ROZDZIAŁ VII

- Esme, ocknij się! – usłyszałam zatroskany męski głos, który brzmiał tak, jakby wydobywał się ze źle nastrojonego radia. Chyba ktoś musiał położyć mi na czole jakiś kompres, bo czułam na nim lodowate zimno.

Nie otworzyłam oczu, bo nie chciałam wracać do rzeczywistości. Pragnęłam jedynie o wszystkim zapomnieć i wymazać z pamięci każde wspomnienie z ostatnich kilku lat, a potem cofnąć się w czasie. Wtedy moje życie potoczyłoby się zapewne zupełnie inaczej. Przede wszystkim nie zaszłabym w ciążę z Henrym i nie wyszłabym za niego za mąż, a teraz byłabym z Edwardem… Ciągle miałam przed oczami jego wykrzywioną bólem twarz. Jakoś nie mogłam poukładać sobie w logiczną całość tego, co mi powiedział na plaży. Jak to pisał? Przecież w ogóle się ze mną nie kontaktował. I to pudełeczko wrzucone do oceanu… Czy on naprawdę miał zamiar mi się oświadczyć? Jeśli tak, to dlaczego dopiero teraz…?

Nagle poczułam, że moim ciałem rytmicznie wstrząsają dziwne skurcze.

- Esme! – odezwał się ponownie natrętny mężczyzna, lekko klepiąc mnie w policzek bardzo chłodną dłonią. Raptownie podniosłam powieki i zobaczyłam wnętrze jakiegoś samochodu, a po chwili zauważyłam pochylającego się nade mną doktora Cullena. Na czole nie miałam żadnego kompresu, tylko jego rękę.

- Co ty tutaj robisz? – spytałam zdziwiona i w tej samej chwili mój brzuch zaatakowała fala silnego bólu. Jęknęłam cicho, mocno zaciskając pięści.

- To w tej chwili nie jest najważniejsze – odparł szybko. – Powiedz mi, czy po tym wypadku samochodowym odczuwałaś jakieś nietypowe dolegliwości? Nie wiem… Bóle krzyża lub w podbrzuszu? Niestrawność, biegunka?

- Nie – odpowiedziałam niepewnie, starając się znowu nie jęknąć. – To znaczy… Niekiedy czułam mocniejsze skurcze i było mi dziwnie słabo, ale…

- Rozumiem – przerwał mi, kiwając w zamyśleniu głową. O co mu chodziło? – Etap początkowy mamy już pewnie za sobą.

- Etap czego? – wtrąciłam ze zdziwieniem, biorąc głęboki wdech.

- Porodu, Esme – wyjaśnił, przyglądając mi się uważnie.

- Porodu? – powtórzyłam głupio, bo Carlisle powiedział to bardzo wyraźnie. – Przecież jeszcze prawie dwa miesiące…

- Czasem dziecko może urodzić się za wcześnie – odparł tonem doświadczonego lekarza, a skurcze stawały się coraz mocniejsze. Zerknęłam w dół i z przerażeniem zauważyłam, że część mojej mokrej jeszcze sukienki pokrywa coś brunatnego.

- Co to jest?! – zawołałam z paniką, szarpiąc Cullena za ramię.

- Esme, tylko spokojnie – powiedział szybko. – To śluzowo-krwista wydzielina, która zazwyczaj wydobywa się z pochwy…

Czy to działo się naprawdę? Czy rzeczywiście siedziałam w jakimś obcym wozie z Carlislem u boku i dyskutowałam sobie z nim na temat mojego porodu, który na dodatek właśnie się zaczął…?

- Staraj się rozluźnić i oddychać miarowo – pouczył. – Panie Edmundzie, czy możemy nieco przyspieszyć?

- Nie da rady.

Spojrzałam przed siebie i dopiero teraz zauważyłam, że na miejscu kierowcy siedział mój brat.

- Gdzie my w ogóle jesteśmy? – spytałam, kurczowo łapiąc się siedzenia. Po chwili znowu jęknęłam, odczuwając wyjątkowo bolesne skurcze, które nadchodziły coraz częściej.

- W moim samochodzie – wyjaśnił doktor Cullen nieco zirytowanym tonem. Kompletnie się już pogubiłam… Co go tak zdenerwowało? - Jedziemy do szpitala. Powinniśmy być tam za góra kilka minut.

