A/N: Dzięki, za wszystkie komentarze, Madi. Doceniam! Cieszy mnie również, że moja mała historyjka budzi w Tobie tak wielkie emocje. Postaram się , by to się nie zmieniło, a tymczasem zapraszam na kolejny rozdział.
Pozdrawiam!
P.S. Z góry przepraszam za ewentualną łacinę zawartą w tekście, ale była ona w moim pojęciu niezbędna dla zachowania napięcia.
VII
„NA ODSIECZ"
- Jack, ja wiem, że trzy lata temu definitywnie zerwałeś z programem, z wojskiem i nie proszę, byś wrócił, ale…- powiedział Hammond, gdy przez dłuższą chwilę nie wypowiedziałem ani słowa. Być może pomyślał, że się nie zgodzę, ale to przecież nie tak…
Cokolwiek stało się między mną, a Carter, nie zmieniało faktu, że SG-1 było nie tylko moją dawną drużyną, ale przede wszystkim grupą moich przyjaciół, nawet jeśli jedno z nich złamało mi serce. Nieważne, co było. Nadal się troszczyłem i zawsze będę…
- Sir, George…- przerwałem mu wpół słowa.- Oczywiście, że pomogę!- rzuciłem z naciskiem.- Na miłość boską! Mówimy o ludziach, którym zawdzięczam życie w więcej niż jednym znaczeniu!- zawołałem.- Zdajecie sobie jednak sprawę, że to nie będzie łatwe?- spytałem, patrząc na zebranych przy stole oficerów.- Tam nie można wejść od tak sobie, a tym bardziej stamtąd wyjść. To miejsce, to najlepiej strzeżona forteca Goa'uldów, jaką kiedykolwiek widziałem, a stary Bocce ma strażników jak mrówek . Jeśli więc planowaliście frontalny atak z dużą ilością żołnierzy, to zapomnijcie.- stwierdziłem.- Ba'al i jego kohorty zmiotą was z powierzchni ziemi.
- Co więc proponujesz w tej sytuacji?- zapytał Jacob, nieco nerwowo bawiąc się tanim długopisem, który podniósł ze stołu. Odkąd pamiętałem, nigdy nie widziałem go tak nieswojego, podenerwowanego, ale zważywszy na fakt, że jego córka była w łapach tego wężogłowego sadystycznego bydlaka, który tak spieprzył mi psyche, nie należało się temu dziwić.
Mimo że Sam mnie zraniła, nigdy, przenigdy nie życzyłbym jej tego, co sam przeszedłem w tamtym piekle i mogłem się tylko modlić, żeby Ba'al nie wyciągnął jeszcze swoich ULUBIONYCH zabawek. Ja cudem to przeżyłem (no dobra, umarłem tam parę razy, ale generalnie wiadomo, co mam na myśli) i tylko dlatego, że moje wcześniejsze doświadczenia w Iraku oraz trening do „cichych" operacji mnie do tego przygotowały. Carter jednak nigdy nie była taka jak ja. Nie była wytrenowanym zabójcą, który potrafi wznieść wokół siebie mury pomagające w takich przypadkach, który przetrzyma podobne tortury. Była twarda, ale nie wystarczająco twarda dla Bocce i bałem się, że wkrótce nie będzie już czego ratować…
- Dyskretna operacja.- odpowiedziałem.- Jedna, maksymalnie dwie osoby, które wślizgną się do środka i cichaczem ich wyciągną, zanim Jaffa i ich pan się połapią. Podejście bezpośrednie byłoby samobójstwem, a w ten sposób jest szansa na powodzenie.- dokończyłem.
- Ufam twojej opinii, Jack.- odezwał się Hammond, gdy przeanalizował już wszystko, co tutaj powiedziałem.- Ty jeden wiesz z autopsji, jaka akcja byłaby tu najskuteczniejsza i dlatego właśnie poprosiliśmy Thora, by cię dla nas zlokalizował. Doskonale się zaszyłeś…- dorzucił z lekkim uśmiechem.
- Cieszę się, że mogę pomóc.- stwierdziłem, milczeniem pomijając ostatnie stwierdzenie.- Minęły już co prawda trzy lata, ale to nadal moi przyjaciele, nawet jeśli nie utrzymujemy ze sobą kontaktów. Zastanawia mnie tylko, dlaczego nie poprosiliście o to samego Thora? Mógłby bez trudu teleportować SG-1 z celi. Robił już dla nas podobne rzeczy nawet, gdy wchodziło w grę pogwałcenie układu z Goa'uld'ami.- przypomniałem.
- W tym sęk, Jack, że jest to niemożliwe.- znów wtrącił się Jake.- Nasi agenci w szeregach Ba'ala donoszą, że zdobył technologię, która przeciwdziała asgardzkim transporterom. Nawet, gdyby chciał, Thor nie przebije się przez ich osłony…- usłyszałem i ze zrozumieniem skinąłem głową.
Tak… To zdecydowanie komplikowało sprawę i już przestałem się dziwić, że ściągnęli mnie tutaj wiedząc, że moje uprawnienia do przebywania w bazie dawno wygasły.
