Gdy Gajusz zobaczył w drzwiach Edgara, upuścił trzymaną w ręku dużą, drewnianą łyżkę. Łyżka wpadła do kociołka, rozpryskując na około jego zawartość.
- Psia kość - mruknął. Poczuł się dziwnie ze świadomością, że mężczyzna zjawia się zaraz po tym, jak skończył opowiadać Merlinowi historię jego siostry. Przypadek? Na pewno, ale Gajusz za takimi przypadkami nie przepadał.
Edgar wyglądał bardzo mizernie. Przeraźliwie blady, wychudzony, sprawiał wrażenie jakby lada chwila miał się rozsypać. Musiało być bardzo źle, skoro zdecydował się przyjść, bo zwykle starał się trzymać jak najdalej od nadwornego medyka.
- Gajuszu? - odezwał się bezbarwnym tonem.
- Witaj Edgarze. - Gajusz spojrzał na niego życzliwie. Wyłowił łyżkę z kociołka, zamieszał w nim parę razy, po czym upewniwszy się, że nic nie ma prawa wykipieć, skupił całą uwagę na pacjencie. - W czym mogę ci pomóc? - zapytał, mierząc go uważnym spojrzeniem.
- Ostatnio bardzo źle śpię. Daj mi coś na sen.
- To wszystko? - Gajusz podszedł bliżej. Edgar wyraźnie zesztywniał. - Nie masz poza tym żadnych dolegliwości?
- Nie.
- Usiądź. Myślę, że powinienem cię zbadać.
- Nie ma takiej potrzeby. Po prostu… nie mogę spać. - Medyk położył mu dłoń na ramieniu. Mężczyzna drgnął, nie nawykły do dotyku.
- Chodź. Pozwól sobie pomóc.
- Już to kiedyś słyszałem - warknął niespodziewanie Edgar. - Zdaje się, że właśnie od ciebie. - Gajusz nie cofnął ręki. Uchwycił spojrzenie Edgara, niemal przywarł wzrokiem do jego zmienionej przez gniew twarzy, starając się przekazać zapewnienie o swych jak najlepszych intencjach. Istotnie, nieświadomie użył tych samych słów, co owego pamiętnego dnia, gdy próbował go przekonać, by złożył przysięgę przed Utherem. Edgar wtedy był w podobnym wieku, co obecnie Merlin; przerażony, zagubiony, niezdolny do tego, by samemu się o siebie zatroszczyć. Gajusz nie raz zastanawiał się, dlaczego tak wiele dla niego zaryzykował. Mógł po prostu pomóc mu w ucieczce, jak kilku innym osobom, podejrzewanym o związki z magią. Lecz on zrobił coś dużo bardziej bezczelnego i co najdziwniejsze, udało mu się. Brat groźnej czarownicy pozostał na dworze. Ginęli ludzie, którzy o magii wiedzieli tylko tyle, że istnieje, a Edgar Moor, za jego namową, złożył przed królem fałszywą przysięgę i przeżył.
Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna go nienawidzi. Nigdy nie otrzymał jednoznacznego sygnału. Mijając się na korytarzach, pozdrawiali się, jak przystało na dobrze wychowanych ludzi. Zapytany o samopoczucie, Edgar odpowiadał uprzejmie, choć bardzo zdawkowo. Praktycznie nigdy nie odwiedzał komnat medyka, nawet jeżeli ewidentnie był chory. Mimo wszystko, Gajusz w jakiś sposób czuł się za niego odpowiedzialny.
- Pomożesz, jeśli dasz mi o co proszę. - W głosie Edgara pobrzmiewała stalowa nuta.
- Naprawdę wyglądasz źle. - Gajusz nie zamierzał odpuścić. Coś było nie tak. Wiedział to.
- Stary jestem, to i wyglądam nie najlepiej.
- Nie jesteś znowu taki stary. - Edgara zawsze brano za dużo starszego, choć w rzeczywistości nie przekroczył jeszcze sześćdziesiątki, z czego chyba nikt poza medykiem nie zdawał sobie sprawy.
