Rozdział 6.
Żelazne drzwi zamknęły się z hukiem. Donośny dźwięk odbił się od kamiennej posadzki wpadając, bez zapowiedzi, do każdej otwartej komnaty Kręgu.
Zapadła długa cisza.
Gdyby Gregor z przejęciem nie opowiedział o niebezpieczeństwie czyhającym w wieży, pomyśleliby, że została zwyczajnie opuszczona. Ten rodzaj ciszy nigdy nie był zapowiedzią czegoś dobrego. Zimny dreszcz oblał plecy młodej Cousland na myśl, że starszy templariusz mógł mieć cholerną rację.
„Jeśli ktokolwiek przeżył, to znaczy, że sam Stwórca musiał go ochronić".
A co, jeśli Stwórca już dawno odwrócił wzrok od tego, co działo się jego dzieciom?
Elizabeth spojrzała przez ramię poszukując, choć cienia wsparcia.
Pomimo swojej nieustępliwej postawy i zdecydowania, o które nie posądziłaby samą siebie, już po przekroczeniu pierwszego progu zaczął doskwierać jej brak jednego towarzysza.
- Myślicie, że dobrze zrobiłam? – rzuciła pytanie w przestrzeń przymykając oczy i nasłuchując zagrożenia. Nie odważyła się jeszcze na pierwszy krok, aby stawić czoła wyzwaniu, którego się podjęła. Potrzebowała pierw zapewnienia, że postępuje dobrze, rozsądnie, że zabierając im jedno ostrze w drużynie nie skaże nikogo na śmierć.
Potrzebowała szczerej, obiektywnej opinii, której, z jakiegoś powodu, zabrakło, kiedy była zmuszona podjąć kolejną, trudną decyzję.
- Tak – odezwał się Alistair po krótkiej chwili – Od początku uważałem, że Cailan nie powinien z nami iść. To nie jest spacerek po polanie, a on jest zbyt ważną osobą, aby narażać się na niebezpieczeństwo. – Jego twardy głos skrywał swego rodzaju gorzką pretensję. Może faktycznie nie powinna była dać się tak łatwo przekonać, aby król wyruszył z nimi w dalszą podróż? Dlaczego dopiero w obliczu zagrożenia życia myślała o jego bezpieczeństwie?
- Chronicie go ja jakąś statuetkę, a to przecież zwykły człowiek – prychnął Sten – Jeśli jest ważny, to tym bardziej powinien narażać głowę. W końcu jest królem, w którego obowiązku jest walczyć o swoje ziemie.
- Ale jeśli zginie, Ferelden się rozpadnie – odparła Leliana.
- To nie władca jednoczy kraj, a wspólny wróg.
Elizabeth wypuściła powietrze z ust nie czując się ani odrobinę lepiej. Sten mógł mieć rację. Traktowali go jak dziecko, które nie może skaleczyć się w palec. Podczas, gdy Cailan wciąż usilnie pragnął robić to, co jest w jego obowiązku. Czuła jak zażenowanie wkrada się do jej serca. Czyżby nic nie zrozumiała z rozmowy, którą przeprowadzili w zamku Redcliffe?
Z drugiej strony... zwyczajnie się bała. Strach przed tym, że go stracą był niemal paraliżujący. Jego, ich ostatnią nadzieję na uratowanie Fereldenu przed nadciągającą Plagą, na wyjawienie prawdy, co do przebiegu bitwy pod Ostagarem, oczyszczenia dobrego imienia Szarej Straży i zjednoczenia kraju przeciw pomiotom. A przede wszystkim na pociągnięcie do odpowiedzialności osoby odpowiedzialnej za tragedię w Wysokożu.
Coś zacisnęło się supłem na jej sercu.
Nie, Cailan musiał przeżyć. Właśnie, dlatego Strażniczka kategorycznie zabroniła mu zapuścić się z nimi w głąb wieży. Został za tymi mosiężnymi drzwiami, bezpieczny, znów zamknięty w klatce, z której nie mógł uciec.
Wciąż widziała ból i niedowierzanie w jego jednym, krótkim spojrzeniu. Nie krzyczał, nie stawiał się, nie wypowiedział ani jednego słowa. Nie musiał. W tamtej chwili czuł jak oddzielały ich niewidzialne kraty, za którymi go zostawiła, a on doskonale wiedział, że nie zdoła ich przekroczyć.
