie. Nie mam jednak zamiaru dzwonić ani do niego, ani do Rogersa.
Wchodzę pod prysznic i suszę włosy. Ubieram się i schodzę do stołówki. Jem śniadanie w towarzystwie Bexleya. Żadne z nas się nie odzywa. Po skończeniu posiłku czuję, że muszę jako pierwsza przełamać tę absurdalną ciszę.
- Jesteś obruszony jak panienka - rzucam. Unosi spojrzenie znad kanapki z tuńczykiem.
- Nie jestem obruszony. Zdumiewa mnie twoja... heroiczna odwaga. Łatwość, z którą przychodzi ci podejmowanie ryzyka... - dobiera słowa, jakby deklamował wiersz. - Skąd ta krew na twojej ręce wczoraj, co?
- Tamowałam krwotok.
- Powiedziałaś mi - udaje zdziwienie. - Ciekawe. Myślałem, że to przemilczysz. Wy zawsze jesteście tacy tajemniczy.
- My? - unoszę brwi.
- Wy, Rosjanie. Antonov też ma jakieś sekrety. Znam go od wielu lat, ale nadal nie wiem, dlaczego i jak zginęli jego rodzice.
- Dlatego go zwerbowali?
- Chyba każdy tu ma jakąś tragedię za sobą. Ty, on, ja.
Marszczę brwi.
- SHIELD zwerbowało mnie, kiedy mój brat zginął w Afganistanie. To było dziesięć lat temu - szybko wyjaśnia. - Stare dzieje... - wraca do jedzenia.
- Musiało cię to dużo kosztować - stwierdzam.
Unosi brew i wzrusza ramionami.
- Jakoś to przeżyłem. Ale nadal mam uraz do sytuacji, w których nic nie mogę zrobić. Kiedy oglądam, jak inni robią krok do przodu na złość tobie, a mina wybucha pod ich stopami.
- Nie wiedziałam, Diego... - zaczynam, ale przerywa mi:
- Nie mogłaś wiedzieć. Wie to tylko twój ojciec. No i może Nick Fury, on wie przecież wszystko.
- Racja - kładę sztućce na talerzu. - Czy nasz świadek jeszcze śpi?
- Antonov sprawdzał jakieś piętnaście minut temu i chrapał jak zabity.
Uśmiecham się ponuro. "Jak zabity" nabiera zupełnie innego znaczenia, gdy pada z ust Bexleya w Bazie Podziemia i dotyczy zabójcy HYDRY.
Wracam do 32A i biorę do ręki telefon od Nicka. Odblokowuję go i szukam numeru do szefa TARCZY. Nie dziwi mnie, że jest na szybkim wybieraniu. Harrelson też ustawił siebie pod numerem jeden w telefonie, który teraz spoczywa w szufladzie szafki nocnej.
Wysyłam mu wiadomość, w której pytam, co z Clintem. Coś podpowiada mi, że powinnam zainteresować się losem agenta. W końcu teraz i on wie, czym się trudnię i powinnam mieć na niego oko.
Nie dostaję szybkiej odpowiedzi, więc zostawiam telefon na szafce i kieruję się do 45B.
Cicho otwieram drzwi i wchodzę do środka. Barnes leży plecami do mnie, przykryty kocem. Nie ma na sobie koszulki i dziwię się, że nie jest mu zimno przy takiej temperaturze w Bazie. Mnie nie robi to różnicy. Przyzwyczaiłam się do chłodu.
Musi głęboko spać i nie chcę mu przeszkadzać. Znów chwytam za klamkę, ale przerywa mi jego głos:
- Nie musisz wychodzić, nie obudzisz mnie. Nie śpię od godziny.
Puszczam klamkę. Zimowy Żołnierz w zatrważającym tempie siada i chwyta swoją koszulkę. Ma problem z założeniem jej, jakby bał się zbyt mocno obciążyć prawą rękę. Pomagam mu przełożyć ramię przez rękaw.
- Wciąż boli? - pytam.
Kręci głową.
- Po prostu ciągle wydaje mi się, że jak nią poruszę, to zemdleję z bólu. Przyzwyczaiłem się do wybitego barku. Dziwnie móc znów ruszać prawą ręką - tłumaczy. Siada na skraju łóżka i naciąga kołdrę na poduszki.
- Jakieś nowe... wspomnienia?
- Kilka - przeciąga się. - Ale nie wiem, czy chcesz je poznać.
- Gdybym nie chciała, to bym tu nie przyszła - uśmiecham się kącikami ust.