Zerknęłam na okno i zauważyłam na nim wysokie budynki Bostonu. Odetchnęłam z ulgą, ale po chwili znowu jęknęłam.

Nagle silnik dziwnie zacharczał i gwałtownie się zatrzymaliśmy. Z ust Edmunda wydobyło się ciche przekleństwo, ale Carlisle zachował spokój.

- Co się stało? – spytał rzeczowo, pochylając się nad jednym z przednich siedzeń.

- Cholera wie – odparł mój brat, szybko otwierając drzwiczki i wychodząc na zewnątrz.

Zamknęłam oczy, zaciskając usta. Ten przeklęty ból dokuczał mi coraz bardziej. Usłyszałam, że Carlisle także wyszedł. Piękne, niech obaj idą sobie w siną w dal, a ja spokojnie urodzę…

- Nie przejmujcie się, poradzę sobie – szepnęłam ze złością, przełykając głośno ślinę. Zupełnie niespodziewanie poczułam, że samochód poruszył się w bok i drzwiczki obok się otworzyły, a po chwili ktoś wziął mnie na ręce i wyciągnął z auta. Natychmiast podniosłam powieki i zobaczyłam, że znajduję się w ramionach doktora Cullena. Czy on już do reszty zwariował?!

- Co ty robisz?! – spytałam z paniką, łapiąc go mocno za zimną, twardą jak skała szyję. Dlaczego ten człowiek nigdy nie miał normalnej temperatury skóry? – Ja nie ważę pięciu kilogramów!

- Jakoś sobie poradzę – odparł, zaczynając szybko iść. - Szpital jest bardzo blisko, a my nie możemy czekać – dodał. Zerknęłam za jego ramię i zobaczyłam Edmunda, który stał przy samochodzie z taką miną, jakby kompletnie nie wiedział co robić.

Ta cała sytuacja wydawała mi się tak absurdalna, że w pewnym momencie bezsensownie się zaśmiałam, chociaż tak właściwie nie miałam najmniejszego powodu do śmiechu. Miłość mojego życia miała zamiar mi się oświadczyć, ale ja już wyszłam za mąż, a na dodatek zaczęłam rodzić, chociaż do prawidłowego terminu zostały jeszcze prawie dwa miesiące. Chyba już nic gorszego nie mogło mnie spotkać…

Wpadliśmy na szpitalną izbę przyjęć pod ostrzałem zdziwionych spojrzeń pielęgniarek i innych pacjentów. Skurcze trwały teraz dłużej i pojawiały się znacznie częściej. Przestałam zwracać uwagę na to, co się wokół mnie działo. Przed oczami migały mi tylko jakieś rozmazane obrazy, w uszach brzmiały niewyraźne rozmowy. Nieco oprzytomniałam dopiero wtedy, kiedy znalazłam się na jakiejś mocno oświetlonej sali. Ból rósł z każdą minutą…

- Co się dzieje? – usłyszałam jakby dochodzący z oddali głos doktora Prestona.

- Poród w drugiej fazie – odpowiedział szybko Carlisle.

- Poród? Przecież wyznaczyłem jej termin dopiero za jakieś dwa miesiące…

- Najwidoczniej się pomyliłeś, Greg – odparł Cullen nieco żartobliwym tonem. O Boże, oni mieli jeszcze ochotę na dowcipkowanie?!

Głośno jęknęłam, a następnie zacisnęłam zęby. Nie koncentrowałam się już na rozmowie lekarzy. Ból wywołany skurczami przychodził jak fala: rósł, a potem znienacka znikał. Starałam się oddychać regularnie, ale niezbyt mi to wychodziło. W mojej głowie pałętała się tylko jedna myśl: kiedy to do cholery miało się skończyć?!

Przeleżałam na sali porodowej koło kilku godzin. Przynajmniej tak mi się wydawało. Niczego już nie mogłam być pewna. Ciągle czułam niezwykle silny ból w okolicy kręgosłupa i podbrzusza, a po pewnym czasie doszło do tego ogromne zmęczenie. Byłam wyczerpana jak nigdy wcześniej…

W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że coś we mnie pękło. I to dosłownie. Ktoś złapał moją rękę.

- Teraz, Esme, musisz z całej siły przeć, rozumiesz? – powiedział nagle Carlisle, pochylając się nade mną. – Pęcherz płodowy pękł, więc musisz jak najszybciej pomóc swojemu dziecku przyjść na świat.

