Drzwi otworzyły się gwałtownie nim Snape zdążył zaprosić gościa do gabinetu.

- Sevi...
- Profesor Minerwa? - zapytał zszokowany Harry.

Stanęła przed nimi urodziwa kobieta z długimi, opadającymi falami na plecy, włosach. Była zupełnie niepodobna do nauczycielki transmutacji, ale nie było mowy o pomyłce. Draco wychylił jasną głowę zza ramienia Pottera i prawie stracił równowagę, widząc profesorkę w tak nienaturalnym stanie. Chłopcy nie mogli powstrzymać rumieńców, które pojawiły się na ich twarzach.

- Potter, Malfoy... - skinęła sztywno na powitanie. Wydawała się być lekko speszona. - Idźcie do swojego dormitorium. Sev... Profesor Snape skontaktuje się z wami w sprawie szlabanu.

Bez wahania obaj wybiegli z gabinetu, wyrzucając z myśli różne, obrzydliwe wyobrażenia, których w głowach jedenastolatków być nie powinno.

- Myślisz, że oni... - zaczął zdyszany Draco, kiedy zwolnili kawałek przed wejściem do Pokoju Wspólnego.

- Wiem jedynie, że moje życie właśnie straciło sens... - odpowiedział Harry, wzdrygając się odruchowo. - McGonagall i Snape? Wolne żarty!

- Nie mów "McGonagall" i "Snape" w jednym zdaniu! - wrzasnął Malfoy, zasłaniając uszy jakby nagle miały zacząć krwawić.

- Zawrzyjmy umowę. Nigdy więcej nie wspomnimy o tym, co się wydarzyło, jasne? Nikomu!

- Ani słowa? - Blondyn spojrzał na kolegę podejrzliwie.

- W sumie... moglibyśmy troszeczkę ich zaszantażować. - Harry uśmiechnął się przebiegle.

- Niby czym? Nie widzieliśmy nic szczególnie... no wiesz... - Ponownie otrząsnął się ze wstrętem. - Poza tym nie mamy dowodów.

- Możemy wrócić jak tak bardzo zależy ci na dowodach. Mimo wszystko jestem ciekaw, co robią...

- Potter!

- Co? - Harry zachichotał, widząc oburzoną minę przyjaciela.

- Chcesz tam wrócić?! Pogięło cię?! Jak nas złapią to wujek uziemi nas do końca życia! - bulwersował się Draco z zabawnym wyrazem twarzy.

- No dobrze, przepraszam! - Harry poniósł ręce w geście obronnym. - Nie było sprawy. Wracajmy do pokoju.

Draco w tym samym czasie wykrzyknął gorączkowo:
- Dobra! Chodźmy!

Okularnik uniósł brwi w geście zdziwienia. Draco zamrugał.
- No co?

- Więc jednak ciekawość wzięła górę... kto by przypuszczał! - Usta czarnowłosego rozciągnęły się w żabim uśmiechu.

Malfoy wzruszył ramionami, a w jego oczach pojawił się iście ślizgoński błysk. W tym samym momencie odwrócili się i ruszyli z powrotem do gabinetu opiekuna Slytherinu. Blondyn przez całą drogę względnego skradania się, metodycznie poszturchiwał kolegę.

Stanęli po raz drugi tego dnia przed wielkimi, dębowymi drzwiami, nerwowo chichocząc.

- Nie wierzę, że mamy zamiar to zrobić - odparł Draco wysokim tonem.

- Ja też nie wierzę... ale teraz nie możemy się wycofać! - Harry spojrzał na niego z zaciętą miną. - Na trzy otwieram drzwi z kopniaka, a ty wskakujesz do środka!

- Co?! - Blondyn krzyknął nieco zbyt głośno, więc Potter był zmuszony zakneblować go własną dłonią.

- Odbiło ci? Chcesz zdradzić wrogowi naszą pozycję?!

- Mnie odbiło?! To ty chcesz kopniakiem otworzyć drzwi i wparować do środka! - Draco znajdował się na skraju paniki. Nawet nie zauważyli, że stoją już pod owym felernym gabinetem.