- Zastrzeliłem trzech agentów SHIELD w latach siedemdziesiątych - oświadcza beznamiętnie. Patrzy na swoje splecione na udach dłonie.
- Jeśli nadal będziesz sobie przypominał w takim tempie, to niedługo odzyskasz całą pamięć.
- Nie wiem sam, czy chcę to wszystko pamiętać - spogląda na okno.
- Bez wspomnieć jesteśmy nic nie warci. To one świadczą o nas. O tym, kim byliśmy. Możemy być lepszymi ludźmi, jeśli pamiętamy, jakie popełniliśmy błędy.
- Moje wspomnienia to głównie granatnik w rękach, przeładowywanie broni... Pierce, który ćwiczy na mnie nowe chwyty i uderzenia, które pozbawiają mnie przytomności... Jakieś cele, klatki jak dla zwierząt. Nie mam zbyt barwnych wspomnień.
- Uwierz, ja też nie - usiłuję go pocieszyć, ale zawsze wychodziło mi to z marnym, komicznym skutkiem.
Spogląda na mnie, jakby chciał zapytać mnie, czy w moim życiu wydarzyło się coś równie podłego, co w jego.
- Urodziłam się na głębi rosyjskiej Syberii... Nie mogę narzekać, mieliśmy ciepłą wodę i prąd przez większość roku. Przez dziesięć miesięcy w roku w Siewiersku leży śnieg, przez pozostałe dwa jest około pięciu, sześciu stopni na zewnątrz. W lasach, w którym trenowaliśmy, żyły całe watahy wilków. Uczyli nas strzelania do ruchomym celów właśnie na tych wilkach. Biegaliśmy po dziesięć kilometrów w piętnastostopniowym mrozie. Moi trenerzy mówili, że zimno jest dopiero wtedy, gdy zamarza wódka.
- Kiedyś zamarzła? - pyta, marszcząc brwi.
- Zamarzała co roku w styczniu - odpowiadam, lekko wzruszając ramionami.
Barnes kiwa głową.
- Nie jesteś jedynym, który ma trudną przeszłość - uśmiecham się, może nieco sarkastycznie. Słowa "trudna przeszłość" są tak absurdalnie odpowiednie, że aż chce mi się śmiać.
- Ile osób zabiłaś? - pyta nagle, a ja nie jestem gotowa na takie pytanie. Zamieram i przez moment upewniam się, że rzeczywiście to powiedział. Odpowiada mi tylko cisza i jego wyczekujące spojrzenie.
- Od mojej pierwszej misji piętnaście - mówię bez zastanowienia.
Barnes wstaje i przeciera twarz dłonią.
- Piętnaście - mówi. - To mało.
- To nie jest mało - wtrącam się. - Piętnaście zabitych osób to nie mało.
- To nic w porównaniu z tym, ile ja zabiłem. Chryste, nie pamiętam nawet połowy tych ludzi... Tyle niewinnych osób, dzieci...
- Nie miałeś nad tym kontroli - wstaję. - Kierowała tobą HYDRA. Wsadzili ci broń do ręki.
- Ale nie pociągnęli za mnie za spust - odpowiada, patrząc na mnie ubolewającym wzrokiem. Przypomina zbite szczenię. Spod kosmyków brązowych, długich włosów połyskują smutne, cierpiące oczy.
- Hej - podchodzę bliżej i patrzę mu prosto w oczy. - Wszyscy wokół mnie widzą w tobie mordercę, do tego z letalnymi umiejętnościami. Wsadzili cię do tej samej szufladki z resztą agentów HYDRY, którzy sami pchali się pod skrzydła Pierce'a. Nie mają racji. Nie jesteś taki jak oni.
- Jestem od nich o wiele gorszy. Robiłem to, co mi kazali i nawet nie kwestionowałem ich poleceń - odpowiada.
- Przestań - proszę go. - Przestań tak mówić.
- Mam przestać mówić prawdę? Lepiej, żebym kłamał? - marszczy brwi. Żyłki w jego oczach zaczynają być widoczne. - Jestem mordercą, rozumiesz?! Nie mogę zachowywać się, jakbym nigdy nikogo nie zabił! Mam dwieście osób na koncie! Dwieście! Sama to powiedziałaś! Sama powiedziałaś, że jestem maszyną do zabijania! Że jestem psychicznie niestabilny, jestem nienormalny, jestem bezużyteczny! Jedyne co umiem, to zabijać!