- Pomożesz mi, czy mam poszukać w mieście kogoś innego? - Gajusz westchnął ciężko. Odnalazł buteleczkę z odpowiednim wywarem, udzielił Edgarowi instrukcji odnośnie zażywania i pozwolił odejść.
Gdy drzwi się zamknęły, ogarnęły go złe przeczucia. Niespodziewanie w jego głowie pojawiła się zupełnie irracjonalna myśl, że popełnił poważny błąd. Nie wiedział dokładnie jaki, lecz był tego błędu pewien. Zrzucając wszystko na karb przemęczenia, powrócił do sporządzania eliksiru.
Musiał przygotować bardzo silny afrodyzjak. Potem, za pomocą zaklęcia, ukierunkować odpowiednio jego działanie i sprawić, by nie był wyczuwalny, przy jednoczesnym zachowaniu wszystkich właściwości. Pozostawała jeszcze kwestia antidotum, które w przygotowaniu było dużo trudniejsze. Wolał nawet nie myśleć, co się stanie, jeśli coś pomyli.
- Ta młoda dama kategorycznie zarządała widzenia się z tobą - oświadczył Artur, z trudem ukrywając rozbawienie. Gwen uniosła głowę znad księgi rachunkowej. Od kilkunastu minut, bezskutecznie usiłowała ustalić, gdzie się nagle podziało 900 złotych camulusów, przeznaczonych między innymi na wynagrodzenie strażników. Teraz zamknęła księgę, postanawiając, że później przeliczy wszystko od nowa. Wyglądało na to, że ma w tej chwili ważniejsze sprawy na głowie. Kilka kroków za jej mężem dreptała Agnes.
- Musiałem osobiście interweniować, bo wyobraź sobie, że nawrzeszczała na strażników i zapowiedziała, że jeśli jej nie wpuszczą, będzie tak stać choćby i cały dzień.
- Słusznie postąpiła - mruknęła Gwen.
- Moja pani? - Agnes stała w bezruchu, nie do końca orientując się, gdzie powinna podejść. Nie patrzyła w stronę królowej. Jej oczy wykonywały dziwne, wyraźnie zupełnie niekontrolowane obroty, co sprawiało dość nieprzyjemne wrażenie. W końcu je przymrużyła. - Moja pani, znowu go słyszałam. - Artur, dostrzegłszy bezradność dziewczynki, ujął jej ramię i ostrożnie poprowadził przez komnatę. Gwen urzekła delikatność z jaką to zrobił. Och, gdyby tak mogli mieć własne dziecko…
Po roku starań wyzbyli się złudzeń. Artur dość szybko zrozumiał, że problem leży po jego stronie. Przypuszczał, że może to wynikać ze sposobu, w jaki on sam został poczęty. Nie zamierzał robić niczego za wszelką cenę (w domyśle, powtarzać strasznego błędu ojca). Przygotowywał wszystko tak, by po śmierci jego i Gwen, na tronie Camelotu zasiadła najbardziej godna tego zaszczytu osoba, być może wskazana przez lud. Władza nie musi być przecież dziedziczna. Wprowadzenie nowych zasad, choć zawsze wiąże się z ryzykiem, powinno wyjść królestwu na dobre.
Powiedział Gwen o swoich podejrzeniach. Niczego przed nią nie ukrywał. Początkowo obawiał się, że w zaistniałej sytuacji, może być nim rozczarowana, odtrącić go; myśl o Lancelocie, z którym pewnie miałaby gromadkę niewątpliwie ślicznych dzieci, nie dawała mu spokoju. Zastanawiał się czasami, czy jego żona w głębi duszy nie żałuje teraz swego wyboru. Którejś nocy nie wytrzymał i poruszył ten temat. Oczywiście nie wprost, jednak Gwen zaraz domyśliła się, do czego zmierza.
- Przede wszystkim, pragnę zawsze być przy tobie - oświadczyła, niemal uroczyście. Zdawała sobie sprawę, że brzmi to banalnie, lecz przekaz miał być właśnie taki, prosty i jasny. - Byłoby wspaniale, gdybyśmy doczekali się dziecka, ale skoro nie możemy… niczego to nie zmienia. Gdybym wiedziała wcześniej, też by nie zmieniło - dodała po chwili.