- Nazywa się to elementem zaskoczenia! Wróg wpadnie w taki szok, że nawet nie będzie wiedział, co się wydarzyło!

- Generał Potter się odezwał - prychnął dziedzic fortuny Malfoy'ów. - Twoja taktyka jest bardzo podstępna i wielopoziomowa, wiesz? Typowo gryfoński tok myślenia: na trzy, naprzód! Jesteś pewny, że tiara się nie pomyliła?

- A ty jesteś typowym puchonem! Wszystkiego się boisz! - odpowiedział Harry, mierząc blondyna morderczym spojrzeniem. - Może w twoim przypadku też nastąpiła omyłka?

- Niczego się nie boję! - wrzasnął Draco, płosząc testrale w Zakazanym Lesie, po czym zirytowany kopnął czarnowłosego w kostkę z całej siły.

Harry zamachnął się i wymierzył potężny cios, który trafił chłopaka prosto w nos. Blondyn krzyknął jak szyszymora, po czym w odwecie podciął Potterowi nogi. Nie przewidział jednak, że ten zdąży chwycić go za przód szaty. Obaj runęli jak dłudzy na podłodze.

- Co się tu dzieje? - Zimny, ostry jak brzytwa głos, przerwał bójkę nim sytuacja zaszła zbyt daleko.

Profesor Snape złapał chłopców za szaty i podniósł do pionu jak szmaciane lalki.

- To jego wina! - oznajmił Harry prosto z mostu, wskazując palcem na blondyna.

- Moja?! To wszystko przez ciebie!

- Cisza! - Snape nie podniósł głosu, więc został zakrzyczany przez awanturujących się nastolatków. - Slytherin traci po dziesięć punktów za wasze skandaliczne zachowanie - dodał nieco głośniej. - Dobijacie do dwudziestu?

- Wujku, ale skoro odejmujesz nam po dziesięć, to jest to już dwadzieścia – zauważył okularnik.

- Nie kłóć się ze mną, Harry! - warknął Nietoperz Hogwartu. - Ale skoro tak ci zależy, możecie podbić do czterdziestu...

- Nie, dziękujemy - odpowiedział, po czym złapał Draco pod ramię i zaczął go ciągnąć do salonu.

- Jeszcze z wami nie skończyłem.

- Ale my skończyliśmy z tobą - odpowiedział Harry mimowolnie i natychmiast zrozumiał swój błąd.

- Potter - wycedził Snape przez zaciśnięte zęby, tonem nie wróżącym nic dobrego. Jego twarz przybrała ciekawy purpurowy odcień.

- Wujaszku... - Harry zbladł ze świadomością, że posunął się za daleko. - Oddychaj. Pomyśl o czymś przyjemnym. - Próbował go uspokoić.

- Potter...

- Tak?

- Potter... - powtórzył Mistrz Eliksirów po raz trzeci. Żyłka na jego czole pulsowała z częstotliwością miliona na sekundę.

Przez kilka minut mierzyli się spojrzeniami, aż w końcu Harry zrobił najrozsądniejszą rzecz, jaka mu przyszła do głowy - wziął nogi za pas. Draco mógłby przysiąc, że aż się za nim kurzyło. Spojrzał na Snape'a, zachłysnął się gwałtownie wciągniętym powietrzem, po czym poszedł w ślady przyjaciela.
- Zaczekaj na mnie! - zawołał spanikowany.

Snape był tak zaskoczony tym, co się stało, że nawet nie zareagował na ich ucieczkę. Po chwili wzruszył ramionami i wrócił do gabinetu. Draco dogonił Pottera u szczytu schodów. Wpadł na przyjaciela w pełnym biegu, przez co obaj stoczyli się na sam dół. Ich jęki pełne bólu słychać było w całym zamku.

- Myślisz, że wujek nas przeklął? - zapytał Draco niepewnie, próbując wydostać się z poplątanej masy rąk i nóg.

- Jest nauczycielem! Nie może nas przekląć! - odpowiedział Harry, stukając się w czoło.