- Powiedziałam to, żeby złamać twoje wyuczone przez HYDRĘ mechanizmy obronne - wyjaśniam mu spokojnie. - Gdybym tego nie zrobiła, nigdy byś się nie zgodził na współpracę.
- Nazywasz to współpracą?
- A jak mam to nazwać? Nie jestem twoją niańką, to nie przedszkole dla ekszabójców.
Macha dłonią.
- Sama widzisz. Podświadomie wszyscy wiecie, że jestem zabójcą.
- Powiedziałam eks.
- Nadia, ja mam na rękach krew niewinnych ludzi.
- A ja mam na rękach krew ludzi, którzy cię do tego zmusili! - wybucham. - Strzeliłam każdemu agentowi HYDRY, którego znalazłam, prosto w łeb! Widziałam ich mózgi rozpryskujące się na ścianach i podłogach. Jednemu wbiłam nóż w szyję w toalecie w galerii handlowej! Zrozum, że nie jesteś jedynym wewnętrznie zniszczonym przez to, co ktoś kazał ci robić!
Buchanan przestaje mówić. Spuszcza cierpiętniczy wzrok na ziemię i zamyka oczy. Przestaje zaciskać dłonie. One również zaczynają beznamiętnie zwisać wzdłuż jego ciała.
- Zaczynam się rozpadać jak małe dziecko - niemalże szepcze.
- Nie pozwolę ci się rozpaść - zapewniam go, brzmiąc, jakbym mu to obiecała.
Otwiera oczy i rzuca mi nieodgadnione spojrzenie:
- Miałaś mnie nie niańczyć.
- Tu nie chodzi o niańczenie - kręcę głową.
- Więc o co? - unosi brwi i otwiera usta. Czeka na moją odpowiedź z wyczekującym wzrokiem.
- Co byś chciał usłyszeć? - powoli biorę wdech i wpuszczam z płuc powietrze.
- Prawdę, całą prawdą i tylko prawdę - odpowiada.
- Nie zastrzeliłam cię wtedy właśnie dlatego, że byłeś marionetką, a nie agentem HYDRY - wyznaję mu. - Nie mogłam zabić niewinnej osoby.
- Uważasz, że jestem niewinny? - pyta.
- Czy ktoś zmuszony do morderstwa popełnił je z własnej woli?
- Nie - mówi.
- Czy zostałeś zmuszony do morderstw na agentach SHIELD?
- Tak - odpowiada zdecydowanie.
- Czy myślałeś wtedy w inny sposób niż narzucony przez pranie mózgu?
- Nie.
- Czy mogłeś w jakikolwiek sposób zaprzestać wykonywania rozkazów HYDRY? Czy byłeś świadom, co robisz?
- Nie.
- Czy z pełną świadomością i z własnej woli popełniłbyś swoje czyny jeszcze raz?
- Nie - kręci głową.
- Powtórz to mojemu ojcu i powtarzaj sobie za każdym razem, kiedy pomyślisz, że jesteś czemukolwiek winien.
Na moment zapada cisza.
- A co ty powtarzasz sobie, kiedy dopada cię poczucie winy? - zadaje mi jedyne pytanie, na które odpowiedź przygotowywałam w myślach już od dawna.
- Mówię sobie, że to nie byli ludzie, tylko potwory. Każdy z nich zrobił coś okropnego i nie było dla nich wybaczenia. Mordowali jeńców, kobiety, eksperymentowali na dzieciach, często z krajów ogarniętych wojną. Urządzali masowe mordy na niewinnych ludziach - przerywam, aby spojrzeć na niego. - Proszę cię tylko, żebyś nigdy więcej nie myślał o tym, co się stało. Jeśli wrócą do ciebie wspomnienia, to nie zadręczaj się nimi. To jest jedyny sposób, żebyś oderwał się od HYDRY.
Robię kilka kroków w tył, chcąc wyjść, aż dochodzę do drzwi. Barnes siada na łóżku i opiera czoło na dłoniach. Zaczyna podrygiwać prawą stopą. Zatrzymuję się z ręką na klamce.
- Jeśli chcesz, to idź. Mam z kim pogadać. Pierce mnie czasem odwiedza - mruczy pod nosem.
Podchodzę do niego i siadam obok. Kładzie ręce na udach. Zmuszam go, aby na mnie spojrzał. Śledzę wzrokiem każdą emocję na jego twarzy. Przed chwilą tak świetnie ukrył wiadomość w swoich słowach, że niemal nie wychwyciłam, o co mu chodzi.