- Czuję się, jakbym cię oszukał - wyznał Artur, patrząc jej w oczy.
- Wiem, że tego nie zrobiłeś, więc tak nie myśl. - Przyciągnęła go do siebie i lekko pocałowała w usta. Przylgnął do niej całym ciałem.
- Jeszcze zanim cię poślubiłem, wyobrażałem sobie nasze dziecko - powiedział. - To jak dorasta, jak je wychowujemy, uczymy tego co najważniejsze. - Głos mu się łamał. Nigdy wcześniej o tym nie mówił.
- Rozmawiałam kiedyś z Merlinem - szepnęła Gwen, z trudem hamując łzy. Opuszkami palców wodziła po jego policzku. - Już nawet nie pamiętam o co chodziło, zaczęło się prozaicznie. Powiedział wtedy, że w życiu każdego z nas istnieje jakaś pustka, która nam doskwiera i której nigdy nie da się wypełnić, ale można ją wykorzystać, bo tęsknota za tym, czego nie możemy mieć często stanowi podstawę dla wielkich dokonań.
- Merlin tak powiedział? - Artur uniósł brwi w dobrze udawanym zdumieniu.
- Tak. I sądzę, że miał rację.
Ta rozmowa przyniosła mu ulgę. Najważniejsze, by Gwen nie cierpiała. Królestwo nie ucierpi na pewno. Wystarczy trochę zmienić prawo.
Gwen była przekonana, że Artur byłby dużo lepszym ojcem, niż jego własny. Wezbrała w niej czułość, kiedy zobaczyła, w jaki sposób obchodzi się z Agnes. Niektórzy drwili z niej, że jest w niego tak bardzo wpatrzona. Owszem, była. Uwielbiała go obserwować (szczególnie gdy miał przy sobie Merlina) i wychwytywać to, czego inni nie dostrzegali; te drobne gesty, spojrzenia, serdeczność skrywaną pod złośliwymi docinkami, troskę kamuflowaną na wszelkie możliwe sposoby. Ludzie kochali go najpierw jako księcia, później króla. Ona zawsze jako człowieka, choć dopiero Merlin pomógł jej tego człowieka w nim odkryć.
Nie miał racji ten, kto sądził, że Gwen zawsze Arturowi przytakuje, że bezkrytycznie aprobuje wszystko, co postanowi, że nie ma własnego zdania i generalnie jest… nijaka. W jej naturze po prostu nie leżało urządzanie awantur. Od dzieciństwa uczona pokory, wolała spokojnie przekonywać, działać stojąc nieco z boku, podrzucać jakąś myśl, a nie ją narzucać, pociągać ostrożnie to za jeden, to za drugi sznurek, bacząc by nieprzemyślanym ruchem niczego nie zawalić. Na arenie międzynarodowej była postrzegana wyłącznie jako żona króla Artura. Annis nazwała ją ponoć przemiłą, zupełnie niegroźną istotą. Nie miała pojęcia, jak poważnym błędem jest lekceważenie królowej Ginewry.
Agnes stanęła w końcu przed królową. Zamrugała. Widocznie poraziło ją wlewające się do komnaty ostre, słoneczne światło. Dość gwałtownie zakryła sobie oczy dłońmi.
- Och! - krzyknęła mimo woli i spłonęła rumieńcem.
- Bolą cię oczy? - zapytała Gwen.
- Tak jakoś… już od rana. Ale one i tak są do niczego. Prawie żadnego z nich pożytku nie ma. - Agnes zaśmiała się dźwięcznie. Artur patrzył na nią z miną wyrażającą coś pomiędzy zakłopotaniem, współczuciem i przerażeniem. Gwen posadziła sobie dziewczynkę na kolanach i obróciła się tak, by światło nie padało bezpośrednio na jej twarz.
- Mówisz, że słyszałaś tego mężczyznę, który pomylił cię z Anną i wspominał o Merlinie? - Artur zerknął pytająco na Gwen.
- Tego samego. Dlatego przyszłam. Tak, jak kazałaś, pani.
- Dziękuję ci. Opowiedz o tym.