Nigdy nie potrafił tego zrobić. Stając u kresu swoich możliwości, zawsze brakowało mu odrobiny odwagi. Myślał, że przez ostatni czas coś udało mu się zmienić, że przyglądając się jej odnalazł w sobie to, czego szukał. Że oni nie będą go więcej niańczyć, że traktują jak jednego ze swoich.
W końcu pozwoliła mu iść z nimi do Kręgu. Coś musiało się zmienić.
Zderzenie z rzeczywistością zabolało go bardziej od ciosu, który niemal doprowadził go do śmierci.
Został z templariuszami oczekującymi pomocy, nie będąc pewien czy nie widzi swoich towarzyszy po raz ostatni. Odprowadzał ich pustym wzrokiem, dopóki drzwi nie zamknęły się z hukiem, a on nie schował twarzy w dłoniach.
Znajome uczucie bezsilności wtuliło go mocno w swe ramiona.
;_;_;_;
- Wy! Stać! Ani kroku dalej! Dlaczego templariusze wpuścili was do Kręgu?
Elizabeth poczuła wlewającą się ulgę widząc, że ktoś zdołał przeżył w miejscu naznaczonym po brzegi śmiercią. Zatrzymała się w pół kroku na widok czterech, ostro wymierzonych w ich stronę kosturów. Uniosła powoli ręce w geście poddania szybko analizując sytuację.
Dzieliło ich kilkanaście kroków od młodych i wyraźnie zmęczonych magów, kilkoro przestraszonych dzieci kryło się za ich plecami, a na przedzie, niczym kamienny mur, stała dość nietypowa czarodziejka.
Strażniczka jeszcze przez kilka sekund zastanawiała się skąd kojarzy ten ciepły, choć teraz groźnie brzmiący głos, siwe włosy zaczesane w tył i pogodną twarz nakreśloną zmarszczkami uwydatniającymi przypuszczalny wiek starszej pani.
Zanim zrozumienie dotarło do jej świadomości, kobieta odezwała się ponownie.
- Chwila, ja cię znam. Byłaś w Ostagarze, prawda, dziecko?
Obrazy z pobytu w obozie przed bitwą natychmiast przemknęły jej przed oczami. Spotkała tam wiele osób. Uśmiechniętych, życzliwych kupców jak i kontrastujących na ich tle zmartwionych żołnierzy, skupionych nad przygotowaniami do nadchodzącej walki. Jednak tę staruszkę zapamiętała nieco inaczej. Emanowała z niej aura spokoju i opanowania.
Tak, teraz pamięta.
Nagle ta krótka rozmowa wydawała się niezwykle odległa, jakby wydarzyła się przed miliona laty, a przecież minął dopiero... miesiąc?
Eliz ukłoniła się delikatnie z wyuczoną gracją. W poniszczonej od walk zbroi i z zaschniętymi plamami krwi musiała wyglądać nad wyraz głupio, ale nie przejęła się tym. Kątem oka dostrzegła jak magowie opuszczają niepewnie broń.
- Elizabeth Cousland, Szara Strażniczka. Przybyłam wraz z moimi towarzyszami prosić o pomoc dla naszego bractwa. Musimy powstrzymać Plagę zagrażającą nam wszystkim – oznajmiła prostując plecy i zadzierając lekko podbródek.
Starsza kobieta przyglądała się jej przez chwilę mrużąc tajemniczo oczy. Minęło kilka minut, zanim znów przemówiła.
- Widzę stanowczość w twoich słowach, lecz niepewność w silnym sercu. Możesz mi mówić Wynne. Krąg wie, co wydarzyło się pod Ostagarem, jednak, jak sama widzisz, nie jesteśmy w stanie pomóc.
- Zaoferowaliśmy pomoc w rozwiązaniu waszego problemu – wtrącił Alistair lekko zachrypniętym głosem.
- Więc dlatego Gregor was wpuścił, rozumiem – przytaknęła Wynne – Jak pewnie już wiecie, jeden z magów postanowił się zbuntować i... nikt nie zdołał go powstrzymać. Przyzwał całą armię demonów, z którymi walczymy już od wielu dni, nie jestem nawet pewna czy ktoś jeszcze przeżył to piekło.
- Musimy coś zrobić – jęknęła Leliana przez zakryte dłonią usta.