Pokiwałam tylko głową, bo na nic więcej nie było mnie stać, ale nie byłam pewna, czy wytrzymam jeszcze te męki dłużej niż kilka minut.

Łzy ciekły po moich policzkach i mieszały się z potem. Było mi tak gorąco, jakby ktoś włożył mnie do rozgrzanego pieca i chciałam zwymiotować, jednak przede wszystkim postarałam się spełnić prośbę Carlisle'a. Na szczęście moje ciało chyba wiedziało, co robić.

W chwili, kiedy poczułam, jak główka dziecka wysuwa się na zewnątrz, opanowała mnie niezwykła euforia. Nareszcie koniec! Jeszcze tylko trochę wysiłku i moje dziecko wreszcie miało się urodzić! Krzyczałam w niebogłosy. Nie mogłam uwierzyć, że mogłam wydać z siebie takie wysokie dźwięki…

Nagle poczułam, że dziecko z powrotem się cofa. Co to miało do cholery znaczyć?! Czy to normalne?! Ta sytuacja kilkakrotnie się powtarzała i zaczynałam już wątpić, czy ten poród kiedykolwiek się skończy…

- Nie… mogę… – wykrztusiłam z rezygnacją i przestałam się starać.

- Nie przestawaj, Esme! – zawołał Preston. – Nie w tej chwili!

Ktoś położył mi na czole chłodną, twardą dłoń.

- Uda ci się – usłyszałam zdecydowany szept. – Wierzę w ciebie.

- Ale ja… w siebie… nie… – wykrztusiłam i zacisnęłam usta, ale i tak ponowiłam próby. I w tej chwili coś się zmieniło.

Wyczułam, jak wysuwa się ze mnie większa część główki dziecka i zaczęłam przeć z jeszcze większą mocą. Nic się w tej chwili nie liczyło się oprócz tej maleńkiej istotki, która już niedługo miała się urodzić. Krzyczałam z bólu, ale nie przestawałam. W pewnym momencie przyszła mi do głowy myśl, że ludzie nie doceniają własnych matek…

Kiedy znowu pojawiło się we mnie ziarenko zwątpienia i chciałam przestać, poczułam, jak ktoś mocno ściska moją dłoń. Niespodziewanie przed oczami stanęła mi twarz Edwarda, ale to nie mógł być on. Już mnie nie kochał. Zdradziłam go jak skończona idiotka…

- Mamy go! – usłyszałam okrzyk Prestona, gdy pomyślałam, że zaraz umrę. Po chwili rozległ się słaby krzyk noworodka. Krzyk mojego dziecka… Jednak coś było nie tak, bo ten odgłos raptownie umilkł. Zaczęłam panikować i chciałam się podnieść, ale nie dość, że nie mogłam, to jeszcze Carlisle mnie powstrzymywał.

- Dajcie mi ją… – szepnęłam z trudem, czując, że moim ciałem wstrząsnęły kolejne skurcze. Czy to jeszcze nie koniec?! – Dajcie mi ją… - powtórzyłam błagalnie, zerkając na Carlisle'a.

- Esme, zostało jeszcze łożysko – odparł, z niepokojem patrząc na lekarzy, którzy trzymali noworodka. – Jeszcze parę minut i będzie po wszystkim.

- Dajcie mi moje dziecko! – zawołałam, a raczej spróbowałam to zrobić, bo dźwięku, które wydobyły się z moich ust, na pewno nie były krzykiem. – Dajcie mi moją córkę… - dodałam szeptem, po czym zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Czy te skurcze nie powinny się już skończyć, do jasnej cholery?!

Doktor Cullen cały czas trzymał mnie za rękę, a raczej to ja ściskałam kurczowo jego dłoń. Nawet pomimo tego całego zamieszania i bólu, który nie zmniejszył się nawet o krztynę, dziwiłam się, że jego skóra była taka twarda i zimna… Przecież już dawno powinnam wbić się w nią paznokciami, tylko że nic takiego nie miało miejsca. Zamiast tego czułam się tak, jakbym palcami napierała na skałę… Cholernie chłodną skałę…

- Esme – odezwał się w końcu i natychmiast podniosłam powieki. – Esme, masz syna – dodał z lekkim uśmiechem, ale w jego ciemnych oczach dostrzegłam strach. – Syna, Esme, nie córkę… Musisz… - Jego głos stopniowo stawał się niesłyszalny, a jego twarz coraz mniej wyraźna. Co on mówił? Syna? Urodziłam… syna? Przecież to nie tak miało być… Wszystko nie tak miało być…