- Babcia wysłała mnie do Weenie z pościelą. Trzeba było guziki poprzyszywać, bo jakiś złośliwiec poobrywał. Mniejsza z tym. Wracałam i pobłądziłam, jak to mam w zwyczaju, ale przynajmniej raz z tego mojego błądzenia będzie jakiś pożytek. - Gwen uśmiechnęła się lekko. Bardzo jej się podobało, że dziewczynka ma do siebie tak ogromny dystans. - Nagle słyszę… jego wysokość z kimś rozmawia. Wystraszyłam się, chciałam się wycofać i uderzyłam w jakieś otwarte drzwi.
- Aż taki jestem straszny? - nie wytrzymał Artur. Nie wiedzieć czemu zabolały go te słowa.
- No… Nie. - Agnes zawahała się. - Wystraszyłam się, że mogę przeszkodzić. Mój panie, ja mam takie szczęście, że zawsze się pojawiam tam, gdzie nie trzeba, na dodatek w bardzo nieodpowiednich momentach.
- Jak widać, nie zawsze - powiedziała Gwen. Machinalnie zaczęła poprawiać dziewczynce warkocz, z którego wyśliznęło się kilka jasnych kosmyków. - Co się stało po tym, jak uderzyłaś w te drzwi?
- Musiałam na chwilę stanąć i wtedy usłyszałam tego mężczyznę. To on rozmawiał z jego wysokością. Właściwie to jego wysokość mówił, a tamten tylko raz się odezwał. Powiedział: „Zostawiłem dokumenty w komnacie rady". I tyle. Ale jestem pewna, że to on. Wszędzie bym ten głos poznała.
- Masz na myśli Edgara? - zapytał Artur.
- Nie wiem jak się nazywa, panie. - Gwen poczuła, że jej wnętrzności właśnie postanowiły wykonać salto.
- To był Edgar, ale… O co chodzi? - Artur był kompletnie zdezorientowany.
- Zaraz ci wyjaśnię. Agnes, bardzo dobrze się stało, że to usłyszałaś. - Dziewczynka potarła dłońmi oczy, które zaczęły łzawić.
- Pomogłam? - zapytała.
- Tak. Mamy u ciebie dług. - Agnes energicznie pokręciła głową. Przyłożyła dłonie do oczu i przyciskała je przez chwilę.
- Proszę mi wybaczyć. Teraz to wyglądam, jakbym płakała. Nie wiem czemu tak bolą. Oj! No wściekły się chyba.
- Zostaw. - Gwen łagodnym gestem odciągnęła jej ręce od twarzy. - Tylko pogorszysz sprawę. Musisz iść do Gajusza.
- A pójdę. Niech mi je wyrwie i będzie święty spokój.
- Agnes! - zawołał Artur. „Dziewczynka, której wyłupiono oczy", do tej pory błąkała się po jego świadomości jako bezcielesna istota, jednak w tym momencie stała się realną postacią z sympatyczną buzią i złotymi loczkami Agnes. Wzdrygnął się mimo woli. Cholera. I dziwić się Merlinowi.
- Jak ząb boli, to się go wyrywa - mruknęła Agnes. Gwen pogłaskała ją po policzku.
- Na pewno nie będzie tak źle. Trafisz sama do babci, czy poprosić strażnika, żeby cię odprowadził? Albo może od razu do Gajusza?
- Trafię - odparła Agnes. - Muszę się w końcu nauczyć.
- Może nie teraz, kiedy bolą cię oczy? - zasugerowała Gwen.
- Jak się człowiek nie wywróci, to sobie nie poleży - stwierdziła dziarskim tonem Agnes. Artur zaśmiał się krótko. Trzeba to będzie powtórzyć rycerzom.
Gwen odprowadzała małą wzrokiem. W głowie wirowały jej setki myśli. Nic do siebie nie pasowało. Edgar chciał skrzywdzić Merlina? Dlaczego? To nie wydawało się mieć żadnego sensu. Przypomniała sobie, jak wpadła na niego na korytarzu. Wyglądał wtedy jakby był niespełna rozumu, mówił dziwne rzeczy. Uznała to za przemęczenie i praktycznie o tym zapomniała.