Czarodziejka odwróciła się do nich plecami wskazując na błyskającą jaskrawym światłem barierę.
- Postawiłam to, aby chronić dzieci. Jeśli nadal chcecie pomóc zdejmę ją pod jednym warunkiem. Pozwolicie mi wyruszyć z wami.
- Wynne, nie powinnaś...
Kobieta jednym gestem uciszyła młodą dziewczynę za jej plecami.
- Nic mi nie będzie, Petro. Wy zostańcie, ktoś musi tu być, jeśli templariusze postanowią otworzyć wieżę.
Strażniczka zawahała się na moment. Nieświadomie zmarszczyła brwi przyglądając się starszej czarodziejce. Zastanawiała się czy kobieta na pewno wie, co mówi. Nawet, jeśli dała radę przeżyć przez ten czas w wieży, nikt nie daje jej gwarancji, że będzie ją osłaniał w razie ataku. A jeśli za rogiem naprawdę czyhają demony Pustki, czy nie będzie najbardziej podatną na ich pokusy osobą? Zresztą... nieważne, jaką mocą włada, ta kobieta, w drobnych porywach, mogłaby być jej babcią!
Wynne zdawała się czytać w jej myślach. Podeszła ostrożnie do Eliz, ułożyła rękę na jej ramieniu i odparła spokojnie:
- Nie martw się, dziecko, może i mam swoje lata, ale potrafię walczyć.
Strażniczka poderwała głowę w górę, aby móc spojrzeć na znacznie wyższą kobietę. Wynne uśmiechnęła się ciepło i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę bariery szepcząc coś pod nosem.
- Ta czarownica widzi więcej niż powinna, uważajcie na nią. – Elizabeth wzdrygnęła się na dźwięk niskiego głosu Stena tuż za plecami. Odwróciła się w jego stronę posyłając mu zaciekawione spojrzenie, jednak on, jak zwykle, pozostawał bez wyrazu.
Westchnęła ciężko zastanawiając się jak wielu dziwaków przyjdzie jej jeszcze spotkać.
;_;_;_;
Nerwowa atmosfera panowała w pomieszczeniu już od kilku dobrych godzin. Nieśmiałe szepty, co jakiś czas przerywały nieustającą ciszę powodującą dreszcz na plecach jak i dławiącą potrzebę opuszczenia tego przesiąkniętego strachem miejsca.
Dowódca templariuszy z wyraźnym przejęciem wyczekiwał wiadomości potwierdzającej, że ktokolwiek raczy udzielić wsparcia dla Kręgu. Jego wiara w powodzenie Szarych Strażników zdawała się ulotnić w momencie, w którym zniknęli im z oczu za zamykającymi się drzwiami.
Ktoś poruszył się nerwowo po drugiej stronie wielkiej sali. Metaliczny szczęk zbroi dał o sobie znać, kiedy jeden z mężczyzn wyprostował plecy oczekująco.
Cailan na moment wstrzymał oddech.
Zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie głośno uchylając się delikatnie. W drzwiach pojawił się ten sam chłopak, który, za drobną łapówką, zgodził się wpuścić ich do wieży. Nadszedł czas zmiany jego warty. Zasalutował swojemu przełożonemu zdając mu krótki raport i oddalił się na spoczynek.
Król przymknął oczy opierając głowę o ścianę, przy której przysiadł już jakiś czas temu. Odetchnął głęboko czując jak zimna posadzka robi się coraz bardziej niewygodna.
To czekanie stawało się nie do wytrzymania.
Jego złość na Strażniczkę już dawno poszła w zapomnienie. Teraz liczyło się tylko to, aby móc znów zobaczyć ich ponownie.
Stwórco, niech to się już skończy.
- Wasza wysokość?
Cailan wzdrygnął się słysząc nad sobą niski głos Gregora. Wstał prawie natychmiast, czując po chwili, że nie był to najlepszy pomysł. Czarne mroczki przed oczami zniknęły tuż przed tym jak templariusz zaczął mówić.
- Nie chciałem wspominać o tym wcześniej, ale teraz czuję, że jestem zobowiązany. Kiedy to wszystko się zaczęło, byliśmy zmuszeni wysłać list do Denerim z prośbą o pomoc jak i również... o możliwość wykorzystania Prawa Likwidacji – dokończył mężczyzna zakładając ręce za plecy.
