Rozdział 7.

- Cześć, Wilson!

Onkolog podskoczył na krześle, niemal zrzucając stos papierów na podłogę. W międzyczasie diagnosta rozłożył się wygodnie na kanapie.

- Cześć, House… – wydusił Wilson.

- Krępuje cię moja obecność?

- Co? Nie… Skąd! – Szef zakładu onkologicznego zawzięcie czegoś szukał.

- To dobrze – podsumował House. – bo miałem wrażenie, że mnie unikasz.

- Unikałem Cuddy – przyznał po chwili. – Dziwnym trafem zawsze byłeś obok.

Nie chciał mówić o wczorajszym zajściu. Znalazł się wtedy w bardzo krępującej sytuacji. Jednak ciekawość, co stało się przed, a przede wszystkim po jego wizycie, wzięła górę.

- Co się wczoraj właściwie stało? – zapytał w końcu.

- Sądziłem, że masz już obraz sytuacji.

Onkolog zaśmiał się nerwowo. Postanowił dokładnie przemyśleć swoje następne pytanie.

Diagnosta zrobił rozczuloną minę.

- Jakie to słodkie. Nasz malutki Wilson się zawstydził.

- Przepraszam, że czuję się niekomfortowo po tym, jak wparowałem wczoraj do Cuddy, gdy wy…

- Uprawialiście dziki seks – dokończył za przyjaciela.

- Właśnie – Wilson poczuł się odrobinę pewniej. – Przestań robić uniki. Dwa dni temu wmawiałeś mi, że lepiej ci samemu. Co się zmieniło?

- Nic.

Onkolog posłał mu jedno ze swoich podejrzliwych spojrzeń. Diagnosta odwdzięczył się tym samym.

- Okej – dał po chwili za wygraną. Porozmawia z Cuddy. Powinno pójść o wiele łatwiej.

- Okej? – powtórzył House, wstając. – To tyle?

- Przecież nie zamierzasz mi powiedzieć, prawda? Po dwóch dniach i tak przybiegniesz tu, błagając, żebym cię wysłuchał. Mogę poczekać.

- Psujesz całą zabawę – rzucił mu przyjaciel na odchodne.


Stał pod drzwiami jej gabinetu dobre pół minuty. Kilka razy wyciągał rękę, by nadusić klamkę, lecz rozmyślał się w ostatnim momencie. Pewnie by go zignorowała, gdyby nie to, że jego widok rozpraszał uwagę. A miała jeszcze bardzo dużo pracy.

Podniosła się i otworzyła mu.

- Czego chcesz? – zapytała speszonego onkologa.

- Cześć. Chciałem pogadać.

- Dlaczego po prostu nie wszedłeś? – zauważyła.

- Chciałem, tylko… – zaczął kombinować. W oczach przełożonej dostrzegł, że z każdym kolejnym słowem coraz bardziej się pogrąża. Odpuścił. – Mogę?

Odsunęła się, robiąc mu miejsce. Wilson stanął na środku pomieszczenia i złączył dłonie palcami.

- Mazel tov – pogratulował jej. – Przepraszam, że dopiero teraz.

- W porządku – odparła Cuddy, siadając z powrotem przy biurku. – Do tej pory byłeś zbyt zajęty unikaniem mnie.

Mężczyzna speszył się. Przesunął dłonią po twarzy.

- Powiedz mi, Cuddy – postanowił wybadać teren. – Co się właściwie wczoraj wydarzyło?

- Czemu pytasz? House ci nie powiedział?

- Chciałem to usłyszeć od ciebie.

Pani administrator westchnęła. Oparła brodę na dłoniach i, patrząc przed siebie rozmarzonym wzrokiem, zwierzyła się wścibskiemu onkologowi:

- Trudno w to uwierzyć, ale House… zaprosił mnie na randkę. Mniemam, że to twoja zasługa. Spędziliśmy razem bardzo miły dzień. Na początku zastanawiałam się, czy nie chce po prostu zaciągnąć mnie do łóżka…

- I co? – dopytywał, zniecierpliwiony.

- I nic. Nie chciał. Był… – myślała chwilę nad odpowiednim słowem. – uroczy. Zupełnie jak dawniej.

Wilson uśmiechnął się na widok miny przełożonej.

- Więc przyznajesz, że nie jest tylko przyjacielem?

- Spaliśmy ze sobą – podsumowała. – Nawet ty nie kupisz takiej bujdy.

Pokiwał ze zrozumieniem głową.

- To coś poważnego? – postanowił wyciągnąć z niej, ile tylko się da.

- No nie! – House wparował do gabinetu, nim Cuddy zdążyła odpowiedzieć. – Co ty, Wilson, biegłeś tu? Ile z ciebie wyciągnął? – zwrócił się do swojej dziewczyny.

- Nie wiedziałam, że jestem przesłuchiwana – zdziwiła się kobieta. – Od kiedy nasz związek to tajemnica?

- Od kiedy Wilson lubi wtykać nos w nie swoje sprawy – odparł, wskazując ręką onkologa.

- Hej! – przyjaciel zaczął się bronić. – Ja chcę tylko pomóc.

- Dzięki, ale wiem, co robią ptaszki i pszczółki – powiedział diagnosta, wystawiając go za drzwi. – Poradzę sobie sam.

Odwrócił się do Cuddy, kładąc obie dłonie na lasce. Po jego minie było widać, że coś kombinuje.

- Mam do ciebie sprawę.

- Myślisz, że Wilson nie załapałby tej subtelnej aluzji?

House załamał ręce.

- Co z wami, ludzie? – zapytał w przestrzeń. – Nie pamiętacie już, co to zabawa?

- House?

- Tak, słonko?

- Chciałeś coś.

Mężczyzna podszedł do biurka i oparł się o blat. Pochylił się tak nisko, że czuła jego oddech. Patrząc jej głęboko w oczy, sięgnął za marynarkę. Podał szefowej niebieską teczkę.

- Potrzebuję zgody na biopsję.

Podpisała papiery i oddała mu bez słowa. Jeszcze chwilę po jego wyjściu mogłaby przysiąc, że chciał od niej zupełnie coś innego.