- Ona cały czas krwi! – Usłyszałam czyjś zdenerwowany głos. Moje ciało dziwnie zwiotczało, a ból niespodziewanie osłabł, ale przestałam zwracać na to uwagę. W myślach powtarzałam tylko jedno słowo: syn…

Nagle zorientowałam się, że zimna ręka Carlisle'a odsunęła się od mojej dłoni, którą w tej chwili zaciskałam w pięść. Czułam, że lecę w dół, a przed oczami zobaczyłam ciemność…

Zanim jednak całkowicie mnie ona pochłonęła, usłyszałam odgłos, który pragnie usłyszeć każda świeżo upieczona matka – krzyk swojego dziecka…

*

Podobno sen to najlepsze lekarstwo na wszelkie choroby. Umożliwia regenerację naszego wycieńczonego organizmu, pozwala na ponowne zgromadzenie sił. Szkoda tylko, że w moim przypadku ta reguła w ogóle się nie sprawdzała. Może przyczyniło się do tego to, że ból, który odczuwałam, nie zaliczał się do tych z rodzaju cierpień fizycznych, tylko raczej duchowych? Co prawda nie mogłam powiedzieć, że byłam całkowicie zdrowa na ciele, bo bym skłamała, ale to, co działo się w środku mnie, znacznie przewyższało jakiekolwiek cierpienie cielesne. Nawet podczas snu nie potrafiłam oczyścić umysłu z pewnych myśli. W mojej głowie ciągle przesuwały się obrazy przedstawiające plażę, umęczoną twarz Edwarda i aksamitne pudełeczko, zatroskanego doktora Cullena, szpitalną salę, po której kręcili ludzie ubrani w białe kitle, aż wreszcie małą osóbkę, z którą przebywałam od kilku miesięcy, ale dopiero dzisiaj zobaczyłam ją po raz pierwszy... Tylko czy aby na pewno dzisiaj? A może wczoraj? A może tydzień temu? A może minął już miesiąc? Całkowicie straciłam poczucie czasu i wcale nie zdziwiłabym się, jeśli okazałoby się, że byłam nieprzytomna co najmniej rok.

Westchnęłam cicho, usiłując otworzyć oczy. Dopiero po wielu próbach wreszcie udało mi się podnieść powieki i przywitała mnie nieprzenikniona ciemność, którą zakłócało jedynie słabe światło wydobywające się ze szczeliny pod drzwiami. Zamrugałam parę razy, próbując się podnieść, ale te starania spełzły na niczym, bo wszystkie mięśnie niespodziewanie odmówiły mi posłuszeństwa. Ostrożnie rozejrzałam się po pomieszczeniu z zamiarem wydedukowania, gdzie się dokładnie znajdowałam, ale z powodu mroku nic nie dostrzegłam. Wiedziałam jedynie, że byłam w szpitalu i prawdopodobnie nastała noc. Nie słyszałam żadnych odgłosów oddechów moich potencjalnych współtowarzyszek, więc wywnioskowałam, że leżałam w sali sama, co automatycznie mówiło, że nie umieszczono mnie w tym samym pomieszczeniu co ostatnio. Nagle poczułam się dziwnie samotna. Nikt nie mógł ze mną porozmawiać, nikt nie mógł powiedzieć, co się działo z moim dzieckiem. Moim synkiem...

Na jego wspomnienie automatycznie się uśmiechnęłam, chociaż tylko na krótką chwilę. Odruchowo dotknęłam też rękami brzucha, który teraz był dziwnie płaski. Nie miałam już swojego dziecka pryz sobie... Na myśl o tym, że jeszcze go nie przytuliłam, natychmiast spoważniałam, ale zwykłą powagę zaraz zastąpiła złość, a wręcz wściekłość. Leżałam tutaj bezczynnie, opuszczona i zapomniana, nic nie wiedząc o jego stanie. Czy wszystko było z nim w porządku? Dlaczego od razu się nie rozpłakał? Dlaczego nikt mi go nie przyniósł, dlaczego nikt nie raczył mnie obudzić i... i wszystkiego powiedzieć? Przecież go urodziłam. Przecież jako jego matka powinnam być przy nim cały czas, a nie tkwić sama jak kołek w jakimś ciemnym pokoju.