Zaczęła się zastanawiać, czy coś w zachowaniu sługi wskazywało ostatnio na to, by chciał Merlinowi zaszkodzić?
Och, tak! Dlaczego o tym nie pomyślała? Sprawa z protokołem. To teoretycznie mogło sprowadzić na Merlina… nieprzyjemności. Teoretycznie, bo ani Artur, ani ona nie podejrzewali Merlina nawet przez chwilę. Pismo Edgara wyglądało na podrobione, lecz czy rzeczywiście było?
Z zamyślenia wyrwał ją głos Artura.
- Co to za dziecko?
- Wnuczka Berty. Praczki - dodała ze zniecierpliwieniem, widząc, że imię nic mu nie mówi. Miała graniczące z pewnością podejrzenie, że jej mąż w pralni nigdy nie był.
- O co chodzi z Edgarem, z tą jakąś Anną i z… Merlinem? - pytał dalej.
- Agnes przez przypadek usłyszała dziwną rzecz.
- Dotyczącą napaści na Merlina?
- Możliwe.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Nie na wiele by ci się to zdało, bo wtedy i tak nie wiedziała, kogo słyszała. - Gwen pokrótce zrelacjonowała mu pierwsze spotkanie Agnes z Edgarem. Artur przez chwilę siedział w milczeniu. W końcu wstał i zamaszystym ruchem otworzył drzwi.
- Przyprowadzić mi Edgara! - zawołał do stojących przy drzwiach strażników. - Natychmiast.
- Panie… jakiego Edgara? - zdziwił się jeden z nich.
- No, tego co się papierami zajmuje - mruknął drugi. - Jemu chyba jest Edgar. Dobrze myślę, panie? - Artur skinął głową.
- Wasza wysokość, a gdzie ten Edgar może być?
- Nie wiem. Znajdźcie go i przyprowadźcie. - Miny strażników wskazywały na to, że nie bardzo wiedzą jak się do poszukiwań zabrać. Król był niebezpiecznie bliski okazania irytacji w sposób, który mógłby zostać odebrany jako gwałtowny. Zaczął modlić się w duchu, do wszelkich sił, mających jakikolwiek wpływ na rzeczywistość, by zjawił się ktoś kompetentny. Ku jego największemu zdumieniu, modlitwa została wysłuchana, a na dodatek potraktowana poważnie. W odpowiedzi zesłano zakatarzonego i dygocącego lekko, ale jednak wciąż kompetentnego sir Leona.
Edgar siedział na swoim łóżku, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Ręce mu drżały, gdy próbował odkorkować butelkę z wywarem nasennym. Poczuł na ramieniu dotyk lodowatej dłoni.
- Już, już, kochanie - szepnął. Sięgnął po koc i owinął się nim. Było mu przeraźliwie zimno.
- Bracie - usłyszał w uchu przynaglający szept. - Pospiesz się. - Serce zaczęło tłuc mu się w piersi jak oszalałe, jakby przeczuwając, co się zaraz wydarzy. Odkręcił butelkę, choć omal jej przy tym nie upuścił.
- Uważaj - syknęła Anna.
- To wystarczy? - zapytał niepewnie. Coś w nim chciało się wyrwać, uciec. Jakaś część jego świadomości, zdecydowała się podjąć walkę o istnienie. Jeszcze nie było za późno. Mógł pójść do Gajusza, mógł powiedzieć mu o wszystkim, spróbować zaufać… Przeczuwał niejasno, że medyk może wcale nie życzyć mu źle. Dotyk tej ciepłej dłoni, dziś rano… był tak różny od tego, czego doświadczał teraz.
- Wystarczy - odpowiedziała Anna. - Śpiesz się. Nie ma czasu. - Przechylił butelkę i duszkiem wypił jej zawartość. Objął kolana rękoma i wcisnąwszy się w kąt, zamknął oczy. Pragnął, by to skończyło się jak najszybciej.
Gdy zaczął zasypiać, niespodziewanie przyszła jasność umysłu, jakiej nie doznawał już od dawna, a wraz z nią przerażenie. „Co ja zrobiłem? Na litość boską! Co ja zrobiłem"!?