- Co to takiego? – spytał lekko zdezorientowany król.
- Na mocy tego prawa templariusze mogą zabić każdego maga znajdującego się w Kręgu, ale w tej sytuacji... – Przerwał jakby próbując znaleźć odpowiednie słowa. Odchrząknął nerwowo unikając wzroku rozmówcy. Kiedy ponownie uniósł spojrzenie, w jego oczach widniał nieodgadniony rodzaj smutku.
- Czy to znaczy, że...
- To nie jest łatwa decyzja, wasza wysokość. Ale jeśli wieża ma być znów bezpieczna, należy zniszczyć wszystko, co znajduje się w jej wnętrzu. To jedyne wyjście.
- Chwila, przecież w środku są...
- Wkrótce powinniśmy dostać odpowiedź, jeśli twoi przyjaciele się nie pojawią, będziemy zmuszeni zrobić, to, co do nas należy.
- Nie! – To jedno, krótkie słowo wyrwało się z jego gardła niczym wypuszczony na wolność ptak. Kilka osób odwróciło w ich stronę zaciekawione spojrzenia.
Nie obchodziło go, że jako król powinien podejść do sprawy dyplomatycznie, wręcz profesjonalnie. Na chłodno oceniając sytuację i wyszukując najlepszego rozwiązania. Templariusz, pomimo swoich obaw, właśnie w ten sposób starał się zachować, od kiedy tylko ujrzał, kto przekroczył próg jego wieży.
W tym momencie Cailan miał to gdzieś. Cała ta etykieta szlacheckich zachowań stała mu się niezwykle obca i jakby zupełnie nie na miejscu.
Ale chwileczkę. Może mógł coś na tym ugrać?
Wyprostował plecy próbując uspokoić szalejące w piersi serce. Spojrzał twardo na swojego rozmówcę, który na ten widok mimowolnie zmarszczył brwi. Król zadarł lekko podbródek ku górze. Widział jak Elizabeth robiła to wiele razy, zawsze dodawało jej to pewności siebie. Właśnie tego teraz potrzebował.
- Jako król Fereldenu, a zarazem twój król, prawowity dziedzic tronu i przodek Kalenhad'a Theirin'a w linii prostej, pierwszego władcy tych ziem; rozkazuję ci, bez słowa sprzeciwu, otworzyć te drzwi i wpuścić mnie do środka wieży.
;_;_;_;
Coś chrupnęło jej w kostce i w następnej sekundzie Elizabeth poczuła silne zderzenie z kamienną posadzką. Przeklęła pod nosem unosząc się na rękach i widząc mieniący się szron do kolan. Pod wpływem adrenaliny nie czuła nawet zimna przeszywającego jej ciało.
Wynne krzyknęła coś z daleka, ale nie zrozumiała ani jednego słowa. Wciąż szumiało jej w głowie po twardym upadku. W następnej chwili dostrzegła jak czarodziejka próbuje zdjąć zaklęcie Mrozu. Nic z tego. Magowie krwi, których napotkali władali zdecydowanie silniejszą mocą.
- Sten, po prawej!
Alistair zdążył osłonić się przed kolejnym atakiem trzymającego się na dystans maleficari. W ostatnim momencie dostrzegł, że qunari nieświadomie znajduje się na linii ognia.
Towarzysz już dawno oszczędził sobie analizowania przebiegu bitwy, zwyczajnie zamachnął się we wskazanym kierunku, bez problemu przecinając ostrym mieczem ciało wroga.
Mag opadł bez życia pryskając krwią we wszystkich kierunkach.
Zaklęcie, które rzucił ulotniło się z ciała Elizabeth uwalniając z uścisku jej stopę.
- Wszystko w porządku? – zapytał Alistair podbiegając do Strażniczki i wyciągając ku niej rękę.
- Chyba nie dam rady wstać – oznajmiła próbując poruszyć nogą. – Jest skręcona.
- Zaraz się tym zajmę – odparła Wynne kucając przy towarzyszce – Potrzebuję tylko więcej lyrium.
Eliz spojrzała ze zmartwieniem na starszą kobietę przeszukującą w kieszeniach kolejną fiolkę z niebieskim płynem. Dawała z siebie wszystko podczas każdej walki. Nie oszczędzała many ani zaklęć regenerujących. Trzymała się na dystans stawiając na wsparcie i obronę drużyny.