Barnes lekko marszczy brwi i przeciera czoło ręką. Wstaje, więc ja też wstaję. Przebiega spojrzeniem od czubka moich włosów aż do dłoni opartych na białej pościeli. Wraca wzrokiem do moich oczu.
- Nadia, ja nie...
Wstaję i podchodzę do niego. Nie mogę znieść tego cierpiącego spojrzenia.
Wsuwam dłonie pod jego ręce i splatam je na jego plecach. Buchanan od razu opiera głowę na moim ramieniu i czoło na mojej szyi. Powietrze, które wydycha, łaskocze moją skórę.
Zimowy Żołnierz tkwi nieruchomo przez moment, więc zaczynam powoli się odsuwać, ale wtedy chwyta mnie mocniej i przysuwa do siebie.
Czuję nieznaną mi wcześniej chęć bycia blisko niego i nie umiem jej w żaden sposób wytłumaczyć.
- To minie - zapewniam go. - Obiecuję, że to minie.
...
STEVE
Stanton Street 71, Waszyngton
11 kwietnia, 09:23
Sam śpi na łóżku rodziców Sharon w ich sypialni i chrapie. Wczoraj wypił tyle alkoholu, ile tylko było w mieszkaniu. Muszę pamiętać, aby zostawić na stole pieniądze za wszystkie opróżnione przez Wilsona butelki i zbity kieliszek.
Dopijam mleko i wkładam białą szklankę do zlewu. Włączam wodę i myję go.
Po cichu skradam się do sypialni. Wchodzę do środka na palcach i z szafy wyciągam kremową koszulę ojca Sharon i zgniłozielone spodnie oraz czystą, białą podkoszulkę i bieliznę. Biorę prysznic i ubieram się. Potem zaparzam Wilsonowi kawę i stawiam ją na stoliczku nocnym koło łóżka. Sam nadal śpi i nie ma chyba zamiaru obudzić się przez kolejną godziną.
Chowam do kieszeni telefon od Nicka i zamykam za sobą mieszkanie. W samochodzie na parkingu pod wejściem do klatki schodowej cały czas siedzi dwóch agentów TARCZY i ma na nas oko. Kiwam jednemu z nich i wsiadam do ich samochodu.
- Porucznik Wilson śpi i obudzi się z wielkim kacem. Proponuję kupić mu aspirynę i kefir - oznajmiam im.
- Kapitanie, gdzieś się wybierasz? - pyta agent siedzący na siedzeniu pasażera.
- Nie. Chcę tylko się dowiedzieć jak Barton.
Mężczyźni patrzą po sobie. Jeden z nich spuszcza wzrok.
- O co chodzi? - moje serce zaczyna bić szybciej.
- Szef kazał przywieźć cię do szpitala Beauforta około dziesiątej.
- Coś się stało?
- Kazał nic nie mówić. Wszystko przekaże ci osobiście agentka Maria Hill.
Czuję, jak uchodzi ze mnie całe powietrze.
- Zawieźcie mnie teraz - proszę ich.
Jeden z agentów wychodzi z samochodu, zabierając ode mnie klucze od mieszkania. Wchodzi do klatki schodowej, a kierowca rusza.
Droga do szpitala jest maksymalnie przedłużona przez tworzące się w centrum korki. Cały czas obracam w rękach czarny, cienki telefon od Nicka. Nie wiem, czy powinienem dzwonić do Nadii i powiedzieć jej cokolwiek dowiem się o Clincie. W końcu ona też ma prawo wiedzieć, co z agentem. Nie jestem jednak pewien, czy jeszcze ją to obchodzi.
Agent zatrzymuje samochód pod samym wejściem i eskortuje mnie do środka. W sterylnym korytarzu, oślepiającym mnie bielą kafelek, widzę Marię.
Podchodzi do mnie i obejmuje mnie jedną ręką.
- Co się stało, Maria? - pytam, ale nie dostaję od niej odpowiedzi. Kilka kroków dalej zatrzymujemy się pod drzwiami windy. Kiedy przyjeżdża, wsiadam do niej z Hill. Dopiero po zamknięciu się windy, agentka odzywa się:
- Fury sam chciał ci to przekazać, ale musiał zostać w Bazie - zaczyna.
- Dlaczego musiał zostać? - dopytuję się.
- Przyjechała agentka Romanoff - odpowiada.
Ostatecznie tracę grunt spod nóg. Jeśli Natasha jest w Waszyngtonie, w Bazie TARCZY, to oznacza to tylko jedno.
Domyślam się, że Clint Barton nie żyje.