Wezwano Gajusza. Artur z beznamiętnym wyrazem twarzy przyglądał się skulonemu w kącie ciału. Było w tym widoku coś nieludzkiego. Miało się ochotę ułożyć Edgara normalnie.
- Był chory - powiedział cicho Leon. - Mówiłem mu, żeby…
- Co się stało? - do komnaty wszedł Gajusz. Jego wzrok niemal natychmiast spoczął na Edgarze. - O Boże - jęknął. Zachwiał się, lecz nim ktokolwiek zdążył interweniować, odzyskał równowagę. Powoli podszedł do łóżka, ostrożnie dotknął zimnej dłoni, zbadał puls. - To moja wina - oświadczył w końcu. Był nie mniej blady od Edgara.
- Co ty wygadujesz? - zganił go król. Medyk odchylił koc i wyciągnął butelkę po wywarze nasennym. Uniósł ją tak, by wszyscy mogli zobaczyć.
- Niepotrzebnie mu to dałem.
- Skąd miałeś wiedzieć? - odezwał się sir Leon.
- Powinienem był się domyślić. Chyba mi rozum odebrało.
- Nie jesteś jasnowidzem - zauważył Artur.
- Ale jestem medykiem. Teraz, jak to analizuję… - Gajusz westchnął ciężko. Obcowanie ze śmiercią było dla niego niejako codziennością, lecz to nim wstrząsnęło; Edgar, skulony, wciśnięty w kąt jak zaszczute zwierzę, z przeźroczystą twarzą, na której malowało się przerażenie. Nie potrafił patrzeć na to ze swym zwykłym opanowaniem. Można było mu pomóc. Można było do tego nie dopuścić. Ten człowiek nie zasługiwał na tak żałosny koniec. Przed oczyma stanęła mu Anna. Czy ona zasługiwała? Nie dało się ukryć, że zabił obydwoje.
- Dość - rzucił kategorycznie Artur. Wyraz twarzy Gajusza zdecydowanie mu się nie podobał. Otoczył go ramieniem i poprowadził ku drzwiom.
Kilka minut później Gajusz, Artur i Gwen siedzieli przy stole w królewskich komnatach. Artur osobiście nalał wina i podał Gajuszowi.
- Wszystko w porządku? - zapytała z troską Gwen. Medyk skinął głową.
- Nie możesz się obwiniać - rzekł Artur. Na tego człowieka spadało ostatnio zbyt wiele. Król wolał nie przekonywać się doświadczalnie, ile jeszcze starzec jest w stanie znieść. Nie chciał, by zadręczał się także tym. Miał nadzieję, że Gwen jakoś na niego wpłynie.
- Przyszedł rano. Powiedział, że nie może spać. Wydawał mi się dziwny. Nie pozwolił się zbadać. - Gajusz z trudem uniósł kielich i upił łyk wina.
- Był chory? - spytała Gwen.
- Musiał być.
- Nie wiesz tego? - zdziwiła się.
- Praktycznie… nie leczył się u mnie. - Król i królowa wymienili zaskoczone spojrzenia. - Zajmowałem się nim tylko po pożarze domu. Później nie przychodził. Aż do dziś.
- Gwen udało się ustalić, że Edgar chciał zrobić Merlinowi krzywdę - powiedział Artur.
- Edgar? - Gajusz uniósł brwi.
- Mówił o tym do jakiejś…
- Anny, której nie było - dokończyła Gwen.
- Widocznie choroba pomieszała mu w głowie. Anna była jego siostrą. Została spalona na stosie. Edgar… uważał mnie za zdrajcę. Wyrządzenie krzywdy Merlinowi, mogło być jakąś formą zemsty.
- Rzeczywiście, mogło — zgodził się Artur.
- Poza tym… - Gajusz zamyślił się na chwilę. - Merlin jest trochę podobny do chłopaka, który doniósł królowi, że Anna jest czarownicą. Możliwe, że Edgara to sprowokowało. - To istotnie była prawda, choć Gajusz uświadomił sobie ten fakt dopiero teraz, gdy został zmuszony do szybkiego wymyślenia kilku wiarygodnych scenariuszy. Zaczynał się domyślać co mogło się stać i napawało go to przerażeniem.