- Od kiedy bycie nauczycielem przeszkadza mu w byciu potwornie okrutnym? - Draco z histerią potrząsnął kolegą.

- Uspokój się! - Harry próbował wyrwać się z uścisku chłopaka, ale ten ani myślał go puścić, więc okularnik postanowił wytoczyć największe działo; zamachnął się i wymierzył mu silny policzek.

- Dzięki, Potter - westchnął Draco, wyrwany ze szponów histerii.

- Wróćmy do dormitorium i udawajmy, że nic się nie wydarzyło. To jest najlepsze rozwiązanie odkąd schrzaniłeś naszą akcję.

- Nie ja ją schrzaniłem - obruszył się blondyn. - Przyjmijmy roboczo, że to wina Snape'a. Dobra?

- Niech będzie. Ale nikomu ani słowa. Cały Hogwart nie musi wiedzieć o naszej nieudolności - odpowiedział Harry. - Jestem głodny. Może skoczymy przy okazji do kuchni?

- Do kuchni? Masz na myśli to miejsce, gdzie skrzaty przygotowują te pyszności? - Draco od razu się zainteresował.

- Nie, mam na myśli sowiarnię. Oczywiście, że do skrzatów!

- Ale... ale... tam roi się od zarazków! To są... pomieszczenia dla SŁUŻBY - przeraził się dziedzic dumnego rodu Malfoy'ów.

- To wracaj do pokoju. Ja mam zamiar wrzucić coś na ząb - powiedział Harry i zostawił chłopaka na pastwę losu dyżurującym nauczycielom.

- Ej, a jak mnie ktoś złapie? - Draco rozejrzał się wokół niepewnie. Zawsze może zwalić na Pottera całą winę.

- To ponownie spotkasz się ze Snapem, więc lepiej uważaj. - Harry zaśmiał się złowieszczo.

- Drań - skwitował blondyn, niechętnie podążając za przyjacielem. Wujek Severus był w takim stanie, że gdyby go dorwał to zabiłby na miejscu.

Harry zatrzymał się dopiero przed ogromnym obrazem, przedstawiającym miskę owoców. Połaskotał gruszkę, która zachichotała i zmieniła się w klamkę. Z uśmiechem na ustach nacisnął na nią i wpadł do środka, wydając z siebie radosny pisk.

Połaskotał gruszkę, która zachichotała i zmieniła się w klamkę.

- Skrzaty trzymają dla mnie mnóstwo jedzenia, zwłaszcza czekolady... chcesz trochę?

- Nie jesteśmy w Hogwarcie nawet tydzień, a ty już znasz wszystkie miejsca i... mieszkańców?

Kuchnia wyglądała naprawdę przyjemnie i swojsko. Pełna światła i cudownych zapachów. Pomieszczenie wypełnione było skrzatami. Krzątały się po kuchni to sprzątając, to przyrządzając jakieś nowe potrawy. Gdy zauważyły gości, zamarły w bezruchu, przyglądając się im swoimi wielkimi oczami.

- Kawy! - powiedział odruchowo Draco swoim najbardziej rozkazującym tonem. Harry rzucił mu mordercze spojrzenie.
- To nie są twoi niewolnicy!

- To jest służba, Potter! - Przewrócił oczami blondyn.

- Nie będą spełniali twoich zachcianek!

- Nie bądź puchonem! Są stworzeni, żeby spełniać moje zachcianki. - Zaśmiał się zimno arystokrata.
Harry rzucił koledze mordercze spojrzenie, po czym uśmiechnął się przepraszająco do skrzatów.
- Wybaczcie mojemu przyjacielowi. On wszystkich traktuje jak byle bród pod podeszwą buta. Jestem Harry. - Przedstawił się, potrząsając dłońmi zszokowanych skrzatów. - A to jest Draco. Nie musicie mu służyć, ale będziemy dozgonnie wdzięczni, jeśli skołujecie dla nas jakieś przekąski.
Czekał na reakcje stworków z szerokim uśmiechem. Biedne skrzaty potrząsnęły głowami, po czym jednomyślnie przesunęły się w kierunku Malfoy'a. Draco zmierzył Potter'a spojrzeniem.
- No co? Nie byłem jeszcze w kuchni, ale wiedziałem, że w ciemno nigdzie nie pójdziesz - wyjaśnił zielonooki ślizgon.