Zacisnęłam zęby i ponowiłam próby wstania z łóżka. Nie dały żadnego rezultatu. Ze złości zacisnęłam zęby i uderzyłam dłonią łóżko. Co się ze mną stało? Czemu nie mogłam po prostu usiąść, a następnie podnieść się na nogi, by iść zobaczyć się z synkiem? Po chwili znowu spróbowałam, ale wysiłek spowodował tylko, że głośno jęknęłam. Ciągle leżałam na twardym materacu, bezwładna jak kłoda...

Nieoczekiwanie usłyszałam odgłosy czyichś szybkich kroków, a po krótkiej chwili do sali weszła pielęgniarka. Od razu włączyła światło i musiałam zmrużyć oczy.

- Stało się coś, co tak jęczy? – spytała nieuprzejmie, przyglądając mi się surowo. Po jej zaspanym wyrazie twarzy wywnioskowałam, że przed chwilą spała. – Doktor Cullen mówił, że mam przyjść, to przyszłam. Potrzeba czegoś?

- Chcę wiedzieć – zażądałam cicho zachrypniętym głosem – co się dzieje z moim dzieckiem.

- Jakim dzieckiem? – odparła kobieta, marszcząc brwi. Kiedy już miałam zacząć jej wszystko tłumaczyć, znienacka dodała: - A, pani to ta Stevenson, tak? Od tego wcześniaka?

- Co z nim? – zapytałam szeptem.

Nagle pielęgniarka dziwnie posmutniała, a jej oczy złagodniały, tak jakby opuściła ją cała złość.

- Oj, ciężko z nim, ciężko... – zaczęła, ale od razu przerwała, gdy drzwi ponownie się otworzyły i stanęła w nich mama, ale nie zwracałam na nią uwagi, bo słowa siostry sprawiły, że moje serce gwałtownie przyspieszyło.

- Jak to ciężko? – powiedziałam nieprzytomnym głosem. – Ale... ale jak... – kontynuowałam, ponownie próbując usiąść. Udało mi się tylko podnieść głowę i z powrotem opadłam na pościel.

- Esme, kochanie – wtrąciła mama, pospiesznie do mnie podchodząc – nie wstawaj. Ciągle jesteś osłabiona...

- Chcę wiedzieć, co się dzieje z moim dzieckiem – powtórzyłam nieco głośniej, patrząc natarczywie na pielęgniarkę. Kobieta już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale moja matka powstrzymała ją gestem ręki i uprzejmie spytała:

- Siostro, może siostra zostawić nas same?

Pielęgniarka pokręciła ze zdenerwowaniem głową i posłusznie wyszła, mrucząc pod nosem coś o niezdecydowanych osobach i zbyt troskliwych lekarzach.

- Co się dzieje? – zapytałam natychmiast, odwracając głowę w stronę mamy. – Proszę, powiedz mi, co jest nie tak? – Nie musiałam nawet pytać, czy coś w ogóle było nie tak, bo wyczytałam to z jej twarzy. Ostatnio miała tak ponurą minę, kiedy dowiedziała się, że zaszłam w ciążę.

Przez dłuższą chwilę panowała cisza, która jeszcze bardziej spotęgowała mój strach.

- Helen bardzo się o ciebie martwi – odezwała się w końcu niepewnie, na co prychnęłam niczym rozjuszona kotka. Pytałam ją o swoje dziecko, z którym prawdopodobnie działo się coś złego, a ona informowała mnie o trosce mojej siostry...? Mojej siostry... Siostry, która miała dzisiaj wyjść za mąż, a ja skutecznie jej to uniemożliwiłam...

- O Boże... – szepnęłam do siebie, zamykając na moment oczy. Świadomość, że popsułam najpiękniejszy dzień w życiu Helen, wcale nie podniosła mnie na duchu.

- Esme, wszystko w porządku – zapewniła od razu mama, podchodząc jeszcze bliżej i delikatnie łapiąc moją dłoń. – Helen nie ma do ciebie żadnych pretensji. Przecież to nie twoja wina...

- Gdzie ona jest? – spytałam szybko, ponownie usiłując się podnieść. Tym razem, z dużą pomocą mamy, wreszcie mi się to udało i po kilkunastu sekundach siedziałam na materacu, niezdarnie opierając się o metalowe pręty łóżka. – Muszę ją przeprosić...