- Jak powiedziałem wcześniej, Jack…- George spojrzał mi w oczy.-…wiemy, że zerwałeś z tym życiem i nie oczekujemy, że wrócisz, lecz bardzo by nam pomogło, gdybyś udostępnił nam wszelkie informacje, jakie posiadasz na temat fortecy i pomógł zaplanować akcję. Gdy już to załatwimy, będziesz wolny, a my poślemy tam pułkownika Dixona i pułkownika Ferrettiego…
Słysząc to stwierdzenie, nie mogłem pohamować sarkastycznego śmiechu, który na twarzach moich ex braci broni wywołał ogólne zdezorientowanie.
- Bez urazy, George…- powiedziałem wreszcie.-... ale to chyba jakieś żarty! Jakkolwiek ufam umiejętnościom Dave'a i Lou, to nie ma szans, by im się udało. Sorry, chłopaki, ale taka jest prawda.- zwróciłem się do nich przepraszającym tonem.
- Hej, jest spoko, Jack!- zapewnił mnie Lou, a Dave przytaknął.
Wtedy powróciłem wzrokiem do generała.
- To musi być ktoś, kto już zna to miejsce i nie musi polegać na naprędce nakreślonych planach. To musi być ktoś, kto już poznał nawyki gwardzistów Ba'ala i wie, jak najlepiej wykorzystać szczeliny w ich zabezpieczeniach.- wyliczałem, po czym dokończyłem:- Wszyscy wiemy, że jest tylko jedna taka osoba i siedzi tutaj, przed wami…
- Nie możemy cię o to prosić, Jack.- zaprotestował słabo Jacob, choć w jego oczach pojawiła się nadzieja.
- I nie prosicie.- zaprzeczyłem.- Zrobię to, bo chcę, bo to są moi przyjaciele, moja była ekipa. Ale zanim się tam wybiorę, muszę załatwić jedną rzecz i byłbym wdzięczny, gdyby Thor ruszył ten swój szary zadek, i odstawił mnie w miejsce, skąd mnie zabrał. Muszę uspokoić swoją rodzinę i podwładnych oraz pożegnać się z synkiem. Nie mogę wyjechać od tak sobie i nie zrobię tego.
- Z synkiem? Masz dziecko?- zawołał zdziwiony Dave, głośno wyrażając zaskoczenie wszystkich tam obecnych.
- Owszem, ale to nie czas, by o tym mówić.- potwierdziłem.
- Rób, co musisz, Jack.- powiedział George.- Wiem jak ważna jest dla ciebie rodzina…
W odpowiedzi tylko pokiwałem głową.
- Jack…- znów usłyszałem Jake'a.
- Tak, Jacob?
- Powiedziałeś, że to misja dla jednej lub dwóch osób. Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym dołączył?- spytał niepewnie.
Gdyby chodziło o innego Tok'ra, zapewne bym się nie zgodził. Nigdy nie ukrywałem, że im w pełni nie ufam, co zresztą wielokrotnie potwierdziło się w praktyce, gdy wplątywali nas w kłopoty. To był jednak Jacob Carter, ojciec Sam oraz Selmac, jedyny Tok'ra, jakiego tak naprawdę szanuję. Nie mogłem im tego odmówić. Poza tym, ich umiejętności mogły się przydać…
- To będzie dla mnie honor, Jake.- odpowiedziałem.
- Nie, Jack…- odparł.- Honor jest po mojej stronie…
Zaczerwieniłem się nieco, ale nie powiedziałem nic. Zwróciłem się jednak do byłego szefa:
- Sir… Będę potrzebował standardowego wyposażenia, P-90, dodatkowe magazynki, zaty, parę granatów, mnóstwo C-4 i zapalniki czasowe oraz zdalnie odpalane.
- Zrobi się, synu.- zapewnił szybko.- Wszystko znajdziesz tutaj, jak tylko wrócisz do bazy.- Coś jeszcze?- spytał.
- Tak.- odpowiedziałem szczerze.- Jeśli nadal trzymacie tu urządzenie leczące Goa'uldów, wypożyczcie je Jake'owi. Nie wiem, co tam zastaniemy. Być może będziemy musieli udzielić im pomocy zanim ich wyprowadzimy. Sam wiesz, George, jaki Ba'al jest gościnny…- dodałem z sarkazmem.
- Wyciągniemy je z sejfu. Modlę się jednak, by nie było potrzebne.- powiedział ten łysy Teksańczyk.
- Ja też…- westchnąłem. Wiedziałem jednak, że szanse na to są bliskie zeru.
Nie, kiedy chodzi o tego sadystę.
Niedługo potem wróciłem do budynku, w którym odbywały się targi, z ulgą odnotowując fakt, iż nikt nie zauważył mojego tajemniczego zniknięcia i równie tajemniczego powrotu rodem ze Star Treka. Naprawdę nie chciałem teraz nikomu się tłumaczyć.
Poza tym, nie mogłem. Nadal i do końca życia obowiązywała mnie tajemnica.
