Rozdział siódmy: Exodus (Movement of Jah people)
Jak zwykle, nowinę zakomunikowała Snape'owi Rolanda Hooch, jego sąsiadka przy stole z lewej strony.
– Severusie, nawet sobie nie wyobrażasz, co wyprawia ta twoja asystentka! – krzyknęła mu prosto do ucha, nie przełknąwszy nawet dobrze porcji smażonych ziemniaczków. – Lecę sobie raniutko znad boiska, jakby nigdy nic, a ona...
Snape instynktownie napiął uwagę.
– Wisi na ścianie zamku! – zakończyła Rolanda dramatycznie.
Mistrz Eliksirów odłożył widelec i wbił spojrzenie w mącicielkę spokoju publicznego.
– ...jak jakiś langustnik! Wczepiona rękami i nogami w cegły! Tuż pod oknami Sinistry...! – ciągnęła madame Hooch zlowieszczym szeptem, który z pewnością byłby słyszany nawet przez uczniów przy najdalszym, ślizgońskim stole, gdyby akurat nie wyjechali na ferie z okazji Bożego Narodzenia.
Profesor Sinistra jęknęła słabo i złapała się za głowę. Inni wykładowcy zaczęli kręcić się i szeptać między sobą. Zadowolona, że przyciągnęła powszechną uwagę, Rolanda nabrała więcej powietrza.
- Ja ją pytam: „Co ty robisz, wariatko?" A ona: „Włażę na dach! Podziwiać widoki!" No wiecie?! Słyszeliście kiedy o czymś bardziej szalonym? Zamiast, jak każda normalna czarownica, siąść na miotle i strzelić sobie parę kafli, ona włazi na dach po ścianie! Severusie! – nauczycielka miotlarstwa zwróciła do swego sąsiada wysmaganą wiatrem twarz. – Przyznaj się, czym ty tę małą faszerujesz w każdą sobotę, że jej witki wywróciło na opak?
Na taką niesłychaną bezczelność Snape pobielał jak kreda, co było bardzo złym znakiem – to było jasne dla wszystkich, prócz beztroskiej wielbicielki mioteł. (Profesor Flitwick nawet schował się pod stół na wszelki wypadek, żeby nie oberwać rykoszetem.) Do wybuchu jednak nie doszło, gdyż nieoczekiwanie sytuację załagodziła sama Vitacha Melout.
Asystentka profesora Snape'a wyjęła z ucha malutki pozłacany rumianek (zaczarowany kwiatek wyśpiewywał jej skoczne piosenki z jej dalekiej ojczyzny) i pochyliła się nisko nad stołem, by madame Hooch mogła widzieć jej oczy, pełnie wyrzutu.
– Rolando, przecież pani już to mówiłam. Nie mogę latać, bo na miotle mam zawroty głowy. Na ścianie, czy na dachu – to zupełnie co innego. Poza tym, hmmm... – Dziewczyna, zmieszana, zaczęła skubać serwetkę. – Naturalnie nie zaglądam nikomu w okna. Słowo honoru!
– Ale moja droga – wtrąciła profesor McGonagall nieco oszołomiona. – Przecież to na pewno bardzo niebezpieczne! A ty mówisz o tym... jak o grze w quidditcha!
– Proszę się nie martwić. – Panna Melout uspokajająco machnęła ręką i posłała profesorce transfiguracji swój zwykły nieśmiały uśmiech. – Filius pomógł mi znaleźć bardzo silne zaklecie lepiące, teraz mnie nawet tropikalny szkwał nie oderwie od ściany. Prawda, profesorze?
Flitwick wychynął spod stołu i energicznie przytaknął, wszelkimi siłami dając wyraz temu, że zaklęcie istotnie jest bardzo, bardzo bezpieczne.
– Mon ami... – Fleur Delacour patrzyła na Vitachę tak, jakby ta właśnie oznajmiła, że robi sobie maseczki kosmetyczne z kupy hipogryfa. – Przecież mogą cię zobaczyć... uczniowie!
– Uczniowie...? – powtórzyła panna Melout, skonfundowana, patrząc na grupkę dzieci, które zostały podczas ferii w szkole i teraz siedziały przy jednym stole z nauczycielami. Twarze małych czarownic i czarodziejów odbijały całą gamę uczuć – od absolutnej zgrozy do entuzjastycznego zachwytu. – Przecież ja tam chodzę tylko nocami. To źle...? Zabronione?
Nauczyciele zaczęli mówić wszyscy naraz, przerwało im jednak delikatne „khm-khm" dobywające się z głębin brody Dumbledore'a.
– Skądże, Vitacho, nikt nie zamierza pani zabraniać uprawiania wspinaczki ścienno-dachowej, byle tylko nie przyszła ci do głowy ochota, by przeliczyć sęki na Wierzbie Bijącej.
Dyrektor rzucił znaczące spojrzenie madame Hooch, która przygarbiła się i zaczęła wiercić na krześle. – Proszę tylko nam wszystkim obiecać, że nie będzie pani wchodzi zbyt wysoko i w ogóle zachowywać się OSTROŻNIE. Jeśli złamie pani kark, profesor Snape tego pani nie daruje.