Mama pokręciła tylko głową.

- Wcale nie musisz – powiedziała stanowczo. – A Helen Peter, tata i Jack są w twoim mieszkaniu wraz z Henrym. Poszli...

- Henry był tutaj? – przerwałam jej.

- Nie. Jeszcze nie. Po prostu uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli zatrzymają się właśnie tam, zamiast bezsensownie tkwić w szpitalu. – Przerwała i ze zirytowaniem pokręciła głową. – Tutaj i tak nie ma odpowiednich warunków...

- Ale co się dzieje z moim dzieckiem? – spytałam znowu. Mama i tym razem chciała wymigać się od odpowiedzi, bo znienacka oznajmiła:

- Musimy o czymś porozmawiać, Esme.

- Nie – zaprzeczyłam. – Teraz musimy porozmawiać o moim synu. Wszystko inne może poczekać.

- To nie może dłużej czekać – odparła cicho. Coś w jej głosie spowodowało, że zaczęłam bać się jeszcze bardziej, o ile w ogóle było możliwe. Nadal jednak liczyło się dla mnie przede wszystkim uzyskanie wiadomości na temat stanu mojego dziecka, więc zadałam swoje pytanie po raz kolejny:

- Co się dzieje z moim synem?

- To naprawdę bardzo ważne – nalegała, mocniej ściskając moją rękę, ale ja pozostałam nieugięta.

- Dobrze, skoro ty nie chcesz nic mi powiedzieć, to zawołałam jakiegoś lekarza – stwierdziłam. Chciałam porządnie krzyknąć, ale okazało się to niemożliwe, bo nadal miałam zachrypnięte gardło i bolały mnie wszystkie mięśnie, nawet te w okolicach szyi. Mama, widząc moje bezowocne wysiłki, usiadła obok i zaczęła mówić spokojnym głosem:

- Esme, kochanie, uspokój się. Po prostu wysłuchaj tego, co mam ci do powiedzenia, a potem będziemy martwić się o wszystko inne. Proszę, bo inaczej już nigdy nie zdobędę się na odwagę, by ci to wyznać.

Kiedy chciałam zaprotestować, spojrzała na mnie tak, że oniemiałam. Nigdy nie widziałam w jej oczach tak wielu różnych i wyraźnych emocji: od wielkiej miłości, przez niepewność, aż do ogromnego poczucia winy. Wyglądała tak, jakby zrobiła coś strasznego, a jej twarz nagle zrobiła się bardzo blada.

- Błagam – szepnęła, na co z rezygnacją westchnęłam i pokiwałam głową. Nie byłam w stanie się dłużej opierać i pozwoliłam jej na tę rozmowę, ale nie wiedziałam, czy skupię się na niej na tyle, by choć na chwilę zapomnieć o swoim dziecku.

- Pamiętasz ten dzień, w którym przypłynęłaś do domu po ostatnim roku studiów? – zaczęła ostrożnie, przyglądając mi się uważnie. Z zaskoczeniem uniosłam brwi.

- A co to ma...

- Pamiętasz? – powtórzyła, nie dając mi dojść do słowa.

Niecierpliwie pokiwałam głową, a ona kontynuowała:

- Kilka dni później dostałam list. Z Europy, a dokładniej z... Anglii. Jej nadawcą była niejaka... – przerwała na moment, po czym dokończyła: - pani Eloise Newman. – Zamarłam. Eloise Newman. Dobrze znałam to nazwisko. – Na początku nie wiedziałam, o co chodziło. Nic z tego nie rozumiałam, a ty też nic nie mówiłaś... Myślałam, że to jakaś pomyłka, ale moje wyraźne nazwisko widniejące w miejscu adresata temu zaprzeczyło... Dopiero potem powiedziałaś nam o tym chłopcu, w którym się zakochałaś...

- Czego mogła od ciebie chcieć matka Edwarda? – wtrąciłam, nie mogąc się powstrzymać. – Przecież w ogóle się nie znałyście.

- Ona... Ona napisała, że... że powinnam przekonać cię, abyś dała jej synowi spokój – powiedziała tak szybko, że nie byłam pewna, czy dobrze ją zrozumiałam.

- Słucham? – spytałam, unosząc brwi i próbując pochylić się w jej kierunku, ale ciągle czułam się osłabiona i udało mi sie jedynie przesunąć o parę milimetrów.