Nie zajęło mi długo wyznaczenie następcy. Równie szybko rozmówiłem się z siostrą, której powiedziałem „nieco" podkolorowaną wersję mojego spotkania z byłymi szefami. Powiedziałem, że wezwano mnie na pilne konsultacje i poprosiłem, by wyjaśniła moją nieobecność rodzicom oraz zaopiekowała się Nathanem dopóki nie wrócę.
Była zmartwiona, ale znając moją przeszłość w Siłach Specjalnych zrozumiała, że muszę to zrobić i zapewniła, że wszystko załatwi.
- Wrócę, Moll.- powiedziałem.- Jednak, w razie czego, rodzice mają papiery, w których ustanawiam cię legalną opiekunką Nate'a.
- Nie będą nam potrzebne!- stwierdziła moja siostra.- Wierzę w ciebie i wiem, że staniesz na głowie, by wrócić do synka. Będziemy tu na ciebie czekać.- podsumowała i mocno mnie uścisnęła.
Prawie się popłakałem, gdy całowałem go na pożegnanie. Wiedziałem, że to ryzykowna misja i że być może nie wrócę z niej żywy, ale dla swojego sumienia i dla moich przyjaciół musiałem spróbować.
Jak sam zawsze powtarzałem, nikt nie zostaje w tyle…
Przywdziewając standardowe BDU, poczułem dawny dreszcz emocji na plecach i adrenalinę w żyłach. To dziwne, ale po tylu latach nadal czułem się komfortowo w polowym mundurze i glanach.
Jak widać, raz żołnierz, zawsze żołnierz…
Podobnie było z bronią. Mój automat, pistolet podręczny, granaty, nóż… Dla mnie to był naturalny balast, który nie robił mi większej różnicy. Nawet po trzech latach przerwy…
Już po odprawie, na pokładzie niszczyciela Thora, który miał nas przetransportować na „włości" Bocce (z oczywistych względów nie mogliśmy użyć Wrót, które po mojej ucieszcie były silnie strzeżone), Jake wziął mnie na stronę i powiedział:
- Dziękuję, że to robisz, Jack. Wiem, że Sam bardzo cię skrzywdziła swoim małżeństwem…
- Jacob, ja nie…
- Chcę żebyś wiedział...- nie dał mi dojść do słowa.- Ona nigdy nie przestała tego żałować.
- To już bez znaczenia, Jake.- stwierdziłem stanowczo.- Wiele wody upłynęło pod mostem i nie ma co o tym wspominać. Zresztą i tak nie było nam pisane…- dodałem cicho, po czym dorzuciłem szybko:- Wiedz też, że nie robię tego z obowiązku, ale ze względu na starą przyjaźń. Nikomu nie życzę pobytu na łasce Ba'ala. Nawet najgorszemu wrogowi, o rodzinie nie wspominając, a SG-1 przez wiele lat było mi drugą rodziną. Ja nie zostawiam swoich na pastwę psychopatów, Jacob.
- Wiem, ale mimo wszystko nigdy nie zdołam ci się za to odwdzięczyć, Jack. Zwłaszcza, że teraz masz prawdziwą rodzinę i dziecko.- usłyszałem.
- Nie musisz, Jake. Gdybyś mnie wtedy nie wyciągnął z tego prototypowego myśliwca, nie miałbym drugiej szansy na bycie ojcem. Jeśli misja się powiedzie, uważaj mój dług za spłacony.- stwierdziłem.
Uśmiechnął się tylko i skinął głową na tak. Minęła chwila, zanim znów się odezwał.
- To może opowiesz mi o swoim synku?- poprosił.
- Lepiej, pokażę ci zdjęcie.- wyszczerzyłem się i sięgnąłem pod koszulkę, wyciągając medalion z fotografią Nathana, na którym zwisała też moja obrączka.
Na widok mojego malucha Jake uśmiechnął się szeroko.
- Przystojny z niego młodzieniec. Jego matka musi być piękną kobietą.- stwierdził.
- Była piękna i silna…- odpowiedziałem cicho, a w moich oczach dostrzegł ból.
Zrozumiał, co chciałem przez to powiedzieć.
- Przykro mi…- rzekł ze współczuciem, ściskając moje ramię.
- Dzięki, ale tak to już bywa..- westchnąłem i dodałem:- Przynajmniej przez ten krótki czas, gdy byliśmy razem, byliśmy szczęśliwi. Poza tym, dała mi synka, a to więcej, niż mógłbym sobie wymarzyć. Zawsze będę za to kochał Kate. Zawsze…
- Tak.- potwierdził.- Ja czuję podobnie w stosunku do mojej Abigail. Straciłem ją, ale część mojej żony przetrwała w moich dzieciach i w tym upatruję pocieszenia. Myślisz, że jeszcze kiedyś się zakochasz?- zapytał mnie niepewnie.
- Wątpię, Jacob.- wyznałem.- Niepotrzebne mi kolejny raz złamane serce. Teraz mam Nate'a i to on jest dla mnie najważniejszy. Wszystko inne nie ma już znaczenia.
- A gdyby zjawiła się kobieta, która naprawdę cię kocha?- spytał znowu.
Roześmiałem się tylko z ironią.
Taaa… A świnie potrafią latać…
tbc