Skrzaty potraktowały ich, co nie było zresztą dziwne, jak książęta. Skakały wokół nich, podtykając pod nos coraz to różniejsze potrawy. Chłopcy próbowali każdej, nawet tych, które wcale nie prezentowały się najlepiej. W końcu mieli dość i delikatnie próbowali powiedzieć to tym usłużnym stworzeniom, ale im bardziej stanowczo odmawiali, tym było gorzej.

- Harry, co powiesz na szybką ewakuację? - wyszeptał Draco, udając, że sięga po dokładkę tłuczonych ziemniaczków.

- Jestem za - odpowiedział, starając się nie poruszać wargami. - Masz jakiś genialny plan jak to zrobić?

- Całkowicie popieram w tej chwili gryfonów - powiedział Malfoy, zezując na słuchające uważnie skrzaty. - OPCJA: NA TRZY CZTERY, rzucamy się na jedzenie - dodał, przełykając niepewnie ślinę. Nie był pewny czy numer z akcentowaniem słów przejdzie.

- Niech będzie. Trzy, czte... - Harry niespodziewanie wstał i wybiegł, otwierając na oścież wielki obraz jakby ważył piórko, a gdy był już wystarczająco daleko, wrzasnął - ...ry!

Blondyn zamrugał zaskoczony, po czym otrząsnął się z szoku. Pobiegł za kolegą, prawie zabijając się o jedno z krzeseł i któregoś z niższych skrzatów. Potter biegł niczym błyskawica, co było bardzo zaskakujące.

- Nienawidzę cię - wydyszał Draco, kiedy przystanęli wreszcie w okolicach Pokoju Wspólnego. Najwyższy czas złapać oddech.

- Powiedziałeś, że rzucamy się na jedzenie! A ja nie byłem już głodny - wydusił z siebie Harry z rozbrajającą szczerością.

- Ty... ty pacanie! - zbulwersował się jedyny dziedzic fortuny Malfoy'ów. - W ten sposób zakodowałem wiadomość! Naprawdę jesteś niedomyślny jak pospolity puchon. - Przewrócił oczami, żeby podkreślić wagę podsumowania. Podszedł do ściany chroniącej wejścia do Pokoju Wspólnego ślizgonów i przystanął, zakładając dłonie na piersi.

- W takim razie marny z ciebie twórca zakodowanych wiadomości - skwitował Harry, również podchodząc do ściany. - Nawet Dumbledore nie wiedziałby o co ci chodzi.

- Wiedziałby, mówię ci. On grzebie w umysłach biednych, niczego nie spodziewających się uczniów zupełnie jak wujek Severus. - Przekonywał go Draco, kiwając zapalczywie głową.

- Wydaje ci się... nikt cię tak naprawdę nie jest w stanie zrozumieć - uciął dyskusję Harry. - Pamiętasz hasło?
- Czystość krwi - podpowiedział im nieznany głos, dochodzący zza pleców.

Odwrócili się, jak na komendę. Tuż za nimi stał rozwścieczony prefekt Slytherinu.
- Cisza nocna obowiązuje wszystkich, moi mili - wycedził. Powiedział ten sam chudy prefekt o szczurzej twarzy, który zaprowadzał pierwszorocznych ślizgonów do ich dormitoriów. - Myślę, że szlaban z panem Filchem pomoże wam to zapamiętać. Jutro o dwudziestej. A teraz do łóżek.

Biegiem udali się do pokoju i bez przebierania rzucili na łóżka. W tej poważnej sytuacji nie było nic śmiesznego, lecz mimo to Harry parsknął śmiechem.

- Idiota - skwitował Draco, ale obaj w duchu pomyśleli, że dzień można zaliczyć do udanych.