- Pisała, że zaplanowała dla niego inną przyszłość, że powinien skupić się na czymś innym, a nie na związku z tobą, że miał ożenić się z inną dziewczyną. – Słowa wysypywały się z mojej mamy z prędkością karabinu maszynowego. – Nie miałam pojęcia, jak ci to powiedzieć. Nie chciałam cię ranić, nie chciałam, żebyś wiedziała, że matka chłopca, którego pokochałaś, nie życzy sobie, byś za niego wyszła... – Ponownie przerwała i wstała z łóżka. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Nie wiedziałam, czy to działo się naprawdę, czy znienacka zasnęłam i ta scena rozgrywała się tylko w moim umyśle. – Uznałam, że lepiej ci tego oszczędzić. Przecież wiem, jaka jesteś wrażliwa. – Uśmiechnęła się lekko, chociaż w jej oczach dostrzegłam łzy. – Nikomu o tym liście nie mówiłam, nawet ojcu. A kiedy przyszła kolejna wiadomość z Anglii, tym razem od Edwarda... spaliłam ją w kominku, nic ci nie mówiąc. Z następnymi postępowałam podobnie, aż w końcu zaczęłaś myśleć, że ten chłopiec o tobie zapomniał. A potem... Potem sama wiesz, co się stało. Ciąża, ślub. I wszystko jakoś się układało, aż do wczoraj, kiedy Edward pojawił się w naszych drzwiach. Szczęśliwy, choć jednocześnie lekko zasmucony, że nie odpisywałaś na jego listy. Przypłynął, by wszystko wyjaśnić, by sprawdzić, czy nadal go kochasz. Nie zrobił tego wcześniej, bo pewne sprawy trzymały go w Europie, ale teraz...

- Przestań – przerwałam jej gwałtownie, zamykając oczy.

- Esme...

- Po prostu już nic nie mów – poprosiłam stanowczo. – I wyjdź.

- Esme, proszę...

- Wyjdź! – wrzasnęłam z całych sił, czując, jak do oczu napływają mi łzy. Otworzyłam je i zobaczyłam, że mama przyglądała mi się ze smutkiem.

- Esme, przepraszam – szepnęła, zanim odwróciła i powoli wyszła z sali, zostawiając mnie samą.

Moje policzki szybko zwilgotniały, a w głowie kołatała się tylko jedna banalna myśl: To niemożliwe.

Eloise Newman napisała do mojej matki po to, żeby ta namówiła mnie do zostawienia Edwarda? Przecież to czysty absurd! Jakieś kpiny! Mama nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! Ale to w takim razie po co mi to powiedziała, na dodatek w chwili, kiedy ewidentnie coś złego działo się z moim dzieckiem? Dlaczego nie odważyła się na to wcześniej? Dlaczego w ogóle paliła te przeklęte listy? Dlaczego, do jasnej cholery, nic mi nie powiedziała?!

- Esme? – usłyszałam nieoczekiwanie czyjś głos. Zerknęłam w stronę drzwi i zobaczyłam znajomego mężczyznę, który stał w progu, jakby wahając się, czy wejść. – Słyszałem waszą kłótnię...

- Co ty tutaj robisz? – spytałam z zaskoczeniem, po czym dodałam cicho, nie czekając na odpowiedź: - Zostaw mnie samą, proszę.

- Nie ma mowy – stwierdził, a po chwili usiadł obok mnie na łóżku. – Nie powinnaś być teraz sama, zwłaszcza w takim momencie...

- Już chyba gorzej być nie może – załkałam, a on mocno mnie przytulił.

- Esme, nie martw się, wszystko jakoś się ułoży – zapewnił pocieszającym tonem. – Twojemu synkowi na pewno nic nie będzie...

- A co z nim? – spytałam szybko, wyrzucając sobie w duchu, że natychmiast o to nie zapytałam.

- To ty nic nie wiesz? – odezwał się ze zmieszaniem, na co gwałtownie pokręciłam głową.

- Powiedz mi, Jack – poprosiłam, spoglądając na niego błagalnie.

- Nie wiem, czy powinienem... – zaczął niepewnie, zerkając na swoje dłonie.

- Jack...

Po chwili zastanowienia spojrzał mi prosto w oczy i szepnął:

- On umiera, Esme...

A jednak mogło być gorzej.