Vitacha chciała coś powiedzieć swojemu szefowi, lecz nie zdążyła. Snape, który w czasie kolacji nie wyrzekł ni słowa, nadal w milczeniu wstał od stołu i szybkim krokiem skierował się do wyjścia z Wielkiej Sali. Panna Melout zerknęła na dyrektora i mało się nie udławiła – na mądrej twarzy starego czarodzieja wyczytała twarde przekonanie o tym, że prędzej czy później nieszczęśliwy wypadek jest nieunikniony.
Do tego samego wniosku doszedł również profesor Snape, czysto intuicyjnie, ale podobnie jak dyrektor, postanowił nie wtrącać się i pozostawić sprawy ich naturalnemu biegowi. Mistrz Eliksirów miał tylko nadzieję, że Vitacha zrobi fałszywy krok w miarę szybko, kiedy eksperyment jest jeszcze w powijakach, nie zabije się i tylko straci ochotę na podziwianie okolicy z dachów Hogwartu na całe życie, albo przynajmniej na okres asystentury u boku Snape'a. Ale, jak to często bywa, nadziejom Severusa nie było dane się spełnić.
Wypadek Vitachy Melout wydarzył się trzy miesiące później po wyżej opisanym zajściu, kiedy jej nocne wycieczki spowszedniały już wszystkim, nawet uczniom. Było to w noc wiosennego zrównania dnia z nocą, dwudziestego pierwszego marca. Czary Flitwicka, do tej pory zabezpieczające należyte przyleganie kończyn dziewczyny do ścian zamku, okazały się bezradne wobec sił przeznaczenia. Jako ich przedstawicielka symbolicznie wystąpiła profesor Trelawney, którą ni stąd ni zowąd licho zaniosło na szczyt Wieży Astronomicznej, by coś obejrzeć na nieboskłonie przez teleskop. Masywna miedziana tuba, wprawiona w ruch przez słabe ręce wróżbiarki, zmiotła Vitachę z parapetu z taką łatwością, jakby była puchem dmuchawca.
Pannę Melout uratowały dwie rzeczy: po pierwsze, doskonały refleks – profesor Flitwick długo potem opowiadał, ocierając łzy rozczulenia, jak dziewczyna w locie zdołała wydobyć z rękawa różdżkę i próbowała rzucić na siebie zaklęcie lewitacji; po drugie, Vitacha upadła prosto pod nogi Argusowi Filchowi, który akurat wyszedł na zewnątrz, żeby upomnieć Panią Norris, że kontakty towarzyskie z kocurami z Hogsmeade są oczywiście przyjemne, ale we wszystkim trzeba znać umiar. Filch odniósł poszkodowaną prosto do skrzydła szpitalnego, co było bardzo na miejscu, gdyż asystentce profesora Snape'a zostało tylko kilka całych kości. W ciągu paru kolejnych dni, kiedy na krótko odzyskiwała przytomność, Vitacha widziała nad sobą zamgloną krągłą twarz Poppy Pomfrey i czuła miękkie dłonie, od czasu do czasu wlewające jej do ust Szkielewzro, a potem masujące gardło, by mogła przełknąć piekący płyn. Pewnego jednak razu panna Melout otworzyła oczy, by ujrzeć przy sobie swego szefa.
Severus Snape siedział w fotelu obok szpitalnego łóżka, założywszy nogę na nogę, i gniewnie skrobał piórem po jakimś uczniowskim wypracowaniu. Postawiwszy na końcu zamaszysty znak zapytania, Mistrz Eliksirów podniósł wzrok i jakby lekko się zdziwił, że Vitacha doszła do siebie. Zresztą ten wyraz twarzy zaraz ustąpił znajomej minie: rzeczowo-rozdrażnionej.
– Chce się pani pić?
Vitacha opuściła na moment powieki, na znak zaprzeczenia. Snape zacisnął wargi.
– Poprawić poduszkę?
Panna Melout powtórzyła swoje „nie".
– Koc...?
„Nie".
– W takim razie proszę spać dalej.
Mistrz Eliksirów rozwinął nową rolkę pergaminu, skrzywił się i pogrążył na nowo w badaniu uczniowskich bazgrołów.
Vitacha powtórnie obudziła się nad ranem – ciemność w komnacie ledwo zaczęła szarzeć. Snape wciąż jeszcze wartował przy jej łożu boleści, co prawda śpiąc. Próbując usadowić się jak najwygodniej, przyjął karkołomną pozycję: nogi wyciągnął pod łóżkiem, ramiona zwisały mu z podłokietników, a głowę oparł na skraju pościeli dziewczyny. Zebrała siły, by obrócić głowę w stronę masy potarganych czarnych kosmyków i jasnego przedziałka między nimi – i leżała tak z otwartymi oczami, póki powieki jej nie opadły i nie zasnęła.
A potem był już poranek, a przy łóżku siedziała tym razem Fleur Delacour, w skupieniu piłująca paznokcie. Vitacha natychmiast udała, że jeszcze śpi.