- Czyli napaść na Merlina była spowodowana przez urojenia chorego człowieka? - Król utkwił w nim przenikliwe spojrzenie.
- Na to wygląda - odrzekł Gajusz. Zapragnął jak najszybciej znaleźć się w swoich komnatach, upewnić się, że u Merlina wszystko w porządku.
- Edgar by go tak nie pobił. Był zbyt słaby fizycznie - stwierdził Artur. - Wynajął kogoś.
- Przypuszczam, że to żaden problem, jeśli się zapłaci - westchnęła Gwen. - Agnes mówiła, że był zawzięty. Obiecał tej Annie, że Merlin będzie cierpiał, że wszyscy będą cierpieć.
- Ten protokół to też jego robota - skojarzył Artur. - Chciał zaszkodzić Merlinowi na wszelkie możliwe sposoby.
„I jeszcze ta plotka", pomyślała Gwen.
- Czyli sprawę mamy wyjaśnioną. - Artur wyraźnie odetchnął. - Zostaje tylko ustalić, komu zlecił pobicie. Całe szczęście, że skończyło się tak, jak się skończyło.
- W rzeczy samej - mruknął Gajusz. Gdy Artur odwrócił wzrok, Gwen spojrzała na niego znacząco. Skinął jej głową. Bardzo chciałby móc stwierdzić, że się skończyło.
Gajusz zaczął odzyskiwać nad sobą panowanie, dopiero gdy zobaczył swego podopiecznego, może nie całego i zdrowego, lecz przynajmniej bezpiecznego, pogrążonego w głębokim śnie. Kiedy tak spał, wydawał mu się zupełnie bezbronny. Aż nie chciało mu się wierzyć, jak wielka moc drzemie w tym wątłym, zmaltretowanym ciele. Moc, dzięki której mógłby uporać się z napastnikami, myśląc o obiedzie. Moc, która mogłaby sprawić, że Camelot w mgnieniu oka zniknąłby z powierzchni Ziemi. Moc potężniejsza od wszystkiego, o czym Gajusz kiedykolwiek słyszał. Merlin miał władzę na wyciągnięcie ręki. Mógłby po nią sięgnąć choćby dziś, nie zważając na nic, z nikim się nie licząc. Nie potrzebowałby Artura, ani tym bardziej starego medyka. Gdyby tylko zechciał… podporządkowałby sobie świat i nikt nie byłby w stanie go przed tym powstrzymać.
A on?
A on tym czasem leży tutaj, poraniony i obolały. Leży tu, bo nie jest… Morgause, Morganą. Bo nie jest Anną Moor, ani żadnym z tych pomylonych czarnoksiężników, którym magia odebrała rozum. Leży tu, bo nie stał się niewolnikiem magii, bo nie idzie drogą najłatwiejszych rozwiązań, choć niekiedy rzeczywiście czyni go to bezbronnym. Ileż trzeba mieć w sobie pokory?
Gajusz pogładził ciemne włosy Merlina. Kto by przypuszczał, że na starość będzie mieszkał pod jednym dachem z kimś tak wielkim? Kto by przypuszczał, że będzie miał prawo tego kogoś ot tak gładzić sobie po włosach, jak syna? Troszczyć się o niego jak o syna, kochać jak syna.
Po odejściu Alice stracił nadzieję, zaczął godzić się z myślą, że ojcostwo nie jest mu pisane. Gdy przed laty ten chłopak pojawił się w jego domu, wszystko jakby wskoczyło na swoje miejsce. Warto było czekać.
Zaczął poprawiać posłanie, bardziej po to, by wyrazić przepełniające go uczucia, niż z realnej potrzeby. Merlin poruszył się i otworzył oczy. Uchwycił spojrzenie Gajusza. Przez chwilę po prostu patrzył, serdecznie i ufnie.
- Gajuszu? - odezwał się ciepłym tonem. - Co cię gryzie?
- Myślałem o tobie, o magii i o tym, że bardzo ważne jest, by umieć… jej nie używać - odrzekł Medyk.
- Tylko tyle? - Merlin uśmiechnął się lekko.
- Aż tyle.