Strażniczka była pod wielkim wrażeniem jej umiejętności magicznych, ale nawet najpotężniejszy mag nie mógłby używać swoich mocy bez limitu. A ten było już widać na jej zmęczonej twarzy.
- Wynne, może nie powinnaś...
- Powinnam być teraz dokładnie w tym miejscu i robić to, co robię, dziecko. Nie przejmuj się mną.
Spokojny, jednak bardziej stanowczy głos sprawił, że Eliz nie była w stanie odezwać się więcej. Przyglądała się jak czarodziejka owinęła jej kostkę przybrudzonym bandażem i skupiła energię dokładnie w tym miejscu, w którym zaczęła odczuwać ostry ból.
Zaklęcie podziałało szybko i chwilę później przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele, zupełnie jakby zanurzyła się po szyję w wannie z gorącą wodą.
Elizabeth wstała z pomocą Wynne czując, że może już sprawnie ruszać stopą.
- Ruszajmy dalej, czuję, że za rogiem czeka nas więcej łbów do rozwalenia – podsumował Sten wychodząc z pomieszczenia i trzymając miecz w ciągłym pogotowiu.
Zostawiając za sobą kolejną komnatę, którą śmierć przywitała z uśmiechem na twarzy, Strażniczka zaczęła odczuwać dziwny niepokój. Jej wewnętrzne przeczucie wydarzenia się czegoś złego zaczęło gwałtownie dawać o sobie znać. Nim zdążyła zastanowić się nad tym zjawiskiem, przekroczyli próg okrągłej sali usianej trupami w szatach magów.
Kiedy dostrzegli stojącego na środku zdeformowanego plugawca, zatrzymali się natychmiast przygotowując broń, jednak stwór wciąż stał spokojnie.
- O proszę, mamy gości – odezwał się ospałym głosem, przekręcając głowę w bok. – Czy wy też macie dość tych ciągłych walk? Usiądźcie, odpocznijcie trochę.
Elizabeth prawie parsknęła śmiechem. Czy on naprawdę myśli, że się na to nabiorą?
- Dzięki, nie skorzystamy – rzucił Alistair poprawiając uchwyt na metalowej tarczy.
- Spójrzcie mi w oczy i odpowiedzcie sobie sami. Nie wolelibyście zostawić to za sobą? Zapomnieć, choć na chwilę?
- Uważajcie na niego, on może próbować nas... nas...
- Leliano, wszystko w porządku? – Strażniczka odwróciła głowę w porę, aby ujrzeć jak towarzyszka z trudem utrzymuje się na nogach. – Co się...
- Widzisz? Tak jest o wiele lepiej, prawda? – Plugawiec zrobił krok w przód unosząc dłoń ku górze. Dziwna mgła spowiła ciemną komnatę. Elizabeth zaczęła oddychać coraz płycej czując jak traci siły.
- Musimy... walczyć...
- Sten!
Qunari opadł niczym szmaciana lalka upuszczając swój miecz.
Strażniczka z przerażeniem odkryła, z jaką trudnością przychodzą jej ruchy ciałem. Całą siłą woli opierała się nadchodzącemu zmęczeniu. Nie minęło więcej niż kilka sekund, a znów usłyszała charakterystyczny odgłos opadania ciała na ziemię.
- Przestań... tchórzyć... stań do... prawdziwej... walki – wycedziła przez zaciśnięte zęby mając nadzieję, że plugawiec to usłyszy.
- Po co? Przestań się opierać, zasługujesz na odpoczynek. – Istota uniosła drugą dłoń powodując powiew gorącego powietrza, który o mało nie ściął Eliz z nóg. Strach oblał ją zimnym potem.
To koniec.
Nie powtrzymam go.
Nie mogę zapanować nad własnym ciałem.
Kobieta opadła na jedno kolano próbując utrzymać się na drugim. Czuła jakby stukilowy ciężar próbował przygnieść ją do podłogi, jednak instynkt przetrwania wciąż nie pozwalał jej się poddać.
- A cóż to? Czyżby więcej gości?
Nie była już w stanie zrozumieć poszczególnych słów. Kątem oka dostrzegła ruch po przeciwnej stronie komnaty.
Ostatkiem sił uniosła lekko głowę i ostatnie, co ujrzała, to zarys znajomej sylwetki biegnącej w jej kierunku.
Cai-lan?
