Nastawiła wodę i przetarła zaczerwienione oczy drżącą dłonią. Była niewyspana. I smutna, ale tego nie chciała przyznąć głośno. Jak to dobrze, że był piątek... choć z drugiej strony oznaczało to siedzenie w domu i bezsilne zamartwianie się o... mężczyznę którego samo imię powodowało u niej ból.

Dlaczego to musiał być właśnie on? Dlaczego nie mogła pokochać kogoś innego? Dlaczego nie zakochała się w Johnie, Gregu czy kimkolwiek innym? Choć z drugiej strony... Przypomniała sobie, co się działo po zniknięciu Jima.


To, że miała w planach przestać się z nim spotykać (wystarczyła jedna uwaga Holmesa na temat jego orientacji by przystopowała i uświadomiła sobie, że to na pewno nie to a poza tym... chyba rzeczywiście był "inny", co stwierdziła po zobaczeniu kosmetyków w jego domu, których ilość i jakość zadowoliłaby nie jedną grupę pustaków), nie oznaczało, że tak po prostu nie zauważy jego nieobecności, Martwiła się o niego, nie wiedziała dlaczego się nie odzywa, nie pojawia się w pracy... Kiedy pytała o niego otrzymywała odpowiedzi typu „Jim Moriarty? Któż to taki?" lub „Skąd mam wiedzieć co się stało z twoim facetem?". Kiedy w końcu poprosiła Sherlocka o pomoc, spojrzał na nią beznamiętnym wzrokiem i po prostu wyszedł. Tej nocy długo płakała, aż w końcu zasnęła z wyczerpania.

Następnego dnia spóźniła się do pracy i to całkiem poważnie. Na szczęście był to jej pierwszy raz – zwykle przychodziła pierwsza i wychodziła ostatnia – dlatego nie otrzymała nawet nagany. Za to w służbowej szafce znalazła list. Liczył sobie trzy strony, zapisane ciasnym, zwięzłym pismem, które poznała od razu. Holmes nie bawił się w delikatność (nowość, doprawdy). Wyjaśnił jej kim w rzeczywistości jest Moriarty, że była jedynie jego zabawką, przykrywką (skuteczną) i poprosił (a raczej zażądał) o dyskrecję. „Możesz o tym rozmawiać jedynie ze mną. Wolałbym się na tobie nie zawieść.", pisał Sherlock, a ona czuła jedynie wdzięczność. Mimo, iż wiedziała, że się nie liczy i detektyw powiedział jej to wszystko, by nabrała do niego większego zaufania, co skutkowało tym, że zrobiłaby dla niego dosłownie wszystko.

Nigdy o tym nie rozmawiali. Krótkie „dziękuję", które szepnęła mijając się z nim, było zadowalające dla obu stron.

Nigdy nie pytał jak się z tym czuje, czasem tylko posyłał jej spojrzenie, w którym (przy bardzo, bardzo dużej dozie zawziętości) była w stanie odnaleźć troskę.


Nie miała pojęcia dlaczego zniknął, bo też skąd mogłaby to wiedzieć? W swoim notatniku zapisywała kolejne, coraz bardziej abstrakcyjne teorie. Bała się wyjść z domu – co jeśli on w tym czasie postanowi wrócić?! A z drugiej strony nie mogła tak kolejnych godzin spędzić siedząc i wpatrując się w jedno miejsce...

Jej obawy rozwiały się zaskakująco szybko. Miała deja vu kiedy stojący na stole laptop wydał z siebie pisk niebezpiecznie podobny do tego, który wydawał kiedy błagał o dostęp do prądu. Molly podskoczyła i kilka kropel wrzątku którym zalewała herbatę kapnęło jej na stopy. Syknęła, odstawiła czajnik i pokicała w stronę komputera. Dopadła swojego bladoróżowego Asusa, otworzyła go i rozchyliła usta ze zdziwienia. Przypomniała sobie coś co kiedyś gdzieś czytała... a, tak, na blogu Johna, kiedy to w trakcie rozwiązywania sprawy, dzięki małemu piśnięciu laptopa odkrył, że Sherlock jest w niebezpieczeństwie (choć tu odkrycie było nieco inne, ale jak zawsze dotyczyło tego samego faceta).

Sherlock zapomniał go wyłączyć (co świadczyło o wyjątkowym, jak na niego, roztargnieniu) i wyświetlił się mail od „The Woman". Zdążyła go jedynie przeczytać, kiedy laptop mignął ostatni raz i zgasł. Jednocześnie syknęła przypalona żarówka i Molly Hooper pogrążyła się w ciemnościach, zasłaniając jedynie usta, by nie wydobył się z nich przeraźliwy krzyk.